Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wej, która też z niejakiem zmieszaniem wzrok od niego odwracała.
Stanisław daleko czulej ją żegnał, i ona też za szyję go objęła i całowała.
— Napiszcież przynajmniej — mówiła, — choć kiedykolwiek do nas napiszcie... Męka, zgryzota... donieście nam co o sobie... jak tam znajdziecie... jak wam będzie... Jezus, Marya!...
Aleksander od rąk Jadwigi odrywał się i znowu ku nim ustami powracał.
— Nie martw się bardzo — mówił pocichu, — nie trać zdrowia! Złe przeminie, a dobre nadejdzie! Tymczasem, bądź tak, jak dotąd, cierpliwą i dzielną! Co trzeba, to trzeba!
Jej na usta wyrwała się prośba namiętna: „Napisz przynajmniej do mnie.. napisz kiedykolwiek!“ Ale jej nie wypowiedziała. Nie, choćby jej serce pęknąć miało, ona ani wywoływać przyrzeczeń jego, ani najmniejszem słowem narzucać się mu nie będzie!
Bardzo blada, ze sztywną kibicią i rękoma w gorących jego dłoniach, jak lód zimnemi, szepnęła tylko:
— Bądź zdrów, Olesiu.. Niech wszystko pomyślnie ci pójdzie... Nikt ci na świecie lepiej odemnie nie życzy...
Żadnej prośby i żadnej oznaki żalu, który ją warem łez wstrzymanych napełniał!
Szyszkowa za to, po raz drugi, do obu już braci mówiła:
— Napiszcież do nas, pamiętajcie, napiszcie... żebyśmy, Jezus, Marya! choć wiedziały, co się z wami dzieje!
Stanisław po kilka razy napisać przyrzekał;