Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


madka dzieci równego wzrostu, a wnet potem, o ramię jej ocierając się ramieniem, mijała ją owa niemłoda i wesoła pani, która wczoraj tak głośno i serdecznie cieszyła się z uszytej przez nią sukni. Mijała, lecz nagle spostrzegła ją i, zwalniając kroku, w oprawie swoich figlarnych loczków i napuszonego piórami kapelusza, rozpromieniła się cała.
— A! dzień dobry pannie Jadwidze, dzień dobry! Jak pani dziś ślicznie wygląda! Czego pani taka wesoła? Tę suknię pokazywałam wczoraj dziesięciu osobom, i wszyscy od zachwytu nad nią odejść nie mogą! Ale czemu pani tak wesoło dziś wygląda. Mężowi memu suknia podobała się także, i mówi, że mi w niej bardzo do twarzy...
Tu głos zniżyła:
— Z kimże to panna Jadwiga idzie? Kto jest ten młody człowiek?
Ona wnet z uśmiechem mówić zaczęła:
— Bliski krewny mój, Aleksander Ginejko... wzrastaliśmy prawie razem, ale potem nie widywaliśmy się już przez lat wiele... Wczoraj przyjechał do mojej matki i do mnie z bratem swoim Stanisławem... Bliski krewny mój... Umyślnie przyjechali do nas, aby z nami Święta przepędzić... Tamten mamę do kościoła poprowadził... Bliscy nasi krewni!...
Filuterne oczka wesołej pani bystro i przyjaźnie w jej twarz patrzały.
— Winszuję, winszuję, święta weselej przejdą!
Pochyliła się do samego prawie jej ucha:
— Ten krewny pani bardzo przystojny!
Jadwiga rumieńcem spłonęła, a ona, za dziećmi, które już znacznie się były oddaliły, śpiesznie pogoniła.