Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Aleksander, wzruszony i posępny, brata do pośpiechu naglił[1]
— Stasiu, dość już tego! Chodźmy! Co trzeba, to trzeba!
W kilka minut później, duża lampa była zgaszona, a pokój napełniło słabe półświatło palącej się u łóżka Jadwigi świecy. Jadwiga, jak senna, chodziła tu i owdzie, porządkując w nieład popadłe sprzęty, perkalową storę spuszczając u okna, gdy uczuła bardziej, niż zobaczyła, że Szyszkowa stanęła przy niej.
— I cóż? — zapytała szeptem.
— Co, mamo?
— Nie powiedział nic?
Rozumiała dobrze o co matka zapytuje, odpowiedziała więc krótko:
— Nic.
— Śmierć, utrapienie, zgryzota, męka! — zaszemrał szept zrazu świszczący, lecz potem coraz łagodniejszy. Dlaczegóż, Jezus, Marya... i dlaczegóż nic nie powiedział?... Kiedy widziałam przecież, wyraźnie widziałam, że zajął się tobą... że bardzo mu się podobałaś... No, prawda, że Jezus, Marya... biedny on chłopiec... stałego bytu nie ma... Bóg święty wie, jak mu w tej fabryce będzie... Ale napisze... plaga egipska!... najpewniej napisze, a potem, Jezus, Marya! kiedykolwiek i sam przyjedzie! Co się odwlecze, to nie uciecze!
I gdy po bladych policzkach Jadwigi z pod spuszczonych powiek spływał strumień milczących łez, ciemną ręką pogłaskała jej włosy i w czoło ją pocałowała.

Na dziedzińcu, w pobliżu powstał hałas, ze stu-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.