Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Powiem pani, że tak już dawno sympatyzowaliśmy z panną Pauliną...
— Winszuję państwu... wszystkiego dobrego życzę, — wesoło przerwała Jadwiga.
— Daj Boże, abym i ja pannie Jadwidze jaknajprędzej tego samego winszowała! Tymczasem chwała Bogu, że pani w miłej kompanii święta przebywa...
— A tak. Przyjechali do nas panowie Ginejkowie, krewni nasi. To jest starszy Aleksander, a młodszy Stanisław już mamę do domu odprowadził... bliscy nasi krewni...
Urzędnik, grzecznie czapkę zdejmując, przed Aleksandrem nazwisko swoje wymienił. Paulina zaś szczebiotała dalej i nieustannie, nie wiedzieć o czem. Paplanie, zarówno jak ustawiczne fertanie się po świecie i przystrajanie osoby swojej w najbarwniejsze możliwie łachmanki wydawało się nieodbitą koniecznością dla tej czeczotki, która jednak złą być nie musiała. Posiadała też dar jednoczesnego mówienia i słuchania tego, co mówili inni, bo nagle, oczy na Ginejkę podnosząc, zawołała:
— A to panowie z tych samych stron, co i pan Bolesław... Niechże pan Bolesław pyta się o swoje strony... Może i familię pańską panowie Ginejkowie znają... to tak miło kogoś ze swoich stron spotkać. Czemuż pan nie pytasz? No, pytaj pan prędzej...
— Powiem państwu — flegmatycznie zaczął narzeczony, — że na mrozie gadać nie mogę, bo zaraz fluksyi dostanę...
Jadwiga śpiesnie podchwyciła:
— Więc niech państwo będą łaskawi na jaką