Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


naukę, wprawę, biegłość, zarówno jak kawałek chleba — hej! suchy i twardy najczęściej! — udawali się dokąd tylko mogli. Teraz za to, gdziekolwiek do pracy staną, nie powstydzą się jej pewno, i ani darmo chleba jeść, ani po tej ziemi, która go im daje, jak niewdzięczniki lub niedołęgi stąpać nie będą.
Ostatnie to zdanie wypowiedział Aleksander, którego mowa miewała czasem błyski oświetlające widnokręgi, od osobistych tylko i powszednich szersze. Wnet też z błyszczącemi oczyma zwracając się do brata, zapytał:
— Prawda, Stasiu?
— A jakże! naturalnie, że prawda! — odpowiedział Stanisław.
— Prawda! — z zapałem powtórzyła Jadwiga.
Tylko Szyszkowa nie powiedziała nic. Od kilku minut, słuchając tych rozlegających się obok niej dwu młodzieńczych, świeżych głosów, patrząc na te dwie młodzieńcze, świeże, pełne zapału, nadziei i odwagi twarze, posmutniała ona znowu, chmurzyła się, coś widać sobie przypomniała, coś ją w serce kłóło, aż zgarbiły się jej plecy, czoło zaszło ciężkiemi zmarszczkami, wąskie wargi zacięły się i razem z ostrym końcem nosa w obie strony poruszać się zaczęły.
Wkrótce jednak drzwi od sionki uchyliły się cicho i powoli, a przez wąski ich otwór wsunął się do pokoju naprzód kosz dość duży i pusty, potem chłopak szesnastoletni, z długą gapiowatą twarzą, ubrany w czarną, widocznie odświętną odzież, w której bardzo niezgrabnie wyglądał. Wsunął się, z dobrodusznym uśmiechem głową skinął i przy drzwiach stanął. Jadwiga uprzejmie go powitała, a Ginejków objaśni-