Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wówczas, o szarej godzinie, czuła to tylko, że przestaje być zatrutą jadem życia i że z niej spada nieszczęście samotności, teraz uczuła, że jest młodą, rozkochaną i nad miarę wszelkiego słowa szczęśliwą. Jakby wypiła mocnego trunku, tak upojoną była; szary cień pokoiku kłębił się jej przed oczyma, obie ręce zarzuciła mu na szyję, do piersi jego przylgnęła i po wiele, wiele razy oddała mu jego pocałunki.
Nie mówili do siebie nic, i nim mieli czas cokolwiek sobie powiedzieć, tuż prawie przy sobie usłyszeli szelest bardzo cichych kroków, i ujrzeli przesuwającą się postać, która w zmroku, napełniającym pokoik, wyglądała, jak czarne widmo. Była niem Szyszkowa. Szła powoli, zgarbiona, mniemając, że jest samą, bo w myślach zatopiona nieobecności młodej pary pośród tańczących nie spostrzegła, tu zaś w szarym zmroku byli oni dla niej niewidzialnymi.
Uszła tak kilka kroków, i nagle z łoskotem kolan o podłogę uderzających, u łóżka swego na klęczki upadła. Zarazem z piersi jej wychodzić zaczęły tłumione, przeciągłe jęki i westchnienia do łkań podobne.
— Mama! — szepnęła do Aleksandra Jadwiga.
Szyszkowa, jakby z twardego snu obudzona, krzyknęła:
— Kto tu?
— Ja, mamo...
I przygarnęła się do matki, a usiłując podnieść ją z klęczek, z prośbą w głosie zaczęła:
— Niech mama tak nie rozpacza, moja kocha...
Nie dokończyła, bo czarna w zmroku postać popędliwie porwała się z ziemi i odtrąciła ją z taką si-