Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Teraz on dopytywać się zaczął, kto była ta pani, która z nią rozmawiała? — a ona, odpowiadając na jego pytania, nie przestawała myśleć o tem, jak to w życiu człowieka jeden dzień do drugiego niepodobnym bywa! Ta sama, zdaje się, co i wczoraj ulica, te same domy, ten sam śnieg, ci sami ludzie, a przecież jej tak inaczej, zupełnie inaczej! Otóż i narożna kamienica, o którą wczoraj oparła się była wśród zmroku, śmiertelnie smutna i zmęczona! Tu stała, płacząc i łając sama siebie za to, że płakać sobie pozwala. Teraz, dziwi się tylko. Jak to! ona płakała wczoraj! Jakże była głupią i niedoświadczoną, aby nie wiedzieć, nie przewidzieć, że po smutku musi nastąpić i radość! Ale naprawdę, czegóż ona tak bardzo się cieszy? I co jeszcze dziwniejsza, to, że z radością tą łączy się także duma.
Poprostu dumną się czuje, i chociaż ciągle z towarzyszem rozmawia, po głowie jej plącze się myśl, że dobrze byłoby, ach! jak dobrze, aby spotkał ją teraz ów wczorajszy miły jegomość. Zobaczylibyśmy, czy śmiałby jej ubliżyć! O, nie, najpewniej! W ten sposób postępować można tylko z takiemi dziewczętami, które zbiedzone, skłopotane, za zarobkiem goniące, samotnie tułają się pośród obcych, ale nie z takiemi, które chodzą po świecie z kimś swoim, bliskim, przyjaznym. Niechby zobaczył ją teraz i przekonał się, że i ona także nie jest słomką przez wiatr ze śmietniska porwaną i po cudzych wschodach i kątach noszoną, lecz jak każdy prawie człowiek na świecie ma krewnych, przyjaciół, ludzi sobie bliskich, którzy ją szanują, lubią, a w razie potrzeby obronić potrafią!
Zamiast jednak człowieka, którego tak niena-