Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mienia nad niepospolitością widoku, który tego wieczora roztoczył się przed nim.
Ładna ślusarzowa, w różowym czepeczku na czarnych włosach, przysiadła się do Szyszkowej, i żywo, głośno, z częstym śmiechem i gestami, o swojem szczęśliwem życiu domowem, o zdarzających się w niem przecież często kłopotach gospodarskich, o chorobach, figlach, przedwczesnej zadziwiającej mądrości małego synka swego opowiadała.
Paulina, natychmiast prawie po swojem wejściu, uczepiła się Stanisława Ginejki, i przysadzista trochę, ale fertyczna, cała w loczkach, wstążkach, uśmiechach i błyskach oczu, zapytywała go, czy wiele już razy kochał się w życiu? czy teraz w kim się kocha? czy woli brunetki, albo blondynki? czy w tem mieście, z którego przybył, dużo jest przystojnych kawalerów? czy dobrze ona robi, że za mąż idzie? bo przecież wiadomo, że mężczyźni to niegodziwe tyrany i brzydkie wietrzniki...
On, po całodziennem rozmawianiu z babunią, rad był teraz porozmawiać z temi ponsowemi, rozpaplanemi i rozchichotanemi ustami, a wzajemnie żartując, dziwne dziwy na zadawane mu pytania prawiąc, głośnym śmiechem wybuchając, w błękitne jak niezapominajki, zalotne oczy szwaczki zalotnie też zaglądał.
Narzeczony tej ostatniej nie zwracał na to wszystko żadnej uwagi, oddał się bowiem cały poważnej rozmowie z Aleksandrem i ślusarzem Michałem, gdyż, jak sam mówił, o społeczeńskich sprawach lubił niezmiernie słuchać i mówić, a oni właśnie o zajęciach ludziom ich stanu dostępnych, o wartości i korzyściach różnych rzemiosł i pomysłów, o tru-