Internat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Jak kochać dziecko
Internat
Pochodzenie Internat. Kolonje letnie
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkiewicza
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Naukowa T-wa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cała książka
Pobierz jako: Pobierz Cała książka jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała książka jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała książka jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
INTERNAT
I

1. Pragnę napisać książkę o internacie miejskim, gdzie sto dzieci sierot, chłopców i dziewcząt w wieku szkolnym, wychowuje się pod opieką nielicznego personelu, w własnym gmachu, przy nielicznej służbie.
Internat nie może się poszczycić bogatą literaturą. Spotykamy albo prace wyłącznie hygieniczne, albo namiętną krytykę samej zasady wychowywania dzieci w gromadzie.
Poznałem barwne i mroczne tajemnice internatu w roli wychowawcy sypialni, umywalni, sali rekreacyjnej, jadalni, podwórka i klozetu. Nie znam dzieci w ich galowym stroju klasy szkolnej, znam je w negliżu codziennego życia.
Książka może być ciekawa nietylko dla wychowawcy koszarowego więzienia, jakiem jest internat, ale i celkowego więzienia, jakiem dla współczesnego dziecka jest rodzina.
Zarówno w internacie, jak w rodzinie, dzieci są męczone, energiczniejsze próbują oszukać dozór, wyłamać się z pod czujnej kontroli, — uparcie i beznadziejnie walczą o swe prawa.
Obawiam się, że czytelnik zechce mi wierzyć, — wówczas książka przyniosłaby mu szkodę. Uprzedzam więc: droga którą wybrałem, dążąc do celu, nie jest ani najkrótsza, ani najdogodniejsza, jest jednak najlepsza dla mnie, — bo moja, — bo własna. Znalazłem ją nie bez mozołu, nie bez bólu, — i wówczas dopiero, gdy zrozumiałem, że wszystkie przeczytane książki, obce doświadczenia i cudze zdania — kłamały.
Wydawcy drukują niekiedy złote myśli wielkich ludzi; o ile byłoby pożyteczniej ułożyć zbiór fałszów, wypowiedzianych przez klasyków prawdy i wiedzy. — Rousseau rozpoczyna „Emila” zdaniem, któremu przeczy cała współczesna wiedza o dziedziczności.

2. Książka ma być możliwie krótka, bo przeznaczam ją w pierwszym rzędzie dla młodego towarzysza, który wpadł nagle w wir najtrudniejszych zagadnień wychowawczych, najbardziej splątanych warunków życiowych, — i ogłuszony, rozżalony, — wzywa ratunku.
Biedak nie ma czasu na studja. W nocy dwa razy go budzono: dziecko ząb bolał, zaczęło płakać, — musiał je pocieszać i leczyć. Ledwo zasnął, obudziło go inne; straszny sen miało: umarli, rozbójnicy, — chcieli zabić, wrzucili go do rzeki; więc znów uspokajał, usypiał.
Człowiek śpiący nie może czytać wieczorem grubych dzieł wychowawczych, bo mu się oczy kleją, bo jeśli się nie wyśpi, będzie rozdrażniony, niecierpliwy, — niezdolny do wcielania w czyn zbawiennych zasad uczonego dzieła. — Będę się streszczał, by nie zakłócać mu nocnego spoczynku.

3. W dzień wychowawca nie ma czasu na studja. — Ledwo zasiadł do czytania, przychodzi pierwsze dziecko ze skargą, że gdy pisało, trącił je sąsiad, zrobił się kleks — i nie wie teraz, czy zacząć od początku, czy tak zostawić, czy wydrzeć kartkę. — Drugie dziecko kuleje: gwóźdź ma w trzewiku, chodzić nie może. — Trzecie pyta się, czy wolno wziąć domino. — Czwarte prosi o klucz od szafy. — Piąte oddaje znalezioną chustkę do nosa: „znalazłem, nie wiem czyja“. Szóste daje do przechowania cztery grosze, które dostało od cioci. — Siódme przybiega po chustkę: „to moja, położyłem na oknie na chwilkę, a on zaraz zabrał“.
Tam w kącie mały niezdara bawi się nożyczkami: naśmieci, skaleczy się, — kto mu dał nożyczki? — Na środku pokoju żywa sprzeczka, zaraz przejdzie w bójkę, — trzeba zapobiedz. — To, które w nocy ząb bolał, biega teraz jak szalone, — znów któreś z piszących potrąci lub kałamarz zrzuci na podłogę; a w nocy znów może ząb je rozboli.
Wychowawca musi bardzo chcieć, aby mógł się zdobyć na przeczytanie nawet krótkiej książki.

4. Ale nie bardzo chce, bo nie wierzy.
Autor, dzięki licznym cytatom dowiedzie, że jest uczony. Jeszcze raz powtórzy, co już ogólnie wiadome. Te same nabożne życzenia, ciepłe kłamstwa, niewykonalne rady. — Wychowawca powinien... powinien... powinien. — I ostatecznie, we wszystkich drobnych i ważnych sprawach musi sam decydować, jak wie i umie, a co najważniejsze, — jak może.
— To dobre w teorji, — pociesza się boleśnie.
I czuje wychowawca niechęć do autora, że ten siedząc w ciszy przy wygodnem biurku, dyktuje przepisy, bez potrzeby bezpośredniego stykania się z ruchliwą, krzykliwą, dokuczliwą i niesforną gromadą, której niewolnikiem jest każdy, kto nie chce być jej tyranem, z której co dnia inne tak gruntownie życie mu zatruje, że z trudem rozchmurzą wszystkie pozostałe.
Poco go drażnią mirażem wielkiej wiedzy, doniosłych zadań, wzniosłych ideałów, gdy on jest i musi pozostać wyrobnikiem — kopciuszkiem?

5. Czuje, że traci zapał, który niósł w pracę samorodnie, niezależnie od czyjegoś kazania. — Dawniej cieszyła go myśl, że urządzi zabawę, przygotuje niespodziankę dla dzieci. Pragnął w szare i jednostajne życie internatu wnieść nowe, radosne tchnienie. Teraz cieszy się, gdy zanotuje beznadziejne: to samo. Jeśli żadne z dzieci nie wymiotowało, nie wybiły szyby, nie usłyszał ostrej wymówki, — znaczy, że dzień dobrze przeszedł.
Traci energję: na drobne wykroczenia patrzy dziś przez palce, stara się mniej widzieć, mniej wiedzieć, bo tylko — najkonieczniejsze.
Traci inicjatywę: dawniej otrzymywał cukierki, zabawkę, — już miał plan, by najlepiej wyzyskać. Teraz prędko rozda łakocie: niech zjedzą czemprędzej, bo znów będą sprzeczki, skargi, pretensje. — Nowy sprzęt lub przedmiot — więc znów trzeba pilnować, bo złamią, zepsują. — Jakaś doniczka w oknie, obrazek na ścianie, — tyle jest do zrobienia, ale on nie wie, nie chce, czy nie może. A zresztą już nie dostrzega.
Traci wiarę w siebie. Dawniej nie było dnia, by nie dojrzał czegoś nowego w dzieciach lub w sobie. — Dzieci garnęły się, teraz stronią od niego. Czy je kocha jeszcze? — Jest szorstki, niekiedy brutalny.
Może niezadługo stanie się podobny do tych, dla których chciał być przykładem, do których czuł niechęć za ich oziębłość, bierność i niesumienność?

6. Ma żal do siebie, do otoczenia, do dzieci.
Przed tygodniem otrzymał list o chorobie siostry. Dzieci się dowiedziały, uszanowały smutek: cicho spać się pokładły. Był im wdzięczny.
A onegdaj przybył nowy wychowaniec. Wyłudziły wszystkie dane mu przez rodzinę cukierki, i piórnik, i obrazki, — zagroziły, że jeśli się poskarży, zbiją go, — a udział w brudnej sprawie brały i te, które uważał za uczciwe.
Zarzuci mu dziecko ręce na szyję i powie „kocham“, — i prosi o nowe ubranie.
Toż samo dziecko; raz rozrzewniony dziwi się, skąd w niem tyle subtelnego taktu i głębokiego odczucia, to znów odtrąca go drapieżna przewrotność.
Raz: chcę, muszę, powinienem; to beznadziejne: czy warto?
Teoretyczne założenia tak się splątały z osobistem codziennem doświadczeniem, że stracił nić, — im dłużej myśli, tem mniej rozumie.

7. Nie rozumie, co dzieje się wokoło.
Stara się ograniczyć nakazy i zakazy do najmniejszej ilości koniecznych. Daje dzieciom swobodę, niezadowolone żądają więcej.
Chce wejrzeć w ich troski. Zbliża się do chłopca, który wbrew zwyczajowi usunął się na stronę, cichy i obojętny. — Co ci jest? Czemu jesteś smutny? — „Nic mi nie jest, wcale nie jestem smutny“ — odpowiada niechętnie. — Chce go pogłaskać po głowie, — chłopiec usuwa się szorstko.
Tam grupa dzieci prowadzi ożywioną rozmowę. — Zbliża się, — milkną. — O czem mówiłyście? — „O niczem“.
Zda się, że go lubią. A wie, że wyśmiewają. — Mają zaufanie, — a zawsze coś ukrywają. — Pozornie wierzą jego słowom, a chętnem uchem słuchają złych szeptów.
Nie rozumie, nie wie, — i jest mu obco i wrogo, — i źle.
Wychowawco ciesz się raczej. Już odrzucasz przesądny, sentymentalny pogląd na dziecko. Już wiesz, że nie wiesz. — Nie jest tak jak sądziłeś, więc jest inaczej. — Nie zdając sobie sprawy, już szukasz drogi. — Gubisz się? — Pamiętaj, że nie jest hańbą błądzić w przeolbrzymim lesie życia. — Błądząc nawet, rozglądaj się ciekawie, a ujrzysz mozajkę pięknych obrazów. — Cierpisz? — W bólu rodzi się prawda.

8. Bądź sobą, — szukaj własnej drogi. — Poznaj siebie, zanim zechcesz dzieci poznać. — Zdaj sobie sprawę z tego, do czego sam jesteś zdolny, zanim dzieciom poczniesz wykreślać zakres ich praw i obowiązków. — Ze wszystkich sam jesteś dzieckiem, które musisz poznać, wychować i wykształcić przedewszystkiem.
To jeden z najzłośliwszych błędów sądzić, że pedagogika jest nauką o dziecku, a nie o — człowieku.
Gwałtowne dziecko w uniesieniu uderzyło, dorosły w uniesieniu zabił. — Dobrodusznemu dziecku wyłudzono zabawkę, dorosłemu wyłudzono podpis na wekslu. — Lekkomyślne dziecko za daną mu na kajet dziesiątkę kupiło cukierki, dorosły przegrał w karty cały majątek. — Niema dzieci — są ludzie; ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć. — Pamiętaj, że my ich nie znamy.
Niedojrzałe!
Zapytaj starca, on cię w czterdziestym roku za niedojrzałego jeszcze uważa. — Ba, całe klasy społeczne są niedojrzałe, bo słabe. — Całe narody wymagają obcej opieki, — też niedojrzałe, bo armat nie mają.
Bądź sobą i czujnie przyglądaj się dzieciom wówczas, gdy sobą być mogą. — Przyglądaj się i nie żądaj. — Bo nie zmusisz żywego, zaczepnego dziecka, by było skupione i ciche; nieufne i chmurne nie stanie się szczerem i wylanem; ambitne i oporne nie będzie łagodnem i uległem.
A ty sam?
Jeśli nie masz imponującej postawy i mocnych piersi, próżno starać się będziesz donośnym głosem uciszać hałas gromady. — Masz dobry uśmiech i cierpliwe spojrzenie — nic nie mów: może uspokoją się same? Szukaj własnej drogi.
Nie żądaj od siebie, byś był już poważnym, dojrzałym wychowawcą z buchalterją psychologiczną w sercu i kodeksem pedagogicznym w głowie. Masz cudownego sprzymierzeńca, czarodzieja — młodość, a wzywasz zrzędę — niedołęgę — doświadczenie.

9. Nie — co być powinno, a — co być może.
Chcesz być kochanym przez dzieci, ale musisz ugniatać je w ciasne, duszne formy współczesnego życia, współczesnej obłudy, współczesnej przemocy, — w sumiennej, obowiązkowej, nakazanej pracy. — One nie chcą, bronią się, muszą mieć żal do ciebie.
Chcesz aby były szczere i dobrze wychowane, gdy formy światowe są kłamliwe, a szczerość jest zuchwalstwem. — Czy wiesz, co myślał chłopiec, któregoś pytał wczoraj, czemu smutny? — Pomyślał: „odczep się odemnie“. — Już jest nieszczery; nie powiedział, co myśli; tylko usunął się niechętnie, i to nawet cię uraziło.
Nie należy się skarżyć, brzydkie są obmowy, — a jakże się wtajemniczysz w ich sprawy, bóle, grzechy?
Nie karać i nie nagradzać. A musi być i regulamin, i hasło, którego się mają słuchać. — Dzwonek musi zgromadzić wszystkie na obiad; a jeśli się spóźnią, nie przyjdą, nie zechcą?
Masz być wzorem. A jakże się ustrzeżesz swych wad, przywar, śmiesznostek? — Spróbujesz ukryć? — Napewno ci się to uda: im staranniej ukrywać będziesz, tem staranniej dzieci będą udawały, że nie widzą, nie wiedzą. I tylko najcichszym szeptem wyśmiewać cię będą.
Trudno, — nawet bardzo trudno, — zgoda!— Ale trudności ma każdy, ale rozwiązywać je można różnie. — Odpowiedź będzie tylko względnie dokładna. — Bo życie nie jest zbiorem arytmetycznych zadań, gdzie odpowiedź zawsze jedna, a sposobów rozwiązania co najwyżej — dwa.

10. Zabezpieczyć dzieciom swobodę harmonijnego rozwoju wszystkich władz duchowych, wydobyć pełnię ukrytych sił, wychowywać w czci dla dobra, piękna i wolności... Naiwny, — spróbuj. Społeczeństwo dało małego dzikusa, byś go ociosał, ułożył, uczynił łatwo strawnym, — i czeka. — Czeka państwo, kościół, przyszły chlebodawca. — Żądają, czekają, czuwają. — Państwo żąda państwowego patrjotyzmu, kościół kościelnej wiary, pracodawca uczciwości, a wszyscy przeciętności i pokory. — Zbyt mocne złamie, ciche sponiewiera, przewrotne niekiedy przekupi, biednemu zawsze drogę zagrodzi, — kto? — nikt, — życie.
Sądzisz, że dziecko — to drobna wartość. Sierota — pisklę wypadłe z gniazda; umrze, nikt nie dostrzeże, mogiła chwastem porośnie. — Spróbuj, — przekonasz się, — zapłaczesz. — Przeczytaj historję przytułku Prevost’a w wolnej, republikańskiej Francji.
Dziecko ma prawo chcieć, upominać się, żądać, — ma prawo wzrastać i dojrzewać, a dojrzawszy, rodzić owoce. — A celem wychowania: nie hałasować, nie drzeć trzewików, słuchać i wykonywać rozkazy, nie krytykować a wierzyć, że wszystkie mają wyłącznie jego dobro na celu.
Harmonia, rozlewność, swoboda, — to przykazanie: kochaj bliźniego. Rozejrzyj się po świecie, — uśmiechnij.

11. Nowy wychowaniec.
Ostrzygłeś, obciąłeś paznogcie, wykąpałeś, przebrałeś, — i już jest podobny do wszystkich.
Już nawet umie się kłaniać, nie mówi: „chcę“ tylko „proszę“; gdy wejdzie obcy, wie że należy pozdrowić. — Już na popisie zadeklamuje wierszyk, wytrze zabłocone obuwie; nie plunie na podłogę, używa chustki od nosa.
Nie łudź się, że przekreśliłeś w pamięci mroczne wspomnienia, złe wpływy, bolesne doświadczenia. Te czyste i czysto ubrane długo pozostaną zmięte, obolałe, spłowiałe, — są rany nieczyste, które miesiącami cierpliwie goić należy, i wówczas jeszcze pozostają blizny, gotowe zawsze znów ropieć.
Internat sierot jest kliniką, gdzie spotykasz wszelkie niedomagania ciała i duszy przy słabej odporności ustroju, gdzie chora dziedziczność opóźnia i przeszkadza zdrowieniu. I jeśli internat nie będzie uzdrowiskiem moralnem, grozi mu, że będzie ogniskiem zarazy.
Zamknąłeś drzwi internatu na wszystkie zasuwy, ale nie zdołasz, by nie przysączył się zły szept uliczny, by nie wcisnęły niefiltrowane i okrutne głosy, których nie zagłuszy paciorek morału. Wychowawca może opuścić oczy i udawać, że nie wie, ale dzieci tem złośliwiej będą wiedziały.

12. Powiadasz: zgadzam się na kompromisy, akceptuję ten materjał dzieci, jaki przynosi mi życie, uchylam czoła przed koniecznemi warunkami pracy, aczkolwiek są bardzo trudne. — Ale żądam swobody w drobiazgach, pomocy i ułatwienia w samej technice pracy.
Naiwny, nic żądać nie możesz.
Zwierzchnik zrobi ci zarzut, że na podłodze ponarzucane papierki, że mały roztrzepaniec nabił sobie guza, że fartuszki nie są dość czyste, a łóżka dość równo zasłane.
Chcesz usunąć dziecko, uznałeś to za konieczne dla dobra pozostałych. Proszą, aby go nie wydalać: może się poprawi?
Zimno jest w salach, a większość twych anemicznych dzieci ma odmrożone palce. Węgle, ciepło — są drogie, ale chłód je warzy fizycznie i duchowo. — Nie, dzieci trzeba hartować.
Dziwisz się, że z dwóch jajek wypada niepełna łyżka jajecznicy. Słyszysz opryskliwą odpowiedź, że to rzecz nie twoja.
Kolega napewno wiedział, gdzie jest klucz od szafy, może sam schował, umyślnie pozwolił szukać. — Gdy wychodzi wieczorem, zostawia sypialnię bez opieki, nie pozwala się wtrącać do swojej sali, do swoich dzieci.
Kaprys despotyczny i nieświadomość władzy, nieuczciwość administracji, zła wola i niesumienność towarzysza pracy. — Dodaj: prostactwo służby, awantura z praczką o zarzucone jakoby przez ciebie prześcieradło, z kucharką o przydymione mleko, ze stróżem o zadeptane schody.
Jeśli wychowawca znajdzie szczęśliwsze warunki pracy, tem lepiej. — Jeśli takie właśnie, niech się nie dziwi, nie oburza, — tylko rozumnie obliczy siły i energję — na dłuższą metę, niż pierwszych kilka miesięcy.

13. Internat z lotu ptaka.
Gwar, ruch, młodość, wesele.
Takie miłe państewko naiwnych małych ludzi.
Tyle dzieci, a tak czysto.
Harmonia uniformu odzieży, rytm śpiewu chóralnego.
Hasło, — milkną wszystkie. Modlitwa, — zasiadają do stołów. — Ani bójek, ani sprzeczek.
Przemknie miła buzia, migną uśmiechnięte oczy. Takie mizerne jedno — biedactwo.
Wychowawca łagodny, spokojny. — Przybiegło któreś z zapytaniem, — odpowiedział. Komuś zdala żartobliwie palcem pogroził, — zrozumiano i posłuchano. — Gromadka najwierniejszych otacza was zwartem kołem.
— Czy wam tu dobrze?
— Dobrze.
— Czy kochacie pana?
Uśmiechają się, kokieteryjnie pochylając głowy.
— Brzydko jest nie odpowiadać, gdy się pytają. Czy kochacie?
— Kochamy.
Miła praca, wdzięczne zadanie. Drobne troski, drobne potrzeby, — światek dziecięcy.
— Weźcie, to dla was pierniczki.
Grzecznie podziękowały. Żadne pierwsze nie wyciągnęło ręki.

14. Gościu przygodny, patrz raczej na te dzieci, które stoją zdala.
Gdzieś w cieniu jedno chmurne, palec ma owinięty szmatką. Dwoje starszych, szepcząc coś z ironicznym uśmiechem, bacznie śledzą was wzrokiem. Kilkoro zajętych nie wie nawet, że ktoś obcy przyszedł. Inne umyślnie udaje, że czyta, by się do niego nie zwrócono z konwencjonalnem pytaniem. — Inne korzysta, że wychowawca zajęty, wymyka się cichaczem, by bezkarnie zbroić.
Jest takie, które czeka niecierpliwie, aż pójdziesz, bo chce wychowawcę o coś zapytać. Inne właśnie się zbliża, bo chce być widziane. Inne czai się, by podejść ostatnie, by samo tylko być przy was, bo wie, że wychowawca powie: „to nasz śpiewak, to nasza mała gosposia, to ofiara tragicznej historji“.
Pod jednaką odzieżą sto różnych serc bije, a każde z nich — inna trudność, inna praca, inna troska i obawa.
Sto dzieci — stu ludzi, którzy nie kiedyś tam, nie jeszcze, nie jutro, ale już... teraz... dziś są ludźmi. Nie światek, a świat, nie — drobnych, a doniosłych, nie niewinnych, a ludzkich — wartości, zalet, przywar, dążeń, pragnień.
Zamiast się pytać, czy kochają, zapytaj raczej, czem się to dzieje, że słuchają, że jest porządek, program i ład.
— Niema kar...
— Kłamstwo.

15. Jakie są twe obowiązki? — Czuwać. — Jeśli chcesz być dozorcą, możesz nie robić nic. Jeśli jesteś wychowawcą, masz szesnastogodzinny dzień roboczy, bez przerw, bez świąt, dzień złożony z pracy, nie dającej się ani określić, ani dostrzedz, ani skontrolować, ze słów, myśli, uczuć, którym imię — tysiąc. — Zewnętrzny ład, pozorne dobre ułożenie, tresura na pokaz — wymagają tylko twardej ręki i licznych zakazów. I dzieci są zawsze męczennikami obawy o ich rzekomą pomyślność; najcięższe krzywdy mają w tej obawie swe źródło.
Wychowawca wie równie dobrze, jak dozorca, że uderzone w oko dziecko może oślepnąć, że grozi mu zawsze złamanie ręki, lub zwichnięcie nogi, ale pamięta, że liczne są wypadki, gdy dziecko omal nie postradało oka, ledwo nie wypadło z okna, silnie stłukło i mogło złamać nogę, podczas gdy rzeczywiste nieszczęścia są stosunkowo rzadkie, a co ważniejsze — zabezpieczyć przed niemi nie można.
Im mizerniejszy poziom duchowy, bezbarwniejsze moralne oblicze, większa troska o własny spokój i wygodę, tem więcej nakazów i zakazów, dyktowanych pozorną troską o dobro dzieci.
Wychowawca, który nie chce mieć przykrych niespodzianek, nie chce ponosić odpowiedzialności za to, co się stać może, — jest tyranem dzieci.

16. Tyranem stanie się wychowawca, dbały o moralność dzieci.
Chorobliwa podejrzliwość tak dalece zajść może, że już nie dzieci różnej płci, nie każdych dwoje dzieci, które usuną się na stronę, ale własne ręce dziecka uważać będziemy za wroga.
Jakiś bezimienny ktoś gdzieś kiedyś podyktował zakaz trzymania rąk pod kołdrą.
— Kiedy mi zimno, kiedy się boję, zasnąć nie mogę.
Jeżeli w pokoju jest ciepło, ono nietylko ręce, — całe się odkryje. Jeżeli jest śpiące, zaśnie po pięciu minutach. — Ileż podobnie bezmyślnych podejrzeń, opartych na nieznajomości dziecka...
Zauważyłem raz jak paru starszych chłopców, szepcząc coś tajemniczo, prowadzili do klozetu malców, którzy po pewnym czasie powracali zmięszani do sali. — Wiele wysiłku mnie kosztowało, żem nadal siedział i pisał spokojnie. — A zabawa była niewinna. — Oto jeden z chłopców (pracuje u fotografa) zasłonił fartuchem pudełko od cygar; pragnących się fotografować ustawiał pod kranem, umieszczonym w ścianie klozetu, i gdy ci z miłym wyrazem twarzy nieruchomo oczekiwali na zdjęcie, na hasło: „trzy“ — puszczano im strumień zimnej wody na głowy.
Doskonała lekcja rozumnej ostrożności dla malców; zlani wodą, na pierwsze tajemnicze szepnięcie, nie pójdą drugi raz do klozetu.
Wychowawco, który zbyt jednostronnie czuwasz nad moralnością dzieci, obawiam się, że sam nie jesteś w porządku.

17. Teoretyk dzieli dzieci na kategorje według temperamentów, typów umysłowych, upodobań, — praktyk zna przedewszystkiem dzieci dogodne i niedogodne, — przeciętne, któremi nie trzeba się zajmować, i wyjątkowe, które wiele pochłaniają czasu.
Niedogodne: najmłodsze, poniżej przeciętnego wieku, najstarsze — krytyczne i oporne; niedołężne, rozlazłe i słabowite, gwałtowne i natrętne.
Dziecko, które już nuży, które wyrosło z rygorów internatu, które upokarza ogólny regulamin sypialni, jadalni, modlitwy, zabawy, spaceru.
Dziecko, któremu z ucha płynie materja, wrzód się zrobił, paznokieć się obiera, oczy łzawią, głowa boli, gorączkuje, kaszle.
Dziecko, które powoli się ubiera, myje, czesze, je. Jego łóżko ostatnie zasłane, ręcznik ostatni zawieszony, na jego talerz czy kubek czekać trzeba; ono opóźnia sprzątanie sypialni, uprzątnięcie stołu, odesłanie naczyń do kuchni.
Dziecko, które co chwila zwraca się z zapytaniem, skargą, pretensją, płaczem, nie lubi towarzystwa dzieci, natrętnie garnie się do ciebie, zawsze czegoś nie wie, o coś prosi, coś mu potrzebne, ma coś ważnego do powiedzenia.
Dziecko, które szorstko odpowiedziało, obraziło kogoś z personelu, pokłóciło się, pobiło, rzuciło kamieniem, umyślnie złamało lub podarło, powiada, że nie chce.
Wrażliwe i kapryśne, któremu bolesna jest drobna uwaga, chmurne spojrzenie, chłodna obojętność za karę.
Miły psotnik, który ci zapcha kamykami umywalkę, będzie się huśtał na drzwiach, odkręci kran, zasunie szyber, odśrubuje dzwonek, ścianę zamaże niebieskim ołówkiem, gwoździem porysuje parapety okien, na stole wytnie litery. Zabójczo wynalazczy a nieobliczalny.
To są rabusie twego czasu, tyrani twej cierpliwości, ferment twego sumienia. — Walczysz z niemi, a wiesz, że nie ich wina.

18. O szóstej dzieci wstają. — Masz im powiedzieć tylko: „dzieci, wstańcie“, — nic więcej.
W samej rzeczy, jeśli stu dzieciom powiesz, żeby wstały, ośmdziesiąt dogodnych wstanie, ubiorą się, umyją, gotowe na nowe hasło rannego śniadania. Ale ośmiorgu musisz dwa razy powtórzyć, pięciorgu trzy razy, — by wstały. — Na troje musisz krzyknąć. — Dwoje musisz obudzić. — Jedno głowa boli: chore, a może udaje?
Dziewięćdziesiąt dzieci się ubiera, ale dwojgu musisz dopomódz, bo nie zdążą. — Jednemu zarzuciła się podwiązka, jedno ma odmrożony palec i nie może ubrać się w trzewik. Jednemu zrobił się supeł na sznurowadle. Ktoś komuś przeszkadza przy słaniu łóżka. Ktoś nie chce dać mydła, inny pcha się lub pryska przy myciu, zamienił ręcznik, nalewa na podłogę. Ubrał prawy trzewik na lewą nogę, nie może zapiąć fartucha, bo guzik się urwał; ktoś zabrał bluzkę, przed chwilą była. — Ktoś płacze: to jego miska, on się w niej zawsze myje; ale tamten pierwszy dziś przyszedł.
Ośmdziesiąt dzieci nakarmiłeś pięciu minutami czasu, dziesięcioro połknęło po minucie, a dwojgiem zajęty byłeś prawie pół godziny.
To samo będzie jutro, tylko inne coś zgubi, inne niedomagać będzie, inne źle łóżko pościele.
To samo będzie za miesiąc, za rok, za pięć lat.

19. Miałeś powiedzieć tylko: „dzieci, wstańcie“, — nic więcej. A jednak nie zdążyłbyś.
Nie zdążyłbyś, gdyby jedno z dogodnych dzieci nie znalazło zarzuconej podwiązki czy bluzki, drugie nie przyniosło zapasowego pantofla dla odmrożonej nogi, trzecie nie rozwiązało supła.
Bo podwiązka była tak ukryta, że trzeba było wleźć po nią pod łóżko, pantofel trzeba przynieść z odległego pokoju, a nad supłem pracował twój zastępca długo, zrazu pazurem, potem zębem, potem gwoździkiem, który wczoraj znalazł, wreszcie pożyczonem dla tego celu szydełkiem.
Nie możesz nie dostrzedz, że jedno z dzieci częściej gubi, drugie częściej znajduje, jedno robi supły, drugie rozwiązuje. Jedno często niedomaga, drugie zawsze zdrowe. Jedno wymaga pomocy od ciebie, drugie ją okazuje. — Przypuśćmy, że nie żywisz żalu do pierwszych, nie czujesz wdzięczności dla drugich.
Ale oto dziś z trudem wstaje to, które wieczorem rozmawiało długo w sypialni. Ale młodsze lepiej posłało łóżko, niż starsze. Ale to, które boli gardło, piło wodę z kranu, choć uprzedzałeś, że woda zimna, a ono spocone. — Sam się domyśl, co wówczas powiesz, choć wiesz, rozumiesz, godzisz się, przebaczasz.
Bo im więcej tych niedogodnych, tem więcej z szesnastu godzin dziennej pracy pochłonie dreptanie, krzątanie się, zrzędzenie, a mniej pozostanie na to, co podniosłe, szczytne, — czytaj: „wychowawca powinien“.
Mniej czasu i mniej sił...

20. Pomoc, okazywana wychowawcy przez dzieci, może być zupełnie bezinteresowna. Pomaga, bo chce, pomaga, bo dziś chce, za jutro nie odpowiada.
Ale taki pomocnik, kapryśny, ambitny i uczciwy, nie każdej czynności się podejmie. Łatwo się zniechęci, gdy napotka nieoczekiwane trudności, obrazi się, gdy wychowawca okaże niezadowolenie, ma wątpliwości, więc pyta się, żąda kontroli i wskazówek. Nie narzuci się z naprzykrzoną pomocą; trzeba go wyszukać, ośmielić, zachęcić; gdy go poprosić, zrobi chętnie, gdy nakazać, nie zechce. Nie można na nim polegać, bo zawieść może, gdy najpotrzebniejszy.
Dozorca znajdzie bez trudu innego pomocnika wśród dzieci. Sprytny, energiczny, bezczelny, fałszywy i interesowny, sam narzuci się z pomocą, odepchnięty powróci, w potrzebie z pod ziemi wyrośnie, odgadnie ze spojrzenia życzenie, każde polecenie spełni, wszystkiego się podejmie.
Jeśli źle wykona, wykręci się, skłamie, zgromiony uda pokorę. Zawsze zaraportuje: „wszystko w porządku“.
Jeśli nie zgłębiając „drobnych“ spraw i trosk dzieci, wychowawca niesumienny, nieudolny lub wyczerpany, takiemu dziecku — dyżurnemu odda swą władzę, dyżurny wyręczy, zastąpi go bez trudu. Z dziecka, które poszuka, zawoła, przyniesie, sprzątnie, dopilnuje, przypomni, — wie, słyszało, powie, — stanie się wkrótce istotnym zastępcą.
To nie lizuch niewinny szkoły, to groźny feldfebel internatu — koszar.

21. Dyżurnemu łatwiej radzić sobie z gromadą, niż dorosłemu. — Bo dozorca jeśli uderzy, to nie z całej siły, jeśli zagrozi, to z pewnym powściągiem, jeśli ukarze, to za przewinienie. — A dziecko — dozorca uderzy nie w plecy, ale w głowę lub w brzuch, bo tak więcej boli, zagrozi nie karą, a czemś pozornie naiwnem: „poczekaj, jak będziesz spał w nocy, to cię zarznę sprężynowym nożem“, z najzimniejszą krwią oskarży niewinnego i zmusi do przyznania niepopełnionego przestępstwa: „powiedz, że ty zjadłeś, wziąłeś, złamałeś“, — i malec drżąc powiada: „ja złamałem, ja ukradłem“.
Szary ogół dzieci boi się jego więcej, niż wychowawcy, bo dyżurny wie wszystko, bo jest z nimi ciągle. Oporni nienawidzą, rzadko mszczą się, częściej przekupują.
Teraz mały tyran ma już pomocników, zastępców. Już sam nic nie robi, tylko rozkazuje, donosi na opornych i — odpowiada za wszystko przed władzą.
Trzeba dobrze odróżniać: to nie faworyt, nie ulubieniec, to istotny pomocnik, totumfacki, zausznik. — On dba o wygodę pana, pan go toleruje, — choć wie, że kłamie, oszukuje, wyzyskuje, ale bez niego obejść się nie może, a zresztą — czeka na lepszą posadę.

22. Podstępne i tajemnicze pogróżki zastępują zabronione bójki, jawne i hałaśliwe:
— Poczekaj, ja panu powiem. Poczekaj, dam ja ci już w nocy.
To magiczne zaklęcia, któremi sprytny a przewrotny zmusi do milczenia, uległości, pokory — młodsze, słabsze, głupsze, uczciwe.
Klozet i sypialnia — dwa wolne tereny, gdzie wymieniają się tajemnice, gdzie koncentruje się konspiracyjne życie internatu. — I mylą się wychowawcy sądząc, że sypialnia i klozet wymagają tylko jednostronnej czujności.
Znam wypadek, gdy chłopiec w nocy przypełznął do łóżka wroga i szczypał go, targał za uszy, za włosy, ostrzegając:
— Cicho bądź, jak krzykniesz i pana obudzisz, to cię wyrzucą.
Znam wypadek, gdy chłopcu umyślnie w nocy nalewano wodę do łóżka, aby mu dozorca podłożył hańbiącą ceratę.
Znam wypadek, gdy dyżurny mocno, do krwi obcinał paznogcie nielubianym towarzyszom. — Inny dyżurny umyślnie zrobił zimną kąpiel chłopcu, z którym się gniewał.
Teror złych sił może się zakorzenić w internacie, zatruwając atmosferę, szerząc epidemje moralne, kalecząc i pustosząc. — I dopiero w atmosferze kłamstwa, wymuszania, zatajania, ucisku, przemocy, cichych rozpraw, fałszywych denuncjacyj, strachu i milczenia, w atmosferze, przesyconej miazmatami moralnego gnicia, powstają epidemje samogwałtu i kryminalnych czynów.
I wychowawca wpadłszy do podobnej kloaki, ucieka, a jeśli uciec nie może, zataja.

23. Rychło dzieci dostrzegą, że dozorca ukrywa przed zwierzchnością, że te zyskują jego względy, które zdobyły pochwałę, narażają na niechęć, gdy z ich winy dozorca usłyszał cierpką uwagę.
Między dozorcą i dziećmi zawiera się cichy układ: będziemy wspólnie udawali, że dzieje się najlepiej, będziemy ukrywali, gdy stanie się „coś takiego“.
I już do uszów naczelnego kierownika w jego zacisznej kancelarji dochodzi niewiele, a poza mury zakładu nie przedostaje się nic. — Dzieci popełniają szereg niedozwolonych i karygodnych czynów, on toleruje je przez nieudolne lub złośliwe niedbalstwo.
Może dlatego dzieci internatu są tak nieśmiałe i milczące, odpowiadają chętnie tylko na banalne pytania: „czy ci dobrze, czy jesteś posłuszny“, i zachowują dyskretne milczenie, gdy „mogą się wydać“. Może dlatego internat nosi cechę jakichś złych tajemnic, a rozmowa z dzieckiem, które raz w raz porozumiewa się wzrokiem z wychowawcą, jest krępująca i niemiła?...
W trzeciej części tej książki opowiem, jak w organizacji Domu Sierot zabezpieczyliśmy pomoc dzieci bez obawy złych następstw, jak wprowadziliśmy jawność w życie internatu.

24. Dzień szarej troski i żmudnej krzątaniny ma swe dzieci dogodne i niedogodne, ma je i dzień pokazu, uroczystego jarmarku.
Dla wychowawcy, który prowadzi śpiewy, dogodne dziecko o najdźwięczniejszym głosie, dla wychowawcy — gimnastyka najzręczniejsze. Pierwszy myśli o popisowym chórze, drugi o publicznym turnieju.
Dzieci zdolne, układne, śmiałe czynią honory domu podczas galowej wizyty, dobrze reprezentują instytucję, dobrze świadczą o wychowawcy, a ładne — poda bukiet dostojnej osobie.
Czy wychowawca może nie być im wdzięczny? — Cóż z tego, że zaśpiewał, zagrał na skrzypcach, z fantazją odegrał swą rolę w komedyjce? — To nie jego zasługa. — I pełen skrupułów uczciwy wychowawca, gwałt sobie zadając, ukrywa miłe wzruszenie.
Czy słusznie? — Czy udana obojętność zdoła oszukać, a jeśli oszuka, czy nie krzywdzi? Dla dziecka jest to dzień ważny, uroczysty, pamiętny, — trochę oszołomione, więcej przestraszone, wśród obcych, licznych dostojnych, — biegnie do tego, kto mu bliski, bo ceni jego pochwałę przedewszystkiem, domaga się jej, ma prawo...
Nie pozwól im się panoszyć, ale musisz wyróżnić...
A co się wówczas stanie z przepisem o bezwzględnej równości wszystkich dzieci? — Ależ ten przepis jest kłamstwem.

25. Wychowawca-praktyk ma dzieci, które mu dają miłe wzruszenia, wynagradzają za poniesione trudy, które są dziećmi niedzieli jego własnej duszy, — ukochane zupełnie niezależnie od wartości i pożytku, który przynoszą.
Miłe, bo ładne; miłe, bo pogodne, bo wesołe, bo wdzięczne, bo uśmiechnięte; miłe, bo ciche, poważne, skupione i chmurne; miłe, bo małe, niedołężne i roztargnione; miłe, bo krytyczne, śmiałe i pełne buntu.
Zależnie od duchowego oblicza i ideałów wychowawcy, różnym różne są bliskie, drogie.
Jedno imponuje energją, drugie rozrzewnia dobrodusznością, trzecie budzi wspomnienia własnego dziecięctwa, czwarte rzewną troskę o jego przyszłość, w piątem budzi lęk jego górny lot, w szóstem pokorna lękliwość. A zpośród tych wielu miłych jedno kochasz, jak istotę najbliższą, której najlepiej życzysz, której łzy najbardziej cię bolą, o której życzliwość najbardziej zabiegasz, które — pragniesz, by o tobie nie zapomniało.
Jak to się stało, — kiedy? — Nie wiesz. — Przyszło nagle — bez motywów — nieoczekiwanie, — jak miłość.
Nie ukrywaj: uśmiech, ton głosu, spojrzenie cię zdradzą.
A pozostałe dzieci? — Nie obawiaj się, nie będą miały żalu; i one mają ulubieńców.

26. Młodzi i tkliwi wychowawcy skłonni są pokochać to najcichsze, zalęknione w tłumie, o smutnych oczach i tęsknej duszy. Ku tym zapomnianym, w cieniu, zwracają się gorącem uczuciem, pragną zdobyć ich zaufanie, czekają na zwierzenia. — Co czuje, o czem myśli ten anioł o znużonych skrzydłach?
Ogół dzieci się dziwi. Za co kochać, kiedy on taki głupi. Ulubieńca, którego dawniej omijano, jako zero, co najwyżej popchnięto, gdy stał na drodze, teraz świadomie i celowo prześladują. Zazdroszczą, bo wybór wypadł niefortunnie.
Wychowawca rozpoczyna nierówną walkę o ulubieńca — i przegrywa. — Poznawszy błąd, stara się go zlekka, nieznacznie odsunąć od siebie. — Zrozumiało, odeszło, patrzy smutnie jakby z wyrzutem, swemi wilgotnemi oczami. — Wychowawca cierpi: gniewa się na siebie i na dzieci.
Poeto, gdybyś wiedział, że to poetyczne dziecko ma jedną tylko tajemnicę w wielkich oczach z długiemi rzęsami, — tajemnicę gruźliczego obarczenia, — możebyś zamiast czekać na zwierzenia, — czekał raczej na kaszel, zamiast pocałunków, dawał tran z gwajakolem. I jemu i sobie i dzieciom oszczędziłbyś wielu chwil przykrych.

27. Bywa, że pokochałeś dziecko bez wzajemności. Ono chce bawić się w piłkę, w wyścigi, w wojnę, — ty pragniesz je pogłaskać, przytulić, popieścić. To gniewa je, niecierpliwi, upokarza, — i albo usuwa się od zbędnych czułości, albo — zarzuca ręce na szyję i prosi o nowe ubranie. — To twoja wina, nie jego.
Bywa, że o względy jednego dziecka ubiega się parę osób personelu; wówczas mały faworyt lawiruje przebiegle, by nie urazić nikogo. Bo ty pozwalasz mu później spać chodzić, gospodyni zamieni podarte pończochy, a kucharka poczęstuje jabłkiem lub rodzynkami.
Bywa, że dziecko zmysłowe, lub zdeprawowane znajduje zadowolenie w pieszczocie. Lubi głaskać rękę, bo taka mięciutka, powie, że twoje włosy pachną, pocałuje w ucho lub w szyję, lub w każdy po kolei kochany paluszek. Miej oczy szeroko otwarte: to są pieszczoty lubieżne.
Uczucia erotyczne żyją w dziecku. Natura przepisała życiu wzrost i rozmnażanie; prawo to obejmuje człowieka, zwierzę, roślinę. Uczucie seksualne nie wyrasta nagle i z niczego; ono drzemie jeszcze, ale cichy jego oddech już słyszysz. Są i ruchy, i uściski i pocałunki i zabawy dzieci skrycie lub jawnie zmysłowe.
Ale wychowca nie ma potrzeby wznosić oczów ku niebu, ani rąk składać w zdumieniu, ani odżegnywać się z oburzeniem.
Daj życiu dziecka rozpęd, by się nie nudziło, pozwól mu biegać i hałasować, spać tyle tylko, ile zechce; a uczucie seksualne będzie kiełkowało spokojnie, nie brudząc ani szkodząc.

28. Badawcze oko nauki dostrzegło pierwiastek seksualny w uczuciu rodziców. Matka, która karmi niemowlę, ulega mu w równej mierze, jak ojciec, gdy tuli do ust zimne ręce martwej dzieciny.
Niewinne pogłaskanie dziecka po twarzy lub włosach, okrycie kołderką, nawet modlitwa o jego szczęście, gdy śpi cicho, u wezgłowia jego kołyski, — jest normalnym przejawem zdrowego erotycznego uczucia, a pozostawienie dziecka pod opieką służby, znajdowanie wyższego zadowolenia w czczej kawiarnianej gawędzie, jest jego zwyrodnieniem.
Dla zwyrodniałych, stępionych zmysłów, uczucia te są zbyt łagodne i już nieuchwytne. Tu matka musi obsypać pocałunkami nóżki, plecki i brzuszek dziecka, by doznać uczucia, które zdrowej matce daje lekkie dotknięcie. Nie wystarcza uczciwe — zmysłowe, pożąda — lubieżnego.
Dziwisz się, — może nie chcesz wierzyć? Może powiedziałem to, co przeczuwałeś, podejrzewałeś, ale odrzucałeś gniewnie?
Bo nie wiesz, że instynkt rozrodczy w jego różnolitych drgnieniach oscyluje między najwznioślejszem twórczem natchnieniem i najhaniebniejszą zbrodnią.
Z uczucia, które żywisz dla dzieci, musisz zdać sobie sprawę i czuwać nad niem, bo ciebie, który nie tylko wychowujesz, ale jesteś i wychowańcem dzieci, też same dzieci mogą zdeprawować.
Cztery ściany domu, szkoły, internatu — kryją mroczne tajemnice. Niekiedy skandal kryminalny oświetli je błyskawicą na chwilę. I znów ciemność.
W uprawnionych gwałtach, jakich się dopuszcza współczesne wychowanie na duszach dzieci, — w niewoli, tajemnicy i bezapelacyjnej władzy, — muszą kryć się i swawola i zbrodnia.

29. Wychowawca-apostoł. Przyszłość narodu. Szczęście przyszłych pokoleń.
Ale gdzie w tem moje własne życie? moja własna przyszłość, moje własne szczęście, moje własne serce?
Rozdaję myśli, rady, ostrzeżenia, uczucia, rozdaję szczodrze. Gdy co moment podchodzi inne dziecko, z coraz innem żądaniem, prośbą lub pytaniem, zabierając czas, myśl, wzruszenie, — czujesz niekiedy boleśnie, że będąc słońcem tej gromady, sam stygniesz, że świecąc, sam tracisz promień po promieniu.
Wszystko dla dzieci, a co dla mnie?
One krzepną w wiadomości, doświadczenie, wskazania moralne, gromadzą zapasy, — ja tracę. — Jak nadal gospodarzyć zasobem własnych sił duchowych, by nie okazać się bankrutem?
Przypuśćmy, że wychowawca nie ma własnej młodości, która wzywa o prawa, rodziny, która go skuwa, trosk materjalnych, które niepokoją, fizycznych niedomagań, które dolegają. — Cały oddany świętej sprawie wychowania, musi mieć uczucie. — Jak je ocalić od rozbicia?
I gdy wraca do domu, który ma być jego domem, nie mogąc serdecznie przywitać wszystkich, czy nie ma prawa uśmiechnąć się do jednego? Gdy opuszcza wieczorem sypialnię, nie mogąc wszystkich czule pożegnać, czy bodaj niekiedy nie ma prawa to jedno czy dwoje wyróżnić oddzielnem; „śpij synuś, śpij mały urwisie“. Czy gromiąc za drobne przewinienie, nie ma prawa wyraźniej przebaczać spojrzeniem, gdy czyni gorzkie wyrzuty?
Jeśli się nawet myli, nie najcenniejsze wybrał, cóż z tego? — Miłe wzruszenia, które ono daje, pokryje szeregi przykrych; otrzymanym od kochanego uśmiechem obdzieli wiele.
Może są wychowawcy, którym wszystkie dzieci są jednakowo obojętne lub nienawistne, ale niema takich, którym wszystkie byłyby jednakowo miłe i drogie.

30. Przypuśćmy bezwzględną równość. Niema dogodnych ani niedogodnych, miłych ani niemiłych. Dla wszystkich jednakowe kawałki chleba i porcje zupy, jednakowa ilość godzin snu i czuwania, jednakowa surowość i pobłażanie, — bezwzględny uniform odzieży, porcji, regulaminu, uczucia. Mimo jawną niedorzeczność, przypuśćmy, że tak być powinno. — Żadnych przywilejów, żadnych wyjątków, żadnego wyróżnienia, — bo to psuje.
I wówczas nawet wychowawca ma prawo postępować błędnie, ponosząc konsekwencje popełnianych błędów.
Listy Pestalozzego o pobycie w Stanz to najpiękniejsze dzieło wychowawcy praktyka.
.....„jeden z mych najulubieńszych wychowańców nadużył mej miłości i pozwolił sobie na niesprawiedliwą groźbę względem drugiego; to mnie wzburzyło; dałem mu uczuć swe niezadowolenie dość surowo“.
Dziw: wielki Pestalozzi miał ulubieńców, unosił się gniewem...
Albo nadmiarem zaufania, albo zbytkiem pochwał, zbłądził; i sam w pierwszym rzędzie został ukarany: zawiódł się.
Niekiedy zdumienie ogarnia, jak szybko dotkliwie odpokutować musi wychowawca za popełnione błędy. — Niech czujnie je koryguje.
Niestety, niekiedy w najważniejszych zagadnieniach nie może.

31. Nie hałasować!
Dzieci wyładowują tylko część energji, którą mają w gardle, w płucach, w duszy, tylko część krzyku, który mają w mięśniach. Posłuszne, dławią go do możliwych granic.
— Cicho, — jest hasłem klasy szkolnej.
— Nie wolno hałasować podczas obiadu.
— Nie hałasować w sypialni.
Dzieci hałasują aż do wzruszenia cicho, biegają aż do łez ostrożnie aby nie odsunąć stołu, — wymijają się wzajemnie, ustępują — byle nie wynikła sprzeczka, byle się coś nie stało; bo znów usłyszą nienawistne: „tylko bez hałasów“.
Nie wolno i na podwórku krzyczeć, bo niepokoją sąsiadów. — A jedyną ich winą, że każdy metr ziemi w mieście drogo kosztuje.
— Nie jesteście w lesie, — cyniczna uwaga, brutalne znęcanie się nad dzieckiem, że nie może być tam, gdzie być powinno.
Pozwólcie im się rozbiegnąć po łące, a nie będzie wrzasku, jeno miły szczebiot ludzkiego ptactwa.
Jeśli nie wszystkie, to znaczna większość dzieci lubi ruch i wrzawę, od swobody ruchu i krzyku zależne jest ich zdrowie fizyczne i moralne. — A ty wiedząc o tem, musisz upominać:
— Siedźcie spokojnie — i cicho.

32. Popełniasz zawsze i konsekwentnie błąd zwalczania — słusznego uporu dziecka.
— Ja nie chcę!
Nie chcę iść spać, bo choć zegar wydzwonił godzinę, wieczór pachnie, uśmiecha się skrawkiem gwiazdami usianego nieba. — Nie chcę iść do szkoły, bo pierwszy śnieg spadł w nocy i tak wesoło na świecie. — Nie chcę wstać, bo zimno, smutno. — Wolę nie jeść obiadu, byle skończyć partję palanta. — Nie przeproszę nauczycielki, bo ukarała niesprawiedliwie. — Nie chcę robić zadania, bo czytam Robinsona. — Nie włożę krótkich spodni, bo się śmiać będą.
Musisz.
Bywają rozkazy, które wydajesz, bo tobie rozkazano, gniewnie, a bez przekonania; a nie spełnić nie wolno.
Słuchaj się już nietylko mnie, który waży każdy nakaz, zanim go oznajmi, ale i tych licznych a bezimiennych, których prawa są okrutne i niesprawiedliwe.
— Ucz się, szanuj, wierz!
— Nie chcę, to krzyk duszy dziecka, a musisz go tępić, bo nie w lesie a w społeczeństwie żyje człowiek współczesny.
Musisz, — inaczej będzie chaos.
Im łagodniej upór zdławisz, tem lepiej, im szybciej i gruntowniej, tym mniej boleśnie zabezpieczysz konieczną karność gromady, — osiągniesz minimum koniecznego porządku. — A biada ci, jeśli łagodny — uczynić tego nie zdołasz.
Bez organizacji, w rozprzężeniu, tylko nieliczne, wyjątkowe dzieci rozwijać się mogą pomyślnie, dziesiątki się zmarnują.

33. Są błędy, które popełniać będziesz zawsze, bo jesteś człowiekiem, nie maszyną.
Smutny, znużony, cierpiący, rozgoryczony, dostrzegasz w dziecku cechę, która dorosłych czyni złymi i szkodliwymi: fałsz, chłodne wyrachowanie, brzydką wyniosłość, mizerny podstęp, drapieżną zachłanność, — czy nie postąpisz zbyt porywczo?
Nie zgadza mi się rachunek. Co chwila wchodzi inne dziecko, choć wstęp do kancelarji jest dzieciom względnie wzbroniony. Ostatni wchodzi chłopczyna, niosąc mi w podarku bukiecik: bukiet wyrzucam przez otwarte okno, jego za ucho wyprowadzam za drzwi.
Poco mnożyć przykłady nierozumnych i brutalnych postępków...
Ale dziecko wybaczy. Obrazi się, rozgniewa, — pomyśli — i bardzo często sobie ufnie przypisze winę. — Kilkoro wrażliwszych będzie cię unikało, gdy jesteś zły lub zajęty. — Wybaczą, gdy znają życzliwość.
To nie jakaś nadprzyrodzona intuicja dziecka, że wie, kto je kocha, — a czujność istoty zależnej, która musi gruntownie poznać, bo w twoich rękach jej pomyślność spoczywa. Podobnie urzędnik — niewolnik tak długo przygląda się i rozmyśla o szefie, aż pozna jego wszystkie zwyczaje, upodobania, humory, drgnienie warg, ruch ręki, błysk oczu. — I wie, kiedy poprosić o podwyżkę lub urlop, i czeka niekiedy cierpliwie długie tygodnie na odpowiednią chwilę. — Dajcie im niezależność, stracą tę spostrzegawczość.
Dziecko wybaczy nietakt, niesprawiedliwość, ale nie przywiąże się do wychowawcy, — pedanta lub oschłego despoty. A każdy fałsz odtrąci z niechęcią lub wydrwi.

34. Nie uda się uniknąć błędów, które płyną z nałogu utartych słów, ogólnie przyjętych czynów, ze zwykłego stosunku do dzieci, jako istot niższych, niepoczytalnych, uciesznych w swem naiwnem niedoświadczeniu.
Lekceważąco, żartobliwie, protekcyjnie odnosić się będziesz do ich trosk, życzeń, pytań, — zawsze któreś urazisz boleśnie.
Ono ma prawo żądać szacunku dla swego smutku, choćby nim była strata kamyka, życzenia, choćby niem był spacer bez palta, gdy mróz na dworze, pytania pozornie niedorzecznego. — Ty nie bierzesz udziału w stracie, krótkiem: „nie można“ odrzucasz prośbę, jednem: „głuptas jesteś“ przecinasz wątpliwości.
Czy wiesz, dlaczego chłopiec chciał wziąć pelerynę w dzień upalny? — Bo ma brzydką łatę na kolanie pończochy, a w ogrodzie będzie dziewczynka, którą kocha...
Nie masz czasu, nie możesz ciągle czuwać, zastanawiać się, odszukiwać ukrytych motywów jawnie bezsensownego życzenia, wtajemniczać w niezbadane obszary dziecięcej logiki, fantazji, poszukiwań prawdy, — naginać się do jego dążeń i upodobań.
Te błędy będziesz popełniał, bo nie błądzi ten tylko, kto nic nie robi.

35. Jestem porywczy. Ani olimpijski spokój, ani filozoficzna równowaga nie są moim udziałem. — To źle. — Cóż kiedy nie mogę?
Gdy zostanę zwymyślany jak ekonom przez pana — życie, gniewam się, że niewolnik — dziecko nie rozumie, z jakim trudem zdobywam dla niego o jedno ogniwo dłuższe, o gram lżejsze kajdany. — Widzę opór tam, gdzie mi nie wolno ustąpić, i jako urzędnik mówię: musisz, a jako przyrodnik: nie możesz. — To, parobek, złoszczę się, że bydło lezie w szkodę, to człowiek, cieszę się, że dzieci — żyją. — Jestem naprzemian klucznikiem więzienia, pilnuję nakazanego przez cyrkularz porządku, to równy między równymi, niewolnik wśród towarzyszy, buntuję się przeciw prawu — despocie.
Gdy uderzę łbem w zagadnienie, wobec którego jestem niemocen, gdy słyszę zapowiedź groźnych zjawisk, którym zapobiec nie mogę, sam będąc już lękiem i przewidywaniem, widząc ich beztroskliwość i ufność, czuję gniew bólu lub serdeczną życzliwość.
Gdy dostrzegę w dziecku nieśmiertelną iskrę bogom wykradzionego ognia, błysk myśli niekarnej, dostojność gniewu, poryw zapału, smutek jesienny, słodycz ofiarną, — lękliwą dostojność, dzielne, radosne, ufne, zaczepne poszukiwanie przyczyn i celów, mozolne próby, groźny odruch sumienia, — przyklękam kornie, bom gorszy, słaby i tchórz.
Czemże wam jestem, jeśli nie balastem wolnego lotu, pajęczyną waszych barwnych skrzydeł, nożycami, które mają krwawy obowiązek ścinania bujnych pędów?
Stoję wpoprzek waszej drogi, lub drepczę bezradnie, zrzędzę, dokuczam, przemilczam, przekonywam nieszczerze — bezbarwny i śmieszny.

36. Dobrzy od złego różnią się wychowawcy tylko ilością popełnianych błędów, wyrządzanych krzywd.
Są błędy, które dobry wychowawca popełnia tylko raz, a oceniwszy krytycznie, nie ponawia, długo błąd popełniony pamięta. Jeśli postąpi niesłusznie, nietaktownie — w znużeniu, wszystkie wysiłki skieruje ku temu, by zmechanizować drobne, a dokuczliwe czynności, bo wie, że źle się dzieje, bo nie ma dość czasu. Zły wychowawca winę własnych pomyłek przypisuje dzieciom.
Dobry wychowawca wie, że warto myśleć nad drobnym epizodem, bo w niem się kryje zagadnienie, — nie lekceważy.
Dobry wie, co robi na żądanie tryumfującej władzy, panującego kościoła, mającej moc tradycji, przyjętego zwyczaju, pod żelaznym nakazem warunków. Wie, że nakaz ma o tyle tylko dobro dzieci na celu, że uczy je naginać się, ulegać, obliczać, przyucza do kompromisów przyszłości, gdy dorosną.
Zły wychowawca sądzi, że dzieci w samej rzeczy powinny nie hałasować, nie plamić ubrań, sumiennie wykuwać gramatyczne formułki.
Rozumny wychowawca nie dąsa się, że nie rozumie dziecka, ale rozmyśla, poszukuje, wypytuje dzieci. One go pouczą, by ich nie urażał zbyt dotkliwie, — byle chciał się uczyć.

27. „U mnie niema kar“, — mówi wychowawca, i niekiedy sam nie podejrzewa, że nietylko są, ale i bardzo surowe.
Niema ciemnego karceru, ale jest izolacja i pozbawienie swobody. — Tylko postawi w kącie, posadzi przy oddzielnym stole, nie pozwoli odwiedzić rodziny. — — Odbierze piłkę, magnes, obrazek, flaszeczkę od perfum, — więc jest konfiskata własności. — — Zabroni chodzić spać ze starszemi, nie pozwoli w święto włożyć nowego ubrania, — więc pozbawienie szczególnych praw i przywilejów. — — Wreszcie czy nie jest karą, gdy okazuję mu chłód, niechęć, niezadowolenie?
Stosujesz kary, złagodziłeś tylko lub zmieniłeś ich formę. — Dzieci się boją, czy będzie to duża, mała lub tylko symbol kary. — Rozumiesz: dzieci się boją, jest karność.
Można batożyć miłość własną, uczucie dziecka, jak dawniej batożono ciało.

38. Niema kar, ja mu tylko tłomaczę, że źle postąpiło.
Jak wytłomaczysz?
Powiesz, że jeśli się nie poprawi, będziesz zmuszony je wydalić. Naiwny, grozisz karą śmierci. Nie wydalisz go: tamto, wydalone przed rokiem, było chore, nienormalne, a ten jest zdrowy, miły urwis, z którego dzielny człowiek wyrośnie; chcesz go tylko nastraszyć. — Ba, i niańka nie odda dziecka dziadowi, nie zaprowadzi do lasu, by je wilki zjadły, — ona też tylko grozi.
Wzywasz opiekunów, by się z nimi rozmówić: to groźba jeszcze bardziej wyrafinowana.
Grozisz, że spać będzie w korytarzu, jeść na schodach, że mu śliniak założysz, — grozisz zawsze karą o stopień wyższą, niż te, które są w użyciu.
Niekiedy groźby są bezcielesne, nieokreślone:
— Ostatni raz ci mówię. — Zobaczysz, że to się źle skończy. — Ty się doigrasz wreszcie. — Już więcej ci nie powtórzę: możesz robić, co ci się podoba. — Teraz serjo wezmę się do ciebie. Sama mnogość zwrotów dowodzi, jak są rozpowszechnione, dodam, nadużywane.
Dziecko niekiedy wierzy, zawsze nawpół wierzy:
— Co będzie ze mną teraz?
Nie ukarał, a jeśli ukarze, to kiedy — jak? Obawa niewiadomego, nieoczekiwanego.
— Jeśli ukarałeś, nazajutrz ono się już oddaliło od bolesnego przeżycia, zbliżyło do pojednania, zapomnienia. — Budząc się nazajutrz po zapowiedzianej groźbie, może zbliżyło się do chwili ciężkiego obrachunku.
Można groźbami utrzymywać dzieci w dużej karności, przy słabym krytycyzmie sądzić, że jest łagodny sposób działania, — gdy niedokonana groźba jest dużą karą.

39. Istnieje błędne, oparte na powierzchownej obserwacji przekonanie, że dziecko szybko zapomina swe smutki, urazy, postanowienia. Dopiero płakało, już się śmieje. Ledwo się pokłóciły, już bawią się razem. Przed godziną obiecało poprawę, znów broi.
Tak nie jest: dzieci długo pamiętają urazę, przypomni ci krzywdę, wyrządzoną przed rokiem. Nie spełnia wymuszonej obietnicy, bo nie może.
Biega i bawi się, bo dało się porwać ogólnej wesołości; ale znów wróci do pełnych troski myśli — w ciszy, przy książce, wieczorem przed zaśnięciem.
Niekiedy dostrzegasz, że dziecko jakieś cię unika. Nie zbliży się z zapytaniem, nie uśmiechnie przechodząc, nie wejdzie do twego pokoju.
— Myślałem, że pan się jeszcze gniewa, — odpowie zagadnięte.
Z trudem przypominasz sobie, że przed tygodniem za drobne przewinienie powiedziałeś mu coś względnie przykrego względnie podniesionym głosem. I dziecko ambitne lub wrażliwe przeżyło wiele przykrych chwil w ciszy, niepostrzeżenie.
Dziecko pamięta.
Wdowa w ciężkiej żałobie zapomni się w żartobliwej rozmowie i głośno roześmieje; wnet westchnie: „ach ja się śmieję, a mój biedny mąż — nieboszczyk“. — Bo wie, że tak trzeba. Rychło tej sztuki nauczysz dzieci; skarć surowo, że wesołe, a powinno być smutne i skruszone, — posłucha. — Nieraz zdarzało mi się widzieć, jak biorące żywy udział w zabawie, przybierało nagle strapioną minę, spotkawszy się z moim chmurnem spojrzeniem. „Ach prawda, nie wypada się bawić, gdy się na ciebie gniewają“.
Pamiętaj, że są dzieci, które udają obojętność: niech nie myśli, że ono się boi, martwi, pamięta. Jeśli kara obliczona była na ich upokorzenie, honor nakazuje — właśnie nic sobie nie robić. To dzieci, które bodaj najżywiej odczuwają i długo pamiętają.

40. Niema kar tylko zgromienie, napomnienie, słowa. — Ale jeśli w tem słowie kryje się chęć shańbienia.
— Patrz, jak twój kajet wygląda? Do czego ty jesteś podobny? Pięknie się spisałeś. Patrzcie, co on zrobił.
A publiczność — towarzysze mają obowiązek uśmiechać się ironicznie, wyrażać zdumienie, pogardę. Czynią to nie wszystkie, im uczciwsze, tem bardziej wstrzemięźliwe w wyrażaniu niepochlebnego sądu.
Istnieje inny rodzaj kary; stałe lekceważenie i poniżająca rezygnacja:
— Jeszcze nie zjadłeś? — Znów ostatni? — Znów zapomniałeś?
Spojrzenie pełne wyrzutu, machnięcie ręką, westchnienie rozpaczy.
Delikwent w poczuciu winy zwiesza głowę, niekiedy pełen buntu i niechęci spogląda z podełba na szczującą go sforę, by w wolnej chwili rozprawić się z kim należy.
— Daj mi to, — częściej niż inni powtarzał jeden z chłopców.
W dość ostrej formie skarciłem brzydki zwyczaj. — W rok później, gdy notowano dawane dzieciom przezwiska, usłyszałem echo swej nietaktownej przemowy: wśród innych — chłopiec miał najboleśniejsze przezwisko: „dajmito — żebrak“.
Wyśmiewanie jest dużą, bolesną karą.

41. Przemawiasz do uczucia.
— To ty tak mnie kochasz? Obiecałeś, tak dotrzymujesz?
Prośba łagodna, wyrzut serdeczny, pocałunek, jako zadatek żądanej poprawy, wreszcie wymuszenie nowej obietnicy.
I pozostawiasz dziecko z ciężkiem w duszy uczuciem: zobowiązane dobrocią, wspaniałomyślnem przebaczeniem, w poczuciu swej bezradności, nie wierząc częstokroć w możność poprawy, ponawia przyrzeczenie, postanawia stoczyć raz jeszcze decydującą walkę ze swą porywczością, lenistwem, roztargnieniem — ze sobą.
— A co będzie, jeśli znów zapomnę, spóźnię się, uderzę, hardo odpowiem, zgubię?
Niekiedy pocałunek cięższe nakłada okowy, niż rózga.
Czy nie zauważyłeś, że jeśli dziecko raz coś zrobi po danej obietnicy poprawy, czuj duch, bo po pierwszem nastąpi drugie, trzecie przewinienie.
To ból poniesionej porażki i niechęć do wychowawcy, że do nierównej zmusił walki podstępnie wydartą obietnicą. — Ponowisz jątrzące wezwanie do jego sumienia, uczucia, — odepchnie cię gwałtownie.
Na jego gniew odpowiadasz burzliwym gniewem, — krzykiem. Dziecko nie słucha, jeno czuje, że wyrzucasz je ze swego serca, odbierasz życzliwość. Obcy, sam — pustka wokoło. A ty w uniesieniu stosujesz wszystkie kary: i groźbę i wyrzut, i drwinę, i istotne represje.
Zobacz, z jakiem współczuciem patrzą nań towarzysze, jak łagodnie starają się pocieszyć:
— Pan tylko tak mówił. Nie bój się, — to nic: nie martw się, — zapomni.
A wszystko ostrożnie, by nie narazić się wychowawcy, nie oberwać od zbuntowanej ofiary.
Ilekroć robiłem „wielką awanturę“, obok niesmaku doznawałem jasnego uczucia; skrzywdziłem jedno, ale nauczyłem wiele wielkiej cnoty: solidarności w nieszczęściu. — Mali niewolnicy wiedzą, jak to boli.

42. Niekiedy gromiąc dziecko, czytasz w jego wzroku sto buntowniczych myśli.
— Sądzisz może, że zapomniałem. Ja dobrze wszystko pamiętam.
Dziecko źle kłamiąc skruchę, mówi ci niechętnem spojrzeniem.
— Nie moja wina, że masz taką dobrą pamięć.
Ja:
— Byłem cierpliwy. Czekałem, może się poprawisz.
Ono:
— Szkoda wielka. Nie trzeba było czekać.
Ja:
— Myślałem, że wreszcie przyjdziesz do rozumu. Myliłem się.
Ono:
— Jeżeliś taki mądry, nie powinieneś się mylić.
Ja:
— Ponieważ ci przebaczam, myślisz, że ci wszystko wolno?
Ono:
— Wcale tak nie myślę. — Kiedy się to skończy wreszcie?
Ja:
— Już dłużej nie można z tobą wytrzymać.
Ono:
— Baj baju, zły dziś jesteś jak chrzan, więc się przyczepiłeś do mnie...
Niekiedy dziecko podczas burzy zachowuje zdumiewający stoicyzm.
— Ile razy ci powtarzałem, żeby na łóżkach nie skakać, — piorunuję. — Łóżka nie są do zabawy. Do zabawy są piłki, łamigłówki...
— A co to są łamigłówki? — zapytuje ciekawie.
W odpowiedzi dałem mu po łapach...
Innym razem, po burzliwej rozmowie, byłem zapytany:
— Proszę pana, dlaczego jak się kto złości, to się robi czerwony?
Podczas gdy ja wysilałem głos i umysł, by go zwrócić na drogę cnoty, on śledził badawczo grę kolorów twarzy pod wpływem afektu. Pocałowałem go, — był uroczy.

43. Słusznie nienawidzą dzieci zbiorowych oskarżeń.
— Z wami nie można dobrocią... Znowuście... Jeśli się nie poprawicie...
Dlaczego za winę jednego lub kilkorga mają odpowiadać wszystkie?
Jeśli dał powód do burzy mały cynik, będzie zadowolony: zamiast otrzymać całą porcję gniewu, otrzymał tylko ułamek. — Uczciwy będzie zbyt surowo dotknięty, widząc tyle niewinnych ofiar swojego przestępstwa.
Niekiedy gromy spadają na pewną grupę dzieci: chłopcy są nic nie warci, — lub odwrotnie: dziewczynki są wyjątkowo występne, najczęściej „starsze, zamiast dawać przykład... Patrzcie, jak mali są poprawni“.
Tu oprócz słusznego gniewu niewinnych, budzimy zażenowanie chwalonych, które znają liczne swe grzechy, pamiętają, jak same były pod pręgierzem. Osiągamy wreszcie zły tryumf małych kpiarzy: „acha, a widzicie, beee“.
Chciałem raz wyjątkowo uroczyście zareagować na niewyjaśnioną kradzież. Wszedłem do sypialni chłopców, gdy już zasypiali, i uderzając w takt o poręcz łóżka, donośnym głosem mówiłem:
— Znów kradzież. To się musi skończyć. Szkoda pracy na wychowywanie złodziei...
Tęż samą, dość długą przemowę, powtórzyłem w sypialni dziewczynek.
Nazajutrz taką rozmowę prowadzili chłopcy z dziewczętami:
— I u was też krzyczał?
— A jakże.
— Mówił, że wszystkie wyrzuci?
— Mówił.
— I bił pięścią w łóżko?
— Bił z całej siły.
— A w czyje łóżko, bo u nas — w Maniusi.
Ilekroć występowałem ze zbiorowemi oskarżeniami, zasmucałem najpoczciwsze i rozdrażniałem wszystkie, ośmieszałem się w oczach krytycznych: „to nic, niech się trochę pozłości, — to zdrowo“.

44. Czy wychowawca nie rozumie, że znaczna część kar jest niesprawiedliwa?
Bójka.
— On mnie pierwszy uderzył. — Bo on się ze mną drażnił... Wziął i nie chciał oddać. — Ja tylko tak żartowałem... Przeszkodził zamazał. — To nie ja, on mnie pchnął.
I ukarałeś bądź obu (dlaczego?), bądź starszego, który powinien ustąpić młodszemu (dlaczego?), bądź tego, który przez prosty przypadek uderzył boleśniej, szkodliwiej. — Ukarałeś, bo nie wolno się bić. — A czy wolno się skarżyć?
Wylał, przewrócił, złamał.
— Ja nienaumyślnie.
Powtarza twoje własne zdanie: ty każesz przebaczać, jeśli mu nieumyślną wyrządzą szkodę.
— Ja nie wiedziałem... Ja myślałem, że można.
Spóźnił się, bo... umie, ale...
Słuszne powody odrzucasz, jako wykręty. To podwójna krzywda: i nie wierzysz mu, choć prawdę mówi, i ukarałeś niesprawiedliwie.
Niekiedy zakaz względny z racji przypadku staje się bezwzględnym. Niekiedy przestaje być zakazem.
W sypialni nie wolno hałasować, ale wolno rozmawiać przyciszonym głosem. Jeśli jesteś wesół, sam roześmiejesz się z niewinnego figla, gdy jesteś zmęczony, skarcisz zwykłą sypialnianą gawędę bodaj tylko szorstką uwagą:
— Dosyć będzie tego gadania... Ani słowa więcej... Kto się raz jeszcze odezwie...
Nie wolno wchodzić do kancelarji, ale dzieci wchodzą. Dziś właśnie masz miesięczny rachunek, potrzebny ci spokój. — On nie wiedział, więc wszedł i oberwał. — Gdyby go nawet nie wyprowadzono za ucho, jeśli mu tylko powiedzieć:
— Po co tu wlazłeś? Wynoś mi się w tej chwili.
To i tak — gniew twój jest niezasłużoną karą.

45. Podczas gry w piłkę stłukł szybę, — przebaczyłeś, bo szyby rzadko się tłuką, bo nie wiesz, kto właściwie zawinił, bo nie lubisz karać.
Ale gdy wybito czwartą szybę, gdy wybił ją chroniczny psotnik, który ma jeszcze grzech złej noty w szkole, — karzesz go krzykiem, groźbą, złością.
— Ja nienaumyślnie, — odpowiada śmiało, w twojem przekonaniu hardo.
Czwarta szyba... psotnik... zły uczeń... leniuch... jeszcze hardo odpowiada... Wychowawco, zapewniam cię, że dasz mu po łapach. — A przecież dziecko nie może zrozumieć, nie ma potrzeby godzić się z faktem, że ukarałeś je dla przykładu, że ono jako mniej wrażliwe, jest dogodnem medjum dla zastosowania efektowniejszej kary, że karę wymierzyłeś nie za ten jeden fakt, a za całokształt jego działalności.
Ono wie, że dzieciom A, B, C — przebaczyłeś, a jego niesprawiedliwie ukarałeś...
Postąpiłeś inaczej: zabrałeś piłkę.
— Nie wolno grać w piłkę.
Niesprawiedliwie: kara dotyka dziesiątki niewinnych dzieci.
Jeszcze łagodniej: zapowiadasz, że jeśli jeszcze raz szybę wybiją, wówczas zabierzesz piłkę: niesprawiedliwie stosujesz karę — groźbę dla wszystkich, gdy winnych będzie czworo.
I z tych czworga nie wszyscy są winni, bo jeden stłukł szybę, która już była trochę pęknięta, drugi nie stłukł całej, tylko sam rożek, trzeci stłukł wprawdzie, ale go popchnięto, a właściwie winien ten czwarty, który zawsze coś zrobi takiego, że pana rozzłości.

46. Przebaczyłeś bezwzględnie. Sądzisz, że postąpiłeś słusznie. — Mylisz się.
— Gdybym ja to zrobił, — myśli jeden.
— Jemu to wszystko wolno, — myśli drugi, — bo pan jego lubi.
Znów niesprawiedliwie.
Są dzieci, dla których dostateczną karą jest mars na czole, szorstka uwaga lub łagodne: „zmartwiłeś“. Jeśli chcesz przebaczyć, muszą dzieci rozumieć, dlaczego to czynisz, i ono niech zrozumie, że nie wolno mu więcej, niż pozostałym. Inaczej rozpanoszysz je, rozpuścisz, oddasz na łup dotkniętej w poczuciu swych praw gromady. Popełnisz błąd; i ono, i dzieci — wymierzą ci karę.
Zapomnij na chwilę o czterech stłuczonych szybach (a właściwie dwóch, bo jedna już była pęknięta, a druga ma rożek stłuczony). Zapomnij i rozejrzyj się, ile grup rozważa i komentuje wypadek. W każdej grupie ktoś inny urabia opinję na twoją korzyść lub niekorzyść.
Prawica twierdzi, że szyby są drogie, że pan będzie miał przykrość od zarządu, bo powiedzą, że pan jest za dobry, i dzieci go nie słuchają, i niema porządku: należało surowiej ukarać.
Lewica (zwolennicy gry w piłkę):
— W nic się bawić nie wolno, — wszystkiego zabraniają. Jak tylko ktoś coś zrobi, zaraz krzyki, groźby, awantury. Przecież nie można cały dzień, jak malowane lalki, siedzieć.
Tylko centrum wszystko przyjmuje ufnie i z rezygnacją.
Nie uśmiechaj się pobłażliwie: to nie żart, nie drobiazg, — to istotne życie dzieci w koszarach.
Więc raz na zawsze, zasadniczo i we wszystkich przypadkach zrzec się kar i dać dzieciom zupełną swobodę?
A jeśli samowola dziecka — jednostki ogranicza prawa ogółu? Swawolny sam się nie uczy i pozostałym przeszkadza, własnego łóżka nie zaściele i inne rozrzuci, zarzuci własne palto, ubierze cudze — cóż wtedy?

47. „Brzydko się skarżyć, ja nie pozwalam się skarżyć”.
A co ma robić dziecko, jeśli je okradziono, znieważono ojca lub matkę, obmówiono przed kolegami, grożą, namawiają do złego?
Brzydko się skarżyć. Kto uświęcił tę zasadę; czy dzieci od złych wychowawców, czy wychowawcy od złych dzieci ją przejęli? Bo zasada ta wygodna dla złych i najgorszych.
Ciche i bezradne będą krzywdzone, wyzyskiwane, rabowane, a pomocy wezwać, upomnieć się o sprawiedliwość nie wolno. Krzywdziciele tryumfują, krzywdzeni cierpią.
Dla niesumiennego, niedołężnego wychowawcy, wygodnie jest nie wiedzieć, co się wśród dzieci dzieje, bo lekceważy ich spory, bo nie umie rozważyć ich rozumnie.
„Najlepiej niech się same pogodzą“. I tu gdzie idzie o własną wygodę, jego zaufanie do dzieci sięga tak daleko, że wierzy w ich rozum, doświadczenie i sprawiedliwość, że w tak ważnej dziedzinie pozostawia im swobodę działania.
Swobodę? — Ależ nie: bić się nie wolno, kłócić się nie wolno, nawet wykluczyć z zabawy nie pozwolisz, odsunąć się nie dasz. — Pogniewał się i tylko nie chce spać przy nim, nie chce siedzieć przy stole, chodzić z nim w jednej parze. To tak słuszne, naturalne żądanie, — nie wolno.
Dzieci są kłótliwe? — Nieprawda, — one są i zgodne i wyrozumiałe. — Wpatrz się tylko uważnie w warunki ich pracy i współżycia. — Spróbuj czterdziestu urzędników posadzić w jednym pokoju, trzymać ich pięć godzin na niewygodnych ławkach przy odpowiedzialnej pracy pod bezustanną czujną kontrolą zwierzchnika, — oni oczy sobie wydrapią.
Wsłuchaj się w skargi dzieci i badaj, a znajdziesz sposoby, by niejednemu zaradzić i dać zadośćuczynienie. Sąsiad pchnął wystający róg mego zeszytu, — zrobiła się brzydka linja przez środek stronicy, lub stalka zadrapała papier, rozpryskując atrament. — Najczęstsza skarga klasy.

48. Specjalny charakter mają skargi pauzy szkolnej.
— On nie daje się bawić, — przeszkadza...
Pauza wprowadza niektóre dzieci w stan dzikiej półprzytomności. Biegną, skaczą, roztrącają: bezsensowny wrzask, beztreściwe ruchy, nieodpowiedzialne czyny. Dziecko biegnie bez celu, popycha idących, wymachuje rękami, wydaje okrzyki, wreszcie uderzy kogoś pierwszego z brzega. Zwróć uwagę, jak często popchnięte lub uderzone gniewnie się odwróci, — nic nie powie, — usunie.
Są dzieci, które bez żadnej racji zaczepionego nie zostawią w spokoju. „Odejdź, zostaw“ — to dla nich hasło, by właśnie nie odejść. Dzieci nie lubią ich i pogardzają za brak ambicji i taktu, — i te wywołują skargi.
— My się bawimy, a on... Proszę pana, on zawsze... Jak my się zaczniemy bawić, on zaraz...
Skarżący jest w afekcie gniewu („zaperzony“), ton głosu dowodzi rozpaczy. — Pauza krótka, szkoda każdej cennej chwili, a on zatruwa, kradnie momenty wolności.
Pamiętaj, że tylko dziecko wyprowadzone z cierpliwości, bezradne, nie chcąc się bić, w ostateczności, zwraca się do ciebie. — Ono traci bezużytecznie czas, naraża na niedbałą lub szorstką odpowiedź. — Musisz mieć odruchowe, nawykowe zdanie — to ci oszczędzi pracę myślenia.
— Przeszkadza? Zawołaj go tu, — mówię.
Często tem sprawa się kończy. Szło o to, aby natręta odpędzić: widząc, że kolega idzie na skargę, ukrył się, — więc cel został osiągnięty.
Jeśli skarżący powraca: „on nie chce przyjść“ — wówczas mówię groźnie: „Powiedz, żeby w tej chwili przyszedł“.
Ogół dzieci rzadko i bardzo niechętnie się skarży. Jeśli pewna odsetka skarży się często, należy zbadać, przemyśleć dlaczego. — Nigdy nie poznasz dzieci, lekceważąc ich skargi.

49. Proszę pana, czy można, czy wolno, czy pan mi pozwoli?
Zdaje mi się, że wychowawca, który nie lubi skarg, w równej mierze nie toleruje — próśb. Pragnąc jednak i tu znaleźć motyw słuszny, opiera się na zasadzie, głoszącej:
— Wszystkie dzieci są na równych prawach. Żadnych wyjątków, żadnych przywilejów.
Czy słusznie? — Może tylko wygodnie?
Konieczność częstego odpowiadania: „nie można — nie pozwalam — nie wolno“, — przykra jest dla wychowawcy. — Kiedy się zdaje, że sprowadziliśmy zakazy i nakazy do ilości najmniejszej, gniewa nas, gdy żądają dalszych koncesyj. I niekiedy, uznając słuszność prośby, zabraniamy, bo jedna uwzględniona wywołuje cały szereg próśb wielu dzieci. — Pragniemy osiągnąć ideał, aby dzieci uznały konieczność zakreślonej granicy i nie żądały więcej.
Jeśli jednak poddasz się ciężkiemu obowiązkowi odrzucania, ale wysłuchiwania życzeń, jeśli je będziesz notował i segregował, — przekonasz się, że są życzenia bardzo częste, codzienne — i zgoła wyjątkowe.
Prośby o zmianę miejsca przy stołach były stałe i dokuczliwe. Pozwoliliśmy dzieciom raz na miesiąc zmieniać miejsca. — O tej drobnej reformie możnaby napisać obszerną monografję, tyle w niej jest stron dodatnich, — a zawdzięczamy ją wyłącznie dokuczliwym prośbom.
Biada dzieciom i wychowawcy, który potrafi stłumić każde, nie objęte regulaminem życzenie. Dzięki nim bowiem, jak dzięki skargom, poznajesz większość tajemnic duszy dziecięcej.

50. Prócz dzieci, które zwracają się do wychowawcy w swojej własnej sprawie, mamy jeszcze prośby — przez posłów.
— On się pyta, czy wolno, czy pan mu pozwoli?
Przez czas długi gniewał mnie ten rodzaj petentów, a to z wielu powodów:
Posłami bywają często dzieci, które własnych spraw mają dosyć, których częste zwracanie się zdążyło dokuczyć; przychodzą zwykle nie w porę, gdy się śpieszysz, jesteś zajęty, nie w humorze, prośby bywają często tego rodzaju, że odpowiedź jest wyraźnie odmowna; wytwarza to pozornie system protekcyjny: czy poseł nie przypisze sobie zasługi przychylnej decyzji; wreszcie jest w tem coś, jakby lekceważenie: Przyjdź sam, racz się pofatygować, a nie proś przez adwokata.
Bezowocność walki z tego typu prośbami kazała się dopatrzeć w zjawisku głębszych przyczyn. I znalazłem.
Znalazłem ogólno-ludzką, nie wyłącznie dziecięcą subtelność duszy.
Odpowiedź opryskliwa nie obraża proszącego w cudzej sprawie. Proszący, a zainteresowany nie widzi niechętnego oblicza, przykrego skrzywienia, niecierpliwego ruchu ręki. Otrzymuje tylko odmowę.
Zdarzało mi się widzieć, jak istotny petent przyglądał się zdaleka, jaki efekt wywoła jego prośba, gotów na pierwsze wezwanie stawić się sam dla złożenia bliższych wyjaśnień.
Gdy wprowadziliśmy w Domu Sierot system piśmiennego porozumiewania się z dziećmi, — ilość próśb przez posłów znacznie zmalała. I zyskaliśmy nawykową odpowiedź:
— Niech napisze, co chce i dlaczego.

51. Aż do znudzenia powtarza się nakaz ex cathedra, by odpowiadać na pytania dzieci. I biedny wychowawca, wierząc bezkrytycznie, wchodzi w konflikt z sumieniem, bo nie może, nie umie, nie ma cierpliwości ciągle być pytanym, zawsze odpowiadać. I nie podejrzewa nawet, że im częściej zmuszony jest krótkiem: „nie nudź“, — zbyć małego natręta, tem lepszym jest wychowawcą.
— Czy dobrze napisałem, wyczyściłem buciki, umyłem uszy?
Jeśli pierwszy zapytuje, bo ma wątpliwości, to następni pragną tylko zwrócić na siebie uwagę, przerwać rozpoczętą robotę, otrzymać zbędną pochwałę.
Są pytania trudne, na które lepiej nie odpowiadać, niż zbyć powierzchownem, niezrozumiałem wyjaśnieniem. Zrozumie, gdy będzie się uczył fizyki, kosmografji, chemji. — Zrozumie gdy będzie się uczył fizjologji. — A tego nikt nie wie, nawet dorośli, nawet nauczyciel, — nikt nie wie.
Należy wziąć pod uwagę samo dziecko, skupione, lub powierzchowne, intencję pytania: beztreściwą ciekawość lub chęć rozwiązania męczącego zagadnienia, tajemnicy przyrody, proplematu etycznego, — a wreszcie — możność odpowiedzi. I moje: „zobacz w książce, nie zrozumiesz, nie wiem, zapytaj mnie za tydzień, lub — nie zawracaj głowy“ — będzie rezultatem wielu względów.
Podejrzliwem okiem patrzę na wychowawcę, który twierdzi, że odpowiada cierpliwie na pytania dzieci. — Jeśli nie kłamie, to — może jest tak obcy dzieciom, że rzadko i wyjątkowo tylko zwracają się z pytaniami.

52. Jeśli skargi, prośby i pytania są kluczem do poznania duszy dziecka, to szeptem uczynione wyznanie jest szerokim ku niej gościńcem.
Oto dobrowolne, w kilka miesięcy po fakcie, uczynione zwierzenie:
„Byliśmy bardzo źli na pana; — on i ja. Więc umówiliśmy się, że w nocy jeden z nas wejdzie przez okienko do pana pokoju, weźmie binokle i wrzuci do klozetu, — potem myśleliśmy, że szkoda wyrzucić, że tylko schowamy. — Nie spaliśmy, tylko czekaliśmy do dwunastej w nocy. — Jak już wstałem, żeby iść, to jeden chłopiec się obudził i poszedł za potrzebą. — Ale później znów wstałem. — Wszedłem przez okienko — tak mi serce biło — binokle leżały na stole. Pan spał. — Więc prędko wziąłem i schowałem pod poduszkę. — Potem zlękliśmy się. Już nie wiedzieliśmy co robić. — Potem on powiedział, żeby położyć na miejsce. — Więc ja powiedziałem, żeby on położył. — Ale on nie chciał. — To ja znów wstałem, ale już przez okno nie wchodziłem, tylko sam włożyłem i trochę popchnąłem“.
Znając obu, wiem skąd płynęła inicjatywa, jak ułożył się powoli plan wykonania, dlaczego zemsty nie doprowadzono do końca.
Temu jednemu faktowi możnaby cały wykład poświęcić, tak jest bogaty w materjał myślowy.

53. Jeśli uśmiechasz się do dziecka, oczekiwaną odpowiedzią powinien być uśmiech. Opowiadasz coś ciekawego, oczekujesz zainteresowania. Gniewasz się, winno okazać skruchę.
To znaczy, że na bodziec otrzymujesz normalną reakcję. Bywa inaczej: dziecko reaguje paradoksalnie. — Masz prawo się zdziwić, winieneś się zastanowić, ale się nie gniewaj, nie dąsaj.
Zbliżasz się do dziecka życzliwie, ono się niechętnie usuwa, niekiedy wyraźnie unika: może zawiniłeś wobec niego, może ono zawiniło, coś złego zrobiło, — i uczciwość nie pozwala mu otrzymać pieszczoty niezasłużonej. — Zanotuj, zapytaj się po tygodniu, po miesiącu: może zapomni, może powie, może uśmiechem lub zażenowaniem okaże, że pamięta, ale nie chce powiedzieć. — Uszanuj tajemnicę.
Skarciłem raz dzieci surowo:
— Co to za jakieś szeptania po kątach, chowanie się w klasie, tajemnice; wiecie, że tego nie lubię.
W odpowiedzi: stoicka rezygnacja, złośliwa przekorność, swawolna pogoda. — Wyraźny brak skruchy powinien był zwrócić mą uwagę. — Nie zrozumiałem, podejrzewałem zdrożne knowania naszych opornych. — A one w tajemnicy odbywały próby komedyjki, którą postanowiły nas uraczyć. — Dziś jeszcze rumienię się na myśl, jak bardzo musiałem być śmieszny w swem zacietrzewieniu.

54. Moje dziecko niema przedemną tajemnic, zwierza mi się ze wszystkich myśli, — mówi matka.
Nie wierzę, by tak było, ale wierzę, że tego żąda — i błądzi.
Przykład: Dziecko widzi na ulicy pogrzeb. Pochód uroczysty, — latarnie, — powaga. Za trumną idzie dziecko w żałobie: w krepą obszytej sukience, — jest uczestnikiem obrządku, pełnego tajemniczej poezji. — I zjawia się myśl przelotna: to musi być przyjemnie; gdyby mama umarła... Z trwogą spogląda na matkę: o, nie chce, żeby mama umarła, skąd się takie myśli biorą?
Czy podobną myśl wolno, można zwierzyć? Czy mamy prawo je napastować w momencie groźnego konfliktu z sumieniem?...
Jeśli dziecko zawierza ci tajemnicę, ciesz się, bo jego zaufanie — to najwyższa nagroda, najlepsze świadectwo. Ale nie wymuszaj, bo ono ma prawo do tajemnicy; nie wymuszaj ani prośbą, ani podstępem, ani groźbą, — wszystkie sposoby będą jednakowo niegodne, — nie zbliżą; raczej oddalą cię od wychowańca.
Należy przekonać dzieci, że mamy szacunek dla ich tajemnicy, że zapytanie: „czy możesz mi powiedzieć?“ nie oznacza: „musisz“. — Na moje: „dlaczego“ niech nie odpowiada wykrętem a szczerem:
— Ja tego powiedzieć nie mogę. Powiem panu kiedyś. Nigdy nie powiem.

55. Zauważyłem raz, jak jedenastoletni chłopiec, zbliżywszy się do dziewczynki, którą kochał, szepnął coś. W odpowiedzi zarumieniła się, wstydliwie opuściła głowę, zaprzeczyła ruchem ramion.
W parę dni później zapytałem się, o co ją zagadnął. — Żadnego zmieszania, szczera chęć przypomnienia.
— Ach, spytałem się, czy wie, ile jest 16 razy 16.
Byłem mu tak wdzięczny, tyle dobrych, serdecznych myśli wzbudził we mnie.
Innym razem doszło do mej wiadomości, że jedna z dziewczynek miała jakąś tajemniczą przygodę, gdy przechodziła wieczorem przez ogród. — Dzieci nasze wychodzą na miasto same i pojedyńczo; to leży w programie wychowawczym, zrzec się tej zasady byłoby bardzo boleśnie. — Wskazana była czujność. — Przygoda w ogrodzie zaniepokoiła mnie. — Więc nalegałem, by powiedziała, zagroziłem, że w przeciwnym razie nie będzie mogła sama wychodzić.
Powiedziała:
Kiedy szła przez ogród, przelatujący ptaszek zanieczyścił jej kapelusz, „narobił mi na głowę“.
Z nas dwojga, zda mi się, ja byłem bardziej zawstydzony.
Gdybyśmy nie byli tak mało subtelni w stosunku do dzieci, jak często bylibyśmy zmuszeni wstydem spłonąć za niechlujstwo życia, które one zastały, przed którem obronić je jesteśmy niemocni.

56. Cichy szept zwierzenia bywa niekiedy szeptem denuncjacji.
Nie oburzaj się obłudnie, wysłuchasz donosiciela, bo wysłuchać masz obowiązek.
— On pana przeklina, powiedział na pana brzydkie słowo.
— Skąd wiesz, że on mnie przeklina?
— Dużo chłopców słyszało.
Więc przypadkowo słyszane, a nie podsłuchane celowo.
— No dobrze, ale dlaczego mi to mówisz?
Zakłopotanie: tak sobie powiedział.
— I cóż chcesz, abym mu zrobił?
Zakłopotanie: nie wie, co chce, abym zrobił?
— A czy wiesz, dlaczego mnie przeklął?
— Był zły, że pan...
Treść błaha, intencja nieokreślona. — Zapewne liczył na zainteresowanie wychowawcy, może imponowała mu myśl, że posiadłszy ważną tajemnicę, podzieli się nią ze starszym.
— A ty nie przeklinasz, jak jesteś zły?
— Czasami przeklinam.
— Nie rób tego, to brzydki zwyczaj.
Nie praw mu morałów, — może kierowała nim istotna życzliwość; a jeśli nie, parę kłopotliwych pytań i brak zainteresowania dla otrzymanej wiadomości są dostateczną karą.

57. Intencja występna: chęć zemsty.
— Starsi chłopcy mówią świństwa, mają jakieś nieprzyzwoite obrazki i wierszyki.
— Jakie obrazki i wierszyki?
— Nie wie. — Schował się, aby go nie widzieli, umyślnie podsłuchał. Mówi dlatego, że nie wolno mieć takich obrazków. Chce, aby ich ukarano.
— A czy nie prosiłeś, aby ci pokazali obrazek?
Prosił, ale oni nie chcieli, mówili, że jeszcze za mały.
— A czy mogę powiedzieć, od kogo wiem o tem?
Nie, nie pozwala: oni by go zbili.
— Jeżeli nie pozwalasz powiedzieć, od kogo wiem, nie mogę im nic zrobić. Bo będą podejrzewali innego, i jego zbiją.
Owszem, on się nie boi: niech pan zrobi, jak chce.
— Dziękuję ci, żeś mi powiedział. Przy sposobności pomówię z nimi, poproszę, aby tego więcej nie robili.
Dziękuję mu: on dojrzał to, co dostrzec moim było obowiązkiem. — Jeśli chcę wskazać na szpetność zemsty, odkładam morał na później. Na dziś dosyć: zawiódł się, innego oczekiwał efektu, — pocisk chybił celu.

58. Sprawa może być ważna, a intencja czysta:
— Był w domu, gdzie jest szkarlatyna. — Malcy zbierają się w szatni, palą papierosy, mogą dom podpalić. Iks namawia Igreka, aby ukradł. — Zet wynosi stróżowi jedzenie, wzamian otrzymuje jabłka. — Wczoraj jakiś pan na ulicy proponował dziewczynce cukiernię i spacer samochodem.
Ono wie, dlaczego mówi. Dojrzawszy niebezpieczeństwo lub czyn karygodny, wahało się, nie wiedziało co robić. Przychodzi się poradzić, jak ma postąpić, bo ci ufa. — Będą się gniewali, będą unikali, — trudno, — niema rady. — Dziecko spełniło swój obowiązek: ostrzega.
Muszę traktować je jako doradcę w rozwiązaniu trudnego zagadnienia. Wyświadczyło mi dużą przysługę. A teraz razem myślimy, co robić dalej.
Pamiętaj, że ilekroć przychodzi do ciebie dziecko z cudzą tajemnicą, zawsze oskarża.
— Nie spełniłeś swego obowiązku: nie wiesz. A nie wiesz, bo choć cieszysz się zaufaniem, ale względnem tylko, — zaufaniem dzieci, ale nie wszystkich.

59. Od chwili gdy wiesz, nie śpiesz się.
Nie dawaj nieuczciwemu donosicielowi tryumfować: ja zwróciłem uwagę, ja spełniłem ważną misję. — Uczciwe dziecko masz obowiązek osłonić przed zemstą niechęci, — odkładając omówienie sprawy na czas dłuższy, masz możność przy wzmożonej czujności, sam dostrzec.
Dalej: jeśli dostrzegłszy przewinienie, natychmiast podnosisz alarm, dajesz dzieciom pewność, że ilekroć milczysz, nie wiesz.
— Skąd pan wie, kiedy się pan dowiedział, dlaczego pan nie powiedział odrazu? — oto najczęstsze pytania, gdy przypomnisz grzech, dawno popełniony.
Dalej: nie śpiesząc się, czekasz z omówieniem sprawy na odpowiedni moment, gdy dziecko jest życzliwie usposobione, gdy sprawa zbagatelizowała się przez czas, zatraciła aktualność. Ach to było dawno: przed miesiącem. Opowie ci szczerze, co go skłoniło do złego czynu, jak wykonał, co czuł przedtem, podczas i potem.
Dalej: nie uniesiesz się, masz czas rozważyć, obmyślić, przygotować się. — Od rozumnego rozwiązania sprawy, zależy niekiedy cały twój dalszy stosunek do dziecka lub grupy dzieci...
Korzystając z twego dobrego humoru, chłopiec prosi o szufladkę z kluczykiem.
— Bardzo chętnie. Będziesz mógł lepiej schować swoje nieprzyzwoite obrazki, żeby ich małe dzieci nie znalazły.
Zawstydzony, oszołomiony, zdumiony.
Teraz on będzie pragnął z tobą się rozmówić. — Nie śpiesz się! — Gdy ochłonie, odda ci chętnie obrazek (utracił urok nowości), powie od kogo dostał, komu dawał oglądać. — Im spokojniej mówisz, tem bardziej banalizujesz sprawę, — im rozumniej, tem bardziej zbliżasz.

60. Zasada.
Niech dziecko grzeszy.
Nie zabiegajmy o to, by każdy czyn uprzedzić, w każdem zawahaniu się natychmiast drogę wskazać, przy każdem pochyleniu biec z pomocą. Pamiętajmy, że w momencie silnych zmagań może nas zbraknąć.
Niech grzeszy.
Gdy z namiętnością walczy drobna jeszcze wola, niech pokonane będzie w walce. Pamiętajmy, że w utarczkach z sumieniem ma się ćwiczyć i wzrastać jego moralna odporność.
Niech grzeszy.
Bo jeśli nie błądzi w dziecięctwie, a pilnowane i ochraniane, nie nauczy się brać za bary z pokusą, wyrośnie na biernie moralne, w braku sposobności, nie — czynnie przez siłę powściągów.
Nie mów:
— Brzydzę się grzechem.
Raczej:
— Nie dziwi mnie, że zgrzeszyłeś.
Pamiętaj:
— Dziecko ma prawo skłamać, wyłudzić, wymusić, ukraść. — Ono nie ma prawa kłamać, wyłudzać, wymuszać, kraść.
Jeśli ani razu nie miało sposobności, jako dziecko, wydłubać z placka rodzynków, zjeść je pokryjomu, — ono nie jest i nie będzie uczciwe, gdy dojrzeje.
— Oburzam się.
Kłamiesz.
— Pogardzam.
Kłamiesz.
— Po tobie się nigdy tego nie spodziewałem... Więc nawet tobie nie można ufać?
To źle, że się nie spodziewałeś. Źle że bez zastrzeżeń ufałeś. — Marnym jesteś wychowawcą: nie wiesz nawet, że dziecko jest — człowiekiem.
Oburzasz się nie dlatego, że dostrzegasz niebezpieczeństwo dziecka, ale że ono naraża na szwank opinję twego zakładu, twego wychowawczego kierunku, twojej osoby: dbasz wyłącznie o siebie.

61. Pozwól dzieciom błądzić i radośnie dążyć do poprawy.
Dzieci chcą się śmiać, biegać, swawolić. Wychowawco, jeśli dla ciebie życie jest cmentarzem, pozwól im widzieć w niem łąkę. Sam w włosienicy, bankrut doczesnego szczęścia czy pokutnik ofiarny, miej mądry uśmiech pobłażania.
Tu musi — musi panować atmosfera szerokiej tolerancji dla żartu, psoty, złośliwości, podstępu, fałszu, — naiwnego grzechu. Tu niema miejsca dla żelaznego obowiązku, kamiennej powagi, twardego musu i bezwzględnego przekonania.
Ilekroć wpadałem w ton klasztornego dzwona, zawsze błądziłem.
Wierz mi, że życie internatu dlatego jest tak mętne, że zakreślamy mu zbyt wysoki poziom idejowy. Po stokroć, w koszarowem życiu internatu nie wychowasz ani cudownie jednolitej prawości, ani lękliwej czystości, ani niepokalanej niewinności uczuć, która nie wie, że zło istnieje.
A zresztą, czy nie dlatego tak kochasz te swoje prawe, ofiarne, łagodne, iż wiesz, jak im źle będzie?
A zresztą, czy umiłowanie prawdy może się obejść bez znajomości dróg, któremi chadza fałsz? — Czy chcesz, aby otrzeźwienie przyszło nagle, gdy świat brutalną pięścią wyrżnie w ideały? Czy wówczas dojrzawszy pierwsze twoje kłamstwo, nie przestanie odrazu wierzyć we wszystkie twe prawdy?
Zresztą, gdy życie wymaga pazurów, czy mamy prawo uzbrajać je li tylko w — rumieniec wstydu i ciche westchnienie?
Obowiązkiem twym wychować ludzi, nie owieczki, pracowników, nie kaznodziei, — zdrowie fizyczne i moralne. — A zdrowie nie jest ani tkliwe, ani ofiarne. Pragnę, aby mnie o niemoralność oskarżyła obłuda.

62. Dzieci kłamią.
Kłamią, gdy się boją, a wiedzą, że się prawda nie wyda.
Kłamią, gdy się wstydzą.
Kłamią, gdy je zmuszasz do powiedzenia prawdy, której powiedzieć nie chcą lub nie mogą.
Kłamią, gdy im się zdaje, że tak potrzeba.
— Kto wylał?
— Ja, — przyzna się dziecko i usprawiedliwić się spróbuje, jeśli wie, że mu powiesz tylko: „weź ściereczkę i wytrzyj“ — i dodasz, co najwyżej: „niezdara“.
I do poważnego przewinienia się przyzna, gdy wie, że wychowawca usilnie poszukiwać będzie, postanowił wykryć prawdę bezwzględnie. — Przykład: nielubianemu chłopcu nalano wodę do łóżka. — Nikt się nie przyznaje. — Zapowiedziałem, że nie wypuszczę nikogo z sypialni, dopóki nie przyzna się winny. — Mija godzina, gdy starsi chłopcy idą do roboty, zbliża się czas śniadania dla wszystkich. Śniadanie jeść będą w sypialni. — Do szkoły nie pójdą, — do zajęcia już i tak się spóźnili. — W sypialni szmer poufnych narad. — Jest grupa bezwzględnie niewinnych, inne — mniej, bardziej i najbardziej podejrzane. — Już się zapewne domyślają, może już wiedzą, — może namawiają, by się przyznał.
— Proszę pana...
— Tyś to zrobił?
— Ja.
Kara byłaby zbędna: ten rodzaj przewinienia już się nie powtórzy...
Pozwól dzieciom na zachowanie tajemnicy, — dasz mu prawo powiedzieć: „wiem, ale nie powiem“, — nie będzie kłamało, że nie wie.
Pozwól dzieciom szczerze zwierzać się ze swych uczuć, które nie odpowiadają uświęconym przykazaniom.

63. „Jak pana dzieci kochają“, — mówi sentymentalna osoba.
Podobno są więźniowie, którzy kochają wyrozumiałych dozorców. Ale czy jest dziecko, któreby nie miało żalu do swego wychowawcy: jakiś nakaz przykry, jakieś kiedyś powiedziane ostre słowo, utajone życzenie, którego nie wyjawi, bo „z tego nic nie będzie“. — Jeśli sądzą, że kochają, to dlatego, że tak być powinno, bo im tak mówią starsi; inne — bo nie chcą pozostać w tyle; pewna ilość sama dobrze nie wie, raz im się zdaje, że tak, że kochają, to znów nienawidzą; a wszystkie, widząc moje wady, pragnęłyby mnie trochę przerobić, ulepszyć. — Biedacy, nie wiedzą, że najcięższą moją winą jest, że przestałem być dzieckiem.
„Jak pana dzieci kochają“.
Jak dobiegły, tuliły się, tłoczyły, gdy powróciłem z wojny. — Ale czy nie ucieszyłyby się więcej, gdyby nagle na sali zjawiły się niespodzianie — białe myszy albo świnki morskie?
Matko, ojcze, wychowawco, jeśli cię dziecko pokochało głęboką, zawsze równą, bezinteresowną miłością, — zaleć mu lekką hydropatję, nawet trochę bromu.

64. Są momenty, gdy dziecko kocha cię bezgranicznie, gdy tak mu potrzebny jesteś, jak Bóg w nieszczęściu: dziecku w chorobie i dziecku, przerażonemu przez straszny sen w nocy.
Pamiętam noc, spędzoną w szpitalu przy łóżku chorej dziewczynki. Od czasu do czasu dawałem jej tlen do wdychania. Drzemiąc, mocno trzymała moją rękę. Każdemu ruchowi ręki towarzyszyły jej słowa półprzytomne, które szeptała, nie otwierając oczu: „mamo, nie odchodź“.
Pamiętam, jak drząc, w afekcie beznadziejnej rozpaczy, przyszedł do mego pokoju przerażony snem o umarłych — chłopiec. — Wziąłem go do łóżka. Opowiedział sen, opowiedział o zmarłych rodzicach, pobycie u wuja po ich śmierci. Mówił serdecznym, pełnym wylania szeptem, może w chęci wynagrodzenia za przerwany spoczynek, może w obawie, bym nie zasnął, zanim go nie odstąpią ostatecznie złe mary.
Mam list chłopca, pełen skarg na mnie i na Dom sierot. — Napisał go na pożegnanie. — Żali się, że go nie rozumiałem, byłem dla niego zły i niesprawiedliwy. Na dowód, że umie ocenić dobroć, przykład: nigdy nie zapomni, że gdy w nocy raz ząb go bolał, nie gniewałem się, że mnie obudził, nie brzydziłem się kłaść mu w ząb watę z lekarstwem. Z dwuletniego pobytu ten jeden fakt uważał za godny serdeczniejszej wzmianki. A wychowawca musi usuwać chore dzieci z internatu, a w nocy musi spać po całodziennej pracy.

65. Nie żądajmy od dzieci ani pojedyńczych ani zbiorowych poświęceń.
Ojciec, który ciężko pracuje, mama, którą głowa boli, wychowawca zmęczony — to potrafi wzruszyć raz lub parę razy, — na stałe znuży, znudzi, gniewać będzie. — Możemy zahukać dzieci, że na pierwsze nasze skrzywienie bólu lub niezadowolenia — odpowiedzą szeptaną mową i chodzeniem na palcach, — ale czynić to będą niechętnie, z obawy, nie z przywiązania.
Będą grzeczne i uroczyste, bo pan ma zmartwienie. Ale niech to dzieje się rzadko, wyjątkowo.
A my dorośli czy zawsze gotowiśmy ulegać kaprysom starych, ich czcigodnym poglądom i starczym zachciankom?
Sądzę, że wiele dzieci wyrasta w obrzydzeniu dla cnoty, bo je bezustannie wdrażano, przekarmiano dobremi słowami. — Niech samo odkrywa powoli potrzebę, piękno i słodycz altruizmu.
Ilekroć wskazuję dzieciom na ich obowiązek względem rodziny, młodszego rodzeństwa, obawiam się zawsze, że błądzę.
One same zanoszą do domu obrazki, wygrane w loteryjkę cukierki, bo im sprawia zadowolenie radość małego braciszka, a może tylko ambicja, że one też coś dają, — jak dorośli.
Dziecko odbiera z kasy oszczędzonego rubla, daje na buciki siostrze. Piękny czyn. Ale czy ono ma świadomość wartości pieniędzy, — może to tylko lekkomyślność?
Nie czyn a pobudka charakteryzuje dziecko, jego oblicze moralne, jego potencjalną przyszłość rozwojową.

66. Przygnębiliśmy dzieci obowiązkiem wdzięczności, szacunku, — autorytetem naszym. Ono wszystko to czuje, ale inaczej, — każde po swojemu.
One cię szanują, bo masz zegarek, bo otrzymałeś list z zagraniczną marką, bo masz prawo nosić zapałki i późno spać chodzisz, bo podpisujesz się czerwonym atramentem, bo masz szufladę, zamykaną na kluczyk, bo masz wszystkie przywileje dorosłych. — Wiele mniej szanują cię za wykształcenie, w którem zawsze dopatrzą się braków. — A czy pan umie mówić po chińsku, liczyć do miljarda?
Wychowawca opowiada ładne bajki, ale ładniejsze zna stróż, kucharka. Wychowawca gra na skrzypcach, ale towarzysz wyżej piłkę podbija w palancie.
Dzieciom dobrodusznym wszyscy imponują, krytyczne nie uchylają głowy ani przed rozumem, ani moralnością naszą. — Dorośli kłamią, oszukują, są fałszywi, używają brzydkich wykrętów. Jeśli nie palą pokryjomu papierosów, to tylko dlatego, że mogą palić jawnie, że robią co chcą.
Im usilniej dbasz o zachowanie autorytetu, tem bardziej cię omija, im ostrożniej się nosisz, tem łatwiej wyślizgnie się z ręki. Jeśli nie jesteś śmieszny do ostateczności, bezwzględnie niedołężny, nie starasz się głupio wkraść w łaski dzieci, kokietując i pobłażając, — będą cię po swojemu szanowały.
Po swojemu, — jak? — nie wiem.
Będą się śmiały, żeś chudy i wysoki, żeś tłusty, żeś łysy, że masz brodawkę na czole, że jak się gniewasz, to ci się nos rusza, że jak się śmiejesz, chowasz głowę w ramionach. I będą cię naśladowały, i pragną być chude albo tłuste i nosem poruszać, gdy się gniewają.
Pozwól im w serdecznej wyjątkowej chwili, rzadkiej koleżeńskiej rozmowie, powiedzieć, co myślą o tobie.
— Pan jest taki dziwny. Czasem to pana lubię, ale czasem tobym pana zabił ze złości.
— Jak pan coś mówi, to się zdaje, że to wszystko prawda. Ale jak się pomyśli, to widzę, że pan tylko tak mówi, bo my jesteśmy dzieci.
— Nigdy nie można wiedzieć, co pan sobie o nas naprawdę myśli.
— I pośmiać się z pana nie można, bo tylko czasami pan jest śmieszny.

67. Nikt nie zaprotestował, że w powiastce dla dzieci pod nagłówkiem „Sława“ pozwoliłem jednemu z bohaterów ukraść. Długo się wahałem, ale nie mogłem inaczej: ten chłopak o silnem chceniu i żywej wyobraźni musiał raz ukraść.
Bo dziecko kradnie, jeśli tak bardzo mieć pragnie, że oprzeć się nie może.
Dziecko kradnie, gdy czegoś jest bardzo dużo, więc można wziąć jedno. — Kradnie, gdy nie zna właściciela. — Kradnie, gdy jemu skradziono. — Kradnie, bo mu to potrzebne. — Kradnie, bo je namówiono.
Przedmiotem kradzieży może być kamyk, orzech, papierek od karmelka, gwoździk, pudełko od zapałek, ułamek czerwonego szkiełka.
Bywa, że wszystkie dzieci kradną, że istnieje tolerancja dla kradzieży. Te drobne, bezwartościowe przedmioty — stanowią niby osobistą, niby wspólną własność.
— Macie tu szmatki, bawcie się.
A jeśli się pokłócą, co wtedy?
— Przestańcie się kłócić: masz tyle, daj i jemu kilka.
Znalazł złamaną stalkę, — oddaje ci.
— Weź, wyrzuć.
Znalazł podarty obrazek, sznurek, paciorek. — Jeśli wolno wyrzucić, wolno i schować.
I powoli staje się tak, że stalka, igła, kawałek gumy lub ołówek, naparstek, wreszcie każdy leżący na oknie, stole, na podłodze przedmiot jest niby wspólną własnością. — Jeśli w rodzinie wynika z tego powodu setka sporów, to w internacie będą ich codziennie tysiące.
Są dwa sposoby: jeden — niegodziwy — nie pozwolić dzieciom na przechowywanie „rupieci“, drugi — słuszny, że każdy przedmiot ma właściciela, wszystko, co znalezione, winno być zwrócone, bez względu na minimalną, czy żadną wartość. — Każdy przedmiot zarzucony winien być odszukany natychmiast.
W ten sposób dziecko ma jasne dyrektywy, pozostaje tylko jeden, pierwszy rodzaj kradzieży, — a ulegają pokusie niekiedy — dzieci nie najgorsze.

68. Oszustwo jest tylko odmianą kradzieży, — kradzieżą zamaskowaną.
Wypraszanie podarków, jawnie niedorzeczne zakłady, gry hazardowe i gry w „zielone“, „w kosmate“, wreszcie zamiana przedmiotów cennych (scyzoryk, piórnik, pudełko od czekoladek) na przedmioty bezwartościowe. — Wreszcie — pożyczanie bezterminowe.
Najczęściej wychowawca, dbając o własną wygodę, — zabrania zamieniać, robić podarunki, grać z intencją korzyści. Ten zakaz raz na zawsze zamyka pokrzywdzonemu drogę do wyklętej i tak skargi.
Setki spraw najbardziej życiowych, ciekawych, swoistych, nie dochodzą do wiadomości wychowawcy, a jedna jaskrawa, zdemaskowana, daje mu pole do retorycznego popisu, pełnego życiowej nieprawdy kazania. Zakaz jeszcze bardziej stanowczy, — znów cisza do następnej awantury. — Bo zakaz ma siłę na krótki przeciąg czasu, bo go życie odrzuca.
Ileż brzydkich, deprawujących i krzywdzących spraw — z powodu zaciągniętych zobowiązań, wyłudzonych darów, świadomie oszukańczych tranzakcyj.
Dziecko, które zgubiło pożyczony scyzoryk lub piłkę — może stać się niewolnikiem.

69. Wychowawca, który wstępuje ze słodką iluzją, że wchodzi w światek czystych, czułych i szczerych duszyczek, których względy tak łatwo zaskarbić, a zaufanie zyskać, — rychło się rozczaruje. I miast mieć żal do tych, którzy go w błąd wprowadzili i do siebie, że uwierzył, — będzie się dąsał na dzieci, że wiarę jego zawiodły. A czyż one winne, że ci ukazano ponęty pracy, ukrywając ciernie?
Wśród dzieci jest tyluż złych ludzi, ilu wśród dorosłych, tylko nie mają bądź potrzeby, bądź możności tego okazać. W świecie dziecięcym dzieje się to wszystko, co się dzieje w brudnym świecie dorosłych. Znajdziesz przedstawicieli wszystkich typów ludzi i okazy wszystkich ich czynów niegodnych. Bo dzieci naśladują życie, rozmowy, dążenia środowiska, w którem się wychowały, bo mają w zarodku wszystkie ich namiętności.
I jeśli jutro spotkam grupę dzieci, już dziś winienem wiedzieć, kto one. Będą tam łagodne, bierne, dobroduszne, ufne, — aż do najzłośliwszych, jawnie wrogich i pełnych przewrotnej inicjatywy, lub obłudnie uległych, konspiracyjnie złośliwych, — intryganci i dzieci przestępne.
Przewiduję konieczność walki o regulamin i bezpieczeństwo bezdusznych i uczciwych. Wezwę do współdziałania dodatnie wartości gromady, przeciwstawię je złym siłom. I wówczas dopiero rozpocznę planową pracę wychowawczą, zdając sobie jasno sprawę z granic wpływów wychowawczych na danym terenie.
Mogę stworzyć tradycję prawdy, ładu, pracowitości, uczciwości, szczerości, ale nie przerobię żadnego z dzieci na inne, niż jest. Brzoza pozostanie brzozą, dąb dębem, — łopuch łopuchem. Mogę budzić to, co drzemie w duszy, nie mogę nic stworzyć. Śmieszny będę, dąsając się na siebie lub dziecko.

70. Zauważyłem w uczciwych wychowawcach niechęć ku dzieciom nieszczerym. Pragnąłbym zwrócić ich uwagę, że niewola, w której trzymamy dzieci, wychowuje i fałsz i przebiegłość w wykorzystaniu twych upodobań i obłudną chęć dogodzenia i interesowną komedję przywiązania. Dotknięte są tą niemocą w różnym stopniu wszystkie.
Wejrzyj w duszę twoich nieszczerych. To biedne dzieci. Niekiedy ambitne, a bez realnej wartości, może zapoznane, niekiedy słabe fizycznie i brzydkie, poniewierane, niekiedy z boku tresowane w obłudzie, psute i kaleczone zarówno przez ciebie, który ich nie lubisz, jak przez tych, którzy nie dostrzegli fałszu przywiązania, wdzięczności i wzorowości — i dają im przywileje.
Jeśli to chłodne i złośliwe zbliży się do ciebie, przytuli, — choć wiesz, że jest to aktem wyrachowania, nie masz prawa go usunąć. Może ono tylko nie umie, może inne oszukują cię zręczniej, wdzięczniej, jeszcze kłamliwsze, bo ulegają suggestji własnej gry?
Między temi, które więcej kręcą się koło ciebie, niżbyś pragnął, może są słabe i nielubiane i chcą, byś je specjalną otoczył opieką, osłonił przed krzywdą?
Może ktoś im szepnął: bądź serdeczny, daj bukiecik, pocałuj i — poproś. Może dziecko spełnia polecenie bez przekonania, wbrew swej szczerej ale oschłej naturze, więc z nakazu, niezręcznie, nieumiejętnie.
Dziwiło mnie, gdy jeden z chłopców, powściągliwy, oschły, starczy, zamknięty w sobie, mizantrop, zaczął mi nagle okazywać serdeczność, pierwszy śmiał się z mego żartu, torował drogę, uprzedzał życzenia. Robił to niezręcznie, z jawną chęcią zwrócenia uwagi na to, co czyni. Tak trwało dość długo, ukrywałem doznawaną przykrość... Gdy poprosił wreszcie, aby przyjęto jego młodszego brata do Domu sierot, — czułem, jak mi łzy nabiegają do oczów: biedak, ile wysiłku go kosztowało, by przez tyle czasu być tem, czem nie jest w istocie.

71. Dzieci nie lubiane przez dzieci, i ich faworyci, prowodyrzy. Temat ważny, badania możeby dały nam klucz do rozwiązania niejednej zagadki powodzenia w życiu nie według skali wartości i siły, a czegoś nieuchwytnego, nieznanego.
Dzieci ładne, zdrowe, pogodne, z inicjatywą, śmiałe, z talentem, zawsze mają przyjaciół, sprzymierzeńców, wielbicieli; zbyt ambitne mają i wrogów. Stąd obozy. Są przelotni ulubieńcy zbiorowisk dziecięcych: same wynoszą je na czoło, by cieszyć się potem z ich upadku.
Nie dziw, że dziecko, które umie zorganizować zabawę, zna bajki, lubi i umie się bawić, jest mile widzianym towarzyszem: daje wesołość, fantazję, jak inne podzieli się owocami. I ostatecznie cóż lubią, jeśli nie bogactwo łakoci czy ducha, z którego czerpią.
Dzieci nie lubią rozlazłych i dokuczliwych, a czemże one są jeśli nie biedne ciałem i słabe duchem? Zwracają się do wychowawcy, bo nie mogąc nic dać dzieciom, nic wzamian nie otrzymują.
Tak być musi, że najwięcej cię absorbują, najbliżej otaczają te dzieci, które nie najwyższą posiadają wartość. Nie żądaj dla nich pełni praw, one same niewiele żądają.
Ale ich nie odtrącaj.

72. Dziecko stara się, dodam, ma prawo wykorzystać wszystkie plusy, które posiada, wszystkie dodatnie wartości, któremi rozporządza, by zwrócić na siebie uwagę: więc miłą powierzchowność, zręczność, pamięć, łatwość wysłowienia, dźwięczny głos, pochodzenie. Jeśli nie przekonawszy, będziemy mu przeszkadzali, zbudzimy niechęć: dopatrzy się złośliwej szykany, może zazdrości.
— To nasz śpiewak, nasz gimnastyk.
Może to nie jest słuszne? Może to je psuje? A może tylko ośmiela do szczerego wypowiedzenia, co myśli: tak, ono jest dumne, że najlepiej śpiewa, że najzręczniejsze.
Czy nie jest większym nietaktem powiedzieć dziecku opryskliwie:
— Myślisz, że jak ładnie śpiewasz, jak tatuś twój jest wójtem, — to ci już wszystko wolno?
Albo:
— Myślisz, że mnie uśmiechem w błąd wprowadzisz? Całujesz mnie, bo chcesz coś dostać?
Tak jest; ale i ty tak postępujesz.
Czy nie zastępujesz pamięcią brak własnych myśli lub inteligencją — brak pamięci? Czy nie starasz się uśmiechem zyskać ich posłuszeństwa, bo nie umiesz lub nie lubisz grozić? Czy nie chcesz pocałunkiem uzyskać poprawy?
Czy nie ukrywasz swych wad i przywar?
Czemu dziecku odbierasz prawo, z którego sam korzystasz, mając olbrzymi przywilej wieku i władzy.
Znakomita większość dzieci nie ma jeszcze rozumu. Posługują się sprytem. Spryt nazywa Lok małpą rozumu. Im lepsze dasz warunki twym wychowańcom, by dojrzeli, tem prędzej twoje ucieszne małpki staną się ludźmi.

73. Dzieci ostatnie i spóźnione — one są probierzem cierpliwości wychowawcy.
Dzwonek — niewtajemniczeni nie wiedzą, ile potrzeba wysiłku ze strony wychowawcy, ile wytrwałej dobrej woli ze strony dzieci, aby owych sto stawiło się w komplecie na dane hasło.
Jeszcze tylko jeden wiersz niedokończonego przepisywania, jeden numer wywoływanej loteryjki, jedno słowo niedokończonej rozmowy, już nie do rozdziału ale do kropki przeczytana bajka.
Wychodząc z pokoju, czekasz aby drzwi zamknąć. Z hałasem, popychając się biegną zbyt pośpiesznie wszystkie, prócz jednego czy dwojga, na które musisz czekać, zanim coś w ostatniej chwili włożą czy wyjmą.
Wydajesz obuwie, płaszcze, — znów to samo.
I czekasz przy otwartej szafie, przy lampie, by ją zgasić, przy wannie, by wodę wypuścić, przy stole, by zebrać naczynia, — czekasz z rozpoczęciem lub zakończeniem czynności na to jedno lub dwoje. A im zawsze zarzuci się czapka, gdy już wyjść miały, złamała stalka, gdy rozpoczynasz dyktando.
— Prędzej... Ruszaj że się... Długo tego będzie?... Czy raczysz nareszcie?
Nie dąsaj się: takie być muszą.

74. Zakaz, pozornie nie uciążliwy. Walczysz bezowocnie, a dzieci nie słuchają. Nie dąsaj się.
Zabroniliśmy wieczorem rozmawiać w sypialni.
— Cały dzień mieliście do gadania. Teraz spać.
Widocznie coś nie pozwala dzieciom ulec słusznemu żądaniu, bo dzieci rozmawiają półgłosem, szeptem, cichym szeptem. Jest szmer.
Krzyknąłeś — cisza, ale nie na długo.
Dziś, wczoraj, jutro, — toż samo. Więc pozostaje kij, przemoc — lub badanie.
— O czem wczoraj rozmawiałeś w sypialni?
— Opowiadałem mu, jak żyliśmy w domu, kiedy tatuś jeszcze żył. — Pytałem go się, dlaczego Polacy nie lubią Żydów. — Mówiłem, żeby się poprawił, to pan się na niego nie będzie zawsze gniewał. — Mówiłem, że jak będę duży, to pojadę do eskimosów i nauczę ich czytać i budować domy.
Brutalnem: „cicho tam“ przerwałbym te cztery rozmowy.
Zamiast przewinienia, dostrzegasz jedną z głębokich, serdecznych trosk duszy twych dzieci. W hałasie i jarmarcznej krzątaninie niema miejsca na ciche zwierzenie, smętne wspomnienie, serdeczną radę, poufne zapytanie. Ciebie nuży całodzienny hałas, pragniesz przed snem znaleźć chwilę zaciszną, tegoż pragną i one...
Zabraniasz rano rozmawiać, zanim wybije oznaczona godzina? A co ma robić ten, który się wcześniej obudził, który codziennie wcześniej się budzi?
Znów bezcelowość walki o ranny spokój sali dała dzieciom zwycięstwo, a mnie odkrycie, jeśli nie decydującej, to w każdym razie nie drugorzędnej wagi.

75. Inny przykład.
Często zdarzało mi się zadawać dzieciom pytanie:
— Co porabiasz, co słychać u ciebie, czemu jesteś smutny, jak się miewają twoi w domu?
Często otrzymywałem odpowiedź:
— Nic nowego, wszystko dobrze, nie jestem smutny.
Wówczas byłem zadowolony. Na to, by okazać dziecku zainteresowanie, życzliwość, traciłem małą część minuty. Często pogłaskałem które w przejściu.
Po pewnym czasie zwróciło moją uwagę, że dzieci nie lubią ani tych pytań ani pieszczot. Niektóre niechętnie odpowiadały, jakby z pewnem zażenowaniem, odpowiadały z chłodną rezerwą, niekiedy z ironicznym uśmiechem. Raz zwrócił się do mnie chłopiec w dość ważnej sprawie w chwilę potem, gdy na pytanie dał zdawkową odpowiedź. Od głaskania wyraźnie uchylały się niektóre dzieci, skądinąd czułe, uczuciowe.
Przyznaję, że mnie to drażniło, dąsałem się; zrozumiałem wreszcie. W tych nawykowych, od niechcenia rzuconych pytaniach, dziecko nie widzi ani szczerego zainteresowania się ani możności zwrócenia się z prośbą. Ma słuszność: Podając całe pudełko cukierków, liczysz na to, że gość weźmie jeden i nie największy. Częstujesz dziecko ułamkiem minuty, ono ci daje żądaną odpowiedź: „wszystko dobrze“, ale spłacając dług dobrego wychowania, ma żal do ciebie za fałsz udanego zainteresowania się jego osobą; ono nie chce być traktowane, aby zbyć, w przelocie.
— No cóż, lepiej? — zapytuje lekarz przy obchodzie sali szpitalnej.
Z tonu głosu, ruchów, widzi chory, że lekarz się spieszy, więc odpowiada niechętnie:
— Dziękuję, lepiej.

76. Dzieci nie mają doświadczenia w fałszu form towarzyskich, dodam, w zwykłych kłamstwach potocznej mowy:
— Wprost ręce opadają; powinno być cicho jak w kościele; pali się wszystko na nim; co weźmie do łapy, to zepsuje; sto razy mówiłem; już więcej nie powtórzę.
Dla dziecka są to kłamstwa.
Jakże nie wstyd mówić, że ręce opadają, gdy się niemi porusza swobodnie? W kościele wcale nie jest cicho. Spodnie się podarły, gdy przechodził przez parkan i można je zacerować; wcale się nie spaliły. Bardzo wiele rzeczy bierze do rąk i nie psuje, a że się jedna złamała, to się może zdarzyć. Sto razy nie mówiono, a najwyżej może pięć razy, i nieraz jeszcze powtórzą.
— Ogłuchłeś czy co?
Nie, nie ogłuchł. To pytanie też jest kłamstwem.
— Na oczy mi się nie pokazuj.
I ten rozkaz jest kłamstwem, bo podczas obiadu każą mu siedzieć przy stole.
Ileż razy dziecko buntowniczo się zachowuje, bo woli otrzymać parę szturchańców, byle się wstrętna przemowa skończyła. Może dziecko, przekonane o konieczności szacunku dla wychowawcy, cierpi widząc, jak ten szacunek wali się w gruzy? Bo o ileż mu łatwiej ulegać w przekonaniu o ich istotnej moralnej wyższości.

77. Wprowadziliśmy w Domu Sierot reformę: dzieci podczas śniadania, obiadu i kolacji otrzymują nadprogramowo tyle suchego chleba, ile zechcą. Ale nie wolno go rozrzucać i zostawiać. Niech weźmie tyle, ile zjeść może. Nie odrazu dzieci zdobywają odnośne doświadczenie, bo świeży chleb jest przysmakiem dla wielu.
Wieczór, kolacja się skończyła, wezwano małe do sypialni.
W tej samej chwili jedna ze starszych dziewczynek, ugryzłszy niewielki kęs chleba, rzuca manifestacyjnie resztę porcji na stół, przy którym siedzę, i powłóczystym krokiem idzie dalej. Byłem tak zdumiony, że nie powiedziałem nic więcej, tylko: „jesteś obrzydliwa bezczelna dziewucha“. W odpowiedzi lekceważący ruch ramion, łzy, obrażona udała się do sypialni.
Zdziwiłem się, gdy niezadługo zastałem ją już w łóżku śpiącą.
W kilka dni później zrozumiałem powód wyraźnie niedorzecznego czynu, gdy ta sama dziewczynka oznajmiła, że chce chodzić spać wcześnie, razem z małemi.
Ambitna, nie odrazu mogła się zdecydować na poniżające chodzenie spać z malcami. I oto, półświadomie czy podświadomie, sprowokowała wówczas mój gniew, by mieć powód do obrazy, łez, i co za tem idzie — przedterminowego pójścia spać...
Słów parę o jej powłóczystym chodzie.
Chodząc, nie podnosiła nóg, suwała je po podłodze. Niektórym dzieciom się to podobało, zaczęły ją naśladować. Ten starczy chód u dziecka zdawał mi się nienaturalny, śmieszny, brzydki, dodam, lekceważący. Nieco później dostrzegłem, że jest nietylko naturalny, ale swoisty dla dzieci w wieku silniejszego rozwoju. Jest to chód znużenia.
W praktyce prywatnej niejednokrotnie zapytywałem:
— Czy nie zauważyła pani, że chód dziecka się zmienił?
— Ależ tak: chodzi, jak obrażona księżna. To mnie do rozpaczy, do wściekłości niekiedy doprowadza. Suwa nogami, jakby miała sto lat lub była wie Bóg jak spracowana.

78. Czy ten jeden przykład nie dowodzi, jak ściśle zrośnięty jest świat przejawów ducha z jego fizjologicznem podłożem?
Mylą się ci, którzy sądzą, że porzuciwszy szpital dla internatu, sprzeniewierzyłem się medycynie. Po ośmiu latach pracy szpitalnej zrozumiałem dość silnie, że wszystko, co nie jest tak przypadkowe, jak przejechanie przez automobil lub połknięcie gwoździa, może być poznane w dziecku tylko przy paroletniej jego obserwacji klinicznej nie zrzadka, w chorobie-katastrofie, ale codziennej, w jasnych okresach jego pomyślności.
Berliński szpital i niemiecka literatura lekarska nauczyły mnie myśleć o tem, co wiemy i powoli, systematycznie posuwać się naprzód. Paryż nauczył mnie myśleć o tem, czego nie wiemy, a wiedzieć pragniemy, musimy, będziemy. Berlin, to dzień roboczy, pełen drobnych trosk i zabiegów, Paryż, to święto jutra z jego olśniewającem przeczuciem, potężną nadzieją i nieoczekiwanym tryumfem. Siłę chcenia, ból niewiedzy, rozkosz poszukiwań dał mi Paryż. Technikę uproszczeń, wynalazczość drobiazgów, ład szczegółów — wyniosłem z Berlina.
Wielka synteza dziecka — oto co mi się śniło, gdy w bibljotece paryskiej z rumieńcem wzruszenia czytałem dziwne dzieła francuskich klasyków-klinicystów.

79. Medycynie zawdzięczam technikę badania i dyscyplinę naukowego myślenia.
Jako lekarz, stwierdzam objawy: widzę wysypkę na skórze, słyszę kaszel, czuję wzniesienie ciepłoty, powonieniem ustalam zapach acetonu z ust dziecka. Jedne dostrzegam odrazu, ukrytych poszukuję.
Jako wychowawca, mam również objawy: uśmiech, śmiech, rumieniec, płacz, ziewnięcie, okrzyk, westchnienie. Jak bywa kaszel suchy, wilgotny i duszny, tak bywa płacz łzami, łkaniem i prawie bez łzy.
Objawy ustalam bez gniewu. Dziecko gorączkuje, dziecko kaprysi. Obniżam gorączkę, usuwając w miarę możności jej powód, osłabiam natężenie kaprysu, ile się da bez szkody dla jego ducha.
Nie wiem dlaczego mój zabieg lekarski nie osiąga pożądanego skutku, nie dąsam się a poszukuję. Dostrzegam, że moje zarządzenie chybia celu, rozkaz nie jest wykonywany przez wiele dzieci lub jedno, nie dąsam się, ale badam.
Niekiedy objaw pozornie drobny i bez znaczenia, mówi o wielkiem prawie, pozornie oderwany szczegół wiąże się u dna z ważnem zagadnieniem. Jako lekarz i jako wychowawca nie znam drobiazgów i czujnie śledzę to, co zdaje się przypadkowem i bezwartościowem. Drobny uraz rujnuje niekiedy mocne, karne a kruche funkcje ustroju. Mikroskop odkrywa w kropli wody zarazę, która pustoszy miasta.
Medycyna pokazała mi cuda terapji i cuda wysiłków w podpatrywaniu tajemnic natury. Dzięki niej widziałem po wielekroć, jak człowiek umiera, i z jaką bezlitosną siłą, rwąc łono matki, przedziera się na świat do życia płód, dojrzały owoc, by stać się człowiekiem.
Dzięki niej, nauczyłem się wiązać mozolnie rozproszone szczegóły i sprzeczne objawy w logiczny obraz rozpoznania. I bogaty w doświadczoną świadomość o potędze praw natury i geniuszu badawczej myśli ludzkiej, staję wobec niewiadomej: dziecko.

80. Gniewne spojrzenie wychowawcy, pochwała, napomnienie, żart, rada, pocałunek, bajka jako nagroda, zachęta słowna — to są zabiegi lecznicze, które należy podawać w mniejszych lub większych dozach, częściej lub rzadko, zależnie od przypadku, zależnie od indywidualnych cech ustroju.
Istnieją dewiacje, skrzywienia charakteru, które cierpliwie leczyć trzeba ortofrenją. Istnieje wrodzona lub przejściowa anemja ducha. Istnieje wrodzona słaba odporność przeciwko zarazie moralnej. Wszystko to można rozpoznawać i leczyć. Zbyt pośpieszne, błędne rozpoznanie i niewłaściwe lub zbyt energiczne leczenie sprowadzają pogorszenie.
Głód i przesyt w zakresie życia duchowego są tak samo materjalne, jak w życiu fizycznem. Dziecko, głodne rady, wskazówki, pochłonie ją, przetrawi i przyswoi, przekarmiane morałem — będzie doznawało mdłości.
Gniew dziecka — jedna z najważniejszych, najciekawszych dziedzin.
Opowiadasz mu bajkę, nieuważnie słucha. Nie rozumiesz, dlaczego, ale zamiast się zdziwić, jak przyrodnik, niecierpliwisz się, dąsasz.
— Nie chcesz słuchać, to dobrze; jak mnie poprosisz, nie opowiem.
— Nie to nie, — odpowiada dziecko, — bez łaski.
Jeśli nie powie, to pomyśli: poznasz po ruchu, po wyrazie twarzy, że nie dba o bajkę...
Całując, tuląc małego urwisa, prosiłem go, aby się poprawił. Rozpłakał się, i ze łzami, z rozpaczą powiedział:
— Proszę pana, czy to moja wina, że pan akurat nie lubi łobuzów, tylko same niedołęgi. No niech pan jemu każe być łobuzem, to on także pana nie będzie słuchał.
Jego łzy nie były wcale oznaką skruchy. On nie protestował przeciw moim pieszczotom i słodkim przemowom, bo uważał je za zasłużoną surową karę za swoje liczne grzechy. On tylko myślał beznadziejnie o swej przyszłości: ten poczciwy ale głupi wychowawca nie może zrozumieć, że ja nie mogę być inny. Dlaczego tak surowo karze pocałunkiem, którego nienawidzę, niechby mi lepiej dał za ucho i kazał całe lato chodzić w podartych spodniach.

81. Sumując ogrom wyników, jakie dała kliniczna obserwacja dziecka w szpitalu, zapytuję, co dał nam internat: nic.
Zapytuję internatu, ile godzin snu wymaga dziecko? Podręczniki hygieny podają jakąś tablicę, przypisywaną z książki do książki, a ułożoną nie wiadomo przez kogo. Tablica głosi, że im dziecko starsze, tem mniej potrzebuje snu: to kłamstwo. Ogólnie biorąc, dzieci mniej wymagają snu, niż sądzimy, dodam: niżbyśmy pragnęli. Ilość godzin snu waha się zależnie od etapu rozwojowego, w którym się dziecko znajduje, i często trzynastoletnie chodzą spać z małemi, gdy dziesięciolatki są rzeźkie i nie słuchają książkowych przepisów.
Toż samo dziecko — dziś nie może się doczekać hasła, by wyskoczyć z łóżka, niezależnie od pogody i temperatury sypialni; po upływie roku staje się nagle ociężałe, z wysiłkiem się podnosi, przeciąga i ociąga, a chłód sali o rozpacz je przyprawia.
Łaknienie dziecka: nie je, nie chce, oddaje, wykręca się, oszukuje by nie jeść. Mija rok: je, pochłania — kradnie bułkę z kredensu.
A potrawy ulubione i nienawistne?
Na pytanie, jakie ma dwa największe zmartwienia, chłopiec odpowiada: jedno, że mi mama umarła, drugie, że muszę jeść grochówkę. A są dzieci, które zjadają po trzy porcje zupy grochowej.
Ale czy można mówić o indywidualnych właściwościach, gdy się nie zna praw ogólnych?
A owo pochyłe trzymanie się dzieci, które się po pewnym czasie znów prostują i znów pochylają? Blade rumienią się i znów bledną. Zrównoważone psychicznie, stają się nagle kapryśne, oporne, niekarne, — by po pewnym czasie znów się zrównoważyć, — „poprawić“.
Ileż arszenikowej rozpusty i ortopedycznego szwindla znikłoby z medycyny, gdybyśmy znali wiosny i jesienie rozwoju dziecka. Gdzież badać je, jeśli nie w internacie? Szpital ma zadanie studjować choroby, brutalne zmiany, jaskrawe objawy, cała jubilerszczyzna hygjeny, mikroobserwacja drgnień — wypracowane być winny w internacie.

82. Nie znamy dziecka, gorzej: znamy je z przesądów. Aż wstyd, jak na dwa, trzy dzieła, pisane naprawdę przy kołysce, powołują się aż do obrzydzenia wszyscy. Aż wstyd, jak pierwszy lepszy sumienny pracownik staje się autorytetem niemal wszystkich zagadnień. Najdrobniejszy szczegół w medycynie liczy bogatszą literaturę, niż tu całe dziedziny. Lekarz jest tylko honorowym gościem internatu, nie-gospodarzem. Nic dziwnego, że ktoś z przekąsem orzekł, że reforma internatu jest reformą murów, a nie ducha. Nad dzieckiem internatu ciągle jeszcze panuje morał, nie badanie.
Czytając stare prace kliniczne lekarzy, widzimy drobiazgowość studjów, które niekiedy śmiech, zawsze zdumienie budzą: liczono ilość wykwitów na skórze przy wysypkowych chorobach, lekarz dnie i noce nie odstępował chorego. Medycyna ma dziś prawo nieco zaniedbać klinikę, pokładając nowe nadzieje w pracowniach.
A pedagogika, przeskoczywszy klinikę-internat, odrazu chwyciła się prac laboratorjum.
Zaledwie trzy lata spędziłem w internacie, tyle, by się rozejrzeć — i nie dziwię się, że zdobyłem skarby spostrzeżeń, projektów, przypuszczeń; boć w tej złotej krainie nikt nie był jeszcze, nie wiedzą o jej istnieniu.

83. Nie znamy dziecka.
Dziecko w wieku przedszkolnym, wiek szkolny, to podział policyjny tam, gdzie istnieje pobór szkolny. Okres ząbkowania, zębów stałych, dojrzewania. Nic dziwnego, że w warunkach dzisiejszej obserwacji dziecka, dostrzegliśmy tylko jego zęby i włosy pod pachami.
Nie umiemy nawet zdać sobie sprawy z przeciwności, które rzucają nam się w oczy w ustroju dziecięcym: z jednej strony żywotność komórek, z drugiej uraźliwość. Z jednej strony pobudliwość, wytrzymałość, siła, z drugiej — łamliwość, niezrównoważenie, znużenie. I ani lekarz, ani wychowawca nie wiedzą, czy dziecko jest istotą „niezmordowaną“, czy chronicznie zmęczoną.
Serce dziecka? Wiem. Dziecko ma dwa serca: centralne, przepracowane i peryferyczne, w elastycznych naczyniach. Dlatego tętno tak łatwo znika, ale łatwo znów się zrównoważa.
Ale dlaczego jedne dzieci pod wpływem afektu mają tętno zwolnione, gdy drugie — szybkie, miarowe? Dlaczego jedne bledną, drugie się rumienią? Kto wysłuchiwał serce dzieci, z których każde sto razy przez sznur przeskoczyło? Czy pozorna żywotność nie w tem ma swe źródło, że dziecko jest niedoświadczone w spotrzebowaniu swej energji aż do ostatnich granic? Dlaczego tętno dziewcząt pod wpływem afektu jest częstsze, niż u chłopców, co znaczy, że dany chłopiec ma „dziewczęcą reakcję tętna“, a dziewczynka — chłopięcą?
To są wszystko pytania nie lekarza internatu, a wychowawcy lekarza w internacie.

84. Wychowawca powiada:
— Mój system postępowania, mój pogląd. Choćby miał ubogie teoretyczne przygotowanie i niewielką liczbę lat pracy poza sobą, ma prawo tak mówić.
Ale niech dowiedzie, że ten system czy pogląd podpowiedziało mu doświadczenie pracy w takich warunkach na takim terenie, z takim materjałem dzieci. Niech usprawiedliwi swe stanowisko, przytoczy przykłady, poprze kazuistyką.
Daję mu nawet prawo do tego, co jest najtrudniejsze, najbardziej ryzykowne: do rokowania, przepowiadania, na co wyrośnie dane dziecko.
Ale niech ma zawsze świadomość, że może się mylić. Niech żaden z poglądów nie będzie ani bezwzględnem przekonaniem, ani przekonaniem na zawsze. Niech dzień dzisiejszy zawsze będzie tylko przejściem od sumy wczorajszych doświadczeń, do większej z dniem jutrzejszym.
Każde zagadnienie winno być rozpatrywane niezależnie od ogólnego poglądu, każdy fakt niezależnie. Bo fakty przeczą sobie, a tylko z ilości ich po tej lub innej stronie można domyślać się praw ogólnych.
Tylko w tych warunkach praca jego nie będzie ani monotonna, ani beznadziejna. Dzień każdy przyniesie mu coś nowego, nieoczekiwanego, niezwykłego, co dzień bogatszy będzie w nowy przyczynek.
Niezwykła lub rzadka skarga, kłamstwo, spór, prośba, przewinienie, objaw nieposłuszeństwa, fałszu, bohaterstwa, będą dlań cenne, jak dla zbieracza rzadka moneta, skamieniałość, roślina, położenie gwiazd na niebie.

85. I tylko wówczas każde dziecko kochać on będzie rozumną miłością, zainteresuje się jego treścią duchową, potrzebami, losem. Im bliższy będzie dziecka, tem więcej dostrzeże w niem cech godnych uwagi. W badaniu znajdzie i nagrodę i zachętę do dalszego badania, dalszych wysiłków.
Przykład:
Dziewczynka zła, brzydka, dokuczliwa. Jeśli bierze udział w zabawie to, by ją zdezorganizować. Zaczepi podstępnie, bo chce być pokrzywdzoną, aby móc się skarżyć. Okażesz jej życzliwość, rozzuchwalasz. Inteligencja słaba, dążeń brak, uczuciowości niema, ambicja żadna, wyobraźnia uboga.
Kocham ją jak przyrodnik, który przygląda się jakiejś mizernej, złośliwej istocie, — ot urodziło się takie biedne brzydactwo, taki kopciuszek natury.
Zapowiedziałem surowo:
Pamiętaj, żebyś się nie ważył wyjść z łóżka.
I powróciłem do przerwanych wieczornych opatrunków.
Gdy po chwili rozległo się z sypialni trwożne: proszę pana — wiedziałem, co ono oznacza.
Nie posłuchał, wyszedł z łóżka, by zakończyć niezałatwiony porachunek z kolegą.
Milcząc wymierzyłem parę klapsów po ręce i zarzuciwszy kołdrę na plecy, wziąłem do swego pokoju.
Dawniej, pół roku temu, byłby się opierał, wyrywał, chwytał za poręcze łóżek, futrynę drzwi. Dziś ma już doświadczenie paru nieudanych prób, więc idzie. Dziwnie wymierzony krok: trochę szybciej, znaczyłoby, że ulega, trochę wolniej, byłby już opór. Popycham go dłonią, bardzo lekko, akurat tyle, że wiem, że idzie z musu.
Idzie, a na twarzy jego osiada ponury cień, powiedziałbyś z duszy wypłynęła czarna chmura, która musi stężeć w burzę.
Stoi, oparł się o ścianę, łeb spuścił, nie drgnął.
Kończę drobne zabiegi: jodynuję skaleczony palec, waseliną smaruję popękane wargi, kropla gliceryny na rękę, łyżka lekarstwa na kaszel.
— Możesz wrócić.
Idę za nim, bo nuż w powrotnej drodze uderzy? Nie, spojrzał tylko, zwolnił kroku, może czekał, — niech zaczepi, niech powie: „acha, w kącie stałeś“.
Doszedł do łóżka, położył się, przykrył na głowę kołdrą, może przyczaił się, może chce, abym wrócił do siebie.
Chodzę między rzędami łóżek.
Już był na drodze poprawy, dziś znów miał zły dzień. Trzasnął drzwiami ze złości, drzwi oszklone, szyba pękła. Powiedział, że to wiatr, przeciąg, — uwierzyłem.
Przy skakaniu przez sznur nie chciał się trzymać kolei, obraził się, nie skakał, przeszkadzał. Dzieci się poskarżyły. Kolacji nie jadł: bułka mu się nie podobała, dyżurny nie chciał zamienić.
Trudno wytłumaczyć dzieciom, że jemu więcej należy przebaczać.
Cichnie szmer usypiającej sali. Osobliwa chwila, dziwnie się wówczas łatwo i dobrze myśli.
Moja praca naukowa.
Krzywe wagi, profile rozwojowe, indeks wzrostu, prognoza ewolucji somatycznej i psychicznej. Tyle nadziei, jaki będzie wynik? Jeśli żaden?
A czy nie dość, że doznaję uczucia radosnej wdzięczności, że rosną i krzepną? Czy to samo nie jest dostateczną nagrodą za pracę? Czy nie mam prawa być bezinteresownym czcicielem natury: niech zielenią się krzewy.
Oto strumień, który szemrze, niwa zbożna, ogród, który liśćmi szeleści. Mam ziarnom kołyszących się kłosów zadawać pytania, pytać krople o ich przeznaczenie?
Poco kraść naturę, niech zachowa swe tajemnice.
Oto śpią, z których każde ma jeden bodaj grzech, bodaj grzech oderwanego guzika, którego nie przyszyło. Jakie to wszystko drobne w perspektywie groźnego jutra, gdy błąd mści się niekiedy całem zdruzgotanem życiem.
Tacy bezpieczni i cisi.
Dokąd mam was prowadzić? Czy ku wielkim ideom, wzniosłym czynom? Czy tylko wdrożyć w spełnianie koniecznych obowiązków, bez których społeczeństwo wyrzuca poza nawias, ale abyście mogły swą godność zachować? Czy za tę trochę strawy i opieki w ciągu lat paru, mam prawo żądać, nakazywać, chcieć? Może dla każdego z was własna droga choćby pozornie najgorsza, będzie jedynie słuszna?...
Wśród ciszy sennych oddechów i mych trwożnych pytań rozlega się łkanie.
Znam ten płacz, to on płacze. Ile dzieci, tyle różnych rodzai, od płaczów cichych i skupionych, poprzez kapryśne i nieszczere, aż do krzykliwych i bezwstydnie nagich.
Przykro, gdy dziecko płacze, ale jego jednego tylko łkanie, zdławione, beznadziejne, złowieszcze, budzi grozę.
Nerwowe dziecko, to mało: jak często, nie znając istoty, zadowolniamy się nazwą niewiadomej treści. Nerwowe, bo mówi przez sen, nerwowe, bo tkliwe, bo żywe, bo ospałe, bo szybko się nuży, bo ponad wiek rozwinięte, progéneré, mówią Francuzi.
Są rzadkie dzieci, które liczą nie własnych przeżytych lat dziesięć. One niosą tarę wielu pokoleń, w ich zwojach mózgowych krwawi się nagromadzona udręka wielu zbolałych stuleci, i pod wpływem nieznacznego bodźca wyładowuje się ukryta w potencji siła bólu, żalu, gniewu, buntu, i doznaje się wrażenia niestosunku między drobnym bodźcem a burzliwą reakcją.
To nie dziecko płacze, to stulecia płaczą, to ból i tęsknota zawodzą, nie że w kącie stało, a że je gnębiono, gnano, poniewierano, wyklęto. Poetyzuję? Nie, tylko nie znajduję odpowiedzi i zapytuję.
Musi być uczucie silnie napięte, jeśli drobiazg może wytrącić z równowagi. Musi być uczucie ujemne, bo z trudem wywołasz uśmiech, pogodne spojrzenie, nigdy głośną oznakę dziecięcej radości.
Zbliżyłem się do niego i powiedziałem stanowczym, ale łagodnym szeptem:
— Nie płacz, bo dzieci pobudzisz.
Ucichł. Wróciłem do siebie. Nie zasnął.
To jedno wśród ciszy łkanie, tłumione na rozkaz, jest zbyt bolesne, zbyt samotne, sieroce.
Ukląkłem przy łóżku, w żadnym podręczniku nie szukałem wyrazów ani intonacji. Mówiłem monotonnym półgłosem:
— Wiesz, że ciebie kocham. Ale nie mogę ci na wszystko pozwalać. Wiatr nie zbił szyby, tylko ty zbiłeś. Dzieciom przeszkadzałeś się bawić. Kolacji nie jadłeś. Chciałeś się bić w sypialni. Ja się nie gniewam. Ty się już poprawiłeś: sam poszedłeś, nie wyrywałeś się. Ty jesteś już grzeczniejszy.
Znów płacze głośno. Uspokajanie wywiera niekiedy wprost odwrotny skutek: zamiast koić, podnieca. Ale wybuch, zyskując na sile, traci na trwaniu. Łka głośno, by po chwili ucichnąć.
— Może jesteś głodny? Dać ci bułkę?
Ostatnie spazmy gardła. Już tylko płacze, skarży się rzewnie, duszą dziwnie skołataną, obolałą, skrzywdzoną.
— Pocałować cię na dobranoc?
Odmawia ruchem głowy.
— No, śpij już, śpij synusiu.
Lekko dotknąłem ręką jego głowy.
— Śpij.
Zasnął.
Boże, czem obronisz tę duszę wrażliwą, by jej życie nie stetłało w błocie?...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.