Alastor czyli duch samotności

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Percy Bysshe Shelley
Tytuł Alastor czyli duch samotności
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ALASTOR CZYLI DUCH SAMOTNOŚCI[1] .
 
PRZEDMOWA.
Nondum amabam et amare amabam, quaerebam, quid amarem amans amare.
(Confess. Sti Augustini).

Poemat, zatytułowany «Alastorem», można uważać za allegoryczny obraz jednego z najbardziej interesujących stanów duszy ludzkiej. Przedstawia on młodzieńca o niezepsutych uczuciach, o duchu awanturniczym, którego wyobraźnia, podniecana i oczyszczana ścisłym stosunkiem z wszelką doskonałością i wzniosłością, prowadzi ku zgłębianiu wszechświata. Pełnymi hausty pije on ze źródeł wiedzy, a jednak pragnienie jego nieugaszone. Majestat i urok świata zewnętrznego głębokie ryje piętno w jego myślach, modyfikacyom ich niewyczerpaną nadając rozmaitość. Dopóki żądza jego zwraca się ku przedmiotom tak nieskończonym i bezmiernym, jest wesół, spokojny i panuje nad sobą. Ale nadchodzi okres, kiedy mu przedmioty te nie wystarczają. Wreszcie duch jego nagle się budzi i pragnie spotkać się z takim samym, jak on, bytem. W wyobraźni stwarza sobie istotę, którą kocha. Ponieważ zajmuje się spekulacyami najwznioślejszemi i najdoskonalszemi, wizya, wcielająca twory jego własnej wyobraźni, łączy w sobie wszystko, co jest przedziwne, mądre lub piękne, a co mógłby odmalować, jako poeta, myśliciel, kochanek. Zdolności umysłowe, wyobraźnia, praca zmysłów, domagają się współczucia odpowiednich czynników w innych istotach ludzkich. W utworze niniejszym poeta zlewa te wymagania i w jednym przedstawia je obrazie. Daremnie szuka pierwowzoru swojej koncepcyi. Złamany rozczarowaniem, do przedwczesnej schodzi mogiły.
Malowidło niniejsze nie jest pozbawione wskazówki dla człowieka rzeczywistego. — To ześrodkowane w sobie osamotnienie poety pomściły furye nieprzepartej namiętności, ku niechybnej wiodąc go ruinie. Ale potęga, która świeczniki tego świata nagle gasi i niszczy, pobudzając w nich zbytnią skłonność do ulegania jej wpływom, skazuje na powolny, jadowity upadek duchy pośledniejsze, ośmielające się wyłamywać z pod jej władzy. Los ich tem jest podlejszy i haniebniejszy, im szkodliwszą i pogardy godniejszą jest ich przewina. Na tych, którzy żadnemu szlachetniejszemu nie dadzą się porwać obłędowi, których nie podnieca żądza wątpień pełnej wiedzy, których nie uwodzą świetlane majaki złudzeń, którzy na ziemi nie ukochali niczego i niczego nie spodziewają się poza jej obrębem, na niechcących współczuwać z bliźnimi, nie radujących się radością, ani smucących się smutkiem innych — na tych wszystkich i im podobnych zasłużona spada klątwa. Cierpią, ponieważ nikt nie poczuwa się do współżycia z nimi. Są zabici moralnie. Nie są ani przyjaciółmi, ani kochankami, ani ojcami, ani obywatelami świata, ani dobroczyńcami swojej ojczyzny. Byty czyste i szlachetne muszą ginąć wskutek namiętnej żądzy współżycia z innymi, skoro duch ich uświadomi sobie swoje osamotnienie wśród tych, którzy pragną żyć poza wspólnotą ludzką.
Wszyscy inni, samolubni, zaślepieni i zatwardziali, należą do ciżby stworzeń, oglądających się tylko na dzisiaj; wśród nich szukać należy źródła wszelkiej niedoli i osamotnienia świata. Ludzie, nie kochający swych współbraci, żyją życiem bezowocnem i starości swojej haniebną gotują mogiłę.

Szlachetni umierają młodo,
A ci o sercu suchem, jako piasek,
Spłoną do szczętu.
Shelley.




Powietrze, ziemio, morze, bracia moi!
Jeśli mi w duszę wlała Macierz wasza
Choć odrobinę dziecięcej pokory,
Ażebym miłość waszą odczuł sercem
l dar ten własną okupił miłością;
Jeślim ukochał rosę porankową,
Wonne południe i szkarłat zachodu
I te północy uroczystą ciszę;
Jeśli mi były drogiemi westchnienia
Lasów jesiennych i zima, zdobiąca
Całunem śniegu i lodów brylantem
Nagie konary i trawy powiędłe;
Jeślim się kiedy upajał pierwszymi

Całunki wiosny pośród drżeń rozkosznych;
Jeślim przenigdy nie obraził ptaka
Ani owadu świadomie, lecz zawsze
Kochał serdecznie, jako ród pokrewny;
O, wówczas, bracia najdrożsi, przebaczcie
To samochwalstwo i dzisiaj mą duszę
Raczcie obdarzyć swoją dawną łaską.


∗             ∗

Podniosła matko niezgłębionych światów,
Błogosław pieśń tę! Zawszem ja cię kochał,
Ciebie jedynie! Zawszeć ja pragnąłem
Kroczyc pomrocznym cieniem twojej drogi
I zawszem serca zatapiał źrenice
W głębinie twoich tajemnic. Jam szukał
W trumnach i lochach grobowych posłania,
O, tam, gdzie godła swych zwycięstw, o matko,
Wydartych tobie, śmierć w długim przywykła
Składać szeregu, i byłem przepełnion
Błogą nadzieją, że mą niewstrzymaną
Nasycę żądzę, aby się dowiedzieć,
Czemże ty jesteś i czem dzieci twoje;
Że samotnego zmuszę tam upiora,
Aby mi, poseł, przez ciebie wysłany,
Objawił, kto my i czem my jesteśmy.
W osamotnionych i milczących chwilach,
Gdy noc swą ciszę w tajne zmienia dźwięki,
Jam, rozpacznemu rówien alchymiście,
Który w natchnienia szale gotów oddać
Cały swój żywot za mroczną nadzieję,
Zamieniał korne wyrazy z niewinną

Oblubienicą mą i pytających
Tylem zamieniał spojrzeń, aże dziwne
Łzy i całunki, w jeden zlane potok,
Takie potężne jęły tworzyć czary,
Że noc zdradzała tajniki swych zwierzeń.
A choć mi jeszcze do dzisiejszej doby
Nie odsłoniłaś wnętrza swej świątnicy,
W niewysłowionych snach, w rojeniach świtu
I w dnia białego głębokiej zadumie
Jam wniknął w ciebie i odtąd pogodny
O, i spokojny, podobien tej harfie,
Która od wieków wisi zapomniana
Gdzieś w tajemniczym, a pustym kościele,
Czekam, o matko wszechmocna, na siłę
Twego natchnienia, ażeby pieśń moja
Brzmiała dziś zgodnie z powiewem tych wiatrów,
Z szelestem lasu i z szumem fal morskich,
Zgodnie z głosami wszystkiego, co żyje,
Z połączonymi hymny dnia i nocy
I ze serc ludzkich głębokiemi tętny.


∗             ∗

Żył niegdyś piewca, któremu kurhanu
Nie usypała ludzka dłoń, wiedziona
Zbożnym szacunkiem, a tylko mogilną
Z liści mu zwiędłych wzniosły piramidę
W dzikiem pustkowiu jesienne tumany.
Nadobny młodzian; ze skargą żałosną
Nie przyszła żadna z uroczych krasawic,
By snu wiecznego samotną łożnicę
Uwieńczyć smutną cyprysu koroną,

I dań mu złożyć ze zroszonych kwiatów.
Choć był łagodny, mężny i szlachetny,
Przecież nad ciemną przeznaczeń mogiłą
Żaden mu gęślarz nie zanucił pieśni.
On żył i śpiewał i umarł samotny.
Obcy płakali, słysząc jego hymny.
A gdy przechodził, nieznany nikomu,
Drżały dziewice i więdły z tęsknoty
Za jego żarnem, namiętnem spojrzeniem.
Dzisiaj już zagasł ten ich blask cudowny,
Zasię milczenie, rozkochane w jego
Przedziwnej pieśni, niemą ich melodyę
Na wieki w swojej zamknęło mogile.

Dziecięciem karmił się czarem srebrzystych
Snów i fantazyj; widokiem ogromu
Ziemskiego kręgu i głębi powietrznej
Nastrajał serce, by pieśń jego żyła
Echem czci dla nich; spragnionemi usty
Czerpał ze źródeł boskiej filozofji;
Wszystko, co wielkie, piękne i szlachetne,
Wszystko, cokolwiek w baśni albo życiu
Święta zamknęła przeszłość, on odczuwał,
I znał to wszystko... Wyrósłszy w młodzieńca,
Porzucił zimne ognisko i łany
Rzucił rodzinne, odtąd już dlań obce.
I szedł w nieznane kraje szukać prawdy.
Odważną stopą przebiegał niejedne
Dzikie rozłogi i puszczy niejednej
Błędne ustronia. Łagodnem spojrzeniem
I czułem słowem zdobywał przytułek
I karm u dzikich. Na przetajemnicze

Szlaki przyrody kierował swe kroki —
Szedł, niby cień jej, gdzie gór wulkanicznych
Dym się iskrzący nad śniegu i lodu
Unosi szczyty; gdzie w mrocznych kotlinach
Leniwe fale łamią się o wyspy
Nagie i czarne; gdzie jaskiń zakręty
Wiją się, w gęste zasnute pomroki,
Pośród trujących i ognistych źródlisk,
I, niedostępne chciwości i pysze,
Gwiazdziste tworzą kopuły ze złota
I dyamentów ponad rozlicznymi
Grot ogromami o wnękach, żłobionych
W perłowej jaśni, o chryzolitowych
Tronach i kolumn kryształowym rzędzie.
Ale i widok, wspanialszy nad przepych,
Bijący z złota i drogich kamieni —
Zielona ziemia ze zmiennym namiotem
Niebios — nie stracił w jego sercu wdzięcznych
Praw do zachwytu i miłości. Chętnie
Pośród samotnych przemieszkiwał dolin
I w dzikich puszczach; tu, czarem łagodnych
Spojrzeń wabione, wiewiórka i gołąb
Ufnie bezkrwawą karm brały mu z ręki;
I antylopa, drżąca już ze strachu,
Gdy zwiędłe w gęstwiach zaszeleszczą liście,
Wstrzymuje kroki lękliwe, ażeby
Wpatrzyć się w obraz, piękniejszy, niżeli
Smukłe jej kształty...

Posłuszny swym górnym,
Natchnionym myślom, odwiedził czcigodne
Minionych czasów zwaliska: Ateny

I Tyr i Balbek, pustynne obszary,
Gdzie ongi święte stało Jeruzalem;
I Babilonu rozpadłe wieżyce,
Teby i Memfis. Patrzał na odwiecznych
Szereg piramid, na wszystko, cokolwiek,
Przedziwnej pieśni urokiem owiane,
Chowają wzgórza ciemnych Etiopów
Na alabastrem lsniących obeliskach
I w jaspisowych grobach i w skażonym
Obrazie sfinksa. Tutaj to, samotny
Pod rozwalonych świątnic olbrzymimi
Chodził słupami, tu, gdzie fantastyczne
Sterczą postacie o kształtach nadludzkich,
Gdzie zodyaku spiżowych tajemnic
Strzegą demony, kowane w marmurze,
I gdzie w kamiennych murów niemej ścianie
Myśl swą milczącą uwięzili zmarli.
I tak upalne, długie dni trawiący
Nad kronikami pierwszych chwil tej ziemi,
W martwe się, niemy, wpatrywał obrazy,
A i naonczas nie rzucał tych dziwów,
Gdy księżyc błędne jął wprowadzać cienie
W te tajemnicze przybytki, lecz wiecznie
Śledził i badał, aż wiedza, jak przebłysk
Natchnień, wniknęła w rozmarzony umysł,
Aż przejmującą ujrzał tajemnicę
Narodzin czasu...

A jedna z arabskich
Dziewczyn przynosi mu codzień z namiotu
Ojca swój obiad i własny swój tapczan
Ściele pod głowę, rzucając spoczynek

I swe zajęcie ukradkiem, by baczyć
Na jego kroki. Miłuje młodzieńca,
Lecz czcią przejęta głęboką, miłości
Nie ma odwagi mu wyznać. Nie sypia,
Tylko, czuwając nad nim, wlepia oczy
W usta, niewinnych marzeń równomiernem
Rozwarte tchnieniem. A gdy miesiąc blady
Coraz to bardziej blednie w ogniach wschodu,
Wraca w swe progi wzburzona i drżąca.

Natchniony pieśniarz, ziemią szedł arabską,
Krainą Persów, Kermańskiem pustkowiem
I grzbietem szczytów, tam, gdzie Ind i Oksus
Radośnie z jaskiń wybiega lodowych,
Aż hen daleko, w najcichszem ustroniu
Kaszmirskiej równi, gdzie w głębi rozpadlisk
Skał wonne krzewy w cieniste altany
Splatają liść swój, nad brzegiem strumienia
Legł szemrzącego... I tutaj zjawiska
Czar nim owładnął — sen, pełen nadziei,
Jakie mu nigdy a nigdy poprzednio
Nie okrasiły wybladłego lica.
Zdawało mu się, że przy nim w osłonie
Jakaś dziewica siadła i tonami
Uroczystymi przemawia do niego.
Głos jej był jako odgłos jego duszy,
Słyszany nieraz w ciszy własnych myśli.
Muzyka słów jej — fale rzeki, zlane
Z falami wiatru — oprzędła mu serce
Włóknami barwnej, migotliwej sieci.
O prawdzie mówi i wiedzy, o cnocie
I o podniosłych nadziejach wolności,

O wszystkich jego najdroższych marzeniach,
O pieśni, sama natchniona pieśniarka.
I uroczysty ten nastrój jej duszy
Żar przejmujący obudził w jej członkach:
Dzikie zerwały się rytmy i w drżących
Łkaniach swą własną tłumiły się mocą.
Jej obnażone ręce wyciskały
Z przedziwnej harfy przedziwne symfonie,
W rozgałęzionych, krwią nabrzmiałych żyłach
Pieśń niewymowną grała krew wymowna.
I słychać było, jak serca jej bicie
Wypełnia przerwy w melodyi, jak w przerwach
Śpiewu faluje namiętny jej oddech.
Naraz się zerwie — widać już nie może
Unieść ciężaru niecierpliwe serce.
On się odwrócił na dźwięk i zobaczył,
Jak w płomienistych odblaskach, płonących
Z wnętrza jej własnej istoty, za mgławą
Przesłoną wiatru pali się jej postać.
Nagie ramiona wzniesione do góry;
Ciemnych jej włosów faliste kędziory
Rozwiewa oddech nocy; w dół spuściła
Promienne oczy, a wargi jej blade
Drżą, w półrozwarte z namiętnej tęsknoty.
Kruszyło mu się z nadmiaru miłości
I więdło serce, acz silne; członkami
Dreszcz począł wstrząsać, tamując mu oddech.
I rozkrzyżował ramiona, ażeby
Zamknąć jej piersi wezbrane; nasamprzód
Wstecz się cofnęła, lecz w tej samej chwili,
Przezwyciężona nieprzepartym szałem,
Porwie go z krótkim, przytłumionym krzykiem

W swe bezcielesne objęcia. I oto
Mrok mu ogarnął obłędne źrenice
I widmo znikło w mżach otchłannej nocy.
I jako fale czarnego potoku,
Wstrzymane w biegu, sen zwalił się znowu
Swoim ciężarem na mózg jego płony.
Lecz, uderzony potęgą wstrząśnienia,
Zbudził się nagle z uroczej zadumy.
Naokół niego światło porankowe,
Białe i chłodne; w dali, na zachodzie,
Pobladły miesiąc, iskrzące korony
Gór i odległe doliny i głuche,
Umilkłe lasy. O gdzież to się ukrył
Ten błękit niebios, co jeszcze wczorajszej
Nocy swym cudnym otulał namiotem
Jego łożnicę? O gdzieżeś ty, dźwięku,
Coś go kołysał do snu? O gdzie jesteś,
Ty tajemniczy majestacie ziemi?
Gdzież ten wczorajszy urok? Gdzież ten zachwyt?
Jako ten miesiąc z wód morskich spogląda
Ku miesiącowi na niebie, zdrętwiałą
Tak i on patrzał w pustkowie źrenicą.
Oto nadobny duch ziemskiej miłości
Sennymi olśnił obrazami człeka,
Co wzgardził jego najprzedniejszym darem.
Bez wytchnień ściga to lotne zjawisko
Poza snów krajem, przebiegając wszystkie
Granice przeszkód — O biada mu! biada!
Czyliż zdradzieckim złączyły się węzłem
I kształt zewnętrzny i dusza i tchnienie?
Ach! już na wieki, na wieki zginęła
W snów nieprzebytej ponurej i pustej

Krainie postać czarowna! Czyż śmierci
Posępne wrota wiodą nas w tajemny,
O śnie, twych rajskich rozkoszy ogrojec?
Czyliż przejasny obraz gór i tęczy,
Patrzących w jeziór spokojne zwierciadła,
W czarną wód tylko prowadzi kotlinę,
Podczas gdy śmierci błękitne sklepienie,
W odrażających skąpane oparach —
Tam, gdzie z grobowców butwiejącej nory
Wyrosłe widma kryją się przed świtu
Znienawidzoną źrenicą —, przed nami,
O śnie, otwiera raj twoich rozkoszy?...
I fala zwątpień objęła mu serce
I rozbudzona, niesyta nadzieja
Mocą rozpaczną podżega mu ducha.

Dopóki jasny dzień na niebie płonie,
Poeta z cichą swą duszą prowadzi
Niemy rozhowor. Lecz nocą straszliwa
Zjawia się żądza, jak demon, w rojeniach
Zrodzon febrycznych, ze snu go rozbudza
I pędzi w pomrok. Jak orzeł, opasan
Zielonym węża pierścieniem, żar jadu
Uczuwszy w piersi, oszalały z bolu,
I dniem, i nocą bezkreśnem powietrza
Goni pustkowiem i w ślepym rozpędzie
Roztrąca burzę, ciszę i obłoki,
Tak i poeta, ścigany świetlanem
Snu swego widmem, przy zimnych samotnej
I cichej nocy odblaskach stromymi
Biegł parowami i gąszczem bagnistym,
Nieopatrznemi naruszając stopy

Gada, lśniącego w promieniach miesiąca.
I czerwień zorzy porannej nad jego
Zalśni ucieczką i, jakby dla szydu,
Barwami życia zleje mu zmartwiałe,
Znojne oblicze. Tak biegł znowu dalej,
Aż ujrzał z Petry spadzistych wierzchołków,
Jak gdzieś na niebios odległej krawędzi
Olbrzymim sterczy Aornos obłokiem.
Potem przez Balk szedł i tam, gdzie królewskie
Partów grobowce na wolę wszechwiatrów
Pył rozpraszają ruinny. Dzień za dniem
Biegi oszalały, ponurem pustkowiem
Godzin, swą troskę wlokąc poza sobą,
Co żre mu życia gasnące płomienie.
Ciało wychudłe, a włosy rozwiane,
Dziwnego smętku spalone jesienią,
Śród wichrów pieśni zawodzą żałobne.
Bezwładne ręce wiszą jak piszczele
W obwisłej skórze tylko w ciemnych oczach
Pali się jeszcze, jak ogień, w kominie
Tlejący tajnie, to życie i żar ten,
Który go trawi. Wieśniak, co, wiedziony
Ludzka litością, sycił jego ludzki
Głód, ze zdumieniem i trwogą spoglądał
Za niespokojnym swoim gościem. Juhas,
Spostrzegłszy blade, grobowe zjawisko
Ponad krawędzią przepastnego żlebu,
Mniemał, że w swoim wypoczywa locie
Demon nawałnic o tchnieniu duszącem.
O błyskawicznej źrenicy, o stopach
Lekkich, że w śnieżnych nie ugrzęzną zaspach.
Dziecię twarz kryje z lękiem w sukniach matki,

Strwożone żarem tej dziwnej źrenicy,
Aby się potem jeszcze nieraz spotkać
W snach i marzeniach z jej blaskiem niezwykłym.
Lecz, pouczone naturą dziewczyny,
Na pół pojąwszy trawiącą go boleść,
Fałszywie bratem zwały go i druhem,
Odchodzącemu marmurową, bladą
Ściskały rękę i ze łzami w oczach
Śledziły ścieżkę, po której opuszczał
Próg ich ojcowski.

Na odludnym wreszcie
Wstrzymał się krańcu Chorasmji, gdzie zgniłych
Ciągnie się bagnisk posępne pustkowie.
Dziwna go jakaś ku morskim wybrzeżom
Gnała potęga. Tu łabędź w sitowiu
Gościł wysokiem nad wodą leniwą,
A gdy on k’niemu się zbliżył, na silnych
Uniósł się skrzydłach w niebiosy i puchem
Błyszczał srebrzystym nad bezmiarem morza.
Wzrokiem lot jego śledził: «O szczęśliwy
Ptaku! Ojczyznę masz i mkniesz ku gniazdu,
Tam, gdzie do twojej luba towarzyszka
Tuli swą szyję przemiękką, gdy wracasz,
Rozradowanem witając spojrzeniem.
Czemże ja jestem, że miałbym tu zostać,
Ja, obdarzony głosem, stokroć słodszym
Od twojej mrącej pieśni, ja, od ciebie
Duch potężniejszy, ja, co cię przewyższam
Harmonią kształtów — czemże ja tu jestem,
Że miałbym tracić moc swą wobec ziemi,
Która jest ślepą, i wobec powietrza,

Które jest głuchem, i nieba, co nigdy
Tym myślom moim echem nie odpowie!?»
Na bladych ustach zadrżał mu bolesny
Uśmiech rozpacznych nadziei. On wiedział,
Że sen mu w srogich pochłonął objęciach
Tę drogą zdobycz, że i śmierć milcząca,
Może tak samo, jak i sen, zdradliwa,
Nikłymi tylko przywabia go czary,
Z powabu własnych swych cudów dwuznacznym
Szydząc uśmiechem.

Swą własną przerażon
Myślą, rozgląda się wokół, lecz nigdzie
Ani pięknego nie ujrzy demona
Ani tez żadnych nie usłyszy dźwięków,
Oprócz li głosów i zjawisk w głębinie
Swojego wnętrza... W tem błędną źrenicą
Małą zobaczy łódkę u wybrzeży.
Dawno rzucona, ponieważ niejedną
Świeciły boki szczeliną, a w wirze
Burzliwej fali trzeszczały jej żebra.
Jakowyś popęd pcha go niespokojny
Ku temu czółnu, by z śmiercią samotną
Śród oceanu spotkać się bezmiarów.
Albowiem wiedział, że ten cień wszechmocny
Rad przemieszkuje w błotnistych jaskiniach
Tych ludnych głębin.

Dzień był piękny, jasny.
Niebo i morze piły jego twórcze,
Złociste ognie, a wicher gwałtownie
Wiał od wybrzeży i czernił bałwany...

Wędrowiec, wiedzion płomienną tęsknicą,
Wskoczył do łodzi i, płaszcz swój na pustym
Rozpiąwszy maszcie, samotne i ciche
Zajął siedlisko i uczuł, jak czółno,
Podobne chmurze, nawałnicą gnanej,
Strzałą przecina wód spokojne smugi.

Jak srebrne widmo, woniejących wiatrów
Gnane powiewem, śród świecących, jasnych
Płynie obłoków, tak po pian girlandach
Sunie łódź jego śród pochmurnej fali.
Dzika ją pędzi nawałnic potęga
I po wydętych miota nią bałwanach
Gniewnego morza, zoranego w białe
Skiby i bruzdy. Głębina, orkanów
Smagana biczem, wciąż wyżej a wyżej
Grzbiet swój najeża, jak żmija, gdy w szpony
Sęp ją pochwyci. Śród tych walk straszliwych,
Gdy wał się łamie o wały, gdy burza
Rwie się za burzą, gdy w wirów szalonych
Ciemną się przepaść rzuca fala czarna,
Poeta, wiosło ująwszy oburącz,
W pogodnym siedział spokoju — snać głębin
Wiodą go duchy ku światłu tych oczu,
Które gorąco, gorąco ukochał.
Zawitał wieczór; bryzg pian, co się w zmnienne
Zlewa sklepienie nad jego samotną
Drogą śród głębin morza, w barwy tęczy
Stroją ostatnie, zachodnie promienie.
A zaś od wschodu zwolna mrok się zbliża,
Aby ciemniejszym wieńcem swych kędziorów
Skroń dnia przysłonić pogodną i jego

Płonące oczy. W płaszczu gwiazd nadeszła
Noc... I do walki straszliwej w szalonym
Grzmotów rokoszu zrywa się z górzystej
Pustyni morza niezliczona mnogość
Szumnych siklawic, szydzących z spokoju
Gwiaździstych niebios. Mała łódź ucieka
Przed nawałnicą; ucieka, jak piana,
Zimowym śniegiem nabrzmiałych potoków,
Ze szczytu bystrą lecących kaskadą.
Oto w tej chwili — patrzaj! — mknie obrzeżem
Rozbitych wałów, a w tej oto chwili
Pozostawiła już za sobą bałwan,
W bryzg roztrzaskany — zatrzęsło się morze
Na jego łoskot. Lecz barka swym ściegiem
Sunie wciąż naprzód, jak gdyby nie wątłą
Postać człowieka, lecz boga żywiołów
Mieściła na dnie.

Około północy
Zjawił się miesiąc i — patrzaj! — w te tropy
Niebotycznymi strzelił w górę szczyty
Kaukaz i w gwiazdach błyszczy się, jak słońce,
Lodowym grzbietem; u stóp rozpadlistych
Wrą mu odwiecznym, rozszalałym boju
Wiry i fale... Gdzie jest dlań ratunek?!
Śród fal kipiących mknie barka... Nad morzem
Zawisły góry: czarne, poszarpane
Zygzaki wirchów groźnemi ponad nim
Sterczą ramiony; i łódka daleko
Poza ludzkimi ślady z coraz dzikszą
Płynie potęgą gładkiem, ślizłem zboczem
Wściekłych odmętów... Tutaj przeraźliwa

Ziała jaskinia, w swych krętych czeluściach
Chłonąca morze huczące... Wciąż naprzód
Niepowstrzymana pędzi łódź... «O Wizjo
I ty Miłości!» zawoła poeta —
«Jam widział drogę, którąście zniknęły.
O, już niedługo sen i śmierć oddzielać
Będą mnie od was!»

Zakrętami groty
Pędziła barka. Nareszcie dzień biały
Spłynął na morza ponure bałwany.
Tam, gdzie bój wałów szalał najzawziętszy,
Nastała cisza i statek powoli
Po niezgłębionym mknie teraz strumieniu.
Tam, gdzie ta groźna, poszarpana góra
Błękitom niebios otwierała czarną,
Głęboką czeluść, nim jeszcze z rozhukiem
Piorunnych grzmotów, pod którym wieczyste
Trzęsły się zręby, dotarł kłąb olbrzymi
Wód rozszalałych do podstaw Kaukazu,
Teraz tę otchłań zalał ogrom wirów.
W bezmiernych kręgach piętrzyła się fala
Jedna nad drugą, aby, opadając
W wzajemnej walce nieustannych bryzgów,
Łamać swą siłę o grube wykroty
Tych drzew potężnych, co w pomroku nocy
Rozpościerały nad nią swe ramiona.
W pośrodku staw był posępny, co w gładkiej,
Ale zdradzieckiej ciszy swej odbijał
Wszelaki obłok, szpecąc jego kształty.
Łódka, porwana wzrastających wirów
Szalonym prądem, wije się i wije,

Aż, drżąc, zawiśnie na najstromszem zboczu
Tych strasznych kręgów, tam, gdzie się kłąb wody
Przez skał otwarte przeciska rozpadle
I gdzie w pośrodku rozhukanych wałów
Spokojne drzemie zwierciadło... Czyż w przepaść
Spadnie bezdenną?... Czyż porwie ją fala
Prądów przeciwnych i w paszczy pochłonie?
Czyż się zatopi? W przelotnym podmuchu
Zachodnich wiatrów nabrzmiewa rozpięty
Żagiel i — patrzaj!... łódka cicho płynie
Wzdłuż mchem porosłych wybrzeży, po cichej
Głębi strumienia, pod gęstwiną gaju,
A — słuchaj! — szumy dalekie tych groźnych,
Dzikich bałwanów, zlewają się słodko
Z melodyjnymi szelestami lasu.
Tam, gdzie cieniste ustępują krzewy,
Aby zieloną osłonić polanę,
Zatokę wązkie zamykają brzegi;
Żółte tam kwiaty patrzą w swoje własne,
Spuszczone oczy, odbite w kryształu
Przedziwnej ciszy; plusk fali, krajanej
Łodzią, przerywa dzisiaj ich zadumę,
Którą li dotąd kłócił ptak przelotny,
Wiew pieszczotliwy, łamiąca się trzcina,
Lub skon ich własny. Poeta zapragnął
Blaskiem ich barwy okrasić swe zwiędłe,
Spalone włosy, lecz w serce wróciła
Znowu samotność i chęć tę wyparła.
Ale niespełnił jeszcze swego dzieła
Szał, gorejący w wypiekach oblicza,
W spuszczonych oczach i w nikłej postawie;
Nad jego życiem zawisł, jak błysk gromu.

Co jest już w chmurze, nim jeszcze zabłyśnie,
Zanim się nad nim zamkną fale mroku.
Słońce południa lśni teraz nad lasem,
Nad tym potwornie zolbrzymiałym cieniem,
Którego ciemno-brunatną wspaniałość
Ramieniem swojem wązki objął wąwóz.
Jamy, żłobione w pomrocznych przystopach
Skał niebotycznych, w nieustannem echu
Szumiąc i hucząc, szydzą z skargi boru.
Bujne liściwie wraz z gęstwią gałęzi
Plotło tkań zmierzchu nad drogą poety,
Którego miłość, sen czy jakieś bóstwo
Czy potężniejsza od nich śmierć prowadzą
Ku przenajdroższej przystani natury,
Ku jej kolebce, a swojej mogile.
Coraz się ciemniej cień za cieniem ściele.
Tu jasną zieleń brzeziny olbrzymi
Dąb w swe sękate zamyka konary,
Tam piramidy smukłych cedrów w górne
Pomiędzy sobą łączą się kopuły,
A zaś pod niemi, niby te obłoki,
Pod szmaragdowem zawieszone niebem,
Z drżeniem i lękiem zwieszają się liście
Bladych akacyj i osik... Naokół,
Jak niespokojne węże, lśniące tęczą
I ogniem, gęste zwoje pasożytów,
Osiane kwiecia tysiącznemi gwiazdy,
Pnie oplatają szare i, jak promień
Oczu dziecięcych owija pogodą
Niewinnych myśli i wdzięcznych wybiegów
Serca kochanych osób, tak i one
Pną się naokół wzajem zaślubionych,

Wiotkich gałęzi, wzmacniając ich węzły.
Z ciemno-błękitnych jaśni dnia, z głębokich
Blasków południa przędzie tkankę mroków
Gęste liściwie, zmienną, jak czarowne
Widma obłoków. Pod ich sklepieniami
Ścielą się miękkie, pulchne mchów kobierce,
Pełne traw wonnych, patrzące oczami
Kwiatów przepięknych, acz nikłych. Z głębiny
Mrocznych wąwozów, gdzie róże piżmowe
Krzewią się wspólnie z krzewami jaśminu,
Płyną zapachy, by, duszę wędrowca
Oszołomiwszy, do błoższych go jeszcze
Nęcić tajemnic. Tu zmierzch i milczenie
Straż południową pełnią nad doliną,
Dwie siostry bliźnie, mknące pośród cieni,
Jak kształty mgławe, zaledwie widziane.
A dalej ciemne, kryształowe źródło,
Które odbija każdy liść i każdy
Przezierający skrawek lazurowych
Niebios. Obrazów w tem płynnem zwierciedle
Nic tu nie zmąci, chyba migotliwa
Gwiazda, błysnąwszy poprzez gąszcz zieleni
Lub krasopióry ptak, drzemiący w srebrnych
Blaskach księżyca, lub owad tęczowy,
Co tutaj zawisł bez ruchu, nim z światłem
Poznał się dziennem, nim oku południa
Ukazał lśniste bogactwo swych skrzydeł.

Tutaj to nadszedł poeta... I tutaj,
W tej ciemnej głębi cichego źródliska
Ujrzał wśród włosu odbitych kędziorów
Swe zblakłe oczy — tak serce człowiecze,

Patrzące we śnie wskróś ciemnego grobu,
Widzi w nim własny swój obraz zdradliwy —
I tutaj słyszy szum liści i szelest
Traw, przerażony i blady, jak gdyby
Uczuł niezwykłe przy sobie zjawisko,
Jakby szept słyszał potoku, płynący
Z tajemnych głębin tej mrocznej krynicy.
Zdawało mu się, że duch jakiś stanął
Przy nim, tuż obok, naodzian nie płaszczem
Z srebrnawych cieni utkanym, ni światłem,
Wypożyczonem od istot widzialnych,
Które po ziemi chodzą w majestacie,
W uroku piękna, albo tajemnicy —:
Rozkołysane fale boru, ciche
Żródło i strumyk szemrzący, zachodni
Zmierzch, który cienie pogłębia wieczorne —
Takim przemawia do niego językiem
Owo zjawisko, jakby on i ono
Snać jedynemi byli istotami
W okręgu stworzeń — lecz, gdy w natężeniu
Myśli, wzrok jego podniósł się do góry,
Dwoje gwiaździstych spostrzegł ócz, uwięzłych
W głębi zadumy, wabiących go ciszą
Swych lazurowych uśmiechów...

Posłuszny
Onemu światłu, co w duszy mu płonie,
Szedł za doliny wijącą się wstęgą.
Swawolny strumień niejeden przepłynął
Parów, ukryty wśród leśnej zieleni.
Czasem ten ruczaj z poważną, głęboką
I uroczyście tłumioną melodyą

W mchy się zapadał, to znowu po gładkich
Skakał kamieniach i śmiał się, jak dziecko,
Albo spokojnie czołgał się polaną,
Odzwierciedlając każdą główkę kwiatu,
Zwisłą nad jego ciszą... «O strumieniu,
Co z bezdennego wypływasz źródliska,
Dokąd ty spieszysz w tajemniczym biegu?
Wszak tyś mojego życia wizerunkiem:
Ponury spokój, igrające fale,
Głuche, a głośne zatoki tajemny
Mają swój wyraz we mnie! To rozległe,
Dalekie niebo, to morze bezmierne
Prędzej mi zdradzi, jakie zamulone
Pieszczą cię groty, jakie wodę twoją
Całują chmury przelotne, niżeli
Powie mi wszechświat, gdzie kiedyś te żywe
Zagoszczą myśli, gdy na twoich kwiatów
Miękkiej pościeli, butwiejące kości
Będą mi wiatry bieliły!»

Szedł dalej
Zielonym brzegiem wązkiego strumienia;
Na mchach wyciskał ślady kroków, drżących
Od tego żaru, co mu członki trawił.
Szedł niby człowiek, co w szałów febrycznych
Palącym ogniu wyskakuje z łoża;
Lecz, jak ów chory, nie przepomniał grobu,
W który zejść musi, gdy się spalą wątłe
Płomienie jego radości... Szybkimi
Dążył krokami w cieniu drzew wzdłuż brzegów
Rozśpiewanego potoku. W wieczornych
Nieb jednostajnej, błękitnej głębinie

Tonęły teraz uroczyste tumy
Świętego boru. Z pośród mchów powiędłych
Szare wyjrzały głazy, powstrzymując
Bieg wartkiej rzeki. Smukłe pręty chwoszczów
Rzucają cienie na szorstkie urwiska,
A twardą ziemię trzymają w uwięzi
Tylko żylaste korzenie odwiecznych
Szkieletów jodeł, ztrzaskanych piorunem.
Powolna tutaj, ale groźna zmiana!
Jako się bowiem z biegiem lat zmarszczkami
Gładkie pokrywa czoło, jak bieleją
I rzedną włosy, jak w miejscu, gdzie ongi
Blaskiem ros świeżych płonęły źrenice,
Dzisiaj kamienne patrzy osłupienie,
Tak z drogi jego uciekały jaśnie
Młodzieńczych kwiatów i cienie urocze
Zielonych gajów wraz z wonnym powiewem
I melodyjnem drżeniem. On, spokojny,
Szedł za potokiem, co już potężniejszą
Przelewał falę śród krętej doliny,
Tor sobie ryjąc poprzez spad wąwozu
Mocą, zimowym nasyconą śniegiem.
Po obu stronach wystrzeliły turnie,
Gubiąc swe czarne, obnażone szczyty
W świetle wieczoru. Grzbiet ich, poszarpany,
Otulający potok w gęste mrocze,
Pełen rozpadlin, żlebów i przepaści,
Ponurych graźni i ciemnych rumowisk,
Odbrzmiewał hukom wody tysiącami
Huczących głosów. Patrzaj! tam, gdzie wąwóz
Kamienną zieje gardzielą, spadzista
Stacza się góra, jakby nawałnicą

Swych urwisk strasznych pragnęła zawisnąć
Nad całym światem. W zachodzącem bowiem
Świetle księżyca, w gwiazd mdlejących blaskach
Ścielą się pod nią morza o stu wyspach,
Błękitne wirchy, potężne strumienie,
Pustynne pola, odziane w posępny
Żar ołowianych zachodów, a w dali,
Na krańcach skłonu, promieniste wzgórza
Zlewają ognie swe z zmierzchem. Na przedzie
Był jakby kontrast wszechświata. Jedlina,
Uwięzła w twardem opoczysku, chwiejne
Wznosi ramiona poprzed pustką, jękiem
Odpowiadając jednym i tym samym
Na uderzenia wiatru, uroczystą
Pieśń swoją łącząc w krewnych taktach z wyciem,
Grzmotem i rykiem bezdomnych potoków.
A zaś szeroki strumień, rozpryskując
Swe dzikie piany po głaźnem łożysku
I do bezdennej wpadając czeluści,
Na wiatr rozwiewa swoich wód mgławice.

Nie sama tylko była tutaj przepaść,
Ni uroczysta jodła, ni sam potok:
Cichy zakątek był tutaj, na krańcu
Tej pustej góry; z pośród skał rumowisk,
Z pośród wykrotów pogodnym spoglądał
Wzrokiem na mroczną ziemię, na gwiaździste,
Rozpięte nad nim sklepienie. Zaciszna,
Spokojna ustroń, słodko uśmiechnięta
Nawet w objęciach grozy. Tutaj bluszcze,
Oplatające giętkiemi ramiony
Zwietrzałe głazy, w wiekuistą zieleń

Liści i jagód pociemniałe blaski
Stroją to błonie dziewicze; tu dzieci
Wichrów jesiennych w swawolnej igraszce
Znoszą swe jasne liście, co, umarłszy,
Czerwone, żółte i przejrzyście blade,
Przepychem swoim mogą iść w zawody
Z krasami lata. Tu cicha jest przystań
Wszelkich łagodnych wiewów, co swem tchnieniem
Tę dziką puszczę uczą kochać spokój.
Tu jeden tylko ze śmiertelnych przerwał
Ciszę odludnej samotni; głos jeden
Zbudził tu echa, ten głos, co tu spłynął
Na skrzydłach burzy i najczarowniejszą
Z ludzkich postaci przywiódł, by w ich pustej
Złożyła schroni wszystek wdzięk i piękność,
Okrywające jej ruchy, królewski
Ten swój majestat; ażeby w bezwdźwięczne
Wiatry swą rajską przelała muzykę;
By zwiędłym liściom i wilgotnym grotom,
Tym żywicielkom bujnych mchów i wonnych,
Tęczowych kwiatów, powierzyła zmienne
Barwy lic swoich, śnieżnej piersi swojej
I swej głębokiej, przymglonej źrenicy.
Ciemny, dwurogi księżyc zawisł dołem
Tuż ponad krańcem nieboskłonu, lejąc
Morze światłości na te wzgórza. Żółte
Mgły niezmierzony napełniły przestwór,
Aż do przesytu pijąc blask miesięczny.
Żadna nie lśniła tu gwiazda, żadnego
Nie było słychać odgłosu; i wichry,
Niebezpieczeństwa druhowie, drzemały
Nad tą przepaścią, zamknięte w jej uścisk.

«O burzo śmierci, której niewidzialny
Rozpęd przecina pomrok nocy — słuchaj!
I ty olbrzymi Szkielecie, co w swojej
Wszechniweczącej potędze prowadzisz
Niepowstrzymany jej rydwan, tyś królem
Nikłego świata! Od krwawych pól bitew,
Od zakażonych szpitali, od świętych
Leż patryotów i od niewinności
Śnieżnych wezgłowi, od królewskich tronów
I od szafotów możny głos cię woła!
Śmierć, siostrę swoją, przyzywa zniszczenie.
Świat przebiegając w krwiożerczej gonitwie,
Łup zgotowała ci rzadki, królewski!
Nasyć się drogą zdobyczą i spocznij!
Ludzie niech schodzą do mogił, jak kwiaty,
Jak pełzające robactwo, i niechaj
Przed twym ponurym ołtarzem daremnych
Nie czynią ofiar ze swych serc złamanych.

Próg przestąpiwszy zielonej samotni,
Wiedział wędrowiec, że śmierć już zawisła
Nad jego głową. Lecz zanim uleciał
Duch jego święty i górny, jął tonąć
W szczytnych obrazach przeszłości, co teraz
Bolesne jego owiewały wnętrze
Słodką melodyą powiewów, dzwoniących
W zakratowanej, posępnej komnacie.
Blady, wychudły, złożył dłoń na szorstkim
Pniu starej jodły. Na głaz, opleciony
Zwojami bluszczu, skłonił ciężką głowę,
Bezwładne członki spoczęły na skraju
Zalanej mrokiem czeluści; tak leży,

A siły życia niknące w ostatnich
Uchodzą tętnach. Krwawe dręczycielki,
Rozpacz z Nadzieją, zasnęły; spokoju
Żadna mu ludzka nie zakłóci boleść
Ni żadna trwoga; tylko to, co ongi
Karmiło zmysły, byt jego, dziś zbawion
Od wszelkich cierpień, podsycało słabo
Zdrój jego myśli, aż w końcu z łagodnym
Ledwie oddychał uśmiechem. Ostatnie
Jego spojrzenie padło na ogromny
Księżyc, co róg swój potężny zawiesił
Ponad zachodnim krańcem bezmiernego
Świata i ciemne swe promienie zlewał
Z pomrokiem nocy... Teraz wypoczywa
Na poszarpanych szczytach owych wzgórzy,
A w miarę tego, jak się w głąb zapadał
Wielki meteor, tak też coraz słabszem
Uderza tętnem piewcy krew, co zawsze
W mistycznej biła jedności z przypływem
Oraz odpływem natury. A kiedy
Coraz to mniejsze dwa punkty świetlane
Lśniły śród mroku, dech jego miarowy
Ledwie się zdołał przecisnąć ku cichej
Nocy; lecz chociaż zgasł ostatni promień,
Nie zmarło jeszcze tętno jego serca.
Zmilkło i znowu drgnęło. Lecz gdy w okrąg
Ściemniało niebo, sposępniałe cienie
Otulą postać zimną i bezwładną,
Jak ta milcząca ziemia i to głuche,
Nieme powietrze... Ta postać przedziwna
Była w tej chwili ni mgła, którą wprzódy
Złociste słońca wykarmiły blaski,

Zanim ją zachód omroczył... Bez czucia,
Bez ruchu, władzy, bez boskości — wątła
Harfa: dech niebios wydobywał ongi
Dziwne melodye z jej strun rozegranych;
Cudowny potok, co się ongi żywił
Tysiącogłosą falą; sen młodości,
Który stłumiły czas i noc, dziś zmarły,
Żałobny, niemy i już zapomniany.

Bodaj Medei był tu czarnoksięski
Płyn, który, padłszy gdziekolwiek na ziemię,
Wraz ją okrywa tęczowymi kwiaty
I z nagich, zimą powarzonych łodyg
Świeży wyciska zapach ziół wiosennych!
Bodajże zechciał Bóg, szafarz trucizny,
Podać ów kielich, z którego li jeden
Żywy pił człowiek, on, co jest naczyniem
Wiecznego gniewu, niewolnik, co pustej
Nie szuka pychy w klątwie, którą dźwiga
Na swoich barkach sam jeden, on, wieczny
Po łanach świata wędrowiec, samotne
Wcielenie śmierci!... Sen czarnoksiężnika,
Który w tajemnej swej jaskini, drżący,
Zanikiem śmierci dotkniętą prawicą
Grzebie w popiele tygla, poszukując
Życia i władzy, bodaj był jedynem,
Istotnem prawem tego tak słodkiego,
Ukochanego świata!... Lecz tyś poszedł,
Tyś nam przeminął, jak ten opar słaby,
Który poranek ozłocił swym blaskiem —
Już nam zniknąłeś, ty dzielny, szlachetny,
Ty geniusza i piękności synu!

Bezduszne czyny spełniają się w świecie,
Żyją zwierzęta, owady i ludzie,
Od miast, od mórz, od gór i od pustkowi
Rozbrzmiewa ziemia uroczystym głosem
Hymnów nieszpornych lub modłów radosnych,
A ty odszedłeś!... O ty już nie możesz
Znać ani kochać kształtów i postaci
Tej fantastycznej widowni, co ongi
Wiernie-ć służyły, co są tam, gdzie ciebie
Niema już dzisiaj!... Na te wargi zbladłe,
Tak jeszcze piękne, choć nieme, na oczy,
Co z śmierci czynią obraz snu, na członki,
Nienaruszone dotąd przez robactwo,
Niech — ani w myślach — żadna łza nie spłynie!
Choć zgasły barwy, choć lice niebiańskie,
Jedzone wiatrem, żyje tylko w rytmach
Tej pieśni skromnej, niech nad tem, co przeszło,
Wspaniałe strofy nie zawodzą żalu!
O niechaj nad tem w lodowej niemocy
Sił swych nie trwonią szczytne malowidła,
Ani marmuru skamieniała boleść!
Albowiem sztuka, wymowa i wszystko,
Co światby spłodził, nie może opłakać
Godnie tej straty, która w pomrok zmienia
Wszystkie ich blaski. Ból to «zbyt głęboki
Dla łez», gdy wszystko utracą odrazu,
Jeśli potężny duch, co swymi blaski
Świat opromieniał, żadnego sierotom
Nie pozostawił jęku ni westchnienia
Ni buntowniczej nadziei, a tylko
Rozpacz i spokój lodowy, Natury

Olbrzymie ramy, rzeczy ludzkich przędzę,
Grób i kolebkę, co nie są, czem były...


Poeci angielscy - Grafika na koniec utworu.png



Przypisy

  1. Słynny poemat ten, obfitujący w przedziwne opisy przyrody, pojawił się, w moim przekładzie, po raz pierwszy przed laty dwudziestoma w «Kraju» petersburskim. Obecnie, przystąpiwszy do zbiorowego wydania swych tłómaczeń poetów angielskich, zająłem się nim ponownie i — z pierwotnej pracy zaledwie kilka drobnych pozostawiłem strzępków. Przekład niniejszy może być uważany za zupełnie nowy. J. K.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Percy Bysshe Shelley i tłumacza: Jan Kasprowicz.