Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/223

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Które jest głuchem, i nieba, co nigdy
    Tym myślom moim echem nie odpowie!?»
    Na bladych ustach zadrżał mu bolesny
    Uśmiech rozpacznych nadziei. On wiedział,
    Że sen mu w srogich pochłonął objęciach
    Tę drogą zdobycz, że i śmierć milcząca,
    Może tak samo, jak i sen, zdradliwa,
    Nikłymi tylko przywabia go czary,
    Z powabu własnych swych cudów dwuznacznym
    Szydząc uśmiechem.

    Swą własną przerażon
    Myślą, rozgląda się wokół, lecz nigdzie
    Ani pięknego nie ujrzy demona
    Ani tez żadnych nie usłyszy dźwięków,
    Oprócz li głosów i zjawisk w głębinie
    Swojego wnętrza... W tem błędną źrenicą
    Małą zobaczy łódkę u wybrzeży.
    Dawno rzucona, ponieważ niejedną
    Świeciły boki szczeliną, a w wirze
    Burzliwej fali trzeszczały jej żebra.
    Jakowyś popęd pcha go niespokojny
    Ku temu czółnu, by z śmiercią samotną
    Śród oceanu spotkać się bezmiarów.
    Albowiem wiedział, że ten cień wszechmocny
    Rad przemieszkuje w błotnistych jaskiniach
    Tych ludnych głębin.

    Dzień był piękny, jasny.
    Niebo i morze piły jego twórcze,
    Złociste ognie, a wicher gwałtownie
    Wiał od wybrzeży i czernił bałwany...