Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/226

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Ziała jaskinia, w swych krętych czeluściach
    Chłonąca morze huczące... Wciąż naprzód
    Niepowstrzymana pędzi łódź... «O Wizjo
    I ty Miłości!» zawoła poeta —
    «Jam widział drogę, którąście zniknęły.
    O, już niedługo sen i śmierć oddzielać
    Będą mnie od was!»

    Zakrętami groty
    Pędziła barka. Nareszcie dzień biały
    Spłynął na morza ponure bałwany.
    Tam, gdzie bój wałów szalał najzawziętszy,
    Nastała cisza i statek powoli
    Po niezgłębionym mknie teraz strumieniu.
    Tam, gdzie ta groźna, poszarpana góra
    Błękitom niebios otwierała czarną,
    Głęboką czeluść, nim jeszcze z rozhukiem
    Piorunnych grzmotów, pod którym wieczyste
    Trzęsły się zręby, dotarł kłąb olbrzymi
    Wód rozszalałych do podstaw Kaukazu,
    Teraz tę otchłań zalał ogrom wirów.
    W bezmiernych kręgach piętrzyła się fala
    Jedna nad drugą, aby, opadając
    W wzajemnej walce nieustannych bryzgów,
    Łamać swą siłę o grube wykroty
    Tych drzew potężnych, co w pomroku nocy
    Rozpościerały nad nią swe ramiona.
    W pośrodku staw był posępny, co w gładkiej,
    Ale zdradzieckiej ciszy swej odbijał
    Wszelaki obłok, szpecąc jego kształty.
    Łódka, porwana wzrastających wirów
    Szalonym prądem, wije się i wije,