Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co jest już w chmurze, nim jeszcze zabłyśnie,
Zanim się nad nim zamkną fale mroku.
Słońce południa lśni teraz nad lasem,
Nad tym potwornie zolbrzymiałym cieniem,
Którego ciemno-brunatną wspaniałość
Ramieniem swojem wązki objął wąwóz.
Jamy, żłobione w pomrocznych przystopach
Skał niebotycznych, w nieustannem echu
Szumiąc i hucząc, szydzą z skargi boru.
Bujne liściwie wraz z gęstwią gałęzi
Plotło tkań zmierzchu nad drogą poety,
Którego miłość, sen czy jakieś bóstwo
Czy potężniejsza od nich śmierć prowadzą
Ku przenajdroższej przystani natury,
Ku jej kolebce, a swojej mogile.
Coraz się ciemniej cień za cieniem ściele.
Tu jasną zieleń brzeziny olbrzymi
Dąb w swe sękate zamyka konary,
Tam piramidy smukłych cedrów w górne
Pomiędzy sobą łączą się kopuły,
A zaś pod niemi, niby te obłoki,
Pod szmaragdowem zawieszone niebem,
Z drżeniem i lękiem zwieszają się liście
Bladych akacyj i osik... Naokół,
Jak niespokojne węże, lśniące tęczą
I ogniem, gęste zwoje pasożytów,
Osiane kwiecia tysiącznemi gwiazdy,
Pnie oplatają szare i, jak promień
Oczu dziecięcych owija pogodą
Niewinnych myśli i wdzięcznych wybiegów
Serca kochanych osób, tak i one
Pną się naokół wzajem zaślubionych,