Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/235

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    «O burzo śmierci, której niewidzialny
    Rozpęd przecina pomrok nocy — słuchaj!
    I ty olbrzymi Szkielecie, co w swojej
    Wszechniweczącej potędze prowadzisz
    Niepowstrzymany jej rydwan, tyś królem
    Nikłego świata! Od krwawych pól bitew,
    Od zakażonych szpitali, od świętych
    Leż patryotów i od niewinności
    Śnieżnych wezgłowi, od królewskich tronów
    I od szafotów możny głos cię woła!
    Śmierć, siostrę swoją, przyzywa zniszczenie.
    Świat przebiegając w krwiożerczej gonitwie,
    Łup zgotowała ci rzadki, królewski!
    Nasyć się drogą zdobyczą i spocznij!
    Ludzie niech schodzą do mogił, jak kwiaty,
    Jak pełzające robactwo, i niechaj
    Przed twym ponurym ołtarzem daremnych
    Nie czynią ofiar ze swych serc złamanych.

    Próg przestąpiwszy zielonej samotni,
    Wiedział wędrowiec, że śmierć już zawisła
    Nad jego głową. Lecz zanim uleciał
    Duch jego święty i górny, jął tonąć
    W szczytnych obrazach przeszłości, co teraz
    Bolesne jego owiewały wnętrze
    Słodką melodyą powiewów, dzwoniących
    W zakratowanej, posępnej komnacie.
    Blady, wychudły, złożył dłoń na szorstkim
    Pniu starej jodły. Na głaz, opleciony
    Zwojami bluszczu, skłonił ciężką głowę,
    Bezwładne członki spoczęły na skraju
    Zalanej mrokiem czeluści; tak leży,