Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/222

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Strwożone żarem tej dziwnej źrenicy,
    Aby się potem jeszcze nieraz spotkać
    W snach i marzeniach z jej blaskiem niezwykłym.
    Lecz, pouczone naturą dziewczyny,
    Na pół pojąwszy trawiącą go boleść,
    Fałszywie bratem zwały go i druhem,
    Odchodzącemu marmurową, bladą
    Ściskały rękę i ze łzami w oczach
    Śledziły ścieżkę, po której opuszczał
    Próg ich ojcowski.

    Na odludnym wreszcie
    Wstrzymał się krańcu Chorasmji, gdzie zgniłych
    Ciągnie się bagnisk posępne pustkowie.
    Dziwna go jakaś ku morskim wybrzeżom
    Gnała potęga. Tu łabędź w sitowiu
    Gościł wysokiem nad wodą leniwą,
    A gdy on k’niemu się zbliżył, na silnych
    Uniósł się skrzydłach w niebiosy i puchem
    Błyszczał srebrzystym nad bezmiarem morza.
    Wzrokiem lot jego śledził: «O szczęśliwy
    Ptaku! Ojczyznę masz i mkniesz ku gniazdu,
    Tam, gdzie do twojej luba towarzyszka
    Tuli swą szyję przemiękką, gdy wracasz,
    Rozradowanem witając spojrzeniem.
    Czemże ja jestem, że miałbym tu zostać,
    Ja, obdarzony głosem, stokroć słodszym
    Od twojej mrącej pieśni, ja, od ciebie
    Duch potężniejszy, ja, co cię przewyższam
    Harmonią kształtów — czemże ja tu jestem,
    Że miałbym tracić moc swą wobec ziemi,
    Która jest ślepą, i wobec powietrza,