Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gada, lśniącego w promieniach miesiąca.
I czerwień zorzy porannej nad jego
Zalśni ucieczką i, jakby dla szydu,
Barwami życia zleje mu zmartwiałe,
Znojne oblicze. Tak biegł znowu dalej,
Aż ujrzał z Petry spadzistych wierzchołków,
Jak gdzieś na niebios odległej krawędzi
Olbrzymim sterczy Aornos obłokiem.
Potem przez Balk szedł i tam, gdzie królewskie
Partów grobowce na wolę wszechwiatrów
Pył rozpraszają ruinny. Dzień za dniem
Biegi oszalały, ponurem pustkowiem
Godzin, swą troskę wlokąc poza sobą,
Co żre mu życia gasnące płomienie.
Ciało wychudłe, a włosy rozwiane,
Dziwnego smętku spalone jesienią,
Śród wichrów pieśni zawodzą żałobne.
Bezwładne ręce wiszą jak piszczele
W obwisłej skórze tylko w ciemnych oczach
Pali się jeszcze, jak ogień, w kominie
Tlejący tajnie, to życie i żar ten,
Który go trawi. Wieśniak, co, wiedziony
Ludzka litością, sycił jego ludzki
Głód, ze zdumieniem i trwogą spoglądał
Za niespokojnym swoim gościem. Juhas,
Spostrzegłszy blade, grobowe zjawisko
Ponad krawędzią przepastnego żlebu,
Mniemał, że w swoim wypoczywa locie
Demon nawałnic o tchnieniu duszącem.
O błyskawicznej źrenicy, o stopach
Lekkich, że w śnieżnych nie ugrzęzną zaspach.
Dziecię twarz kryje z lękiem w sukniach matki,