Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/231

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    W mchy się zapadał, to znowu po gładkich
    Skakał kamieniach i śmiał się, jak dziecko,
    Albo spokojnie czołgał się polaną,
    Odzwierciedlając każdą główkę kwiatu,
    Zwisłą nad jego ciszą... «O strumieniu,
    Co z bezdennego wypływasz źródliska,
    Dokąd ty spieszysz w tajemniczym biegu?
    Wszak tyś mojego życia wizerunkiem:
    Ponury spokój, igrające fale,
    Głuche, a głośne zatoki tajemny
    Mają swój wyraz we mnie! To rozległe,
    Dalekie niebo, to morze bezmierne
    Prędzej mi zdradzi, jakie zamulone
    Pieszczą cię groty, jakie wodę twoją
    Całują chmury przelotne, niżeli
    Powie mi wszechświat, gdzie kiedyś te żywe
    Zagoszczą myśli, gdy na twoich kwiatów
    Miękkiej pościeli, butwiejące kości
    Będą mi wiatry bieliły!»

    Szedł dalej
    Zielonym brzegiem wązkiego strumienia;
    Na mchach wyciskał ślady kroków, drżących
    Od tego żaru, co mu członki trawił.
    Szedł niby człowiek, co w szałów febrycznych
    Palącym ogniu wyskakuje z łoża;
    Lecz, jak ów chory, nie przepomniał grobu,
    W który zejść musi, gdy się spalą wątłe
    Płomienie jego radości... Szybkimi
    Dążył krokami w cieniu drzew wzdłuż brzegów
    Rozśpiewanego potoku. W wieczornych
    Nieb jednostajnej, błękitnej głębinie