Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/230

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Patrzące we śnie wskróś ciemnego grobu,
    Widzi w nim własny swój obraz zdradliwy —
    I tutaj słyszy szum liści i szelest
    Traw, przerażony i blady, jak gdyby
    Uczuł niezwykłe przy sobie zjawisko,
    Jakby szept słyszał potoku, płynący
    Z tajemnych głębin tej mrocznej krynicy.
    Zdawało mu się, że duch jakiś stanął
    Przy nim, tuż obok, naodzian nie płaszczem
    Z srebrnawych cieni utkanym, ni światłem,
    Wypożyczonem od istot widzialnych,
    Które po ziemi chodzą w majestacie,
    W uroku piękna, albo tajemnicy —:
    Rozkołysane fale boru, ciche
    Żródło i strumyk szemrzący, zachodni
    Zmierzch, który cienie pogłębia wieczorne —
    Takim przemawia do niego językiem
    Owo zjawisko, jakby on i ono
    Snać jedynemi byli istotami
    W okręgu stworzeń — lecz, gdy w natężeniu
    Myśli, wzrok jego podniósł się do góry,
    Dwoje gwiaździstych spostrzegł ócz, uwięzłych
    W głębi zadumy, wabiących go ciszą
    Swych lazurowych uśmiechów...

    Posłuszny
    Onemu światłu, co w duszy mu płonie,
    Szedł za doliny wijącą się wstęgą.
    Swawolny strumień niejeden przepłynął
    Parów, ukryty wśród leśnej zieleni.
    Czasem ten ruczaj z poważną, głęboką
    I uroczyście tłumioną melodyą