Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/234

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Liści i jagód pociemniałe blaski
    Stroją to błonie dziewicze; tu dzieci
    Wichrów jesiennych w swawolnej igraszce
    Znoszą swe jasne liście, co, umarłszy,
    Czerwone, żółte i przejrzyście blade,
    Przepychem swoim mogą iść w zawody
    Z krasami lata. Tu cicha jest przystań
    Wszelkich łagodnych wiewów, co swem tchnieniem
    Tę dziką puszczę uczą kochać spokój.
    Tu jeden tylko ze śmiertelnych przerwał
    Ciszę odludnej samotni; głos jeden
    Zbudził tu echa, ten głos, co tu spłynął
    Na skrzydłach burzy i najczarowniejszą
    Z ludzkich postaci przywiódł, by w ich pustej
    Złożyła schroni wszystek wdzięk i piękność,
    Okrywające jej ruchy, królewski
    Ten swój majestat; ażeby w bezwdźwięczne
    Wiatry swą rajską przelała muzykę;
    By zwiędłym liściom i wilgotnym grotom,
    Tym żywicielkom bujnych mchów i wonnych,
    Tęczowych kwiatów, powierzyła zmienne
    Barwy lic swoich, śnieżnej piersi swojej
    I swej głębokiej, przymglonej źrenicy.
    Ciemny, dwurogi księżyc zawisł dołem
    Tuż ponad krańcem nieboskłonu, lejąc
    Morze światłości na te wzgórza. Żółte
    Mgły niezmierzony napełniły przestwór,
    Aż do przesytu pijąc blask miesięczny.
    Żadna nie lśniła tu gwiazda, żadnego
    Nie było słychać odgłosu; i wichry,
    Niebezpieczeństwa druhowie, drzemały
    Nad tą przepaścią, zamknięte w jej uścisk.