Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/233

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Swych urwisk strasznych pragnęła zawisnąć
    Nad całym światem. W zachodzącem bowiem
    Świetle księżyca, w gwiazd mdlejących blaskach
    Ścielą się pod nią morza o stu wyspach,
    Błękitne wirchy, potężne strumienie,
    Pustynne pola, odziane w posępny
    Żar ołowianych zachodów, a w dali,
    Na krańcach skłonu, promieniste wzgórza
    Zlewają ognie swe z zmierzchem. Na przedzie
    Był jakby kontrast wszechświata. Jedlina,
    Uwięzła w twardem opoczysku, chwiejne
    Wznosi ramiona poprzed pustką, jękiem
    Odpowiadając jednym i tym samym
    Na uderzenia wiatru, uroczystą
    Pieśń swoją łącząc w krewnych taktach z wyciem,
    Grzmotem i rykiem bezdomnych potoków.
    A zaś szeroki strumień, rozpryskując
    Swe dzikie piany po głaźnem łożysku
    I do bezdennej wpadając czeluści,
    Na wiatr rozwiewa swoich wód mgławice.

    Nie sama tylko była tutaj przepaść,
    Ni uroczysta jodła, ni sam potok:
    Cichy zakątek był tutaj, na krańcu
    Tej pustej góry; z pośród skał rumowisk,
    Z pośród wykrotów pogodnym spoglądał
    Wzrokiem na mroczną ziemię, na gwiaździste,
    Rozpięte nad nim sklepienie. Zaciszna,
    Spokojna ustroń, słodko uśmiechnięta
    Nawet w objęciach grozy. Tutaj bluszcze,
    Oplatające giętkiemi ramiony
    Zwietrzałe głazy, w wiekuistą zieleń