Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I swe zajęcie ukradkiem, by baczyć
Na jego kroki. Miłuje młodzieńca,
Lecz czcią przejęta głęboką, miłości
Nie ma odwagi mu wyznać. Nie sypia,
Tylko, czuwając nad nim, wlepia oczy
W usta, niewinnych marzeń równomiernem
Rozwarte tchnieniem. A gdy miesiąc blady
Coraz to bardziej blednie w ogniach wschodu,
Wraca w swe progi wzburzona i drżąca.

Natchniony pieśniarz, ziemią szedł arabską,
Krainą Persów, Kermańskiem pustkowiem
I grzbietem szczytów, tam, gdzie Ind i Oksus
Radośnie z jaskiń wybiega lodowych,
Aż hen daleko, w najcichszem ustroniu
Kaszmirskiej równi, gdzie w głębi rozpadlisk
Skał wonne krzewy w cieniste altany
Splatają liść swój, nad brzegiem strumienia
Legł szemrzącego... I tutaj zjawiska
Czar nim owładnął — sen, pełen nadziei,
Jakie mu nigdy a nigdy poprzednio
Nie okrasiły wybladłego lica.
Zdawało mu się, że przy nim w osłonie
Jakaś dziewica siadła i tonami
Uroczystymi przemawia do niego.
Głos jej był jako odgłos jego duszy,
Słyszany nieraz w ciszy własnych myśli.
Muzyka słów jej — fale rzeki, zlane
Z falami wiatru — oprzędła mu serce
Włóknami barwnej, migotliwej sieci.
O prawdzie mówi i wiedzy, o cnocie
I o podniosłych nadziejach wolności,