Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W swe bezcielesne objęcia. I oto
Mrok mu ogarnął obłędne źrenice
I widmo znikło w mżach otchłannej nocy.
I jako fale czarnego potoku,
Wstrzymane w biegu, sen zwalił się znowu
Swoim ciężarem na mózg jego płony.
Lecz, uderzony potęgą wstrząśnienia,
Zbudził się nagle z uroczej zadumy.
Naokół niego światło porankowe,
Białe i chłodne; w dali, na zachodzie,
Pobladły miesiąc, iskrzące korony
Gór i odległe doliny i głuche,
Umilkłe lasy. O gdzież to się ukrył
Ten błękit niebios, co jeszcze wczorajszej
Nocy swym cudnym otulał namiotem
Jego łożnicę? O gdzieżeś ty, dźwięku,
Coś go kołysał do snu? O gdzie jesteś,
Ty tajemniczy majestacie ziemi?
Gdzież ten wczorajszy urok? Gdzież ten zachwyt?
Jako ten miesiąc z wód morskich spogląda
Ku miesiącowi na niebie, zdrętwiałą
Tak i on patrzał w pustkowie źrenicą.
Oto nadobny duch ziemskiej miłości
Sennymi olśnił obrazami człeka,
Co wzgardził jego najprzedniejszym darem.
Bez wytchnień ściga to lotne zjawisko
Poza snów krajem, przebiegając wszystkie
Granice przeszkód — O biada mu! biada!
Czyliż zdradzieckim złączyły się węzłem
I kształt zewnętrzny i dusza i tchnienie?
Ach! już na wieki, na wieki zginęła
W snów nieprzebytej ponurej i pustej