Winnetou/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Winnetou
Podtytuł czerwonoskóry gentleman
Data wydania 1910
Wydawnictwo Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Druk Aleksander Ripper
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
Przez Mapimi.

Byłem pewien, że schwytam Gibsona jeszcze na terytoryum Stanów Zjednoczonych. Teraz musiałem udać się za nim aż do Meksyku i to w najniebezpieczniejsze strony tego kraju. Droga, którą należało obrać, aby się dostać do Chihuahua, styka się na północy z pustynią Mapimi i wiedzie przeważnie przez wolny, otwarty, kraj. Tymczasem trzeba nam było teraz zwrócić się na południe, gdzie nas czekały trudne do pokonania niebezpieczeństwa. Te przygnębiające myśli potęgowało jeszcze fizyczne znużenie, któremu ulegali nawet Komancze. Od hacyendy caballera jechaliśmy rzeczywiście forsownie. Czerwonoskórym wyszło suszone mięso, a nam kończył się także zapas, dany przez hacyendera. Teren wznosił się zwolna. Dotarliśmy do gór, które spostrzegliśmy w południe, skalistych mas bez wszelkiego roślinnego porostu. Przeciskaliśmy się pomiędzy niemi ciągle ku południowi. Pomiędzy stromemi zboczami skwar wzmógł się jeszcze bardziej, aniżeli na otwartej równinie. Konie szły w coraz wolniejszem tempie. Także główny oddział Komanczów posuwał się tu bardzo powoli, co było można poznać po śladach. Nad nami unosiło się kilka sępów już od kilku godzin, jak gdyby się spodziewały, że nasze wyczerpanie przysporzy im łupu obficie. Wtem, gdy objechaliśmy załom, ściemnił się na południu pas widnokręgu, prawdopodobnie z powodu gór, lasem pokrytych. Konie, jak gdyby zauważyły to także, ruszyły natychmiast szybciej. Oblicze Old Deatha rozjaśniło się.
— Teraz domyślam się, dokąd zdążamy — rzekł. — Znajdujemy się, jak mi się zdaje, w pobliżu zlewiska rzeki Sabinas, spływającej z Mapimi. Jeśli Komancze pojechali w górę jej biegu, to bieda skończy się niebawem. Tam, gdzie jest woda, muszą być drzewa i trawa i zwierzyna nawet w tej smutnej okolicy. Podpędźmy konie! Im bardziej natężymy je teraz, ten rychlej spoczną.
Trop skręcał znowu na wschód. Wjechaliśmy w wązki parów, a minąwszy go, ujrzeliśmy przed sobą zieloną dolinę, nawodnioną strumykiem. W jednej chwili znaleźliśmy się nad nim i zeskoczyliśmy z siodeł. Gdyby nawet Komancze byli chcieli zapanować nad sobą, byliby musieli pogodzić się z wolą koni. Skoro się one jednak napiły wody, dosiedliśmy ich i podążyliśmy dalej. Strumyk wpadał potem do większego potoku, którym ruszyliśmy w górę. Przybyliśmy potem do cassionu ze ścianami, porosłemi tu i ówdzie krzakami. Poza nim prowadziła droga mimo zielonych zboczy, których barwa mile działała na nasz oślepiony słońcem wzrok. Tymczasem zaczęło się zmierzchać, wobec czego należało poszukać miejsca na obóz. Dowódca uparł się, żeby dotrzeć jeszcze aż do drzew następnych i musieliśmy go posłuchać, mimo że konie ciężko potykały się o leżące na ziemi kamienie. Noc już prawie zapadła, kiedy nagle na nas zawołano. Dowódca odpowiedział radośnym tonem, gdyż głos ów wydany był w języku Komanczów. Zatrzymaliśmy się w tem miejscu nareszcie. Old Death pojechał przodem z dowódcą, lecz wnet powrócił i rzekł:
— Obóz Komanczów przed nami. Stan tropu nie wskazywał jeszcze na to blizkie spotkanie, ale oni nie mając odwagi jechać dalej po nieznanej sobie okolicy, zatrzymali się tu i rozesłali wywiadowców, którzy od południa nie powrócili dotychczas. Chodźcie naprzód! Zaraz zobaczycie ogniska.
— Ja sądzę, że podczas takiej wyprawy wojennej nie roznieca się ognisk w obozie — zauważyłem ja.
— Teren na to pozwala. Wysławszy ludzi na zwiady, są pewni, że w pobliżu niema nieprzyjaciela, któryby dostrzegł ogniska.
Pojechaliśmy jeszcze trochę naprzód. Gdy się parów skończył, ujrzeliśmy około dziesięciu ognisk nie z wysokiemi, lecz przytłumionemi płomieniami, jak zazwyczaj u Indyan. Przed nami rozciągała się okrągła, bezdrzewna kotlina, otoczona dokoła zboczami dość stromemi, co Komancze uważali za korzystne dla swego bezpieczeństwa.
Ci czerwoni wojownicy, z którymi jechaliśmy dotąd, udali się wprost do obozu, a nam polecili zaczekać, dopóki po nas nie wrócą. Za dobrą chwilę przyszedł jeden z nich, by nas zaprowadzić do wodza, który siedział przy środkowem ognisku, otoczonem wielu innemi, w towarzystwie dwu, prawdopodobnie znakomitych, wojowników. Siwe włosy miał związane w węzeł, w którym tkwiły trzy orle pióra. Ubrany był w mokassyny, czarne spodnie, kamizelkę i bluzę z jaśniejszej materyi, a obok niego leżała dubeltówka. Z za pasa wystawał mu stary pistolet. W ręku trzymał nóż i kawałek mięsa, które na nasz widok odłożył. Woń pieczonej koniny rozchodziła się w powietrzu. Tuż obok miejsca, na którem wódz siedział, szemrało źródło, tryskające z ziemi. Nie zsiedliśmy byli jeszcze z koni, kiedy dokoła nas utworzył się zwarty krąg wojowników, pośród których dostrzegłem kilka białych twarzy. Zabrano nam konie natychmiast i odprowadzono je. Ponieważ Old Death zgodził się na to bez sprzeciwu, nie widziałem w tem nic niebezpiecznego. Wódz powstał razem z obydwoma towarzyszami, przystąpił do Old Deatha, podał mu rękę na sposób białych ludzi i rzekł przychylnie poważnym tonem:
— Mój brat Old Death robi niespodziankę wojownikom Komanczów. Nie mogli bowiem nawet przypuścić, że się z nim tu spotkają. Pozdrawiamy go i zapraszamy do wspólnej walki przeciwko tym psom, Apaczom.
Mówił, prawdopodobnie dla tego, żebyśmy i my rozumieli, żargonową mieszaniną. Old Death odpowiedział mu w ten sam sposób:
— Mądry Manitou prowadzi Swoje dzieci dziwnemi drogami. Szczęśliwy, kto na każdej z tych dróg spotka przyjaciela, któremu może zaufać. Czy Biały Bóbr zapali także z moimi przyjaciółmi fajkę pokoju?
— Twoi przyjaciele są także moimi przyjaciółmi. Niechaj zajmą miejsce obok mnie i wypiją pokój z kalumetu wodza Komanczów!
Old Death usiadł, a my poszliśmy za jego przykładem, tylko murzyn odstąpił i usiadł w trawie. Czerwonoskórzy stali w milczeniu i bez ruchu dokoła nas jak posągi. Nie mogłem rozpoznać twarzy poszczególnych białych, bo blask ognia do nich nie dochodził. Oyo-kolca zdjął z szyi kalumet, napełnił fajkę tytoniem z kapciuka, wiszącego mu u pasa, i zapalił, poczem nastąpiła ta sama ceremonia, co z jego synem. Teraz dopiero byliśmy pewni, że nie grozi nam nic ze strony Komanczów.
Gdyśmy czekali przed obozem, pouczył dowódca oddziału, z którym przyjechaliśmy, Białego Bobra, w jaki sposób zetknęliśmy się z jego oddziałem. Stary wódz poprosił Old Deatha, żeby mu jeszcze raz opowiedział, jak się wszystko odbyło, a ten dokonał tego w taki sposób, że ani na nas, ani na sennora Atanasio nie mogło paść żadne podejrzenie.
Biały Bóbr patrzył czas jakiś przed siebie w zadumie, a potem rzekł:
— Wierzę mojemu bratu, albowiem, gdybym nawet chciał wątpić, nie znajduję w jego opowiadaniu nic, z czego mógłbym wnosić, że stara się mnie oszukać. Muszę jednak i tamtej bladej twarzy wierzyć, gdyż on nie ma powodu do okłamywania wojowników Komanczów, a zresztą kłamstwo przypłaciłby życiem. Ów biały znajduje się u nas, a byłby już dawno spróbował zniknąć, gdyby nas był w błąd wprowadził. Wobec tego stanu rzeczy nie mogę nic innego przypuścić jak to, że jeden z was się pomylił.
Z jego stanowiska było to bardzo bystro pomyślane. Old Death musiał się mieć na baczności. Jakżeż łatwo mogło Białemu Bobrowi przyjść na myśl wysłać jeszcze raz syna, aby hacyendera zaskoczył nocą. Najlepiej było dać jakieś prawdopodobne i wiarygodne wyjaśnienie możliwej pomyłki. O tem i skut pomyślał, bo tak się na to odezwał:
— Pomyłka zaszła istotnie, ale nie mnie, lecz ową bladą twarz srodze oszukano. Gdzie znajdzie się człowiek, któryby zdołał oszukać Old Deatha? O tem wie także mój brat czerwony.
— Niechaj mi więc brat mój opowie, jak się to stało!
— Najpierw muszę zaznaczyć, że zwiedziono przedewszystkiem samego wodza Komanczów.
— Kto to uczynił? — zapytał Biały Bóbr, przybierając naraz surowy wyraz twarzy.
— Przypuszczam, że wszystkie blade twarze, które są u ciebie.
— Przypuszczenia nie wolno mi słuchać. Daj na to dowód! Jeśli oszukują mnie ci, z którymi wypaliliśmy fajkę pokoju, to muszą umrzeć!
— A więc nie tylko podałeś im rękę na znak pokoju, lecz nawet wypaliłeś z nimi kalumet? Gdybym wówczas był z tobą, nie byłbym do tego dopuścił. Żądany dowód zaraz przedstawię. Powiedz mi, czyim jesteś przyjacielem, czy prezydenta Juareza?
Zapytany wykonał ręką ruch lekceważenia i odpowiedział:
— Juarez jest odszczepieńcem czerwonoskórych, bo mieszka w domu i prowadzi życie na sposób bladych twarzy. Gardzę nim. Wojownicy Komanczów użyczyli swego męstwa wielkiemu Napoleonowi, a on darowuje im za to koce, broń, konie i oddaje im w ręce Apaczów. Blade twarze również sprzyjają Napoleonowi.
— To właśnie jest kłamstwo, którem cię zwiedli. Oni przybyli do Meksyku, aby służyć Juarezowi. Moi towarzysze mogą to poświadczyć. Wiesz przecież, kogo wielki biały ojciec w Waszyngtonie wziął w swoją opiekę?
— Juareza.
— Wiesz o tem także, że po tamtej stronie granicy zaciągają do wojska ludzi, których potajemnie wysyłają tutaj do Juareza. W La Grange mieszka Meksykanin, nazwiskiem Cortesio. My sami byliśmy u niego, a ci dwaj ludzie byli jego sąsiadami i przyjaciółmi. On powiedział im i nam, że zaciąga wojowników dla Juareza, a kilku z białych, znajdujących się u ciebie, zrobił już żołnierzami. Reszta to wojsko, towarzyszące nowozaciężnym. Jesteś nieprzyjacielem Juareza, a mimoto wypaliłeś z jego żołnierzami fajkę pokoju, ponieważ oni cię okłamali...
Oko wodza zaiskrzyło się gniewem. Chciał się odezwać, ale Old Death mu przerwał:
— Pozwól mnie wpierw przemówić! Te blade twarze zatem są żołnierzami Juareza. Przybyli na hacyendę przyjaciela Napoleona, sennora Atanasio, który gościł u siebie znakomitego sędziwego dowódcę Francuzów. Blade twarze byłyby zabiły tego człowieka, gdyby go były poznały. Musiał zatem udać chorego i położyć się. Posmarowano mu twarz na ciemno, aby go uczynić podobnym do Indyanina. Gdy blade twarze go ujrzały i zapytały, kto on, odpowiedziano im, że to Dobry Mąż, wódz Apaczów.
Wódz podniósł brwi. Wierzył już opowiadającemu, ale był na tyle ostrożny, że zapytał:
— Dla czego podano właśnie to imię?
— Ponieważ Apacze są po stronie Juareza. Blade twarze musiały więc w tym człowieku widzieć swego przyjaciela. Był on stary i miał siwe włosy, których niepodobna było ukryć. Wiedziano, że Dobrego Męża włosy również są białe, przeto jego imienia użyto do tego podstępu.
— Uff! Teraz ciebie rozumiem. Ten sennor jest z pewnością bardzo rozumnym człowiekiem, skoro wpadł na taką wymówkę. Ale gdzie był dowódca Napoleona, kiedy nadeszli moi wojownicy? Oni go nie widzieli.
— Bo opuścił czemprędzej ten dom. Twierdzenie jakoby Winnetou przyprowadził Dobrego Męża było tylko wymówką. Blade twarze w to uwierzyły, potem natknęły się na ciebie i twoich wojowników, a wiedząc, że Komancze są przyjaciółmi Francuzów, zgłosili się do ciebie jako tacy.
— Wierzę ci, lecz muszę mieć dowód pewny, że są stronnikami Juareza, bo nie mógłbym ich ukarać, ponieważ wypalili z nami także kalumet.
— Powtarzam, że ci ten dowód dam. Przedtem jednak przyjmij do wiadomości, że pomiędzy temi białemi twarzami znajdują się dwaj ludzie, których ja chcę pojmać.
— Dlaczego?
— Bo są naszymi nieprzyjaciółmi, a konie nasze były przez wiele dni na ich tropie.
To była najlepsza odpowiedź. Gdyby Old Death był długo i szeroko opowiadał o Gibsonie i Wiliamie Ohlercie, nie byłby osiągnął tego, co uzyskał krótkiemi słowy „są naszymi nieprzyjaciółmi.“ Okazało się to zaraz, gdyż wódz zawołał:
— Jeśli są twoimi nieprzyjaciółmi, to będą także naszymi, skoro odbierzemy im dym pokoju. Daruję ci obydwu.
— Dobrze. Każ tu przyjść dowódcy bladych twarzy! Kiedy będę z nim mówił, poznasz z łatwością, że mam słuszność, nazywając go stronnikiem Juareza.
Na dany przez wodza znak, nadszedł jeden z wojowników, a otrzymawszy dotyczące polecenie, przystąpił do jednego z białych, powiedział mu kilka słów, poczem zbliżyła się do nas wysoka, tęga, postać z wielką brodą i marsowatym wyrazem na twarzy.
— O co chodzi? — zapytał, mierząc nas ponurym, nieprzyjaznym, wzrokiem. Gibson zapewne poznał mnie i uprzedził jego, że po nas nie należy się spodziewać niczego dobrego. Bardzo byłem ciekaw, jak Old Death wybrnie z tej trudności. Stary, przebiegły, skut spojrzał pytającemu przychylnie w oczy i odpowiedział bardzo uprzejmie:
— Mam was pozdrowić od sennora Cortesio w La Grange.
— Wy go znacie? — wtrącił szybko, nie przeczuwając, że chwyta w zęby bardzo niebezpieczną wędkę.
— Oczywiście — potwierdził skut. — Jesteśmy przyjaciółmi od dawna. Przybyłem do niego niestety zapóźno i nie zdołałem się z wami zobaczyć, on jednak podał mi kierunek, w którym mamy się udać za wami.
— Rzeczywiście? W takim razie jesteście niewątpliwie jego przyjacielem. Który kierunek wam wskazał?
— Bród pomiędzy Las Moras i Rio Moral, a potem przez Baya i Tabal do Chihuahua. Wy zboczyliście oczywiście nieco z tego kierunku.
— Ponieważ spotkaliśmy naszych przyjaciół Komanczów.
— Waszych przyjaciół? Ja sądzę, że wojownicy Komanczów są waszymi przeciwnikami.
Biały zakłopotał się widocznie, wstrząsnął ramionami i kaszlnął, aby dać znak Old Deathowi, ten jednak udał, że nic nie zauważył i mówił dalej:
— Wy stoicie przecież po stronie Juareza, Komancze zaś walczą za Francuzów.
Teraz skupił Meksykanin myśli i oświadczył:
— Sennor, pod tym względem bardzo się mylicie; my także sprzyjamy Francuzom.
— I prowadzicie ochotników ze Stanów Zjednoczonych do Meksyku?
— Dla Napoleona.
— Ach tak! Więc sennor Cortesio zaciąga w szeregi Napoleona?
— Naturalnie. Dla kogóżby innego?
— Ja sądzę, że dla Juareza.
— Ani mu się nie śniło!
— Pięknie! Dziękuję za to wyjaśnienie, sennor. Możecie wrócić na swoje miejsce.
Twarz wezwanego drgnęła gniewem. Czy miał pozwolić na to, żeby go ten nieznany człowiek odprawiał jak podwładnego?
— Sennor! — rzekł. — Skąd macie prawo w ten sposób do mnie się odzywać?
— Przy tem ognisku siedzą tylko wodzowie i osoby wybitne.
— Ja jestem oficerem!
— Juareza? — spytał skwapliwie Old Death.
— Tak... nie, nie, Napoleona, jak to już powiedziałem.
— Aha, teraz wygadaliście się wspaniale. Oficer powinien, zwłaszcza w takich warunkach, lepiej pilnować języka. Skończyłem z wami, możecie odejść.
Oficer chciał coś jeszcze powiedzieć, ale wódz uczynił ręką ruch rozkazujący na znak, żeby się oddalił, a ten musiał posłuchać.
— No, cóż na to mój brat? — zapytał Old Death.
— Jego oskarża twarz — odrzekł Biały Bóbr — ale i to nie jest jeszcze dowodem.
— Ale jesteś już pewien, że jest oficerem i był u sennora Cortesio.
— Tak.
— Musi zatem należeć do partyi, dla której Cortesio zaciąga.
— Tak jest. Udowodnij mi jednak, że ten człowiek zaciąga w szeregi Juareza, a wtedy będę zadowolony.
— Oto masz dowód!
Old Death sięgnął do kieszeni i wydobył paszport, podpisany przez Juareza, rozwinął go i mówił dalej:
— Chcąc się przekonać, czy Cortesio pracuje dla Juareza, oraz czy wszystkie, przybywające doń, blade twarze są przyjaciółmi Juareza, udaliśmy, że pragniemy służyć w jego szeregach. Cortesio przyjął nas i dał każdemu z nas paszport z podpisem Juareza. Mój towarzysz może ci także swój pokazać.
Wódz wziął paszport i przypatrzył mu się dokładnie. Zły uśmiech przemknął mu po twarzy, gdy po chwili rzekł:
— Biały Bóbr nie nauczył się od białych sztuki mówienia na papierze, zna jednak dobrze znak, który tu widzi; to jest totem Juareza. Pomiędzy moimi wojownikami znajduje się młody człowiek, pół krwi, który jako chłopiec przebywał długo u bladych twarzy i umie kazać przemówić papierowi. Zaraz go tu zawezwę.
Gdy zawołał głośno jakieś imię, zbliżył się młody, jaśniej zabarwiony wojownik do ognia, wziął na rozkaz wodza papier do ręki i przeczytał napisane na nim słowa, tłómacząc je równocześnie. Ja go nie rozumiałem, ale twarz Old Deatha rozjaśniała się coraz to bardziej. Gdy pół dziki skończył, oddał paszport, dumny z tego, że zna taką sztukę i oddalił się. Old Death schował paszport i zapytał:
— Czy mój towarzysz ma swój także pokazać?
Wódz potrząsnął głową przecząco.
— Czy mój czerwony brat wierzy już, że go blade twarze okłamały i że są jego wrogami?
— Teraz nie wątpi już o tem. Zgromadzi zaraz swoich najwybitniejszych wojowników, aby się z nimi naradzić nad tem, co ma teraz począć.
— Czy ja wezmę udział w tej naradzie?
— Nie. Mój brat jest rozumny w radzie i odważny w czynie, ale nam go nie potrzeba, gdyż dowiódł, czego chciał dowieść. Co ma teraz nastąpić, to już jest rzeczą Komanczów, których okłamano.
— Jeszcze jedno! Nie należy to wprawdzie do tej samej sprawy, ale jest dla nas bardzo ważne. Dlaczego mój czerwony brat posunął się tak daleko na południe, czemu zapędza się aż na pustynne wyżyny?
— Komancze chcieli z początku jechać dalej na północ, ale dowiedzieli się, że Winnetou z wielkiemi hordami pociągnął ku Rio Conchos i że z tego powodu wsi Apaczów stoją pustkami. Zwróciliśmy się przeto czemprędzej na południe i zdobędziemy tu łupy, jakich nie zabraliśmy jeszcze nigdy.
— Winnetou ku Rio Conchos! Hm! Czy ta wiadomość zasługuje na wiarę? Od kogo ją masz? Czy od tych dwu Indyan, którzy idąc z północy zetknęli się z wami?
— Tak. Czy widzieliście ich trop?
— Widzieliśmy go. Co to za Indyanie byli?
— Ze szczepu Topia.
— Czy są jeszcze u ciebie i czy mogę z nimi pomówić?
— Mój brat może uczynić, co mu się spodoba.
— Czy także i z temi dwoma blademi twarzami, które mi chcesz wydać?
— Któżby ci tego bronił?
— W takim razie mam jeszcze tylko jedną prośbę. Pozwól mi obóz obejść dookoła. Jesteśmy w kraju nieprzyjacielskim, a ja pragnę się upewnić, że stało się wszystko, co konieczne dla naszego bezpieczeństwa.
— Uczyń to sobie, choć to niepotrzebne. Biały Bóbr wyznaczył porządek w obozie i w strażach, a nasi wywiadowcy znajdują się przed nami. Zatem wszystko w porządku.
Przyjaźń jego dla Old Deatha musiała być wielką, skoro się nie obraził tem, że skut chciał sam przypatrzyć się zarządzeniom i środkom ostrożności. Obaj dostojni Komancze, którzy siedzieli dotąd obok niego w milczeniu, powstali teraz i odeszli z godnością po wojowników, którzy mieli wziąć udział w naradzie. Reszta Komanczów pousiadała napowrót przy swych ogniskach. Obu Langom wyznaczono także miejsce przy jednem z nich i podano trzy tęgie kawałki pieczonej koniny. Old Death natomiast wziął mnie za rękę i pociągnął ku ognisku, przy którem siedzieli sami biali. Skoro ujrzano nas, powstał oficer, wyszedł naprzeciwko nas kilka kroków i zapytał po angielsku tonem niechętnym:
— Co miał właściwie oznaczać ten egzamin, master, który spodobało się wam odbyć ze mną?
Stary pozdrowił go uprzejmie i odrzekł:
— To wam później wyjaśnią Komancze, dlatego ja mogę sobie odpowiedzi oszczędzić. Zresztą znajdują się między wami koniokrady. Nie mówcie tylko takim wyniosłym tonem do Old Deatha! Wszyscy Komancze są po mojej stronie, a przeciwko wam. Wystarczy, żebym skinął, a będzie po was.
Odwrócił się od nich dumnie, ale został na miejscu, aby mnie dać sposobność do mówienia. Gibson i Wiliam Ohlert siedzieli także w szeregu. Drugi wyglądał bardzo cierpiąco i wynędzniale. Ubranie miał podarte, a włosy w dzikim nieładzie. Policzki mu się pozapadały, a oczy tkwiły głęboko w oczodołach. Zdawało się, że nie słyszał, ani nie widział, co się działo dokoła niego, trzymał w ręku ołówek, a na kolanie ćwiartkę papieru i wpatrywał się w nią nieustannie. Z nim na razie nie miałem nic do czynienia, gdyż on pozbawiony był swej woli. Zwróciłem się zatem do jego uwodziciela:
— Nareszcie spotykamy się, master Gibson! Spodziewam się, że od teraz będziemy razem przez czas dłuższy.
On roześmiał mi się wprost w twarz i odrzekł:
— Z kim mówicie, sir?
— Oczywiście, że z wami!
— To nie takie bardzo oczywiste. Tylko po waszym wzroku poznaję, że mnie macie na myśli. Zdaje się, że mnie nazwaliście Gibsonem?
— Istotnie.
— Ja się tak nie nazywam.
— Czy to nie wy uciekaliście przedemną w Nowym Orleanie?
— Master, wam się chyba coś plącze pod kapeluszem! Nie nazywam się Gibson!
— Kto ma tyle nazwisk, może z łatwością wyprzeć się jednego. Czy nie nazywaliście się w Nowym Orleanie Clinton, a w La Grange znowu sennor Gavilano?
— To jest istotnie moje właściwe i prawdziwe nazwisko. Czego wogóle chcecie odemnie? Zostawcie mnie w spokoju! Ja was nie znam!
— Wierzę bardzo. Urzędnik policyjny znajduje się czasem w takiem położeniu, że go nie poznają. Wypieraniem się nie wymkniecie mi się już teraz. Swoją rolę dograliście już do końca. Nie na to ścigałem was z Nowego Yorku aż tutaj, żebyście się ze mnie wyśmiali. Odtąd pójdziecie za mną tam, dokąd ja was zaprowadzę.
— Oho! A jeśli tego nie uczynię?
— To przywiążę was ładnie do konia, a zwierzę mnie już posłucha.
Na to on zerwał się, wydobył rewolwer i krzyknął:
— Człowiecze, powiedzcie jeszcze raz takie słowo, to was natychmiast dyabeł....
Nie dokończył. Old Death przystąpił do niego z tyłu i uderzył go kolbą w rękę tak silnie, że wypuścił rewolwer.
— Nie machajcie tak słowami, Gibsonie! — rzekł skut. — Są tutaj ludzie, którzy potrafią z łatwością zatkać wam tę wielką gębę!
Gibson ujął się za rękę, odwrócił się i krzyknął:
— Panie, czy mam was nożem pchnąć w żebra? Czy sądzicie, że się was zlęknę, dlatego że nazywacie się Old Death?
— Nie, mój młodzieńcze. Nie lękaj się, ale posłusznym być musisz. Jeśli ci się raz jeszcze wyrwie słowo, które mnie w nos połechce, to kichnę w ciebie kulą ze strzelby. Spodziewam się, że ci gentlemani będą nam wdzięczni za uwolnienie ich od takiego łotra jak wy.
Ton i postawa Old Deatha nie przeszły bez wrażenia na Gibsonie, który też rzekł daleko pokorniej:
— Ależ ja nie pojmuję wcale, czego wy chcecie. Bierzecie mnie za kogoś innego!
— To bardzo wątpliwe. Masz taką łotrowską twarz, że trudno ją wziąć za inną. Zresztą główny świadek oskarżenia siedzi obok ciebie.
Przy tych słowach wskazał na Wiliama Ohlerta.
— Ten świadkiem przeciwko mnie? — zapytał Gibson. — To znowu dowód, że mnie nie poznajecie. Zapytajcieno jego!
Położyłem Wiliamowi rękę na ramieniu i zawołałem go po nazwisku. On podniósł zwolna głowę, wpatrzył się na mnie bez wyrazu i nic nie odpowiedział.
— Master Ohlert, sir Wiliamie, czy mnie nie słyszycie? — powtórzyłem. — Wasz ojciec przysyła mnie do was.
On znowu utkwił we mnie bezmyślny wzrok, ale nie wyrzekł ani słowa. Wtem huknął nań groźnie Gibson:
— Chcemy usłyszeć twoje nazwisko. Powiedz je natychmiast!
Wiliam Ohlert zwrócił głowę ku Gibsonowi i odrzekł półgłosem i drżąco, jak zalękłe dziecko:
— Nazywam się Guillelmo.
— Czem jesteś?
— Poetą.
A ja zapytałem dalej:
— Czy nazywasz się Ohlert? Czy pochodzisz z Nowego Yorku? Czy masz ojca?
Wszystkie te pytania zaprzeczył, ale bez najmniejszego namysłu. Można było poznać, że był wytresowany. Nie ulegało też wątpliwości, że odkąd znajdował się w ręku tego wyrafinowanego łotra, umysł jego zaciemniał się coraz to bardziej.
— Oto macie świadka — zaśmiał się złoczyńca. — Dowiódł wam, że znajdujecie się na drodze fałszywej. Bądźcie zatem łaskawi zostawić nas od teraz w spokoju!
— Ja chcę go mimoto zapytać o coś ważnego. Może przecież pamięć jego będzie silniejsza od kłamstw, które wpoiliście w niego.
Przyszła mi nowa myśl. Wyjąłem portfel, w którym miałem gazetę z wierszem Ohlerta i rozwinąwszy ją, przeczytałem głośno pierwszą zwrotkę. Sądziłem, że brzmienie własnego wiersza wyrwie go z duchowej nieczułości. Tymczasem on patrzył ustawicznie na kolano. Wobec tego wygłosiłem drugą zwrotkę, ale także napróżno. Przystąpiłem tedy do trzeciej:

Znaszli tę noc, co ducha ci owija,
Że próżno żądzą wyzwolenia drga,
Co cię obmota jako wściekła żmija,
A tysiąc dyabłów ciągle w mózg ci plwa?

Na oba ostatnie wiersze położyłem silny nacisk. Naraz podniósł Ohlert głowę, powstał i wyciągnął ręce. Ja czytałem dalej:

O, podczas niej czuwaj i nie śpij śmiało,
Bo po tej nocy już nie będzie dniało!

Wtem krzyknął, przyskoczył do mnie i sięgnął po gazetę. Dałem mu ją, a on pochylił się nad ogniem i przeczytał sam głośno od początku do końca. Następnie się podniósł i zawołał głosem tryumfalnym tak, że rozległo się daleko wśród ciszy nocnej:
— Poemat Ohlerta, Wiliama Ohlerta, mój, mój własny! Ja to bowiem jestem Wiliam Ohlert, ja sam! Nie ty się nazywasz Ohlert, nie ty, lecz ja!
Ostatnie słowa zwrócone były do Gibsona. Teraz nasunęło mi się straszne podejrzenie. Gibson był w posiadaniu legitymacyi Ohlerta — czyżby się mimo starszego wieku za niego podawał? Czy...? Nie dokończyłem jednak tej myśli, gdyż wódz, zapomniawszy o naradzie i własnej godności, nadbiegł, rzucił Wiliama na ziemię i krzyknął:
— Milcz, psie! Czy Apacze mają usłyszeć, że się tu znajdujemy? Przywołujesz do nas walkę, śmierć!
Wiliam Ohlert wydał niezrozumiały okrzyk boleści i spojrzał tępym wzrokiem na Indyanina. Ja wziąłem mu z ręki gazetę i schowałem ją napowrót w nadziei, że uda mi się później znowu przyprowadzić go do przytomności.
— Nie gniewaj się na niego — prosił Old Death wodza. — Duch jego jest omroczony. On już będzie spokojny. A teraz powiedz mi, czy to ci dwaj ludzie są Topiami, o których mi wspominałeś?
Wskazał na dwie, po indyańsku ubrane, postaci, siedzące przy ognisku z białymi.
— Tak, to są oni — odrzekł Biały Bóbr. — Nie rozumieją dobrze języka Komanczów. Trzeba z nimi mówić językiem granicznym. Postarajcie się jednak o to, żeby ten biały, którego duszy już niema, zachowywał się spokojnie, bo w przeciwnym razie musiałbym mu kazać zawiązać usta.
To rzekłszy, wrócił Biały Bóbr znowu do narady przy ognisku. Old Death nie oddalił się, lecz powiódł wrokiem po obydwu Indyanach i zapytał starszego z nich:
— Moi czerwoni bracia przybyli z wyżyny Topia? Czy tamtejsi wojownicy są przyjaciółmi Komanczów?
— Tak — odrzekł zagadnięty. — Pożyczamy naszych tomahawków wojownikom Komanczów.
— Skąd to jednak pochodzi, że wasz trop wiódł od północy, gdzie nie mieszkają wasi bracia, lecz nieprzyjaciele Komanczów, Apacze Llanero i Taracon?
Pytanie to wprawiło Apacza w kłopot, co łatwo dało się zauważyć, ponieważ ani on, ani syn jego, który mu towarzyszył, nie mieli twarzy pomalowanych. Odrzekł też dopiero po chwili:
— Mój biały brat zadaje pytanie, na które może sobie sam odpowiedzieć z łatwością. Wykopaliśmy topór wojenny przeciwko Apaczom i pojechaliśmy na północ, aby się wywiedzieć o miejscu ich pobytu.
— No i co znaleźliście w tamtych stronach?
— Widzieliśmy największego wodza Apaczów, Winnetou, który wyruszył ze wszystkimi swoimi wojownikami, aby wojnę przenieść za Rio Conchos. Wróciliśmy więc, aby donieść o tem naszym ludziom, oni zaś prędko wpadną do wsi Apaczów. Natknęliśmy się przytem na wojowników Komanczów i sprowadziliśmy ich tutaj, by oni także przyczynili się do zguby naszych wrogów.
— Komancze będą wam za to wdzięczni. Ciekaw jestem jednak, od kiedy to wojownicy Topiów zapomnieli o tem, że powinni być uczciwymi?
Widać było, że stary skut podejrzewał o coś obydwu. Rozmawiał z nimi wprawdzie uprzejmie, ale głosem tym razem osobliwie zabarwionym, zupełnie tak, jak wtedy, kiedy miał ukryty zamiar wywieść kogoś w pole. Wrzekomym Topiom były jego pytania bardzo nie na rękę. Młodszy błyskał nań groźnemi oczyma, a starszy usiłował przyjaźnie odpowiadać, lecz słowa z trudem przeciskały mu się przez usta.
— Dlaczego mój brat pyta teraz o naszą uczciwość? — odpowiedział. — Z jakiej przyczyny wątpi o niej?
— Nie mam zamiaru was urazić. Dziwię się jednak, że nie siedzicie z wojownikami Komanczów, lecz przy bladych twarzach.
— Old Death stawia więcej pytań, niżby powinien. Siedzimy tutaj, ponieważ tak nam się podoba.
— Ale wzbudzacie w nas przez to mniemanie, że Komancze gardzą Topiami. To wygląda, jak gdyby chcieli z was korzystać, lecz nie cierpieli was przy sobie.
Na tę obelgę wybuchnął czerwonoskórzec:
— Nie mów słów takich, bo będziesz musiał z nami walczyć. Przedtem siedzieliśmy z Komanczami, a teraz przyszliśmy do bladych twarzy, aby od nich się czegoś nauczyć. A może nie wolno nam dowiedzieć się, co się dzieje w okolicach i miastach bladych twarzy?
— Nie, to wolno. Ja postępowałbym jednak ostrożniej, będąc na waszem miejscu. Oko twoje widziało śnieg wielu zim; powinienbyś zatem domyśleć się, do czego ja zmierzam.
— Skoro nie wiem, to mi powiedz! — zabrzmiała szydercza odpowiedź.
Old Death przystąpił teraz do niego, pochylił się nad nim nieco i zapytał głosem surowym:
— Czy wy wypaliliście z Komanczami fajkę pokoju i wydmuchnęliście przez nosy dym kalumetu?
— Tak.
— Jesteście więc ściśle obowiązani czynić tylko to, co im korzyść przyniesie.
— Czy sądzisz może, że nie chcemy tego uczynić?
Obaj patrzyli sobie ostro w oczy. Zdawało się, że ich spojrzenia pochwycą się wzajem szponami i zaczną z sobą walkę. Po chwili odrzekł Old Death:
— Widzę po tobie, że mnie zrozumiałeś i odgadłeś moje myśli. Gdybym zechciał je wypowiedzieć, bylibyście zgubieni obaj.
— Uff! — zawołał czerwonoskóry, zrywając się z ziemi i chwytając za nóż.
Syn jego podniósł się także groźnie i wydobył tomahawk z za pasa. Old Death jednak odpowiedział na te wrogie ruchy tylko poważnem potrząśnieniem głowy i rzekł:
— Jestem pewien, że niedługo zabawicie u Komanczów. Kiedy wrócicie do tych, którzy was wysłali, to powiedzcie im, że jesteśmy ich przyjaciółmi. Old Death miłuje wszystkich czerwonych mężów i nie pyta o to, do jakiego należą plemienia.
Na to syknął Indyanin pytaniem:
— Czy sądzisz może, że nie należymy do plemienia Topiów?
— Niech mój brat zważy, jaka to nieostrożność z jego strony, że zadaje mi takie pytanie. Zamilczałem moje myśli, ponieważ nie chcę być twoim nieprzyjacielem. Czemu gotujesz się sam je zdradzić? Czyż nie stoisz w pośrodku pięćsetkrotnej śmierci?
Ręka czerwonoskórca, uzbrojona w nóż, drgnęła, jak gdyby pchnąć zamierzał.
— Powiedz mi najpierw, za kogo nas masz! — zażądał od starego skuta.
Old Death pochwycił Indyanina za rękę, trzymającą nóż, pociągnął za sobą na ubocze i rzekł cicho, lecz tak, że ja dosłyszałem:
— Jesteście Apaczami!
Indyanin cofnął się o krok wstecz, wyrwał rękę, zamierzył się nożem do ciosu i rzekł:
— Mylisz się, psie!
Old Death wykonał ruch, by się zasłonić przed ciosem i szepnął zcicha do podrażnionego Indyanina:
— Czy chcesz zabić przyjaciela Winnetou?
Niewiadomo, czy treść tych słów, czy dumne spojrzenie starego wywołało zamierzony skutek, dość że Indyanin opuścił rękę. Zbliżył usta do ucha Old Deatha i rzekł groźnie:
— Milcz!
Potem odwrócił się i usiadł znowu z twarzą tak spokojną, o tak niezbadanym wyrazie, jak gdyby się nic nie stało. Poczuł, że go przejrzano, ale nie okazał najmniejszego śladu nieufności, lub trwogi. Czyżby znał tak dobrze Old Deatha, że nie obawiał się zdrady z jego strony? Syn jego również usiadł obok niego i wetknął za pas tomahawk. Ci Apacze odważyli się stanąć, jako przewodnicy, na czele oddziału swoich śmiertelnych wrogów! Było to podziwu godne zuchwalstwo! Jeśliby ich zamiar się udał, zguba Komanczów była pewna. Chcieliśmy już oddalić się od tej grupy, ale wstrzymał nas ruch, który powstał pośród Komanczów. Widać było, że narada już się skończyła. Uczestnicy podnieśli się z ziemi, a reszta czerwonoskórych na rozkaz wodza opuściła także swoje ogniska i otoczyła gęstym kręgiem to ognisko, przy którem myśmy się znajdowali. Biały Bóbr wystąpił w postawie pełnej godności na środek koła i podniósł rękę na znak, że chce przemówić. Głębokie milczenie zapanowało dokoła. Biali nie przeczuwali jeszcze, co teraz nastąpi i powstali. Tylko obaj wrzekomi Topiowie nie ruszyli się, spoglądając spokojnie przed siebie, jak gdyby ich to nic nie obchodziło. Wiliam Ohlert siedział jeszcze na swojem miejscu i wpatrywał się w ołówek, który znów trzymał w ręku.
Wódz zaczął mówić powoli i z naciskiem:
— Blade twarze przyszły do wojowników Komanczów, oświadczając im, że są ich przyjaciółmi, dlatego przyjęto je i wypalono z niemi fajkę pokoju. Teraz jednak przekonali się Komancze, że ich blade twarze okłamały. Biały Bóbr rozważył dokładnie wszystko, co przemawia za niemi i przeciwko nim, a naradziwszy się nad tem ze swoimi najdoświadczeńszymi wojownikami, nabrał pewności, że nas blade twarze rzeczywiście okłamały, że zatem nie zasługują nadal na naszą przyjaźń i opiekę. To też od tej chwili ustaje przymierze z niemi, a nieprzyjaźń zajmie miejsce przyjaźni.
Zatrzymał się na chwilę, a oficer skorzystał skwapliwie z tej sposobności i zapytał:
— Kto nas oczernił? Zapewne ci czterej biali, którzy przybyli z czarnym, aby sprowadzić na nas niezasłużone niebezpieczeństwo. Dowiedliśmy i powtarzamy to, że jesteśmy przyjaciółmi Komanczów. Niechaj teraz obcy złożą dowód, że żywią względem czerwonych braci uczciwe zamiary! Kto oni i kto ich zna? Jeśli źle o nas mówili, to żądamy, żeby nam to powiedziano, iżbyśmy się mogli bronić. Nie pozwolimy wydać na siebie wyroku bez wysłuchania nas. Jestem oficerem, a zatem wodzem moich ludzi. Mam prawo i muszę żądać, żeby nam wolno było uczestniczyć w każdej naradzie, odnoszącej się do nas!
— Kto ci pozwolił odezwać się teraz? — zapytał wódz tonem surowym i dumnym. — Kiedy mówi Biały Bóbr, powinien każdy czekać, dopóki on nie skończy. Domagasz się, żeby cię wysłuchano? Słyszeliśmy cię, gdy dopiero co z Old Deathem mówiłeś. To dowiedzione, że jesteście wojownikami Juareza. My jesteśmy przyjaciółmi Napoleona, a więc waszymi nieprzyjaciółmi. Pytasz, kim są te cztery blade twarze, a ja odpowiadam ci na to, że to waleczni i uczciwi wojownicy. Znaliśmy Old Deatha wiele zim, zanim zobaczyliśmy wasze twarze. Domagasz się uczestnictwa w naszej naradzie? Na to ci oświadczam, że nawet Old Death nie otrzymał pozwolenia na to. Wojownicy Komanczów są mężami. Nie potrzebują chytrości bladych twarzy, aby wiedzieć, co mądre, a co nie mądre, co słuszne, a co fałszywe. Przystąpiłem do was, by wam oznajmić, cośmy postanowili. Macie tego wysłuchać spokojnie, nie rzec ani słowa, bo...
— Wypaliliśmy z wami kalumet — przerwał mu oficer. — Jeśli postąpicie z nami wrogo, to...
— Milcz, psie! — huknął nań wódz. — Na ustach twoich już teraz była zniewaga. Pamiętaj, że otacza was pięciuset wojowników, gotowych każdej chwili ją pomścić! Wypaliliście kalumet tylko wskutek waszego oszustwa i kłamstwa. Ale wojownicy Komanczów znają wolę Wielkiego Ducha, szanują prawa, które u nich panują i wiedzą, że znajdujecie się jeszcze dotąd pod osłoną kalumetu, że więc muszą obchodzić się z wami jak z przyjaciółmi, dopóki nie wyjdziecie z pod tej osłony. Czerwoną jest święta glina, z której kalumet zrobiony, czerwoną barwa światła dziennego i płomienia, którym się kalumet zapala. Skoro zgaśnie, ustaje pokój, dopóki światło nie zabłyśnie nanowo. Gdy zacznie świecić światło dnia, skończy się pokój i przymierze. Aż do tego czasu jesteście naszymi gośćmi. Będziecie tu siedzieli i spali; nikt was nie dotknie. Ale skoro tylko dzień zaszarzeje, musicie odjechać w tę stronę, z której przybyliście do nas. Zostawimy wam tyle czasu, co wy nazywacie pięć minut; potem będziemy was ścigać. Aż do tej chwili możecie przy sobie zatrzymać wszystko, co posiadacie, ale potem zabijemy was i zabierzemy to sobie. Ci dwaj, których Old Death zażądał dla siebie, będą także do tego czasu naszymi gośćmi, ponieważ wypalili z nami kalumet, ale nie będzie im wolno z wami odjechać; zostaną tutaj jako jeńcy Old Deatha, a on zrobi z nimi, co zechce. Takie jest nasze postanowienie! Wódz Komanczów, Biały Bóbr, tak powiedział!
Po tej mowie odwrócił się od nas.
— Co? — zawołał Gibson. — Ja mam być jeńcem tego starego? Ja...
— Cicho bądźcie! — przerwał mu oficer. — Zarządzeń wodza nie można zmienić już w niczem. Ja znam czerwonych. Zresztą jestem pewien, że cios, wymierzony w nas przez oszczerców, spadnie na nich samych. Do rana jeszcze daleko. Aż do tego czasu może się wiele zdarzyć. Kto wie, czy zemsta nie jest bliżej, aniżeli kto sądzi.
Biali usiedli znowu jak przedtem. Komancze natomiast nie zajęli miejsc poprzednich, lecz pogasili ogniska i pokładli się w poczwórnym pierścieniu dokoła białych tak, że otoczyli ich ze wszystkich stron. Old Death zabrał mnie z tego koła, chcąc wyjść na zwiady.
— Czy sądzicie, sir, że Gibsona mamy napewno? — zapytałem.
— Jeśli nie zdarzy się nic niespodzianego, to nam nie ujdzie. — odpowiedział.
— Najlepiej byłoby, żebyśmy ich natychmiast pojmali.
— To niemożebne. Przeszkadza nam ta dyabelska fajka pokoju. Przed zaraniem nie pozwolą nam Komancze przyłożyć ręki do Gibsona. Potem jednak będziemy go mogli gotować, piec i jeść widelcem, albo bez, jak nam się spodoba.
— Wspomnieliście o czemś niespodzianem. Czy obawiacie się czego?
— Niestety! Kalkuluję sobie, że ci dwaj Apacze zwabili Komanczów w niebezpieczną pułapkę.
— Więc stanowczo uważacie ich za Apaczów?
— Powieście mnie, jeżeli się okaże, że się mylę. Odrazu wydało mi się podejrzanem, że dwaj Topiowie przybyli tu od Rio Conchos. To można wmówić w czerwonego Komancza, ale nie w takiego starego skuta, jak ja. Kiedy ich potem zobaczyłem, nie wątpiłem wcale, że podejrzenie moje słuszne. Topiowie należą do na pół cywilizowanych Indyan. Mają miękkie, rozlane, rysy twarzy. A przypatrzcie się tym ostrym, śpiczastym, śmiało skrojonym rysom twarzy! A cóż dopiero, kiedy usłyszałem ich język. Zdradzili się odrazu wymową. Kiedy zaś potem powiedziałem jednemu z nich w oczy, że jest Apaczem, czyż nie potwierdziło tego całe jego zachowanie?
— Mogliście się przecież pomylić?
— Nie. On nazwał Winnetou „największym wodzem Apaczów.“ Czy ich nieprzyjaciel używałby wyrażenia, zawierającego taki zaszczyt i odznaczenie? Życie daję w zakład, że się nie mylę!
— Co prawda, przedstawiacie ważne powody i gdyby rzeczywiście tak było, to ci dwaj byliby naprawdę godni podziwu. Żeby dwaj Apacze zdobyli się na tę odwagę i weszli w sam środek gromady Komanczów, liczącej pięciuset ludzi, to jest więcej niż bohaterstwo!
— O, Winnetou zna swoich ludzi!
— Czy sądzicie, że on ich tu wysłał?
— Napewno. Wiemy od sennora Atanasio, kiedy i gdzie Winnetou przepłynął Rio Grande. Bezwarunkowo nad Rio Conchos być jeszcze nie może, zwłaszcza ze wszystkimi swoimi wojownikami. O ile go znam, to mogę przypuścić, że pojechał wprost do Bolson de Mapimi, aby zebrać swoich Apaczów, a równocześnie polecił wywiadowcom wyszukać Komanczów i zwabić ich do Mapimi. Oni spodziewają się jego nad Rio Conchos i myślą, że wsi Apaczów pozbawione są wszelkiej obrony, tymczasem on oczekuje ich tutaj i wpadnie na nich, aby ich zniszczyć za jednym zamachem.
— Do stu piorunów! Wobec tego nasze położenie jest więcej niż dziwne, gdyż obaj Apacze uważają nas za wrogów!
— Nie. Oni wiedzą, że ich przejrzałem. Wystarczyłoby, żebym Białemu Bobrowi napomknął jedno słowo, a zginęliby straszną śmiercią. Że tego nie czynię, to jest dla nich najpewniejszym dowodem mojego już nie wrogiego, lecz wprost bardzo przyjaznego usposobienia.
— W takim razie nie rozumiem tylko jeszcze jednego, sir. Czy nie jest naszym obowiązkiem przestrzec Komanczów?
— Hm! Dotykacie sprawy bardzo drażliwej. Komancze to zdrajcy, którzy sprzyjają Napoleonowi. Napadli mimo pokoju na niewinnych Apaczów i pomordowali ich nikczemnie. Za to musi ich spotkać kara wedle praw boskich i ludzkich. Ale my wypaliliśmy z nimi fajkę pokoju i nie wolno nam ich zdradzić.
— Macie oczywiście słuszność, ale moja cała życzliwość jest po stronie tego Winnetou.
— I moja także. Pragnę dla niego i Apaczów wszystkiego dobrego. Zdradzić jego ludzi nam nie wypada pod żadnym warunkiem, ale wtedy będą zgubieni Komancze, po których stronie także stać musimy. Co tu robić? Tak, gdybyśmy mieli w ręku Gibsona i Ohlerta, moglibyśmy pójść swoją drogą, a oba nieprzyjacielskie szczepy zostawić samym sobie.
— No, to jutro rano się stanie.
— Albo i nie. Kto wie, czy jutro o tym czasie nie złowimy w odwiecznych ostępach zarówno w towarzystwie Apaczów jak i Komanczów kilku tuzinów bobrów, albo czy nie zabijemy i nie spożyjemy bawołu.
— Czy niebezpieczeństwo tak blizko?
— Tak sądzę z dwóch powodów. Po pierwsze: najbliższe wsi Apaczów leżą stąd niedaleko, a Winnetou nie pozwoli Komanczom podstąpić ku nim zanadto. Powtóre: ten meksykański oficer przemawiał w ten sposób, że domyślam się jakiejś historyi.
— To bardzo prawdopodobne. My możemy zaufać kalumetowi Komanczów i memu totem, zwłaszcza że Winnetou zna was i mnie już widział. Kto jednak dostanie się pomiędzy dwa młyńskie kamienie, ten choćby się nie obawiał każdego kamienia z osobna, naraża się na niebezpieczeństwo zmielenia.
— W takim razie my albo nie wejdziemy w środek, albo postaramy się, żeby mleć nie zaczęły. Teraz udamy się na zwiady. Może mimo ciemności zobaczę co, co myślom mym ulgę przyniesie. Chodźcie za mną powoli i cicho! Jeśli się nie mylę, byłem już raz w tej dolinie, kalkuluję więc sobie, że się rychło rozeznam.
Pokazało się, że Old Death słusznie przypuszczał, znajdowaliśmy się bowiem w bardzo małej kotlinie, której szerokość można było przebiec w pięciu minutach. Prowadziło do niej jedno wejście, którędy myśmy weszli i drugie, równie wązkie jak pierwsze. Tam wysłano ludzi na zwiady. W samym środku kotliny rozłożyli się obozem Komancze. Ściany kotliny były ze skał tak stromych, że niktby z pewnością ani do góry nie potrafił wyleźć, ani na dół zejść. Obeszliśmy kotlinę dookoła, natknęliśmy się na straże, stojące u wejścia i wyjścia, a potem zbliżyliśmy się znów do obozu.
— To fatalne! — mruknął stary. — Siedzimy rzeczywiście w pułapce i nie wyobrażam sobie, jakby się można z niej wydobyć. Musimy postąpić jak ów lis, który odgryza sobie nogę, gdy wpadnie w żelazną łapkę.
— Czy nie udałoby się nakłonić Białego Bobra, żeby przeniósł obóz stąd na jakie inne miejsce?
— Moglibyśmy spróbować, wątpię atoli, czy się zgodzi na to, jeśli mu nie powiemy, że ma u siebie dwu Apaczów, a tego stanowczo musimy uniknąć.
— Może zapatrujecie się na wszystko zbyt czarno, sir. Może jesteśmy tutaj zupełnie bezpieczni. Te dwa jedyne punkty, które stanowią wejście i wyjście z kotliny, obsadzone są strażami dostatecznie.
— Tak, dziesięciu ludzi z jednej, a dziesięciu z drugiej strony, to wygląda nieźle, ale nie zapominajmy, że mamy do czynienia z Winnetou. Jest to dla mnie istotnie zagadką, jak mógł ten, zresztą rozumny i ostrożny, Biały Bóbr wpaść na głupią myśl usadowienia się w tej kotlinie. Ci dwaj Apacze musieli go porządnie otumanić. Pomówię z nim. Gdyby trwał przy swojem zdaniu, a gdyby się potem co zdarzyło, zachowamy się tak neutralnie, jak tylko będzie można. Jesteśmy przyjaciółmi Komanczów, ale musimy także się strzec, żebyśmy nie zabili ani jednego Apacza. Oto mamy obóz, a tam wódz stoi. Chodźcie ze mną do niego!
Pod światło poznać było można Białego Bobra po orlich piórach. Gdy przystąpiliśmy do niego, zapytał:
— Czy mój brat się przekonał, że jesteśmy bezpieczni?
— Nie — odrzekł skut.
— Co ma temu miejscu do zarzucenia?
— Że podobne jest do pułapki, w której wszyscy siedzimy.
— Mój brat bardzo się myli. Ta dolina nie jest pułapką, lecz wygląda całkiem tak, jak to, co biali nazywają fortem. Wróg się tu dostać nie może.
— Tak, wejściami nie, bo są tak ciasne, że dziesięciu wojowników z łatwością może ich obronić. Ale czy Apacze nie mogliby zejść po zboczach?
— Nie, ponieważ te są za strome.
— Czy mój czerwony brat jest pewny tego?
— Najzupełniej. Synowie Komanczów przybyli tu w biały dzień i zbadali wszystko. Próbowali wspinać się po skałach, lecz im się to nie udało.
— Może łatwiej zejść z góry na dół, aniżeli z dołu do góry. Wiem, że Winnetou umie się wspinać po górach jak kozica.
— Winnetou niema tutaj. Tak twierdzą Topiowie.
— Może się mylą, może słyszeli o tem od kogoś, kto sam nie wiedział dokładnie.
— Oni tak twierdzą. To nieprzyjaciele Winnetou i ja im wierzę.
— Ale jeśli to prawda, że Winnetou był w forcie Inge, to nie mógł jeszcze być na tem miejscu, zebrać swoich wojowników i przejść już na drugą stronę Rio Conchos. Niech mój brat porówna ten krótki czas z długą drogą.
Wódz pochylił głowę w zadumie. Doszedł widocznie do wyniku, zgodnego ze zdaniem skuta, bo rzekł:
— Tak, czas był krótki, a droga długa. Zapytamy jeszcze raz Topii.
Udał się do ogniska, a my za nim. Biali spojrzeli na nas ponuro. Obok nich siedzieli Lange, syn jego i murzyn. Wiliam Ohlert pisał coś na kartce, głuchy i ślepy na wszystko, co dokoła niego się działo. Wrzekomi Topiowie podnieśli wzrok dopiero wtedy, kiedy wódz do nich przemówił temi słowy:
— Czy moi bracia wiedzą całkiem dokładnie, że...
Nie dokończył pytania. Ze szczytu skały zabrzmiał trwożny pisk małego ptaka, a zaraz potem krzyk sowy. Wódz i Old Death zaczęli nadsłuchiwać. Jak gdyby dla zabawy wziął Gibson leżącą obok gałąź i pchnął ją w ogień tak, że na krótko mocniej zabłysnął. Chciał to po raz wtóry uczynić, przyczem oczy wszystkich białych zwróciły się z zadowoleniem na niego, ale wtem przyskoczył doń Old Death, wyrwał mu z ręki gałąź i zawołał:
— Dajcie pokój, sir! Wypraszamy to sobie!
— Czemu? — spytał Gibson gniewnie. — Czy nie wolno nawet ognia podsycić?
— Gdy tam w górze odzywa się sowa, nie odpowiada się tu umówionym znakiem.
— Znakiem? Czyście się wściekli?
— Tak, jestem tak wściekły, że każdemu, kto się poważy jeszcze raz w ten sposób ogień potrącić, dam kulą w łeb bez pardonu!
— Przeklęta z wami sprawa! Zachowujecie się zupełnie tak, jak gdybyście byli tu panem.
— Ja też nim jestem, a wy jesteście moim jeńcem, z którym się załatwię w dyabelnie krótki sposób, jeśli mi się nie spodoba wasza fizyognomia. Nie wyobrażajcie sobie, że oszukacie Old Deatha!
— Czy mamy, sennores, pozwolić na to, żeby on z nami tak się obchodził?
To pytanie zwrócone było do reszty białych. Old Death miał w rękach oba swoje rewolwery, a ja moje, obok nas stanęli obaj Langowie i Sam również z rewolwerami. Bylibyśmy strzelili do każdego, ktoby był na tyle nieostrożny i sięgnął po broń. W dodatku zawołał wódz do swoich ludzi:
— Nałóżcie strzały!
W tej chwili zerwali się Komancze i tuziny strzał zwróciły się ku białym, siedzącym w samym środku między ostrzami grotów.
— Widzicie! — zaśmiał się Old Death. — Jeszcze was chroni kalumet. Pozostawiono wam nawet broń, ale skoro tylko który z was wyciągnie rękę po nóż, skończy się pokój z wami.
Wtem odezwał się znowu pisk i krzyk sowy, jakby prosto z nieba. Ręka Gibsona drgnęła, jak gdyby nią chciał znowu sięgnąć do ognia, ale nie miał odwagi tego uczynić. Wódz zwrócił się do Topiów z przerwanem przedtem pytaniem:
— Czy moi bracia wiedzą całkiem dokładnie, że Winnetou znajduje się po drugiej stronie rzeki Conchos?
— Tak, wiedzą — odrzekł starszy.
— Niech się namyślą, zanim mi dadzą odpowiedź!
— Oni się nie mylą. Byli ukryci w zaroślach, kiedy on przechodził i widzieli go.
Wódz pytał dalej, a Topia odpowiadał odrazu. W końcu rzekł Biały Bóbr:
— Twoje wyjaśnienie zadowoliło wodza Komanczów. Niech moi biali bracia odejdą ze mną!
To wezwanie zwrócił do Old Deatha i do mnie, lecz skut skinął na Langego, żeby poszedł za nami z synem i Samem.
— Dlaczego mój brat przywołuje także swoich towarzyszy? — zapytał wódz.
— Ponieważ sądzę, że będą mi wkrótce potrzebni. Chcemy być w niebezpieczeństwie razem.
— Niema żadnego niebezpieczeństwa!
— Mylisz się niestety. Czy ciebie krzyk sowy nie zastanowił? Wszak to człowiek go wydał.
— Biały Bóbr zna głos wszystkich ptaków i umie odróżnić je od głosów, udanych przez gardło ludzkie. To była prawdziwa sowa.
— A Old Death wie, że Winnetou potrafi głosy wielu zwierząt naśladować tak wiernie i dokładnie, że niepodobna ich od prawdziwych odróżnić. Proszę cię, bądź ostrożny! Dlaczego ten biały szturknął w ogień? To był znak umówiony, który mu dać polecono.
— W tym celu musiałby się był z Apaczami porozumieć, a przecież on nie mógł spotkać się z nimi!
— W takim razie ktoś inny umówił się o to z nimi, a blada twarz otrzymała rozkaz dania znaku, abyście właściwego zdrajcy nie poznali.
— Czy sądzisz, że są pośród nas zdrajcy? Ja w to nie wierzę. A nawet gdyby tak było, to nie mamy powodu bać się Apaczów, gdyż nie zdołają przejść przez straże, ani po skałach.
— To nie jest tak zupełnie wykluczone. Przy pomocy lassa można się spuszczać z miejsca na miejsce, ponieważ... Słuchaj!
Zabrzmiał znowu krzyk sowy i to nie z góry lecz z dołu w pewnej odległości.
— To ptak — rzekł wódz bez niepokoju. — Wszelkie obawy zbyteczne!
— Nie. Do wszystkich dyabłów! Apacze są w samym środku doliny! Słyszysz?
Od strony wyjścia zabrzmiał głośny, przeraźliwy, wstrząsający krzyk, okrzyk śmiertelny, a zaraz potem wielogłośne wojenne wycie Apaczów. Kto je raz słyszał, ten nie zapomni go nigdy. Zaledwie wrzaski przebrzmiały, zerwali się wszyscy biali od ogniska.
— Tam te psy stoją — zawołał oficer wskazując na nas. — Dalej na nich!
— Tak, na nich! — wrzasnął Gibson. — Zabić ich!
My staliśmy w ciemności tak, że nie przedstawialiśmy pewnego celu. To też ci woleli nie strzelać, lecz rzucić się na nas z podniesionemi strzelbami. Musieli się o to przedtem umówić, ponieważ ruchy ich były tak szybkie i pewne, że nie mogły być wynikiem jednej chwili. Byliśmy od nich co najwyżej o trzydzieści kroków, ale czas, potrzebny do przebieżenia tej przestrzeni, wystarczył Old Deathowi na uwagę:
— No, czy nie miałem słuszności? W górę strzelby! Przyjmiemy ich należycie.
Sześć strzelb zwróciło się przeciwko wpadającym na nas, gdyż wódz podniósł też swoją strzelbę. Huknęły po dwa strzały z dubeltówek. Nie zdołałem z powodu braku czasu policzyć, ilu ich padło. Komancze pozrywali się również i wypuścili na nich strzały z boku i z tyłu. Zauważyłem tylko, że Gibson mimo swego wezwania nie rzucił się na nas razem. Stał jeszcze przy ognisku, pochwycił Ohlerta za rękę i starał się go z ziemi poderwać. Dalsza obserwacya stała się niemożliwą, gdyż wycie zbliżyło się do nas i Apacze runęli na Komanczów.
Ponieważ światło ogniska nie sięgało daleko, przeto Apacze nie mogli widzieć, ilu mają nieprzyjaciół przed sobą. Komancze stali wciąż jeszcze kręgiem, który jednak rozerwał się niebawem i pod naporem rozwinął się z jednej strony. Huczały wystrzały, włócznie świstały, strzały jęczały, połyskiwały noże. Do tego należy dodać wycie obu hord nieprzyjacielskich i widok chaosu ciemnych, zmagających się, postaci, wyglądających jak rozwścieczeni szatani. Na czele wszystkich Apaczów przebił pierwszą linię Komanczów czerwoskóry z rewolwerem w jednej, a wzniesionym tomahawkiem w drugiej ręce. Podczas gdy każdy wystrzał powalał pewnie jednego Komancza, przelatywał topór wojenny od głowy do głowy. Ten Apacz nie miał na głowie odznaki, ani pomalowanej twarzy, cośmy zupełnie wyraźnie widzieli. Gdyby jednak nawet tak nie było, to ze sposobu walki i okoliczności, że miał rewolwer, bylibyśmy odgadli, kto to. Biały Bóbr poznał go równie prędko, jak my.
— Winnetou! — zawołał. — Nareszcie mam go! Ja go biorę na siebie.
Odskoczył od nas i rzucił się w wir walki. Grupy tak się za nim stłoczyły, że nie mogliśmy podążyć za za nim oczyma.
— Co zrobimy? — zapytałem Old Deatha. — Apacze są w mniejszości i jeśli się czemprędzej nie cofną, Komancze ich wybiją. Ja pędzę tam, muszę odbić Winnetou.
Chciałem pobiec, ale skut zatrzymał mnie za rękę, mówiąc:
— Nie róbcie głupstw! Nie wolno nam na Komanczach dopuścić się zdrady, bo wypaliliśmy z nimi kalumet. Zresztą Winnetou nie potrzebuje naszej pomocy. Sam jest dość sprytny. O, słyszycie!
Rzeczywiście zabrzmiał głos mego czerwonego przyjaciela:
— Oszukano nas. Prędzej wstecz! Precz! Precz!
Podczas tej krótkiej, lecz bardzo zaciętej, walki zadeptano niemal całkiem ognisko, ale świeciło ono dokoła jeszcze na tyle, że mogłem dostrzec, co się działo. Apacze się cofnęli. Winnetou poznał, że miał przeciwko sobie przemoc zbyt wielką. Zdziwiłem się nadzwyczajnie, że wbrew swojemu zwyczajowi nie wybadał pierwej, ilu jest nieprzyjaciół. Niebawem jednak dowiedziałem się o przyczynie tego.
Komancze chcieli przeć naprzód, lecz wstrzymały ich kule Apaczów. Szczególnie często słyszałem przy tem huk dwururki Winnetou, odziedziczonej po ojcu. Biały Bóbr kazał znów ogień podsycić, by jaśniej zapłonął, przystąpił do nas i rzekł:
— Apacze dzisiaj nam uszli, ale jutro wczesnym rankiem doścignę ich i wygubię.
— Czy sądzisz, że ci się to uda istotnie? — spytał Old Death.
— Napewno! Czy mój brat myśli inaczej? Jeżeli tak, to jest w błędzie.
— Czyli przedtem, kiedy cię ostrzegałem, nie powiedziałeś także, że się mylę? Nazwałem wówczas tę dolinę pułapką. Kto wie, czy jeszcze zdołasz ją opuścić.
— Niech tylko dzień nastanie, a zobaczymy niewielu pozostałych nieprzyjaciół i położymy ich wkrótce trupem. Teraz chroni ich ciemność.
— W takim razie niepotrzebnie do nich strzelacie! Gdy wyrzucicie wszystkie strzały, dostarczy wam ta dolina dość drzewa na nowe, ale skąd dostaniecie żelaznych grotów? Nie marnujcie środków obrony! A co robią ci wojownicy, którzy stali na straży u wejścia? Czy się tam jeszcze znajdują?
— Nie; są już tutaj. Walka ich zwabiła.
— Więc wyślij ich tam natychmiast, żebyś miał przynajmniej wolny odwrót!
— Troska mego brata jest zupełnie zbyteczna. Apacze wybiegli wyjściem. Do wejścia nikt się dostać nie może.
— Mimoto radzę ci to uczynić. Tych dziesięciu ludzi na nic się tu nie przyda, a tam bardziej ich teraz potrzeba, niż kiedykolwiek.
Wódz poszedł za tą radą więcej z szacunku dla Old Deatha, niż z przekonania. Niebawem pokazało się, jak dalece stary skut miał słuszność, gdyż skoro tych dziesięciu po otrzymaniu rozkazu udało się na miejsce, huknęły dwa wystrzały z rusznicy, którym odpowiedziały dzikie okrzyki. W kilka minut potem wrócili dwaj z owych dziesięciu z doniesieniem, że przyjęto ich dwoma kulami i mnóstwem strzał i że tylko oni pozostali przy życiu.
— No, a teraz znów się pomyliłem? — zapytał skut. — Pułapka zamknięta z przodu i z tyłu, a my siedzimy w środku.
Biały Bóbr nie znalazł na to swego wyjaśnienia. Zapytał więc strapionym głosem:
— Uff! Co należy czynić?
— Nie marnuj sił i broni twych ludzi! Postaw po dwudziestu, lub trzydziestu ludzi u wejścia i wychodu, aby pilnowali tych punktów. Reszta niechaj się cofnie i wypocznie, aby nabrać sił do jutrzejszej walki. To jedyna i najlepsza rada, jaką znam.
Tym razem wódz posłuchał natychmiast. Zaczęliśmy liczyć poległych, przyczem mnie chodziło głównie o białych. Leżeli tylko zabici, a reszta uszła. Razem z Gibsonem i Ohlertem brakowało dziesięciu ludzi.
— To źle! — zawołałem. — Te draby uszły do Apaczów i tam im bezpiecznie.
— Tak. I przyjęto ich oczywiście bardzo dobrze, ponieważ byli w przymierzu z oboma wywiadowcami, wrzekomymi Topiami.
— Więc Gibson przepadł nam znowu!
— Nie. Posiadamy totem Dobrego Męża, Apacze zaś mnie znają, więc rozumie się samo przez się, że dobrze nas przyjmą. Potem postaram się już o to, że wydadzą nam Gibsona i Ohlerta. Stracimy jeden dzień i po wszystkiem.
— A jeśli się obydwaj zabiorą?
— Wątpię. Musieliby jechać na przełaj przez Mapimi, a na to się nie odważą. Ale co to takiego?
Nieopodal stała gromada Komanczów, a z pośród nich wydobywały się przejmujące jęki. Przystąpiliśmy bliżej i ujrzeliśmy jednego z białych, który nie zginął, lecz przyszedł jeszcze do siebie. Otrzymał włócznią pchnięcie, które przeszło przez plecy aż do brzucha. Zadał mu je zapewne jeden z Komanczów w chwili, kiedy się biali rzucili na nas.
Old Death ukląkł przy nim i zbadał ranę.
— Człowiecze — rzekł — pozostaje wam jeszcze ledwie pięć minut życia. Ulżyjcie sercu i nie schodźcie ze świata z kłamstwem na ustach. Byliście sprzymierzeńcami Apaczów?
— Tak. — odrzekł zapytany z jękiem.
— Czy wiedzieliście, że urządzą na nas napad tej nocy?
— Tak. Obaj Topiowie sprowadzili tu Komanczów w tym celu.
— A Gibsonowi polecono dać znak ogniem?
— Tak, sir. Właściwie miał tyle razy trącić w ogień, ile jest setek Komanczów. Wówczas byłby Winnetou uderzył nie dziś, lecz jutro na innem miejscu, ponieważ dziś towarzyszyło mu tylko stu ludzi. Jutro połączy się z nim reszta.
— Przewidziałem to z góry. To, że przeszkodziłem Gibsonowi jeszcze pięć razy trącić w ogień, skłoniło Apaczów do napadu dzisiaj. A teraz obsadzili oba wejścia. Nie zdołamy stąd odejść, a ta dolina stanie się otwartym grobem, w którym nas z wolna w pień wytną.
— Będziemy się bronili! — zgrzytnął wódz, który stał obok. — Ten zdrajca jednak niechaj idzie do wiecznych ostępów jako pies parszywy i niechaj go tam wilki ścigają, aby piana przez całą wieczność ściekała mu z pyska.
Dobył noża i pchnął nim rannego w serce.
— Głupota! — krzyknął Old Death. — Po co stałeś się przezeń mordercą?
— Zabiłem go, a dusza jego będzie niewolnicą mojej. Ale zwołajmy teraz naradę. Wojownicy Komanczów nie mają ochoty czekać, dopóki nie nadejdzie mnóstwo tych psów Apaczów. Możemy jeszcze dziś w nocy przebić się przez wyjście.
Usiadł z młodszymi dowódcami przy ognisku. Old Death musiał także wziąć udział w naradzie. Ja siedziałem z Langem, jego synem i murzynem tak daleko od ognia, że nic nie słyszałem, o czem radzono, gdyż wszyscy prowadzili rozmowę głosem stłumionym. Zauważyłem jednak po rysach i gwałtownych ruchach skuta, że był odmiennego zdania od Indyan, bronił swego widocznie bardzo żywo, ale bez skutku. Wreszcie zerwał się z gniewem i powiedział już głośno:
— No, to lećcie sobie na zatracenie! Ostrzegałem was już kilkakrotnie, ale nie chcieliście słuchać. Miałem zawsze słuszność i będę ją miał także i tym razem. Róbcie sobie, co wam się podoba, lecz ja i moi towarzysze tu zostaniemy.
— Czy obleciał cię tchórz, że boisz się walczyć po naszej stronie? — zapytał jeden z niższych dowódców.
Old Death zrobił ku niemu gwałtowny ruch, chciał odpowiedzieć mu ostro, namyślił się jednak i rzekł spokojnie:
— Mój brat powinien wprzód dowieść swojej odwagi, zanim mnie o moją zapyta. Nazywam się Old Death, a to wystarczy.
Przyszedł do nas i usiadł, a tymczasem czerwonoskórzy naradzali się jeszcze przez chwilę. Wreszcie zapadła jakaś uchwała, bo powstali z swoich miejsc. Wtem zabrzmiał z poza Komanczów, otaczających kołem obozowe ognisko, donośny głos:
— Niech Biały Bóbr tutaj spojrzy! Moja rusznica jest bardzo głodna!
Wszystkich oczy zwróciły się w stronę, skąd głos pochodził. W dali stał Winnetou, wyprostowany, ze strzelbą, podniesioną do strzału. Błysnęło z obu luf, Biały Bóbr runął na ziemię, trafiony kulą, a razem z nim jeden z dowódców.
— Tak pomrą wszyscy kłamcy i zdrajcy! — zabrzmiało jeszcze i Apacz zniknął.
Stało się to tak szybko, że Komanczom na myśl nie przyszło, a raczej czasu nie wystarczyło na to, żeby się zerwać. Teraz jednak podnieśli się wszyscy naraz i rzucili w stronę, skąd padły strzały. Na miejscu zostaliśmy tylko my czterej. Old Death przystąpił do obu leżących wodzów. Przekonał się niestety, że już nie żyli.
— Co za odwaga! — zawołał Lange. — Ten Winnetou to dyabeł prawdziwy!
— Ba! — zaśmiał się Old Death. — Główna rzecz dopiero nastąpi.
Zaledwie wypowiedział te słowa, rozległo się przeraźliwe wycie.
— Oto macie — rzekł Old Death. — Nietylko ukarał dwu wodzów, lecz zwabił za sobą Komanczów ku swoim ludziom. Strzały Apaczów pociągną za sobą ofiary. Słuchajcie!
Dał się kilkakrotnie słyszeć ostry, cienki, trzask strzałów rewolwerowych.
— To Winnetou — zauważył Old Death. — Strzela z rewolwerów, tkwiąc gdzieś między Komanczami w samym środku, a oni nic mu nie mogą zrobić.
Dla starego westmana zdarzenia takie były czemś zupełnie zwykłem. Twarz miał tak spokojną, jak gdyby w teatrze śledził przebieg sztuki, o znanej sobie budowie i zakończeniu. Komancze powrócili, ponieważ nie udało im się pochwycić Winnetou. Przynieśli natomiast kilku swoich zabitych i poranionych. Ludzie cywilizowani byliby się w takim wypadku zachowali spokojnie zarówno ze współczucia jakoteż z rozwagi. Tymczasem czerwonoskórzy wyli i ryczeli, jak gdyby ich na pal wbijano i tańczyli dokoła zwłok, wywijając toporami nad głową.
— Na ich miejscu pogasiłbym ogniska i zachowałbym się spokojnie — rzekł Old Death. — Tymczasem oni wyją sobie samym pieśń pogrzebową.
— Co właściwie postanowiono na wojennej naradzie? — zapytał Lange.
— Przebić się na zachód i to natychmiast.
— Co za głupota! W takim razie pójdą wprost na Apaczów, którzy mają nadejść tutaj.
— To nie, master, ponieważ nie potrafią się przebić. Gdyby im się to jednak udało, mieliby Winnetou za sobą, dostaliby się w środek i wyginęliby wszyscy. Oni jednak myślą, że Apaczów jest mniej i pewni są, że ich zdołają zniszczyć. Wiedzą zresztą o tem, że nadciągnie syn Białego Bobra, którego spotkaliśmy poprzedniego dnia. Teraz dopiero zapałają żądzą pomszczenia śmierci obu wodzów. Powinni jednak do dnia zaczekać i przedrzeć się od tyłu tam, którędy myśmy tu weszli. Za dnia widzi się nieprzyjaciela i urządzane przezeń przeszkody. Ale moje zapatrywanie nie znalazło posłuchu. Nam to oczywiście obojętne, co oni zrobią. My nie weźmiemy w tem udziału.
— To Komancze będą na nas krzywo patrzeć.
— Nie dbam o to. Old Death nie ma bynajmniej ochoty muru głową przebijać. Słuchajcieno! Co to takiego?
Komancze wyli wciąż jeszcze, niepodobna więc było dobrze rozróżnić głosu, który nas teraz doleciał.
— A to głupcy! — gniewał się Old Death. — Winnetou doskonale wyzyska hałas, który oni podnoszą. Może kładzie pnie drzewne, aby nimi wyjście zatarasować. Brzmiało to całkiem tak jak łoskot padającego drzewa Przysiągłbym, że nie ujdzie ani jeden z Komanczów. Będzie to straszliwą, lecz zasłużoną, karą za to, że wśród pokoju napadli na niespodziewające się niczego indyańskie osady i wymordowali nawet posłów. Jeśli się Winnetou uda ich zamknąć, wówczas będzie mógł cofnąć się ze swymi ludźmi, zebrać ich tu w dolinie i napaść z tyłu na nieostrożnych.
Nareszcie skończyła się tymczasowa pieśń za umarłych. Komancze ucichli, zeszli się i odebrali rozkazy niższego dowódcy, który teraz objął dowództwo.
— Chcą, zdaje się, zaraz wyruszyć. — rzekł Old Death. — Chodźmy do naszych koni, aby nie dobrali się do nich przypadkiem. Master Lange niechaj pójdzie po nie z synem i z Samem. My dwaj tu zostaniemy, gdyż przypuszczam, że wódz zechce jeszcze do nas mowę wygłosić.
Stary miał słuszność. Kiedy tamci trzej odeszli, zbliżył się obecny dowódca powolnym krokiem i powiedział:
— Kiedy Komancze udają się do swoich koni, blade twarze siedzą spokojnie na ziemi. Dlaczego także nie wstają?
— Ponieważ dotąd nie wiemy, co postanowili Komancze.
— Opuszczamy dolinę.
— Nie zdołacie z niej wyjść.
— Old Death podobny jest do wrony, której głos brzmi zawsze brzydko. Komancze stratują wszystko, co im w drodze stanie.
— Nie stratują nikogo oprócz siebie. My jednak tu zostaniemy.
— Czy Old Death nie jest naszym przyjacielem, czy nie palił z nami fajki pokoju? Czy nie ma obowiązku walczyć razem z nami? Blade twarze są walecznymi i śmiałymi wojownikami. Będą nam towarzyszyć i staną na naszem czele.
Na to podniósł się Old Death, przystąpił blizko do Komancza, roześmiał mu się w twarz, mówiąc:
— Mój brat wpadł na chytrą myśl. Blade twarze mają jechać na czele, aby czerwonym drogę utorować i zginąć przytem. Jesteśmy przyjaciółmi Komanczów, ale nie potrzebujemy słuchać ich dowódców. Spotkaliśmy się z nimi przypadkiem, lecz nie zobowiązaliśmy się do udziału w ich wyprawach wojennych. Jesteśmy odważni i mężni, pod tym względem powiedział mój brat prawdę. Pomagamy naszym przyjaciołom w każdej walce, prowadzonej rozumnie, nie przyłożymy jednak ręki do planów, o których z góry przekonani jesteśmy, że się udać nie mogą.
— Więc biali nie pojadą z nami? Ja uważałem ich dotąd za mężnych ludzi!
— Jesteśmy też tacy, ale zarazem rozważni. My jesteśmy gośćmi Komanczów. Od kiedy to zapanował u nich zwyczaj zmuszania gości do jechania na czele tam, gdzie śmierć jest nieunikniona. Mój brat przebiegły, ale my także nie głupi. Mój brat jest także dzielnym wojownikiem, niewątpliwie więc pojedzie na czele swoich ludzi, ponieważ tam jest jego miejsce.
Czerwonoskóry się stropił. Jego zamiar poświęcenia nas dla własnego ocalenia był istotnie bezczelny. Widząc, że nie poradzi, nie tylko się zakłopotał, lecz nawet rozgniewał. Surowszym tonem zapytał:
— Co zrobią blade twarze, gdy Komancze odejdą? Czy przyłączą się do Apaczów?
— Jak możnaby to uczynić, jeśli mój brat chce ich zniszczyć! Nie będzie ich, więc nie przyłączymy się do nich.
— Ale nadejdą nowi. Nie możemy na to pozwolić, żeby blade twarze tutaj zostały. Muszą pójść razem z nami.
— Oświadczyłem już raz, że się stąd nie ruszymy.
— W takim razie będziemy zmuszeni uważać was za nieprzyjaciół.
— Jeśli z nami tak postąpią czerwoni, wówczas i my obejdziemy się z nimi jak z wrogami.
— My nie damy im ich koni.
— A myśmy je już sobie sami wzięli. Oto je tu prowadzą.
Rzeczywiście nadchodzili nasi towarzysze z końmi. Wódz ściągnął ponuro brwi i rzekł:
— A zatem biali zarządzili już, co im było potrzebne. Widzę, że są względom nas wrogo usposobieni i każę ich pojmać moim wojownikom.
Skut zaśmiał się krótko, a groźnie i odrzekł:
— Wódz Komanczów myli się bardzo co do nas. Powiedziałem był już Białemu Bobrowi, że tu zostaniemy. Jeśli teraz wykonamy to postanowienie, uczynimy rzecz znaną, a w tem nie będzie najmniejszej nieprzyjaźni względem Komanczów. Niema więc powodu brać nas do niewoli.
— My jednak zrobimy to, jeśli biali nie przyrzekną natychmiast, że z nami pójdą i staną na naszem czele.
Wzrok Old Deatha błądził dokoła badawczo. Po twarzy jego przemknął ów jadowity uśmiech, który zawsze występował, ilekroć stary zamierzał zadać komuś klęskę. My trzej staliśmy przy ognisku, a o kilka kroków zatrzymali się tamci z końmi. W pobliżu nie było ani jednego Komancza, gdyż poszli byli wszyscy po konie. Old Death powiedział do nas po niemiecku, żeby Komancz nie mógł zrozumieć:
— Gdy tylko go powalę, siądźcie czemprędzej na koń i pośpieszcie za mną ku wejściu do doliny, gdyż Komancze znajdują się po drugiej stronie.
— Niech mój brat nie posługuje się tym językiem. Ja chcę wiedzieć, co on mówi do towarzyszy.
— O tem dowie się wódz natychmiast. Kilkakrotnie już wzgardziliście dziś moją radą i nie zmądrzeliście nawet po doznanej przez to szkodzie. Idziecie na pewną śmierć i staracie się nas zmusić do tego, żebyśmy na nią was i siebie prowadzili. Nie znacie widocznie jeszcze Old Deatha. Czy myślisz, że potrafisz mnie zmusić, żebym zrobił to, czego postanowiłem zaniechać? Oświadczam ci, że nie obawiam się ani ciebie, ani twoich Komanczów. Ty nas chcesz pojmać? Czyż nie widzisz, że znajdujesz się w moim ręku? Przypatrzno się tej broni! Wykonaj najmniejszy ruch, a zastrzelę cię natychmiast!
Wyciągnął ku niemu rewolwer. Indyanin chciał sięgnąć po swoją broń, ale w tej samej chwili Old Death przyłożył mu lufę do piersi.
— Precz z ręką! — huknął nań.
Indyanin opuścił rękę.
— Tak. Ja z tobą nie żartuję. Okazujesz się moim wrogiem i dlatego dostaniesz kulą, jeśli mnie nie usłuchasz w tej chwili!
Pomalowane rysy twarzy czerwonoskórca zaczęły się poruszać. Oglądnął się badawczo, ale Old Death zauważył:
— Nie szukaj pomocy u swoich ludzi. Zastrzeliłbym cię nawet wtedy, gdyby się tu znajdowali. Myśli twoje są tak słabe, jak u starej baby, której mózg wysechł. Otoczony jesteś wrogami, którym musisz ulec, a mimoto stwarzasz sobie w nas nowych nieprzyjaciół, groźniejszych jeszcze od Apaczów. Tak, jak tu uzbrojeni stoimy, wystrzelamy ze stu z was, zanim nas dosięgnie która z waszych strzał. Czy chcesz gwałtem poprowadzić na śmierć twych ludzi? Uczyń to! Dla nas nie mają znaczenia twoje rozkazy.
Indyanin stał przez chwilę w milczeniu, a potem rzekł:
— Mój brat powinien zważyć, że nie miałem tego na myśli!
— Biorę twe słowa tak, jak brzmią. Co ty przez nie rozumiesz, to mnie nic nie obchodzi.
— Oddal broń swoją, a zostaniemy nadal przyjaciółmi!
— Zgoda. Zanim jednak odejmę od twej piersi broń moją, muszę uzyskać pewność, że naprawdę uczciwie myślisz o naszej przyjaźni.
— Powiedziałem tak, a moje słowo coś znaczy.
— A w tej chwili właśnie wspomniałeś, że inaczej bierzesz swoje słowa, niż one brzmią. Trudno więc zaufać temu, co mówisz i obiecujesz.
— Jeśli mi nie wierzysz, to nie mogę ci dać innego zapewnienia.
— Daj mi swoją fajkę pokoju i...
— Uff! — zawołał Indyanin, przerywając Old Deathowi z przestrachem. — Kalumetu wojownik nikomu nie oddaje.
— A ja wcale jeszcze tem nie byłbym zadowolony. Żądam nietylko kalumetu, lecz także leku.
— Uff, uff, uff! To niemożliwe!
— Nie dasz mi tego na zawsze, ani nie darujesz. W chwili pokojowego rozstania się naszego otrzymasz to napowrót.
— Żaden wojownik nie wypuści z rąk swego woreczka z lekami.
— A mimoto ja tego żądam. Znam wasz obyczaj. Jeżeli będę miał twój kalumet i lek, będę tobą samym, a każdy nieprzyjazny krok względem nas pozbawiłby was radości wiecznych ostępów.
— A ja ich nie dam!
— Wobec tego skończyłem z tobą. Dostaniesz teraz kulę w głowę, a potem zabiorę ci skalp. Będziesz po śmierci moim psem i niewolnikiem. Podniosę potrzykroć lewą rękę, za trzecim razem zaś strzelę, jeśli mnie nie usłuchasz.
Podniósł rękę raz i drugi, trzymając rewolwer, wymierzony w serce czerwonoskórca. Już trzeci raz podniósł był rękę do połowy, kiedy rzekł Indyanin:
— Zaczekaj! Czy zwrócisz mi jedno i drugie?
— Tak.
— To je dostaniesz. Ja...
Podniósł ręce, jak gdyby chciał wziąć w nie fajkę i woreczek.
— Stój! — przerwał mu Old Death. Ręce na dół, bo strzelam. Zaufam ci dopiero wtedy, gdy będę miał te oba przedmioty. Mój towarzysz zabierze je i zawiesi na mojej szyi.
Komancz opuścił znowu ręce. Ja zdjąłem z niego fajkę i woreczek i zawiesiłem na szyi Old Deatha, poczem skut odstąpił i schował rewolwer.
— Tak! — rzekł. — Teraz jesteśmy znów przyjaciółmi, a mój brat może czynić, co mu się podoba. My zostaniemy tutaj i zaczekamy na wynik walki.
Wódz nigdy jeszcze nie był tak wściekły, jak dzisiaj. Sięgnął ręką po nóż, ale nie odważył się go wydobyć. Wybuchnął jednak głosem syczącym:
— Blade twarze są teraz pewne, że nic im się nie stanie, ale skoro tylko oddadzą mój kalumet i lek, wróci nieprzyjaźń, a oni zginą w mękach na palu!
Odwrócił się i odszedł pośpiesznie.
— Teraz nam bezpiecznie, jak na łonie Abrahama — rzekł skut — ale mimo to nie wolno nam zaniedbać żadnego środka bezpieczeństwa. Nie zostaniemy tu przy ognisku, lecz oddalimy się ku tylnej ścianie doliny, gdzie spokojnie zaczekamy na dalsze wypadki. Chodźcie, panowie, i prowadźcie konie za sobą!
Udaliśmy się w oznaczone miejsce, wziąwszy konie za uzdę, gdzie je przywiązaliśmy do wbitych w ziemię kołków, a sami pousiadaliśmy u stóp ściany. Od strony opuszczonego przez nas obozu przyświecał ogień, dokoła panowała zupełna cisza.
— Niedługo będziemy czekać — rzekł skut. — Przypuszczam, że taniec zaraz się zacznie, Komancze rzucą się z szatańskiem wyciem, ale niejeden z nich krzyknie po raz ostatni. O, oto już macie!
Rozległo się wycie, o którem mówił, jak gdyby trzoda dzikich zwierząt wyrwała się z ogrodzenia.
— Słuchajcie! Czy padła dotąd choć jedna odpowiedź Apaczów — rzekł stary. — Oni są mądrzy i w ciszy robią, co do nich należy.
Wycie wojenne odbiło się z kilkakrotnie wzmożoną siłą, a echo powtórzyło huk dwóch wystrzałów.
— To znowu srebrna rusznica Winnetou. To pewny znak, że Komanczów zatrzymano.
Gdyby przelatujące włócznie i strzały wywoływały hałas i łoskot, byłaby się teraz dolina napełniła dzikim hukiem. Tymczasem rozlegały się tylko wrzaski Komanczów i ciągle powtarzające się strzały Winnetou. Trwało to z pięć minut, potem zaś zabrzmiał przenikający do szpiku okrzyk: iwiwiwiwiwiwi!
— To być Apacze — krzyczał radośnie Sam. — Zwyciężyć i odeprzeć Komanczów.
Miał słuszność, gdyż po tem zwycięskiem wyciu nastała głęboka cisza, a zarazem ujrzeliśmy przy ogniu postaci jeźdźców, do których przyłączało się coraz to więcej. Byli to Komancze. Próba przedostania się z kotliny nie udała się. Przez jakiś czas panowało przy ognisku nadzwyczajne zamieszanie. Znoszono ludzi zabitych i rannych, a okrzyki żałoby to cichły, to wznosiły się na nowo. Old Death poruszał się w największym gniewie na swojem miejscu i wymyślał Komanczom na rozmaite sposoby za ich głupotę. Pochwalił ich natomiast za to jedno, że wysłali gromadę straży na obydwa wejścia, gdyż było to koniecznym środkiem ostrożności. Gdy zamilkły żałobne śpiewy, pousiadali Komancze do narady wojennej. Po upływie może pół godziny ujrzeliśmy, że kilku wojowników oddaliło się od obozu i rozbiegło po tylnej części doliny, gdzie myśmy się znajdowali.
— Teraz nas szukają — rzekł Old Death. — Uznali, że porobili głupstwa, teraz nie będą już za dumni na to, by posłuchać naszej rady.
Jeden z wysłańców zbliżył się do nas. Old Death odkaszlnął zcicha. Indyanin usłyszał to i podszedł ku nam.
— Czy tutaj są blade twarze? — zapytał — Niech przyjdą do ogniska!
— Kto cię posyła?
— Wódz.
— Czego chce od nas?
— Ma się odbyć narada, w której tym razem wolno wziąć udział bladym twarzom.
— Wolno? Jacy wy łaskawi jesteście! Czy staliśmy się nareszcie godni tego, żeby nas wysłuchali rozumni wojownicy Komanczów? Leżymy tu dla spoczynku i chcemy spać. Powiedz to wodzowi! Wasza nieprzyjaźń z Apaczami nic nie obchodzi nas odtąd.
Posłaniec zaczął prosić, a to wywarło pewne wrażenie na dobrodusznym skucie, gdyż powiedział:
— No, dobrze! Skoro bez naszej pomocy nie potraficie znaleźć drogi ocalenia, to udzielimy wam rady, ale nie zgadzamy się na to, żeby nam rozkazywał wasz wódz. Powiedz mu, że powinien przyjść do nas, jeśli chce z nami mówić.
— Nie zrobi tego, ponieważ jest wodzem.
— Słuchajno! Ja jestem o wiele większym i słynniejszym wodzem od niego. Nie znam nawet jego imienia. Oświadcz mu to odemnie.
— Nie może przyjść, choćby nawet chciał, bo ranny jest w ramię.
— Od kiedyżto synowie Komanczów nie chodzą na nogach, lecz na rękach? Jeśli nie ma ochoty przyjść do nas, to niech sobie zostanie tam, gdzie jest. Nam nie potrzeba ani jego, ani was wszystkich!
Ta odpowiedź brzmiała tak stanowczo, żo czerwonoskóry zdobył się mimo wszystko na te słowa:
— Powtórzę mu życzenie Old Deatha, może przecież przyjdzie.
— Powiedz mu również, żeby tylko sam przyszedł. Nie lubię długich narad z wieloma. No, idź!
Indyanin wrócił do ogniska i wszedł w koło wojowników. Upłynęło sporo czasu, zanim wreszcie podniosła się z pośród siedzących jedna postać i zbliżyła się ku nam. Na głowie miał ten Komancz orle pióra.
— Popatrzcie! Zabrał poległemu Białemu Bobrowi ozdobę wodza i przypiął sobie. Teraz przystąpi do nas z największą grandezzą.
Gdy wódz się zbliżył, ujrzeliśmy, że istotnie lewa jego ręka wisiała na rzemiennym temblaku! Opisano mu zapewne dokładnie miejsce, w którem znajdowaliśmy się, gdyż przyszedł wprost do nas i stanął przed nami. Spodziewał się prawdopodobnie, że ktoś z nas pierwszy do niego przemówi, gdyż sam się nie odezwał, Old Death jednak leżał dalej spokojnie i milczał. My zachowaliśmy się tak samo.
— Mój biały brat kazał prosić, żebym przyszedł do niego. — rzekł czerwonoskóry.
— Old Death nie potrzebuje się zniżać do prośby. Ty chciałeś się ze mną naradzić, a więc ty masz prosić, jeżeli wogóle może być mowa o prośbie. Teraz proszę cię bardzo uprzejmie, żebyś mi podał swe imię, gdyż nie znam go jeszcze.
— Znają je na całej preryi. Jestem: Rączy Jeleń.
— Byłem na wszystkich preryach, ale takie imię nie obiło się o moje uszy. Widocznie bardzo je ukrywałeś. Ponieważ jednak usłyszałem je teraz, przeto pozwalam ci przy nas usiąść.
Wódz cofnął się o krok, jakby na znak, że na to nie potrzebuje dopiero pozwolenia, ale czuł dobrze, że warunki nakazywały mu ustąpić. Toteż usiadł powoli i z godnością naprzeciwko Old Deatha, a my dopiero teraz podnieśliśmy się do postawy siedzącej.
Jeśli Komancz sądził, że skut zacznie rozmowę, to się pomylił. Old Death zachował nadal swą obojętność, a czerwonoskóry musiał pierwszy przemówić:
— Wojownicy Komanczów zamierzają odbyć wielką naradę, a blade twarze mają w niej wziąć udział, abyśmy usłyszeli ich zdanie.
— To zbyteczne. Ofiarowałem się wam już tyle razy z moją radą, a nie usłuchaliście jej nigdy. Ja zaś przywykłem do tego, żeby zważano na moje słowa, dlatego odtąd zachowam myśli moje dla siebie!
— Niech mój brat zważy, że przydałoby się nam jego doświadczenie!
— Aha, nareszcie! Czy Apacze was nauczyli, że Old Death był mędrszym od was wszystkich pięciuset Komanczów? Jakże wypadł wasz atak?
— Nie mogliśmy się dostać przez wyjście, ponieważ było zamknięte kamieniami, krzakami i drzewami.
— Tak przypuszczałem. Apacze pościnali drzewa tomahawkami, a wy nie słyszeliście tego, ponieważ zbyt głośno opłakiwaliście swoich zmarłych. Dlaczego nie pogasiliście ognisk? Czy nie uznajecie, że wyrządzacie tem sobie wielką szkodę?
— Wojownicy Komanczów musieli to zrobić, co uradzono. Teraz postanowi się coś rozumniejszego. Wszak ty z nami pomówisz?
— Ale jestem pewien, że nie pójdziecie za moją radą.
— Pójdziemy.
— Jeśli mi to przyrzekniesz, to gotów jestem udzielić wam rady.
— Wobec tego chodź ze mną do ogniska!
— Dziękuję. Tam nie pójdę. Jest to wielką nierozwagą, że palicie ognisko, gdyż Apacze mogą widzieć, co się u was dzieje. Nie mam też ochoty sprzeczać się z twoimi czerwonymi. Ja powiem, co myślę, a ty rób sobie, co ci się podoba.
— To powiedz!
— Apacze znajdują się nietylko u obu wejść do doliny, lecz są i w samej dolinie. Usadowili się tam z przodu i zabarykadowali wejścia. W ten sposób mogą się zwrócić na prawo i na lewo wedle potrzeby. Wypędzić ich niepodobna.
— Mamy nad nimi przecież wielką przewagę.
— Ilu wojowników utraciliście już dotychczas?
— Wielki Duch powołał wielu z nas już do siebie, może już dziesięć razy po dziesięciu. I konie także zginęły.
— Wobec tego nie możecie tej nocy już nic przedsięwziąć, bo powiodłoby wam się tak samo jak ostatnim razem. Za dnia zaś Apacze tak się ustawią, że dosięgną was swoją bronią, a wy ich nie. Potem nadciągną także gromady, po które posłał Winnetou, a wtedy będzie więcej Apaczów niż Komanczów. Czeka was śmierć.
— Czy to jest rzeczywiście mniemanie mojego brata? Postąpimy wedle jego rady, jeśli nas ocalić potrafi.
— Skoro mówisz o ocaleniu, to uznałeś widocznie, że miałem słuszność, nazywając tę dolinę pułapką. Gdy się nad tem zastanawiam, widzę tylko dwie drogi, na których możnaby spróbować, czy się wam nie uda uniknąć zagłady. Po pierwsze musielibyście zbadać, czy możliwem jest wspiąć się po skałach, ale na to trzeba zaczekać do brzasku. Apacze ujrzeliby was po drugiej stronie i rzuciliby się na was, a tam mają nad wami przewagę, bo nie możecie wziąć koni z sobą. Pozostaje więc tylko drugi środek ocalenia: Wejdźcie z Apaczami w układy!
— Tego nie zrobimy! — wybuchnął wódz. — Apacze zażądaliby naszej śmierci.
— Nie dziwiłbym im się też zupełnie, gdyż wy daliście powód do tego. Napadliście na wsi ich podczas pokoju, zagrabiliście ich mienie, uprowadziliście ich żony i córki, a wojowników zabiliście, albo zamęczyliście na śmierć. Nadto złamaliście słowo, dane ich posłom i wymordowaliście ich. Tak nikczemne uczynki domagają się zemsty, dla tego, rzecz jasna, nie możecie się spodziewać łaski u Apaczów. Sam musisz to przyznać, że trudno wam będzie ponieść względem nich odpowiedzialność za te grzechy.
Old Death przemówił bardzo szczerze, tak szczerze, że wódz zamilkł na chwilę.
— Uff! — wykrztusił potem. — Ty mówisz to mnie, wodzowi Komanczów?
— Powiedziałbym ci to nawet wówczas, gdybyś był samym Wielkim Duchem. Było to nikczemnością z waszej strony, że postąpiliście w ten sposób z Apaczami, którzy nie zrobili wam nic złego. Co wam uczynili ich posłowie, iżeście ich pozabijali? Co wam uczynili, że wyruszyliście teraz znowu na tę wyprawę, aby na nich sprowadzić śmierć, zagładę i hańbę? Odpowiedz!
Indyanin wybuchnął po dłuższym czasie z jeszcze większym gniewem, niż przedtem:
— Są naszymi nieprzyjaciółmi.
— Nie. Żyli z wami w zgodzie i żaden wasz poseł nie zaniósł im od was wiadomości, że wykopaliście przeciwko nim topór wojenny. Wy sami poczuwacie się do winy, dla tego jesteś przekonany, że nie możecie spodziewać się łaski. A mimoto dałoby się zawrzeć z nimi znośny pokój. To wasze szczęście, że Winnetou nimi dowodzi, gdyż on krwi nie pożąda. To jedyny wódz Apaczów, który, jak sądzę, byłby skłonny do pobłażania. Wyślijcie do niego kogoś, ażeby zacząć układy. Ja sam gotów jestem pójść, by go dla was usposobić łagodnie.
— Komancze woleliby umrzeć, aniżeli prosić Apaczów o łaskę.
— Ha, to wasza rzecz. Taka jest moja rada. Czy jej posłuchasz, to mi jeśt zupełnie obojętne.
— Czy mój brat nie zna innej pomocy? On przemawia na korzyść Apaczów, jest zatem ich przyjacielem.
— Ja sprzyjam i życzę dobrze wszystkim czerwonym mężom, Apacze zaś nie zrobili mi najmniejszej przykrości. Dlaczegóż miałbym być ich wrogiem? Ale ty chciałeś nieprzyjaźnie z nami postąpić. Chciałeś nas pojmać. Zważ więc, kto ma większe prawo do naszej przyjaźni, wy czy oni?
— Masz na sobie mój kalumet i worek z lekami, słowa twoje więc są niejako mojemi słowami. Dla tego nie odpowiem ci tak, jakbym pragnął. Twoja rada nic nie warta. Ty zamierzasz oddać nas w ręce Apaczów. Wobec tego będziemy wiedzieli sami, co należy czynić.
— W takim razie poco wam mojej rady? Skończyliśmy z sobą i nie mamy sobie nic do powiedzenia.
— Tak myśmy z sobą skończyli — przyznał Komancz. — Pamiętaj jednak, że pomimo opieki, jakiej teraz zażywasz, jesteś naszym nieprzyjacielem. Tobie nie wolno zatrzymać na zawsze mego kalumetu i leku. Będziesz musiał je oddać, zanim opuścimy to miejsce, a potem spadnie na ciebie wszystko, co spowodowałeś.
— Well! Zgadzam się z ochotą i czekam z wielkim spokojem na to, co mnie spotka. Groziłeś Old Deathowi. Powtarzam, że skończyliśmy z sobą, możesz więc odejść.
— Uff! — wybuchnął wódz, poczem odwrócił się i odszedł wolnym krokiem ku ognisku.
— Oni naprawdę pogłupieli — rzekł rozgniewany Old Death, patrząc za nim. — Mogą rzeczywiście ocalić się tylko w ten sposób, że poproszą o pokój. Zamiast to uczynić, liczą wciąż jeszcze na swoją przewagę. Ale w obecnych warunkach starczy sam Winnetou za stu ludzi. Wy w to nie uwierzycie, gdyż jesteście nowicyuszem na dzikim Zachodzie i nie macie pojęcia, co znaczy w pewnych okolicznościach jeden zuch prawdziwy. Gdybyście tylko naprzykład wiedzieli, czego ten młody Apacz dokazywał ze swoim białym przyjacielem Old Shatterhandem! Czy wam już kiedy o tem opowiadałem?
Old Death obecnie po raz pierwszy wymienił moje nazwisko.
— Nie — odpowiedziałem. — Kto to ten Old Shatterhand?
— Taki sam młodzieniec, jak wy, ale przecież całkiem inny człowiek. Obala każdego wroga pięścią na ziemię, strzela z dyabłem o lepszą, a filut, że nie przystępuj do niego.
Wtem zaszeleściło coś za nami, oraz odezwał się jakiś głos przytłumiony.
— Uff! Old Death tutaj? Nie wiedziałem o tem. Jakże się z tego cieszę!
Stary odwrócił się z przerażeniem, dobył noża i zapytał:
— Kto tu? Kto nas tu śmie podsłuchiwać?
— Mój stary biały brat zostawi nóż swój za pasem; nie pchnie nim chyba Winnetou!
— Winnetou? Do wszystkich dyabłów! Zaiste, tylko Winnetou mógł tego dokazać, żeby niepostrzeżenie podejść Old Deatha. To sztuka, którejbym nawet ja nie potrafił!
Apacz zbliżył się całkiem i odrzekł, nie zdradzając się z tem, że mnie zna:
— Wódz Apaczów nie przypuszczał, że Old Death tu się znajduje, bo byłby już prędzej zakradł się do niego, aby z nim pomówić.
— Ależ ty narażasz się na ogromne niebezpieczeństwo! Musiałeś się przekraść przez straże, a potem aż tutaj i teraz musisz znowu powrócić.
— Nie, to nie. Blade twarze są moimi przyjaciółmi, którym mogę zaufać. Ta dolina leży na terytoryum Apaczów i Winnetou zrobił z niej pułapkę na wypadek, gdyby wrogowie chcieli tu wtargnąć. Te skalne ściany nie są takie niedostępne, jak się wydaje. Apacze zrobili wązką ścieżynę, biegnącą dokoła doliny, na wysokości kilku mężczyzn. Po lassie łatwo się tam wydostać i zejść. Moi wywiadowcy zwabili Komanczów do tej pułapki, w której ci zginą.
— Czy śmierć ich postanowiona istotnie?
— Tak. Winnetou słyszał twoją rozmowę z wodzem i przekonał się z niej, że sprzyjasz Apaczom. Powiedziałeś, jak Komancze względem nas zawinili i przyznałeś, że nic dziwnego nie będzie, jeśli pomścimy tylokrotne morderstwo.
— Ale czy z tego powodu muszą popłynąć strumienie krwi?
— Wszak sam słyszałeś, że Komancze nie chcą uznać swojego grzechu, ani postąpić tak, jak im radziłeś, jak nakazuje im rozum. Niechaj więc krew ich spadnie na nich. Apacze dadzą przykład, jak karzą zdradę. To trzeba uczynić, aby zapobiec na przyszłość podobnym rzeczom.
— To okropne! Mimoto nie czuję w sobie powołania do wygłaszania jeszcze raz moich rad przed ludźmi, którzy sądzą, że ich nie potrzebują.
— Nie posłuchanoby ciebie znowu. Słyszałem z ust twoich, że masz świętości wodza. W jaki sposób je dostałeś?
Old Death opowiedział o tem, a kiedy skończył, rzekł Winnetou:
— Skoro mu je zwrócić przyrzekłeś, musisz dotrzymać słowa. Oddaj mu je zaraz i pójdź do nas. Przyjmą was tam jako przyjaciół.
— Czy zaraz mamy przyjść do was?
— Tak. Za trzy godziny nadciągnie tu przeszło sześciuset Apaczów. Wielu z nich ma strzelby z sobą. Ich kule będą przelatywały przez całą dolinę, a wobec tego życie wasze niepewne.
— Ale jak dostać się do was?
— Old Death o to pyta?
— Hm, tak! Wsiądziemy na konie i pojedziemy do ogniska. Tam ja zwrócę wodzowi jego świętości, poczem popędzimy do Apaczów. Straże, stojące w drodze, poprzewracamy, ale jak przedostaniemy się przez barykady?
— Bardzo łatwo. Gdy ja odejdę, zaczekajcie tylko dziesięć minut, a potem ruszcie. Ja stanę po prawej stronie doliny i tam was przyjmę.
Po tem zapewnieniu znikł Winnetou.
— No i cóż wy na to? — spytał Old Death.
— Nadzwyczajny człowiek — odpowiedział Lange.
— Bezwątpienia. Gdyby ten człowiek był białym żołnierzem, doprowadziłby do godności naczelnego wodza, a biada białym, gdyby mu przyszło na myśl zebrać czerwonych w celu obrony odziedziczonych praw Indyan. On jednak miłuje pokój, wie i chowa w sercu to przekonanie, że czerwoni pomimo wszelkiego oporu skazani są na zagładę. No, usiądźmy sobie na dziesięć minut!
W dolinie panowała taka cisza, jak w ostatniej połowie godziny. Komancze naradzali się jeszcze. W dziesięć minut podniósł się Old Death i wsiadł na konia.
— Róbcie dokładnie to samo, co ja! — rzekł do nas.
Wolnym krokiem podjechaliśmy ku ognisku. Krąg Komanczów otworzył się przed nami i otoczył napowrót. Gdyby ich twarze nie były pomalowane, bylibyśmy w nich pewnie dostrzegli najwyższe zdumienie.
— Czego tu chcecie? — zapytał wódz, zrywając się. — Dlaczego przybywacie na koniach?
— Przyjeżdżamy na koniach, aby walecznym i rozumnym wojownikom Komanczów okazać naszą cześć. Cóż wy poczniecie?
— Narada nie skończyła się jeszcze. Zsiądźcie z koni! Nie możemy dopuścić do tego, żebyście wy, nieprzyjaciele nasi, pozostali na koniach. A może przynosisz mi z powrotem moje świętości?
— Czy nie byłoby to głupie z mej strony? Wszak przygotowałeś mnie na to, że od chwili, w której otrzymasz napowrót swoją własność, nastąpi nieprzyjaźń między nami i wami, dopóki nie pomrzemy na palu męczeńskim.
— Tak będzie. Powiedziałem to i słowa dotrzymam. Gniew Komanczów was zgubi!
— Tak mało obawiamy się tego gniewu, że ja rozpoczynam nieprzyjaźń natychmiast. Oto masz swoje rzeczy, a teraz patrzcie, czy potraficie nam co zrobić!
Zerwał z szyi fajkę i woreczek z lekiem i odrzucił je daleko od siebie. Zarazem dał koniowi ostrogi, że wielkim łukiem przesadził ognisko, a po drugiej stronie zrobił wyrwę w szeregach Komanczów. Sam, który był tuż za Old Deathem, przejechał przez wodza, a my trzej ruszyliśmy za nimi w tej chwili. Przewróciliśmy dziesięciu, a może piętnastu Komanczów, a wśród nich jedną ze straży, które stały Old Deathowi na drodze. Potem popędziliśmy przez trawiastą dolinę, a za nami zabrzmiało nieopisane wycie wściekłości naszych dotychczasowych, tak niepewnych, przyjaciół.
— Uff! — zawołał ku nam głos jakiś. — Stać, tu jest Winnetou!
Zatrzymaliśmy konie, a kilku Apaczów wzięło je za cugle. Zsiedliśmy, a Winnetou poprowadził nas do przesmyku, prowadzącego z doliny. Tam zrobiono już miejsca na tyle, że mogliśmy przejść, my i konie.
Kiedy minęliśmy barykadę, wyjście się rozszerzyło i niebawem ujrzeliśmy światło. Na równinie płonęło małe ognisko, przy którem siedzieli dwaj Indyanie nad naprędce sporządzonem rożnem. Za naszem zbliżeniem się oddalili się z szacunkiem. Reszta Apaczów odeszła także od nas, przywiązawszy nasze konie do kołków. W pewnem oddaleniu pasła się gromada koni, której pilnowało kilku ludzi. To wszystko miało niemal wojskowy charakter. Ruchy Apaczów były tak dokładne, tak obliczone, jak na mustrze.
— Niechaj moi bracia usiądą przy ogniu! — rzekł Winnetou. — Kazałem upiec kawał lędźwi bawolej. Możecie jeść, dopóki nie powrócę.
— Czy długo cię nie będzie? — spytał Old Death.
— Nie. Muszę wrócić na dolinę. Komancze mogą się ze złości na was porwać na moich wojowników. Poślę więc im kilka kul.
Z temi słowy opuścił nasze towarzystwo. Old Death usiadł wygodnie przy ogniu, dobył noża, a spróbowawszy pieczeni, orzekł z zadowoleniem, że jest wyśmienita. Stary i ja nie jedliśmy dotąd u Komanczów nic, a Langowie i murzyn także tylko skosztowali ich koniny. Wielki kawał polędwicy skurczył się też niebawem. Wtem powrócił Winnetou, popatrzył na mnie pytająco, a ja zrozumiałem to spojrzenie. Chciał wiedzieć, czy się mnie ma jeszcze wypierać. Powstałem więc od ognia, wyciągnąłem do niego obie dłonie i zawołałem:
— Mój brat Winnetou widzi, że nie potrzebuję iść aż nad Rio Pecos, aby się z nim znów spotkać. Cieszę się ogromnie, że go znów widzę.
Uścisnęliśmy się serdecznie. Ujrzawszy to Old Death, zapytał ze zdumieniem:
— Cóż to jest? Wy się już znacie?
— To mój biały brat Old Shatterhand — oświadczył Winnetou.
— Old... Shat...ter...hand! — zawołał stary, robiąc przytem minę, wprost nieocenioną. Gdy zaś, śmiejąc się, potwierdziłem słowa Winneteu, mówił dalej z gniewem:
— A więc oszukaliście mnie i okłamali, wodziliście za nos Old Deatha! Old Shatterhand! A on tak długo z tem się krył i pozwolił się przezywać greenhornem i nowicyuszem!
Pozostawiliśmy go na pastwę jego zdumieniu, gdyż Winnetou chciał mi coś opowiedzieć.
— Mój brat słyszał, że musiałem się udać do fortu Inge. Tam dowiedziałem się...
— Wiem już o wszystkiem — przerwałem mu. — Skoro będziemy mieli więcej czasu niż teraz, powiem ci, jak doszedłem do tej wiadomości. Teraz muszę przedewszystkiem zapytać, gdzie jest tych dziesięć bladych twarzy, które były u Komanczów razem z obydwoma twoimi wywiadowcami, którzy podawali się za Topiów i przeszli do was.
— Już odjechali.
— Już? Dokąd?
— Do Chihuahua, do Juareza.
— Już odjechali? Naprawdę?
— Tak. Śpieszyli się bardzo, bo dotąd z Komanczami musieli daleko okrążać, a teraz postanowili nadrobić tę zwłokę.
— To dla nas prawdziwy cios, ponieważ z nimi znajdowali się ci dwaj, których ścigałem!
— Uff, Uff! Oni byli razem z nimi? O tem nie wiedziałem. Oni byli obowiązani o oznaczonym czasie przybyć do Chihuahua, a dużo czasu stracili. Winnetou miłuje Juareza, dlatego dopomógł im do togo, żeby rychło odeszli. Dał im świeże konie, żywność, a na przewodników rzekomych Topiów, znających dobrze drogę przez Mapimi do Chihuahua. Blade twarze oświadczyły, że szkoda im każdej minuty.
— I to jeszcze! Świeże konie, żywność i godnych zaufania przewodników! Miałem już w ręku tego Gibsona, a teraz mi ujdzie!
Winnetou zamyślił się na chwilę i rzekł:
— Popełniłem bezwiednie wielki błąd, lecz go naprawię. Gibson wpadnie w twe ręce. Polecenie, które miałem w Matagordzie wykonać, spełnione; skoro tylko ukarzę tutaj Komanczów, będę wolny i będę mógł ci towarzyszyć. Dostaniecie najlepsze konie, a jeśli nie zajdzie nic niespodziewanego, to dościgniecie białych do południa dnia następnego.
Wtem nadbiegł z doliny Apacz i oznajmił:
— Te psy Komancze zgasiły ogień i odeszły z obozu. Planują atak.
— Odeprzemy ich znowu, jak przedtem — odrzekł Winnetou. — Jeśli moi biali bracia pójdą ze mną, ustawię ich tam, skąd wszystko usłyszą.
Wstaliśmy oczywiście natychmiast. Winnetou wprowadził nas znowu w przesmyk, prawie pod barykadę. Tam dał Old Deathowi lasso, zwisające ze skały i powiedział:
— Wespnijcie się po rzemieniu dwa razy na wysokość człowieka. Tam znajdziecie zarośla, a za niemi drogę, o której wam wspomniałem. Ja nie mogę pójść z wami, lecz udam się do wojowników.
Odchodząc wziął z sobą przedmiot, który był dotąd oparty o ścianę skały. Była to jego rusznica.
— Hm! — mruknął skut. — Wyłazić na dwanaście stóp na takiem cienkiem lassie! Nie jestem przecież małpą, umiejącą łazić po linach. Spróbujemy jednak!
Próba się udała. Ja wspiąłem się za nim, a potem reszta nas, chociaż z trudnościami. Ze skały wyrastało tutaj drzewo, o którego pień obwiązano lasso. Obok rosły krzaki, które kryły ścieżkę. Ponieważ z powodu ciemności kierowaliśmy się nie wzrokiem, lecz dotykiem, przeto posuwaliśmy się powoli, macając rękami, dopóki się Old Death nie zatrzymał. Oparci o skałę czekaliśmy na to, co nastąpi. Na dolinie panowała iście grobowa cisza. Jakkolwiek słuch wytężałem, nie zdołałem dosłyszeć nic prócz cichego węszenia Old Deatha.
— Głupcy ci Komancze! Nie prawdaż, sir? — rzekł — Po tamtej stronie czuć konie i to będące w ruchu. To zupełnie co innego, aniżeli konie stojące. Nad końmi, stojącemi spokojnie, leży ich woń gęsta i nieruchoma; można, żeby się tak wyrazić, nos w nią wsadzić. Kiedy się jednak konie ruszają, woń także zaczyna się poruszać, rozdrabia się i łatwo się podnosi. Brzmi to nieprawdopodobnie, a jednak doświadczony westman pozna z gęstości lub rzadkości tej woni, czy ma przed sobą konie stojące, czy w ruchu. Oczywiście przy spokojnem powietrzu. Teraz nadlatują z prawej strony takie lekkie odorki końskie, a moim starym uszom wydało się, że doleciał je odgłos potknięcia się konia na miękkim, trawiastym, gruncie. Kalkuluję sobie, że Komancze popędzili teraz ku wejściu, aby się przebić tamtędy.
Wtem zabrzmiało wołanie:
— Ntsa-ho!
To słowo oznacza: „teraz.“ W chwilę potem huknęły dwa strzały z rusznicy Winnetou, nastąpiły strzały rewolwerowe, poczem rozległo się wycie, nie do opisania. Dzikie wrzaski Indyan przerywały powietrze, tomahawki zabrzęczały. Walka wybuchła.
Lecz nie trwało długo, a poprzez parskania, rżenie koni i wściekłe krzyki Komanczów przebiło się zwycięskie: iwiwiwiwiwi Apaczów. Usłyszeliśmy, że Komancze cofnęli się w dzikim popłochu. Ich kroki i tupot kopyt oddalały się ku środkowi doliny.
— Nie mówiłem? — szepnął Old Death. — Właściwie nie powinniby na siebie uderzać. Apacze trzymają się przedziwnie. Wypuszczają strzały i kłują włóczniami z pewnych kryjówek. Komancze tak zbili się w kupę, że musi ich dosięgnąć każda strzała, każda włócznia, każda kula Winnetou. A teraz, kiedy nieprzyjaciel się cofnął, są Apacze na tyle rozumni, że nie idą za nimi. Pozostają w ukryciu, przekonani, że im Komancze nie ujdą. Na cóż mają się zapuszczać w dolinę!
I teraz poszli Komancze o tyle za radą Old Deatha, że po porażce zachowali się cicho. Wycie zamilkło, a ponieważ ognie zgaszono, nieprzyjaciele ich nie wiedzieli, co oni czynią. Zaczekaliśmy jeszcze przez chwilę, lecz nie zdarzyło się nic nowego. Wtem doleciał nas z dołu przytłumiony głos Winnetou:
— Moi biali bracia mogą zejść teraz. Walka skończona i nie wybuchnie na nowo.
Powróciliśmy do lassa i spuściliśmy się po niem. Na dole stał Winnetou, z którym poszliśmy znów do ogniska.
— Komancze próbowali teraz z drugiej strony — rzekł. — Nie udało im się tak samo. Strzeżemy ich tak, że nie mogą nic przedsięwziąć, o czemby nie dowiedział się Winnetou. Apacze udali się za nimi i leżą długą linią, sięgającą od jednej, do drugiej strony doliny, aby wszystko pilnie obserwować.
Kiedy to mówił, pochylił głowę na prawo, jak gdyby nadsłuchiwał. Następnie zerwał się tak, że ogień oświetlił jasno jego postać.
— Dlaczego to czynisz? spytałem go.
Wskazał ręką w ciemność nocną i powiedział:
— Winnetou usłyszał, że tam, na kamienistej drodze, potknął się koń. Nadjeżdża jeździec, jeden z moich wojowników. Zsiędzie, by zbadać, kto tu siedzi przy ognisku. Dlatego podniosłem się, aby już zdaleka poznał, że Winnetou się tu znajduje.
Jego subtelny słuch nie zawiódł go. Nadjechał kłusem jeździec i zatrzymał się obok nas. Wódz przyjął go niezbyt przyjaznem spojrzeniom i zganił go za hałas, wywołany potknięciem się konia.
Skarcony stał w wyprostowanej, a jednak pełnej szacunku postawie. Był to wolny Indyanin, uznający jednak wyższe uzdolnienie swojego dowódcy.
— Nadchodzą. — rzekł do Winnetou.
— W ile koni?
— Wszyscy. Nie brak ani jednego wojownika. Kiedy Winnetou wzywa, nikt z Apaczów nie zostanie przy kobietach.
— Jak daleko są jeszcze stąd?
— Nadejdą o świcie.
— Dobranoc ci! Zaprowadź konia do tamtych, a potem usiądź przy strażach i wypocznij!
Czerwonoskóry posłuchał w tej chwili, a Winnetou usiadł znowu przy nas, prosząc byśmy opowiedzieli o naszym pobycie w hacyendzie del Caballero i o zdarzeniu w La Grange. Na tem zeszedł nam czas, a o spaniu oczywiście mowy nie było. Wódz Apaczów wysłuchał naszego opowiadania, dorzucając tylko od czasu do czasu jakąś uwagę, albo pytanie. Tak minęła powoli noc i zaczęło się świtanie. Wtem wyciągnął Winnetou rękę ku zachodowi, mówiąc:
— Niechaj moi biali bracia zobaczą, jak punktualni są wojownicy Apaczów. Oto już się zbliżają!
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Mgła leżała na zachodzie jak morze bez fal, wsunąwszy swoje nieprzeźroczyste masy w kształcie zatok pomiędzy góry. Z tego morza mgły wynurzył się jeździec, a za nim posuwało się wielu długim szeregiem. Na nasz widok zatrzymał się na chwilę, poczem poznawszy Winnetou, ruszył ku nam krótkim kłusem. Był to wódz, gdyż miał dwa orle pióra w węźle włosów. Żaden z jeźdźców nie miał kompletnej uzdy z wędzidłem i z cuglami, lecz wszyscy prowadzili konie na trendzlach, a mimoto kierowali nimi, nadjeżdżając teraz cwałem i stając w pięciu szeregach, tak pewnie, jak rzadko można spotkać coś podobnego nawet u europejskiej konnicy. Większość uzbrojona była w strzelby, a tylko niewielu miało łuki, włócznie i kołczany. Dowódca pomówił przez krótką chwilę z Winnetou, na którego skinienie wojownicy pozsiadali z koni. Ci którzy nie mieli strzelb, zabrali konie, by ich pilnować. Reszta weszła do przesmyku. Lasso, po którem wydostaliśmy się na ścieżkę, wisiało tam jeszcze. Po niem jeden po drugim wdrapywali się Apacze. Szło to wszystko tak cicho i dokładnie, jak gdyby omówiono to przedtem obszernie. Winnetou stał spokojnie, śledząc uważnie ruchy swoich ludzi. Gdy ostatni z nich zniknął, zwrócił się do nas:
— Moi biali bracia zobaczą, że Komancze będą zgubieni, jeśli to nakażę.
— Jesteśmy tego pewni — odrzekł Old Death. — Czy jednak Winnetou chce rzeczywiście przelać krew tylu ludzi?
— Czy zasłużyli na co innego? Jak postępują mężowie biali, gdy jednego z nich zamordują? Czy nie szukają mordercy? A kiedy go znajdą, schodzą się na naradę, aby wydać wyrok i kazać go zabić. Czy możecie ganić Apaczów za to, że nie czynią nic więcej, jak tylko to?
— To nie jest przecież tosamo!
— Czy mój brat potrafi tego dowieść?
— Tak. My karzemy mordercę, pozbawiając go życia. Ty zaś chcesz tych nawet wystrzelać, których nie było przy tem, kiedy na wasze wsi napadnięto.
— Oni ponoszą winę tę samą, gdyż zgodzili się na to. Byli też świadkami, kiedy pojmani Apacze musieli zginąć w mękach na palach. Są teraz mężami naszych żon i córek oraz właścicielami naszego mienia, koni, nam zrabowanych.
— Ale mordercami nie możesz ich nazwać!
— Nie wiem, czego chce Old Death. U jego braci zdarzają się oprócz morderstwa jeszcze inne uczynki, które karane są śmiercią. Westmani strzelają każdego koniokrada. Jeśli białemu porwą żonę, lub córkę, to on zabija wszystkich, mających jakąś styczność z tym czynem. Tam na dolinie znajdują się rabusie naszych żon, córek i koni. Czy mamy im za to dać to, co biali nazywają krzyżem, lub orderem?
— Nie, ale możecie im przebaczyć, a swoją własność odebrać.
— Konie odbieramy, lecz żon już nie przyjmujemy. Mój brat mówi jak chrześcijanin, który zawsze tego od nas żąda, czego przeciwieństwo czyni. Czy chrześcijanie nam przebaczają? Czy mają wogóle coś do przebaczania? Przybyli do nas i zabrali nam ziemię. Jeśli u was ktoś posunie dalej słup graniczny, albo zabije zwierzę w lesie, zamyka go się w ciemnym budynku, który nazywacie więzieniem. A co wy sami robicie? Gdzie są nasze prerye i sawanny? Gdzie trzody koni, bawołów i innych zwierząt, które do nas należały? Zjawiliście się u nas w wielkich gromadach, każdy wasz chłopak uzbrojony był w strzelbę i zabieraliście nam mięso, potrzebne do życia. Wydzierano nam jeden kraj za drugim bez żadnego prawa do tego, a gdy czerwony mąż bronił swojej własności, strzelano jego i jego rodzinę. Żądasz, żebym darował winę naszym wrogom, którym my nie wyrządziliśmy nic złego. Dlaczego nie przebaczacie nam wy, którzy dopuszczacie się na nas złego, chociaż my nie daliśmy wam do tego żadnego powodu. Jeśli się bronimy, spełniamy nasz obowiązek, a wy karzecie nas za to zagładą. Co powiedzielibyście, gdybyśmy przyszli do was, aby wam narzucić nasze obyczaje, jak to wy względem nas czynicie? Z pewnością wybilibyście nas do ostatniego człowieka, albo powsadzali do więzień. Dlaczego nam nie wolno tak samo się urządzać? Ale wtedy krzyczą biali po całym świecie, że czerwony jest dzikim, dla którego nie należy mieć łaski, ni miłosierdzia. On nie ucywilizuje się nigdy, dla tego powinien zniknąć. Czy wy postępowaniem swojem dowiedliście kultury? Zmuszacie nas do przyjmowania waszej religii. Pokażcież nam ją! Wszyscy czerwoni czczą Wielkiego Ducha w jeden i ten sam sposób. Z was zaś każdy chce być inaczej zbawionym. Ja znam jedną dobrą wiarę chrześcijan. Głosili ją pobożni ojcowie i nie chcieli nas wypierać, ani zabijać. Zakładali u nas misye i uczyli naszych rodziców i dzieci. Chodzili od puebla do puebla przyjaźnie i zaznajamiali nas ze wszystkiem, co dla nas było pożyteczne i dobre. Teraz zrobiło się całkiem inaczej. Pobożni mężowie musieli z nami ustąpić, a my musieliśmy patrzeć na ich śmierć i nie dostaliśmy za nich odszkodowania. Zato przybywa teraz stu, inaczej wierzących. Ogłuszają nas słowami, których nie rozumiemy. Nazywają się wzajem kłamcami, a mimoto twierdzą, że bez nich nie dostaniemy się do wiecznych ostępów. A kiedy odwracamy się od nich, znużeni ich sporami, biadają nad nami i powiadają, że strzepną pył z obuwia i umyją sobie ręce na znak, że temu nie winni. W jakiś czas potem przywołują blade twarze, które się do nas wciskają i zabierają pastwiska naszym koniom. Jeśli potem zastrzegamy sobie, że tego im zrobić nie wolno, przychodzi rozkaz, że mamy się znów dalej wynosić. Oto moja odpowiedź dla ciebie. Nie spodoba ci się ona, ale ty na mojem miejscu mówiłbyś jeszcze inaczej. Howgh!
Z tem indyańskiem słowem potwierdzającem na ustach odwrócił się od nas i poszedł na bok o parę kroków, gdzie zatrzymał się, patrząc w dal. Był podrażniony wewnętrznie i chciał to przemóc. Potem przystąpił znowu do nas i rzekł do Old Deatha:
— Wygłosiłem długą mowę do brata. On przyzna mi słuszność, gdyż jest mężem, myślącym sprawiedliwie i uczciwie. Mimoto chcę mu oświadczyć, że serce moje krwi nie pożąda. Dusza moja łagodniejsza od mych słów. Sądziłem, że Komancze przyślą pośrednika. Ponieważ tego nie czynią, nie powinienbym mieć dla nich litości, ale mimoto wyprawię do nich człowieka, który się z nimi rozmówi.
— Cieszy mnie to niezmiernie! — zawołał Old Death. — Byłbym to miejsce opuścił w bardzo ponurym nastroju, gdyby tych wszystkich ludzi zabito bez próby ich ocalenia. Ja także ponoszę częściowo winę tego, że dostali się w twoje ręce.
— Uwalniam ciebie od tego zarzutu, gdyż zwyciężyłbym ich także i bez twojej pomocy — odparł Winnetou.
— Ale czy wiesz o tem, że nadejdą ich potem jeszcze setki?
— Winnetou wie o tem. Musiał się przekradać pomiędzy nimi z Dobrym Mężem. Jest ich tylko stu jeszcze. Zamknę ich w tej samej dolinie i zniszczę tak, jak tych, jeśli nie poddadzą się dobrowolnie.
— Więc postaraj się o to, żeby nie przybyli zawcześnie. Załatw się z tymi, którzy są tutaj, zanim reszta się zjawi!
— Winnetou nie boi się w żadnym razie, ale będzie się spieszył.
— Czy masz kogo odpowiedniego do prowadzenia układów z Komanczami?
— Mam wielu, ale wolałbym, żeby mój brat się tego podjął.
— Chętnie to zrobię. Podejdę na krótką przestrzeń i przywołam do siebie wodza. Jakie stawiasz warunki?
— Za każdego zabitego Apacza dadzą po pięć, a za każdego zamęczonego po dziesięć koni.
— To bardzo tanio, ale odkąd niema wielkich trzód, nie łatwo o konia.
— Żądamy także zwrotu wszelkiego zagrabionego nam mienia. Nadto muszą nam wydać tyle młodych dziewcząt, ile porwali nam żon i córek. Żon Komanczów nie chcemy. Prócz tego domagamy się zwrotu dzieci, uprowadzonych przez nich. Czy uważasz te warunki za zbyt surowe?
— Nie.
— Wkońcu niech oznaczą miejsce, na którem zejdą się wodzowie Apaczów i Komanczów, aby się naradzić nad pokojem, któryby trwał przynajmniej przez trzydzieści lat i zim.
— Jeśli się na to zgodzą, pogratuluję im szczerze.
— Tem miejscem może być dolina, w której się teraz znajdują. Tu należałoby także sprowadzić wszystko, co mają nam wydać. Dopóki się to nie stanie, czego żądam, pozostaną Komancze, którzy będą musieli się dziś poddać, u nas w niewoli.
— Uznaję, że warunki twoje nie są zbyt ostre i natychmiast je im wyłuszczę.
Zarzucił strzelbę, uciął sobie gałązkę na odznakę parlamentarza, poczem zniknął z wodzem w przesmyku. Nie było to dlań zbyt bezpiecznem, że zbliżał się teraz do Komanczów, ale stary skut nie znał trwogi.
Przekonawszy się, że Old Death rozpoczął już rozmowę z wodzem Komanczów, wrócił Winnetou do nas i zaprowadził nas do przybyłych na ostatku koni. Były między niemi i luźne, częścią lepszego gatunku, których oszczędzano i używano dopiero wówczas, kiedy szło o jakiś nadzwyczajny wysiłek, częścią zaś konie zwykłej jakości, jako zapasowe.
— Obiecałem moim braciom dać lepsze konie — rzekł. — Wybiorę je teraz dla nich. Mój brat otrzyma jednego z moich własnych rumaków.
Wybrał pięć sztuk. Byłem zachwycony przeznaczonym dla mnie wierzchowcem. Obaj Langowie i Sam ucieszyli się także bardzo. Murzyn pokazał w uśmiechu wszystkie zęby i zawołał:
— Oh, oh! Co za konia Sam dostać! Być czarny jak Sam i przepyszny całkiem jak Sam. Przystawać bardzo dobrze do siebie koń i Sam. Oh, oh, oh!
Minęły ze trzy kwadranse, zanim wrócił Old Death. Twarz miał bardzo poważną. Byłem pewny, że Komancze zgodzą się na warunki Winnetou, ale oblicze Old Deatha zapowiadało coś przeciwnego.
— Mój brat chce mi powiedzieć to, czego się domyślałem — rzekł Winnetou. — Komancze sprzeciwiają się moim żądaniom.
— Tak jest niestety! — odparł skut.
— Wielki Duch ukarał ich głupotą za to, co uczynili: nie chce dla nich łaski. Ale jakie podali powody?
— Spodziewają się jeszcze zwyciężyć.
— Czy zawiadomiłeś ich, że przybyło jeszcze przeszło pięciuset Apaczów i gdzie oni się teraz znajdują?
— Oczywiście. Nie uwierzyli jednak temu i wyśmiali się ze mnie.
— W takim razie czeka ich śmierć, gdyż reszta ich wojowników przyjdzie zapóźno.
— Włosy mi powstają na głowie, gdy pomyślę, że w przeciągu kilku sekund zgładzeni będą ze świata.
— Mój brat ma słuszność. Winnetou nie zna trwogi, ani lęku, ale dreszcz przechodzi mu po ciele, gdy pomyśli o daniu znaku zniszczenia. Wystarczy mi dłoń podnieść, a zahuczą wszystkie strzelby. Spróbuję jeszcze ostatniego środka. Może Wielki Duch użyczy im jasnej chwili. Sam im się pokażę i przemówię do nich. Moi biali bracia odprowadzą mnie aż do barykady. Jeśli Komancze słów moich nie posłuchają, wtedy niechaj dobry Wielki Duch nie gniewa się na mnie, że wydam rozkaz.
Z Old Deathem odprowadziliśmy Winnetou na oznaczone miejsce. Tam wspiął się on po lassie w górę i poszedł ścieżką w wyprostowanej postawie, żeby Komancze mogli go widzieć. Nie był jeszcze daleko, kiedy usłyszeliśmy świst strzał, które go jednak nie dosięgły. Wtem huknął strzał z rusznicy Białego Bobra, z której wymierzył do Winnetou nowy wódz Komanczów. Apacz kroczył dalej spokojnie, jak gdyby nie bał się zupełnie kuli, która tuż obok niego uderzyła o skałę, jak gdyby wogóle strzału nie słyszał. Potem zatrzymał się i zaczął mówić głosem donośnym i bardzo dobitnym. Może po pięciu minutach podniósł w toku mowy rękę, a w tej chwili ujrzeliśmy, jak daleko okiem sięgnąć było można, a zatem dokoła całej doliny, Apaczów, powstających z ziemi, żeby się pokazać Komanczom, którzy musieli teraz zauważyć, że otoczyła ich przeważająca liczba nieprzyjaciół. Winnetou działał przez tosamo otwarcie, a zarazem zrobił ostatnią próbę, czy mu się nie uda skłonić ich do poddania się. Potem podjął nanowo wątek rozpoczętej mowy. Lecz po krótkiej chwili rzucił się nagle na ziemię tak, że postać jego zniknęła. Równocześnie rozległ się odgłos drugiego strzału.
— Dowódca Komanczów strzelił znowu do niego, dając mu taką odpowiedź. — rzekł Old Death. — Winnetou widział, jak ten nabijał strzelbę powtórnie i rzucił się na ziemię w chwili, kiedy z niej doń wymierzono. Teraz zacznie... patrzcie, patrzcie!
Jak prędko padł Winnetou, tak prędko zerwał się znowu do postawy stojącej. Wycelował ze srebrzystej rusznicy i wypalił. Głośno wycie Komanczów odpowiedziało na ten wystrzał.
— Zastrzelił ich dowódcę! — oświadczył Old Death.
Teraz podniósł Winnetou rękę w ten sposób, że dłoń wyciągnął poziomo. Na ten znak wszyscy Apacze, jak okiem było sięgnąć, przyłożyli strzelby do ramion. Huknęło przeszło czterysta strzałów.
— Chodźcie, panowie! — rzekł skut. — Nie patrzmy na to! To zanadto po indyańsku, jak na moje stare oczy, chociaż muszę przyznać, że Komancze na to zasłużyli. Winnetou zrobił, co mógł, aby temu zapobiec.
Powróciliśmy do koni, gdzie stary przypatrzył się wybranemu dla niego wierzchowcowi. Wkrótce dała się słyszeć jeszcze jedna salwa, a potem zwycięski okrzyk Apaczów. W kilka minut powrócił do nas Winnetou i z nadzwyczajnie poważnym wyrazem twarzy powiedział:
— Wielki płacz wybuchnie w namiotach Komanczów, gdyż żaden z ich wojowników nie wróci. Wielki Duch chciał, żebyśmy pomścili śmierć naszych braci. Nieprzyjaciele nie dali się skłonić do zgody, wobec tego ja nie mogłem inaczej postąpić, ale wzrok mój nie spojrzy już na tę dolinę. Reszty dokonają moi wojownicy, ja zaś odjeżdżam natychmiast z moimi białymi braćmi.
W pół godziny potem wyruszyliśmy w drogę, zaopatrzeni we wszystko, czego nam było potrzeba, w towarzystwie Winnetou oraz dziesięciu dobrze uzbrojonych Apaczów. Z wielką radością opuściliśmy to okropne miejsce!
Mapimi leży na obszarze dwu meksykańskich prowincyi: Chihuahua i Chohahuila i tworzy rozległą dolinę na płaskowyżu, wznoszącym się znacznie więcej aniżeli na tysiąc sto metrów nad poziomom morza. Z wyjątkiem północy otaczają ją ze wszystkich stron wysokie i strome skały wapienne, oddzielone od właściwej Mapimi mnóstwem kenionów. Sama Mapimi składa się z falistych, bezleśnych płaszczyzn, porosłych rzadką i nizką trawą, a poprzerywanych piasczyskami, na których gdzieniegdzie tylko widać drzewa lub krzaki. Tu i ówdzie wznosi się z tej pustej równiny góra, a miejscami pocięta jest ziemia głębokiemi rozpadlinami o prostopadłych ścianach, co zmusza przejeżdżających do dalekich okrążań. Ale Mapimi nie jest tak bezwodna, jak sądziłem z początku. Są tam jeziora, które wprawdzie w gorącej porze roku tracą większą część wody, ale roztaczają mimoto tyle wilgoci w powietrzu, że po brzegach rozwija się dość bujna roślinność.
Zdążaliśmy ku jednemu z tych jezior, a mianowicie ku Laguna de Santa Maria. Leżało ono w oddaleniu dziesięciu mil geograficznych od doliny, z której rozpoczęła się jazda. Był to zatem dobry dzień drogi, zwłaszcza po nocy bezsennej. Jechaliśmy prawie ciągle z jednego parowu do drugiego, skąd nie mieliśmy żadnego widoku.
Prawie przez cały dzień nie widzieliśmy słońca, albo tylko na krótkie chwile. Droga prowadziła przytem to w prawo, to znowu w lewo, czasem nawet pozornie wstecz tak, że gubiłem niemal główny kierunek jazdy.
Wieczór zapadał, kiedy przybyliśmy nad Lagunę. Grunt był wogóle piasczysty. Na miejscu, gdzie rozłożyliśmy się obozem, nie było drzew, tylko skąpe zarośla o nieznanej mi nazwie. Jezioro tworzyło posępną płaszczyznę wodną, otoczoną zrzadka krzakami, za niem rozciągała się równina z wznoszącemi się na zachodzie wzgórzami, za któremi zaszło już słońce. Tu w górze mogły promienie słońca działać z całą siłą, ale w głębokich, ciasnych, kenionach było mi niemal chłodno. To też ziemia oddychała tu skwarem, w którym można się było upiec na placek. Zato w nocy, kiedy ziemia oddała swoje ciepło powietrzu, było tem zimniej, a nad ranem muskał nas wiatr, że musieliśmy mocniej otulić się w wełniane koce.
Wczesnym rankiem ruszyliśmy dalej w drogę prosto na zachód. Niebawem jednak zmusiły nas keniony znowu do częstych objeżdżań. Taką rozpadliną skalną dostać się nadół byłoby niepodobieństwem, gdyby natura sama nie miała na tyle względów i nie utworzyła zejścia, w kształcie karkołomnych schodów. Trzeba było przejeżdżać przez dziesięć, albo więcej przesmyków, zanim się znalazło miejsce, którem nareszcie można się było dostać na powierzchnię ziemi. Oczywiście wszędzie groziło niebezpieczeństwo. Jeździec zwisa tam często razem z koniem na skale, nad którą ciągnie się wązki pas rozżarzonego nieba, pod sobą ma przerażającą otchłań, a w tej głębi ani kropli wody, tylko zwały skaliste i zwały. W górze krążą sępy, nieodstępni towarzysze podróżnego, którzy nie opuszczają go od rana do nocy, a usiadają w pobliżu, ilekroć ułoży się na spoczynek, aby nazajutrz dalej nad nim lecieć i oznajmiać przeraźliwym, ochrypłym, wrzaskiem, że czekają tylko, aż albo padnie ze znużenia, albo wskutek fałszywego kroku konia runie w głąb kenionu. Zrzadka pokaże się gdzieś w kącie skalistym wychudły szakal, znika jak cień, a potem biegnie za jeźdźcem, czatując na taką samą ucztę jak sępy.
Około południa przebyliśmy znowu szereg przykrych kenionów i ruszyliśmy cwałem przez porosłą trawą równinę, gdzie natknęliśmy się na trop dziesięciu jeźdźców, który łączył się z naszym od prawej strony pod kątem prostym. Winnetou twierdził, że to ten, któregośmy szukali, a nawet zwrócił uwagę naszą na ślady podkutych koni białych ludzi i bosych obu Apaczów, dodanych białym jako przewodników. Old Death był tegosamego zdania. Pokazało się jednak, niestety, że Gibson wysforował się naprzód o jakich sześć godzin drogi. Oddział jego jechał widocznie przez całą noc w przypuszczeniu, że go będziemy ścigali.
Pod wieczór zatrzymał się jadący przodem Old Death i zaczekał na nas, którzyśmy pozostali byli nieco w tyle. Tam, gdzie on stał, łączył się od południa nowy trop z dotychczasowym. Byli to także jeźdźcy w liczbie około trzydziestu do czterdziestu. Jechali pojedyńczo jeden za drugim, z powodu czego trudno było napewno odgadnąć ich liczbę. Ta jazda w gęsiego i brak podków u koni naprowadzały na domysł, że byli to Indyanie, którzy skręcili w naszym kierunku od lewej strony. Z równego stanu obu tropów należało wnosić, że spotkali się potem z białymi. Old Death mruknął coś niechętnie pod nosem, a potem rzekł głośniej:
— Jacy to mogli być czerwonoskórzy? Z pewnością nie Apacze. Z ich strony nie czeka nas nic dobrego.
— Mój biały brat ma słuszność — potwierdził Winnetou. — Apaczów teraz tu niema, a oprócz nich znajdują się w Mapimi tylko hordy nieprzyjacielskie. Musimy się mieć na baczności.
Pojechaliśmy dalej i dotarliśmy wkrótce do miejsca, w którem Indyanie połączyli się z białymi. Oba oddziały stały jakiś czas na miejscu i prowadziły układy. Wynik był w każdym razie dla białych pomyślny, gdyż powierzyli się opiece czerwonych. Ich dotychczasowi przewodnicy, dwaj Apacze, których poznaliśmy początkowo jako Topiów, pożegnali się tutaj z nimi, gdyż trop ich odłączał się od tropu wszystkich.
Po chwili dojechaliśmy do łańcucha wzgórz, porosłych trawą i krzami. Spływał z nich niewielki potok, w tych stronach niezwykła rzadkość. Tu zatrzymywali się ścigani przez nas biali i poili konie. Brzegi potoku nie były obrosłe, bieg jego więc widać było daleko. Old Death stanął, przysłonił sobie ręką oczy i patrzył w kierunku północno zachodnim, w którym płynął potok. Zapytany, dlaczego to czyni, odpowiedział:
— Widzę daleko przed nami dwa punkty. Kalkuluję sobie, że to wilki. Ale dlaczego te bestye tam siedzą? Przypuszczam, że gdyby to one były rzeczywiście, to uciekłyby przed nami, gdyż niema zwierzęcia tak tchórzliwego, jak wilk preryowy.
— Niech się moi bracia uciszą, ja coś słyszę — rzekł Winnetou.
Gdyśmy zaprzestali wszelkiego szmeru, zabrzmiały istotnie stamtąd, gdzie znajdowały się owe dwa punkty, jakieś słabe okrzyki.
— To człowiek! — zawołał Old Death. — Jedźmy tam!
Wsiadł na konia, a my za nim. Gdy zbliżyliśmy się do tego miejsca, odbiegły obydwa wilki, które siedziały przedtem nad samym brzegiem. Na środku potoku ujrzeliśmy nienakrytą ludzką głowę, wyglądającą z wody. Twarz roiła się od komarów, siedzących w oczach, w uszach, w nosie i pomiędzy wargami.
— Na miłość Boga, ratujcie mnie, sennores! — wyszedł z ust jęk. — Nie wytrzymam już dłużej!
Zeskoczyliśmy z koni natychmiast.
— Co z wami? — spytał Old Death po hiszpańsku, ponieważ nieszczęśliwiec przemówił w tym języku. — Jak dostaliście się do wody? Dlaczego nie wyłazicie? Tu nie głębiej jak na dwie stopy!
— Wkopano mnie tutaj.
— Za co? Do wszystkich dyabłów! Wkopać człowieka! Kto to uczynił?
— Indyanie i biali.
Nie zauważyliśmy tego z początku, że od miejsca, gdzie pojono konie, aż tutaj prowadziło kilka śladów.
— Trzeba go czemprędzej wydobyć. Chodźcie panowie! Wykopiemy go, a ponieważ brak nam do tego narzędzi, przeto posłużymy się rękami.
— Łopata leży za mną w wodzie. Przykryli ją piaskiem. — rzekł nieszczęśliwy.
— Łopata? Skąd macie to narzędzie?
— Jestem gambusino[1]. My zawsze nosimy przy sobie motykę i łopatę.
Znaleźliśmy łopatę i zabraliśmy się do roboty. Łożysko potoku wyścielone było głęboko miękkim piaskiem, który łatwo było rozkopać. Teraz dopiero spostrzegliśmy, że za plecami tego człowieka wbito w dno rzeki włócznię i przywiązano do niej jego szyję w ten sposób, że nie mógł głowy naprzód pochylić. Usta jego znajdowały się tylko trzy całe nad wodą, ale napić się jej nie mógł. Oprócz tego wysmarowano mu twarz świeżem mięsem, aby znęcić owady, któreby go dręczyły. Uwolnić się nie mógł z tego położenia, gdyż ręce związano mu na plecach, a nogi jedną do drugiej i tak wsadzono do jamy, głębokiej na dwa łokcie. Gdy wyciągnęliśmy go z niej nareszcie i uwolniliśmy z więzów, zemdlał. Nic dziwnego, gdyż odarłszy zeń ubranie, obili mu niegodziwi ludzie plecy aż do krwi.
Biedak przyszedł niebawem do siebie. Zanieśliśmy go na miejsce, gdzie przybyliśmy nad potok, ponieważ tam postanowiliśmy rozłożyć się obozem. Ocalony dostał jeść, poczem ja wyjąłem z torby przy siodle zapasową koszulę, by go opatrzyć. Teraz dopiero zdołał dać żądaną odpowiedź.
— Byłem jako gambusino zajęty naostatku w bonancy[2] — rzekł — położonej o dzień drogi stąd w górach. Miałem towarzysza, Jankesa, nazwiskiem Harton, który...
— Harton? — przerwał mu pośpiesznie Old Death. — Jak mu na imię?
— Fred.
— Czy wiecie, gdzie się urodził i ile ma lat?
— Urodził się w Nowym Yorku i liczy może sześćdziesiąt lat.
— Czy wspominał co o swej rodzinie?
— Żona mu umarła, a syn zajmuje się we Frisco jakiemś rzemiosłem. Czy znacie tego człowieka?
Old Death zadawał pytania nadzwyczaj gwałtownie. Oczy mu się świeciły, a głęboko zapadłe policzki rozgorzały rumieńcem. Starał się uspokoić i po chwili zapytał głosem zwykłym:
— Widziałem go raz dość dawno. Podobno był w bardzo dobrych stosunkach. Nic wam o tem nie opowiadał?
— Tak. Był synem porządnych rodziców i został kupcem. Wyrobił sobie z czasem bardzo dobry interes, ale miał brata nicponia, który przyczepił się do niego jak pijawka i wyssał go.
— Czy dowiedzieliście się, jak się ten brat nazywał?
— Tak. Na imię mu było Henry.
— To się zgadza. Spodziewam się, że zobaczę jeszcze kiedyś waszego Hartona!
— Trudno będzie. Zdaje się, że niedługo pożyje, gdyż opryszki, którzy mnie tu zakopali, zabrali go z sobą.
— Jak się to stało?
— Tak, jak to chciałem przedstawić, zanim mi przerwaliście. Harton był zatem kupcem, ale brat wyłudził od niego cały majątek. Przypuszczam, że on do dziś dnia kocha tego niesumiennego hultaja, który go wszystkiego pozbawił. Zubożawszy, chwytał się rozmaitych zawodów, lecz szczęście mu nie sprzyjało. Został nawet wakerem, ale bez skutku, aż wkońcu poszedł do gambusinów. Ponieważ jednak nie posiadał żyłki do przygód, przeto nawet jako gambusino klepał biedę jeszcze gorszą, niż przedtem.
— To nie powinien był tego zawodu obrać!
— Łatwo wam to powiedzieć, sennor. Miliony ludzi nie zostają tem, do czego mają zdolności, lecz tem, do czego się najmniej nadają. Może z jakiego ukrytego powodu przystał do gambusinów, do których należał jego brat i był bardzo szczęśliwy. Pewnie spodziewał się, że spotka w ten sposób brata.
— To sprzeczność. Ten nicpoń brat miałby być szczęśliwym gambusinem, a mimoto pozbawić brata całego majątku? Przecież szczęśliwemu gambusinowi nie brak pieniędzy.
— Tak, lecz gdy je prędzej przehula, aniżeli znajdzie, albo na nie zarobi, to się wyczerpią. Był to rozrzutnik w najwyższym stopniu! Nareszcie przybył Harton do Chihuahua, gdzie wstąpił do służby u mojego pryncypała. Tu go poznałem i polubiłem, co rzadko się zdarza między nami, gdyż łatwo sobie wyobrazić, że gambusini są o siebie ogromnie zazdrośni. Odtąd wychodziliśmy razem na poszukiwania.
— Jakżeż się wasz pan nazywa?
— Davis.
— Do stu piorunów, sennor! Czy mówicie także po angielsku.
— Tak dobrze, jak po hiszpańsku.
— To bądźcie tacy dobrzy i mówcie po angielsku, ponieważ są tu dwaj, którzy nie umieją po hiszpańsku, a bardzo ich zajmie wasze opowiadanie.
Wskazał na obu Langów.
— Dlaczego zajmie? — spytał gambusino.
— Zaraz się o tem dowiecie. Posłuchajcie, master Lange, ten człowiek jest poszukiwaczem złota w służbie niejakiego Davisa w Chihuahua.
— Co? Davisa? — wykrzyknął Lange. — Wszak to pryncypał mojego zięcia!
— Tylko nie tak nagle, sir! Może być więcej Davisów.
— Jeśli ten master ma na myśli Davisa, trudniącego się zyskownem zakupywaniem min złotych i srebrnych, to pomyłka jest wykluczona — rzekł gambusino.
— Tak jest! — zawołał Lange. — Czy znacie tego pana?
— Naturalnie! Jestem w służbie u niego.
— A mego zięcia także?
— Kto to jest?
— Niemiec, nazwiskiem Uhlmann. Uczył się w Fryburgu.
— To się zgadza. Jest dyrektorem kopalni z wysokiemi tantiemami, a od kilku miesięcy sprawy tak stoją, że niebawem zostanie wspólnikiem. Jesteście zatem jego teściem?
— Oczywiście! Jego żona, Agnieszka, jest moją córką.
— Nazywamy ją sennora Ines. Znamy ją wszyscy bardzo dobrze, sir! Słyszałem, że jej rodzice mieszkają w Missouri. Czy chcecie ich odwiedzić?
Lange potwierdził to pytanie.
— W takim razie udajcie się nie do Chihuahua, lecz do bonancy, o której powiedziałem poprzednio. Czy nie słyszeliście o niej jeszcze? Należy do waszego zięcia! On wyjechał niedawno w góry dla wypoczynku i odkrył przytem pokłady złota, jakich tu dotąd nie znaleziono. Sennor Davis posłał mu zaraz robotników, celem natychmiastowego korzystania z pokładów. Teraz tam pilnie pracują, a znajdują tyle, że można się spodziewać, iż sennor Davis zaproponuje sennorowi Ulilmanowi spółkę, co obu przyniosłoby wielkie korzyści.
— Co wy mówicie! Willu, czy słyszysz?
Z pytaniem tem zwrócił się do syna, który jednak nie odpowiedział, gdyż szlochał zcicha i płakał łzami radości.
Oczywiście, że wszyscy ucieszyliśmy się nadzwyczajnie szczęściem naszych towarzyszy. Old Death jednak robił jakieś grymasy, których nie rozumiałem, chociaż zwykle znałem ich znaczenie dość dobrze.
Minęła chwila, zanim ucichliśmy po wzruszeniu z powodu wiadomości, że zięć Langego odkrył bonancę. Potem mógł gambusino mówić dalej:
— Ja pomagałem z Hartonem w urządzaniu bonancy, poczem wyruszyliśmy na przeszukanie Mapimi. Jeździliśmy przez trzy dni w tych stronach, ale nie znaleźliśmy oznak pokładów złota. Dziś przed południem spoczęliśmy tu nad potokiem. Nie spaliśmy prawie przez całą noc, byliśmy więc bardzo znużeni i zasnęliśmy mimowoli. Kiedyśmy się zbudzili, otaczała nas gromada czerwonych i białych.
— Jacy to byli Indyanie?
— Czimarrowie. Ich czterdziestu i dziesięciu białych.
— Czimarrowie? To jeszcze najdzielniejsi z tych hultajów. I oni to zabrali się do takich biedaków, jak wy? Dlaczego? Czy żyją w nieprzyjaźni z białymi?
— Biali nigdy nie mogą wiedzieć, na jakiej są z nimi stopie, gdyż Czimarrowie nie są ani ich przyjaciółmi, ani wrogami. Unikają wprawdzie otwartego wystąpienia, gdyż są nato za słabi, ale nie wchodzą nigdy w takie stosunki, żeby im można śmiało zaufać. To niebezpieczniejsze od jawnej nieprzyjaźni, ponieważ nigdy się nie wie, jakby należało wobec nich się zachować.
— W takim razie ciekaw jestem, dla czego obeszli się z wami w ten sposób. Czy obraziliście ich czemkolwiek?
— Ani trochę. Ale sennor Davis wyposażył nas bardzo dobrze. Każdy z nas miał dwa konie, dobrą broń, amunicyę, żywność, narzędzia i wszystko, czego potrzeba do dłuższego pobytu w takiej pustej okolicy.
— Hm! To oczywiście wystarczy dla tych ludzi.
— Otoczyli nas i zapytali, kim jesteśmy i czego chcemy w tych stronach. Gdy powiedzieliśmy im prawdę, udali bardzo rozgniewanych, twierdząc, że Mapimi jest ich własnością razem ze wszystkiem, co się w niej i na niej znajduje. Potem zażądali od nas wszystkiego, cośmy posiadali.
— A wy daliście?
— Ja nie. Harton postąpił rozsądniej odemnie, odłożył bowiem wszystko, co miał, ja natomiast porwałem za rusznicę, nie dla tego, by do nich strzelać, gdyż wobec przemocy byłoby to wielkiem głupstwem, lecz, aby ich zastraszyć. Pokonali mnie oczywiście odrazu, powalili i ograbili do skóry. Biali nie przyszli nam z pomocą! Wypytywali nas tylko o różne rzeczy, a ponieważ nie chciałem odpowiadać, przeto oćwiczyli mnie za to lassami. Harton był i tym razem mądrzejszy odemnie. Nie znając ich zamiarów, powiedział im o wszystkiem, nawet o nowej bonancy sennora Uhlmanna. Tu zaczęli oni słuchać pilniej, żądając, by ją im opisał. Ja wpadłem Hartonowi w słowo, prosząc, żeby zamilknął. On poczuł wreszcie, że im ufać nie można i odmówił już dalszych wyjaśnień. Za to skrępowano mnie i wkopano tutaj, Hartona zaś bito tak długo, dopóki nie wyjawił wszystkiego. Ponieważ jednak przypuszczali, że starał się wprowadzić ich w błąd, przeto zabrali go z sobą i zagrozili mu śmiercią w największych męczarniach, jeśli do jutra wieczorom nie wskaże im drogi do bonancy.
Nie widziałem jeszcze u Old Deatha miny, jaką przybrał w tej chwili, chociaż przypatrzyłem mu się już w rozmaitych nastrojach. Zarysował się w twarzy jego wyraz ponurej, dzikiej, nieubłaganej stanowczości. Wyglądał jak morderca, który przedsięwziął nie oszczędzać swej ofiary za żadną cenę. W głosie jego drżała chrypka niemal, kiedy zapytał:
— Sądzicie więc, że udali się stąd do bonancy?
— Tak. Chcą napaść na bonancę i ograbić ją. Są tam wielkie zapasy amunicyi, żywności i innych przedmiotów, posiadających wielką wartość dla tych opryszków. Srebra także tam mnóstwo.
— Do wszystkich dyabłów! Zechcą się dzielić. Biali zabiorą kruszce, a czerwoni wszystko inne. Jak to daleko stąd?
— Dobry dzień drogi. Jutro wieczorem mogą tam przybyć, jeśli Harton nie posłucha rady, którą mu dałem.
— Jakiej rady?
— Żeby z nimi kołował. Spodziewałem się, że ktoś przecież nadejdzie i mnie uwolni. Tego przechodnia miałem poprosić, żeby czemprędzej pojechał do bonancy i ostrzegł tam ludzi. Ja nie byłbym mógł z nim razem pojechać, ponieważ konia nie miałem.
Stary skut patrzył przez chwilę w zamyśleniu przed siebie, a potem rzekł:
— Najchętniej wyruszyłbym zaraz. Można aż do zmroku iść tropem tych łotrów. Czy nie moglibyście opisać mi drogi tak dokładnie, żebym trafił i w nocy?
Gambusino zaprzeczył i ostrzegał poważnie przed nocną jazdą. Old Death postanowił zatem zaczekać aż do jutra.
— Nas szesnastu — mówił dalej — będzie miało do czynienia z czterdziestu czerwonymi i z dziesięciu białymi, czyli razem z pięćdziesięciu ludźmi, nie potrzebujemy więc zbytnio się obawiać. Jak byli uzbrojeni Czimarrowie?
— We włócznie, łuki i strzały. Przywłaszczyli sobie nasze obydwa rewolwery i strzelby — odrzekł gambusino.
— To nic, gdyż nie umieją obchodzić się z taką bronią. Zresztą skorzystamy ze wszystkich okoliczności. Oprócz tego należałoby się dowiedzieć, gdzie i jak położona jest bonanca. Koło bonancy będzie najprawdopodobniej woda. Takie potoki płyną zwyczajnie parowem, kenionem, a w tej bezdrzewnej okolicy łatwo kenion znaleźć. Opiszcieno mi to miejsce!
— Wyobraźcie sobie wcięty głęboko w las parów, rozszerzający się w środku, a dokoła otoczony stromemi skałami wapiennemi. Te skały kryją w sobie ogromne bogactwo srebra, miedzi i ołowiu. Wysokopienny las dochodzi górą aż do krawędzi tego jaru, a poszczególne drzewa rosną nawet po ścianach. W tyle wytryska źródło i spływa od razu obfitym strumieniem. Ten parów, albo raczej dolina, długa jest prawie na dwie mile angielskie, a mimo to niema prawie nigdzie miejsca, którędy możnaby zejść po skałach. Jedyne wejście i wyjście znajduje się tam, gdzie z doliny potok wypływa, a tam schodzą się skały tak ciasno, że obok wody jest tylko miejsce na trzech ludzi, lub dwóch jeźdźców, gdyby obok siebie przejść chcieli.
— W takim razie miejsca tego można doskonale bronić przed napadem!
— Zapewne. Innego wejścia nikt nie znajdzie, przynajmniej nikt taki, kto nie mieszka tam teraz. Ponieważ pracuje się w środku doliny, przeto trudno byłoby w danym razie chodzić zawsze pół godziny do wejścia, aby się z doliny wydostać. Sennor Uhlmann kazał więc urządzić w odpowiedniem miejscu ścieżkę, pnącą się po ścianie. Skała wznosi się tam nie pionowo, lecz stopniami. Sennor polecił pościnać drzewa i postrącać je na stopnie tak, że leżą wsparte o skałę. W ten sposób utworzyła się od góry aż do dołu masa pni i konarów, pod których osłoną wyrąbano schody. Nikt obcy ich nie dostrzeże.
— Oho! Ja jestem gotów zaraz odkryć to słynne schody. Zdradziliście się sami wzmianką o ścinaniu drzew. Tam bowiem, gdzie drzewa sztucznie usunięto, muszą, lub musieli się ludzie znajdować.
— Gdy przyjdziecie na to miejsce, nie domyślicie się, że te drzewa spuszczano sztucznie z wielkim wysiłkiem za pomocą lin i lassów nawet z narażeniem życia. Zrozumiejcie mnie dobrze! Nie ścinano drzew w zwykłem tego słowa znaczeniu. Nie widać ani jednego kawałka pnia. Sennor Uhlmann kazał je wykopywać z korzeniami tak, że zwolna nachylały się ku parowowi i podnosiły z ziemi cały kłąb innych korzeni. Około trzydziestu ludzi trzymało je potem na sznurach, aby nie runęły aż na dolinę; one zsunąwszy się zwolna opierały się na tym stopniu, który był do tego potrzebny.
— Czyż Uhlmann ma tylu robotników?
— Teraz czterdziestu.
— W takim razie napad nie przedstawia wielkiego niebezpieczeństwa. Jak urządzone jest połączenie ze światem zewnętrznym?
— Zapomocą mułów, które przybywają co dwa tygodnie, aby dolinę zaopatrzyć we wszystkie potrzebne środki i zabrać kruszec.
— Czy sennor każe wejścia pilnować?
— W nocy, kiedy śpi wszystko. Oprócz tego krąży strzelec, wynajęty w tym celu, przez cały dzień po okolicy, aby towarzystwo zaopatrzyć w dziczyznę. Jemu nic ujść nie może.
— Czy Uhlmann pozakładał budynki?
— Nie. Sam mieszka w wielkim namiocie, w którym gromadzą się wszyscy po pracy. Namiot poboczny służy jako śpichlerz na zapasy. Oba przytykają do ściany parowu. Dokoła stoją zbudowane na razie z gałęzi i tym podobnych materyałów budy, w których obozują robotnicy.
— Ale obcy może z górnej krawędzi zobaczyć jasne namioty!
— Nie, ponieważ pokrywają je gęste korony drzew, a oprócz tego dachy zrobione są nie z białego płótna, lecz z ciemnej materyi gumowej.
— To już lepsze. Jakże z uzbrojeniem?
— Znakomicie! Każdy z robotników ma dubeltówkę, nóż i rewolwer.
— W takim razie niech sobie przychodzą kochani Czimarrowie. Oczywiście, że my powinniśmy przybyć przed nimi. Trzeba jutro konie natężyć. A jeraz spróbujmy zasnąć. Wobec tego, co czeka nas jutro, musimy dobrze wypocząć, my i konie.
Pożądany sen odbiegał mnie, chociaż poprzedniej nocy ani chwili nie spałem. Podniecała mię myśl, że jutro schwytam Gibsona. Old Death także nie mógł zasnąć. Przewracał się co chwila z jednego boku na drugi, co było u niego rzeczą rzadką. Słyszałem, jak wzdychał i mruczał do siebie jakieś słowa, których nie rozumiałem, chociaż leżałem obok niego. Coś mu ciężyło na sercu. Zachowanie się jego w czasie wzmianki o gambusinio Hartonie wpadło mi szczególnie w oko, ale tłómaczyłem je sobie tem, że Old Death znał tego człowieka. Czyżby jednak stosunek jego był jeszcze innym jak tylko zwyczajnego znajomego?
Może po trzech godzinach leżenia zauważyłem, że powstał. Zaczął nadsłuchiwać, czy oddychamy regularnie i śpimy, poczem odwrócił się i poszedł wzdłuż potoku. Indyanin, stojący na straży, nie przeszkodził mu w tem oczywiście. Po jego odejściu minął jeden kwadrans, drugi i trzeci, a on nie powracał. Wobec tego wstałem i udałem się za nim.
Dopiero w dziesięć minut drogi zobaczyłem go, zwróconego tyłem do mnie nad potokiem i wpatrzonego w księżyc. Nie starałem się stąpać cicho, ale trawa głuszyła odgłos moich kroków. Mimoto byłby je Old Death usłyszał, gdyby go nie były zaprzątnęły jego myśli. Dopiero kiedy stanąłem tuż za nim, odwrócił się, wyrwał rewolwer z za pasa i huknął na mnie:
— Do wszystkich dyabłów! Kto wy jesteście? Poco się tu skradacie? Czy chcecie dostać kulą?
Wtem zamilkł. Widocznie duchem daleko był od nas, skoro mnie teraz nie poznał.
— Ach, to wy! — mówił dalej. — Byłbym was już kulą poczęstował, gdyż naprawdę wziąłem was za obcego. Czemu nie śpicie?
— Ponieważ nie daje mi spokoju myśl o Gibsonie i Ohlercie.
— Tak? Wierzę bardzo. No, jutro będziemy obydwu mieli w ręku, albo niech się nie nazywam Old Death. Ja nie mogę dłużej ich ścigać, gdyż muszę zostać w bonancy.
— Wy? Dlaczego? Czy to tajemnica?
— Tak.
— W takim razie uszanuję ją i nie będę wam dłużej przeszkadzał. Słyszałem wasze westchnienia, sądziłem więc, że będę mógł ulżyć sercu waszemu w cierpieniu, które wam widocznie dolega. Dobranoc, sir!
Odwróciłem się, aby odejść. Old Death puścił mnie na małą przestrzeń od siebie, poczem doleciały mnie jego słowa:
— Master, nie uciekajcie! To prawda, co mówicie o cierpieniu serca. Ciąży mi ono na duszy i nie chce mię opuścić. Poznałem was jako człowieka dobrego i umiejącego milczeć, który nie osądzi mnie zbyt surowo. To też dowiecie się teraz, co mnie gnębi. Wszystkiego mówić nie potrzebuję, wystarczy coś niecoś, a reszty sami się domyślicie z łatwością.
Wziął rękę moją pod ramię i poszedł zwolna nad brzegiem potoku.
— Jakie wy macie właściwie o mnie wyobrażenie? — zapytał znienacka. — Co sądzicie o moim charakterze... o... o... moralnym Old Deacie?
— Jesteście człowiekiem honoru, dlatego kocham was i miłuję.
— Hm! Czy popełniliście już kiedy jaką zbrodnię?
— Hm! — mruknąłem ja także. — Złościłem rodziców i nauczycieli. Przełaziłem przez płot do ogrodu sąsiada. Obijałem innych chłopców, którzy byli odmiennego zdania niż ja i tak dalej!
— Nie plećcie głupstw! Ja myślę o rzeczywistych zbrodniach, podpadających karom kryminalnym.
— Nie, czegoś takiego nie przypominam sobie zaiste.
— W takim razie jesteście nadzwyczaj szczęśliwym człowiekiem, sir. Zazdroszczę wam. Nieczyste sumienie, to kara! Żadna szubienica, żaden kryminał nie dorówna okropności tej kary.
Powiedział to takim tonem, że wzruszył mnie głęboko. Tak, ten człowiek wlókł za sobą ciężar jakiejś zbrodni, bo w przeciwnym razie nie mówiłby z takiem uczuciem. Ja milczałem na to. Upłynęła chwila, nim zaczął dalej mówić:
— Master, nie zapominajcie o tem: że istnieje sprawiedliwość Boska, wobec której ludzka jest dziecinną igraszką. Sąd stały zasiada w sumieniu człowieka i dniem i nocą grzmi mu w uszy wyrokiem. Muszę sobie ulżyć, muszę wam to powiedzieć. A czemu właśnie wam? Bo pomimo swej młodości wzbudziliście do siebie we mnie wielkie zaufanie, nadto mam jakieś dziwne przeczucie, że jutro może się stać coś, co nie pozwoli staremu skutowi wyznać grzechów.
— Co wam do kaduka, sir! Nie spodziewacie się chyba śmierci?
— Niestety, zdaje mi się, że ona przyjdzie — potwierdził kiwając głową. — Słyszeliście, co mówił gambusino o kupcu Hartonie. Co sądzicie o bracie tego człowieka?
Teraz zacząłem się domyślać rzeczywistego stanu rzeczy. Odpowiedziałem przeto łagodnie:
— Był w każdym razie lekkomyślny.
— Pshaw! Chcecie przez to wydać łagodny wyrok? Powiadam wam, że lekkomyślny jest o wiele niebezpieczniejszy od złośliwie złego. Złego poznać można zdaleka, lekkomyślny natomiast jest przeważnie miłym człowiekiem i dlatego jest dla społeczeństwa więcej niebezpieczny. Tysiąc złych można poprawić, gdyż złość ma charakter, o który poprawa może się zaczepić. Ale wśród tysiąca lekkomyślnych da się zaledwie jednego poprawić, gdyż nie posiadają oni żadnej pewnej rączki, za którąby można uchwycić i pociągnąć ich na dobrą drogę. Ja właściwie nie byłem nigdy zły, lecz lekkomyślny, bezdennie lekkomyślny, gdyż owym Hartonem, który strwonił majątek brata, jestem... ja, ja, ja!
— Ależ, sir, przedstawiliście się mnie pod innem nazwiskiem!
— Oczywiście! Przybrałem sobie inne, ponieważ zbezcześciłem to, które nosiłem. Żaden zbrodniarz nie opowiada chętnie o tem, względem czego się grzechu dopuścił. Czy sobie przypominacie, co do was powiedziałem w Nowym Orleanie, że zacna moja matka postawiła mnie była na drodze do szczęścia, że jednak ja go na całkiem innej szukałem?
— Przypominam sobie.
— To nie będę tracił wielu słów. Matka moja, umierając, wskazała mi drogę cnoty, ja jednak poszedłem manowcami lekkomyślności. Chciałem się wzbogacić, posiąść miliony. Spekulowałem nierozumnie, straciłem ojcowiznę i honor kupiecki. Wobec tego przystałem do digginów. Miałem szczęście i znalazłem mnóstwo złota. Roztrwoniłem to tak samo szybko i stałem się namiętnym graczem. Męczyłem się mięsiącami w digginach po to, aby zarobek jako jedną stawkę i w pięć minut stracić. To mi nie wystarczało. Nie zdobywałem takich sum, jakie posiadać chciałem. Sto tysięcy dolarów zapragnąłem, ja ostatni głupiec, postawić na raz, aby bank rozbić, a potem z pomocą tego wszystkie inne banki. Udałem się do Meksyku, zostałem gambusinem, szczęście sprzyjało mi ogromnie, ale wszystko przegrałem. Takie życie poderwało mnie także fizycznie, a w dodatku zacząłem palić opium. Byłem przedtem chłop mocny i muskularny, olbrzym, a podupadłem jak cherlak ostatni. Tak dalej już być nie mogło. Ludzie ze wstrętem już na mnie patrzyli, a wszystkie psy szczekały na mój widok. Wtem spotkałem się z bratem, który miał sklep we Frisco. Poznał mnie pomimo nędzy i wziął do swego domu. O gdyby był tego nie zrobił! Gdyby mi dał był zginąć! Oszczędziłby był sobie nieszczęścia, a mnie jeszcze gorszych wyrzutów sumienia!
Zamilkł na chwilę. Wzdychał ciężko, że mię wielka litość nad nim zdjęła.
— Byłem zmuszony sprawować się dobrze — mówił dalej. — Brat uwierzył, że się poprawiłem i dał mi posadę w swoim sklepie. Ale szatan gry drzemał tylko, a gdy się zbudził, porwał mnie jeszcze mocniej w swe szpony. Naruszyłem kasę, by zmusić szczęście do służby dla siebie. Wystawiałem fałszywe weksle, by pieniądze poświęcić molochowi hazardu. Przegrywałem i przegrywałem, aż wkońcu nie było już ratunku. Wtedy uciekłem. Brat popłacił fałszowane weksle i stał się przez to żebrakiem. On zniknął także z małym chłopcem, pochowawszy wpierw żonę, która zmarła z przerażenia i bolu. Dowiedziałem się o tem dopiero po wielu latach, odważywszy się zaglądnąć do Frisco. Wrażenie tej wiadomości pchnęło mię na lepsze tory. Zacząłem znowu pracować jako gambusino nie bez szczęścia. Przybyłem, aby wynagrodzić bratu szkodę, alo go już nie zastałem. Odtąd szukałem go wszędzie bez skutku. To niespokojne, koczownicze życie zrobiło ze mnie skuta. Gry zaniechałem, ale palenia opium nie. Nie palę go już, tylko żuję w znikomo małych dawkach z tytoniem. Oto moje wyznanie, a teraz spluńcie na mnie, albo mnie podepczcie nogami; nie mam nic przeciwko temu, gdyż zasłużyłem na to!
Wypuścił moją rękę, usiadł w trawie, wsparł łokcie na kolanach, a twarz ukrył w dłoniach. Siedział tak długi czas, nie wydając głosu z siebie, ja zaś stałem pełen uczuć, które się nie dadzą opisać. Wkońcu zerwał się znowu, wpatrzył się we mnie wzrokiem widma i zapytał:
— Wy jeszcze tutaj? Czy nie strach wam przed tym nędznikiem?
— Strach? Nie. Żal mi was serdecznie, sir. Nagrzeszyliście wiele, ale też wiele przecierpieliście, a wasza skrucha jest szczera. Jakżebym śmiał choćby pocichu rościć sobie prawo do wyroku! Ja sam jestem grzesznikiem i nie wiem, jakie mi życie przyniesie pokusy.
— Wiele wycierpiałem? Tak, macie słuszność, wielką słuszność! Mój Boże, czemże są dźwięki puzonów całego świata wobec niespoczywającego nigdy głosu sumienia człowieka, którzy się poczuwa do winy? Muszę pokutować i naprawić tyle, ile zdołam. Jutro zobaczę nareszcie brata. Doznaję wrażenia, jak gdyby dla mnie wschodziło jakieś słońce, ale nie ziemskie. To wszystko jednak was nic nie obchodzi. Co innego chciałem wam powiedzieć i o co innego prosić. Czy spełnicie mi to życzenie?
— Z całego serca!
— To posłuchajcie! To, że nawet kiedy przez pewien czas nie mam konia, włóczę z sobą siodło, to dzieje się dla słusznego powodu. Jeśli się odpruje podszewkę, można się dostać do rzeczy, przeznaczonych dla brata, ale wyłącznie dla brata. Zapamiętacie to sobie, sir?
— To prośba, nad wyraz skromna.
— Nie tak bardzo. Ale może się jeszcze kiedyś dowiecie, jak wielkie pokładam w was zaufanie, skoro proszę was, żebyście o tem nie zapomnieli. A teraz odejdźcie, sir! Zostawcie mnie samego! Wydaje mi się, jak gdybym musiał jeszcze dziś w nocy przeczytać księgę mych win. Jutro może już czasu nato nie będzie. Są przeczucia, po których poznać natychmiast, że są zwiastunami prawdy. Proszę was, idźcie! Śpijcie z Bogiem! Wasze sumienie czyste. Dobranoc, sir!
Wróciłem powoli do obozu i położyłem się. Zasnąłem dopiero w kilka godzin, na krótko przed samym brzaskiem, a starego jeszcze nie było. Gdy nas budzono, siedział już na siodle, jak gdyby mu zależało na tem, by się jego przeczucie śmierci urzeczywistniło. Gambusino oświadczył, że z wyjątkiem niewielkiego bolu w plecach czuje się zupełnie dobrze i rzeźko. Opasano go jedną derką jak spódnicą, a na to zarzucono mu drugą jako płaszcz. Jeden z Apaczów wziął go na swego konia i ruszyliśmy w drogę.
Przejeżdżaliśmy znów przez keniony prawie aż do południa, dopiero o tej porze skończył się przynajmniej na ów dzień ten uciężliwy teren. Godzinami prowadziła teraz droga przez porosłe trawą równiny, z których miejscami wznosiły się góry. Trop Czimarrów mieliśmy ciągle dotąd przed sobą.
Wtem zatrzymał nas gambusino i rzekł z zadowoleniem:
— Tu musimy zboczyć od tropu. Harton posłuchał mej rady i poszedł kołem. My skierujemy się teraz na prawo, bo tam prosta droga.
— Well! To nas prowadźcie!
Na północnym zachodzie, dokąd zdążaliśmy teraz, rozłożyły się na widnokręgu niebieskawe masy, które gambusino określił jako góry. Te jednak tak daleko były jeszcze, że dopiero po kilku godzinach poznaliśmy, że się do nich zbliżamy. Zaraz po południu spoczęliśmy na krótki czas i ruszyliśmy ze wznowioną szybkością. Wreszcie ujrzeliśmy pierwszy, choć nędzny, krzak, potem nastąpiło ich więcej, aż wkońcu otwarła się przed nami prerya, na której trzeba było objeżdżać kępy zarośli. My odżyliśmy nanowo, a konie nasze trzymały się wprost znakomicie. Były to zupełnie inne zwierzęta, niż te, które nam dał sennor Atanasio. Kłusowały tak raźno, jak gdybyśmy dopiero przed chwilą wyruszyli z obozu.
Tymczasem odległość między nami a górami zmniejszyła się była znacznie. Był też już czas na to, gdyż słońce chyliło się ponad ich szczytami ku zachodowi. Tu ujrzeliśmy w samym środku preryi pierwsze drzewo z poszarpanymi przez burze konarami. Powitaliśmy je jako zwiastuna upragnionego lasu. Potem następowały inne to z prawej, to z lewej strony, tu bliżej siebie, tam dalej, aż utworzyły gaj ze wznoszącym się jak oparcie gruntem, po którym dostaliśmy się na wzgórze, za którem teren opadał stromo ku niezbyt głębokiej dolinie. Tam musieliśmy zjechać, aby dolinę przeciąć. Stamtąd jednak wznosił się grunt do znacznej wyżyny, nagiej wprawdzie i łysej, ale pokrytej na szczycie drzewami. Wzdłuż tego grzbietu jechało się pod drzewami, a potem stromo w dół przez parów, a następnie znowu pod górę na małe, bezdrzewne, ale porosłe trawą płaskowzgórze. Zaledwie wstąpiły na nie kopyta naszych koni, ujrzeliśmy pas, ciągnący się trawą, na poprzek naszego kierunku.
— Trop! — zawołał gambusino. — Kto mógł tędy przejeżdżać?
Równocześnie zsiadł, aby zbadać ślady.
— Ja widzę to z konia — gniewał się Old Death. — Taki trop może zostawić tylko gromada, licząca ponad czterdziestu jeźdźców. Przybywamy zatem zapóźno.
— Sądzicie istotnie, że to byli Czimarrowie?
— Nawet stanowczo, sennor!
Winnetou zsiadł również, poszedł trochę za tropem, poczem oświadczył:
— Dziesięć bladych twarzy, a czterdziestu czerwonych. Od kiedy przeszli, minęła już godzina.
— Cóż wy na to, sennor gambusino? — spytał Old Death.
— Jeśli tak jest naprawdę, to możemy ich przecież jeszcze uprzedzić — odrzekł zapytany. — W każdym razie będą badali okolicę przed napadem, a to wymaga czasu.
— Oni zmuszą Hartona, żeby im wszystko opisał, nie będą więc tracili czasu na długie poszukiwania.
— Ale Indyanie atakują zawsze przed rannym brzaskiem.
— Zabierajcie się ze swoim brzaskiem! Powiedziałem przecież, że z nimi są biali! Dyabła tam będą zważali na obyczaje czerwonych. Założyłbym się, że w biały dzień wejdą do bonancy. Postarajcie się zatem, żebyśmy się tam jak najprędzej dostali!
Ostrogi poszły w ruch i popędziliśmy przez równinę w całkiem innym kierunku niż Czimarrowie. Harton nie poprowadził ich ku wejściu do bonancy, lecz do jej krawędzi, położonej najdalej w tyle. My zaś dokładaliśmy starań, aby jak najrychlej dostać się do jej wnętrza. Niestety zaczęła teraz szybko ciemność zapadać. Do tego wjechaliśmy w las na zupełnie nie utarty grunt, musieliśmy to zjeżdżać nadół, to znów piąć się pod górę i zdać się całkiem na kroczącego przed nami gambusina, oraz na oczy koni. Ale konary i gałęzie zawadzały nam bardzo, biły nas po twarzy, zachodziła obawa, że nas zmiotą z siodeł. Dlatego pozsiadaliśmy i poszliśmy dalej piechotą, prowadząc konie za uzdy, a z rewolwerami w wolnej ręce, ponieważ każdej chwili mogliśmy się spotkać z nieprzyjacielem. Nareszcie usłyszeliśmy szmer wody.
— Jesteśmy przy wejściu — szepnął gambusino.— Uważajcie teraz! Na prawo woda. Trzymajcie się skały na lewo i idźcie po jednemu!
— Ładnie! — odrzekł Old Death. — Tu w nocy straże nie stoją?
— Teraz nie jeszcze. Czas nocnego spoczynku jeszcze nie nadszedł.
— Ładna gospodarka! I w dodatku w bonancy! Jaka tam droga? Ciemno, że oko wykól!
— Ciągle prosto. Grunt równy. Aż do namiotu niema żadnej przeszkody.
Widzieliśmy w ciemności tylko tyle, że przed nami ciągnęło się otwarte dno doliny. Na lewo wznosiły się wysoko czarne masy ścian skalnych, na prawo szemrała woda. Tak szliśmy, prowadząc jeszcze konie za uzdy. Ja gambusino i Old Death otwieraliśmy pochód. Wtem wydało mi się, że dostrzegłem postać, podobną do psa, przemykającą się pomiędzy nami a skałą. Zwróciłem na to uwagę drugich, wobec czego zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy nadsłuchiwać. Nic jednak się nie odezwało.
— Ciemność zwodzi — rzekł gambusino. — Zresztą za nami znajduje się ukryte wejście na górę.
— Ta postać mogła właśnie zejść stamtąd — powiedziałem ja.
— W takim razie nie byłoby obawy, gdyż byłby to przyjaciel. Ale mieszkaniec doliny nie ma tu teraz czego szukać. To wam się tylko tak zdawało.
Na tem skończyła się ta sprawa, która potem sprowadziła tak straszne nieszczęście na nas, względnie na jednego z nas. Wkrótce zobaczyliśmy niepewne światło lamp, przedostające się przez ściany namiotu i usłyszeliśmy głosy ludzkie.
— Wy zaczekajcie na resztę — rzekł Old Death do gambusina, który z nami we trójkę szedł przodem — i powiedzcie, by się zatrzymali przed namiotem, dopóki nie zawiadomimy sennora Uhlmanna.
Tętent naszych koni musiano słyszeć w namiocie, a mimo to nie odchylono drzwi.
— Chodźcie ze mną, sir! — rzekł stary. — Zobaczymy, jaką radość i niespodziankę im sprawimy.
Z zewnątrz można było poznać, gdzie znajdowały się drzwi w kształcie zasłony. Old Death wszedł przedemną.
— Oto już oni! — zawołał jakiś głos. — Nie wpuście go do środka!
Jeszcze podczas tych słów padł strzał. Ujrzałem, jak skut pochwycił oburącz za ramę drzwi, a równocześnie zauważyłem kilka zwróconych ku drzwiom wylotów strzelb. Stary skut nie mógł się utrzymać na nogach i osunął się na ziemię.
— Moje przeczucie... mój brat... Przebaczenia... w siodle...! — jęknął.
— Sennor Uhlmann, nie strzelajcie, na miłość Boga! — krzyknąłem. — Jesteśmy przyjaciółmi. Z nami jest wasz teść i szwagier. Przychodzimy obronić was przed zamierzonym napadem.
— Mój Boże! Przyjaciele! — odpowiedziano z wnętrza. — Czy to prawda?
— Tak, nie strzelajcie. Wpuście mnie, tylko mnie samego!
— To wejdźcie, ale nikt więcej!
Wszedłem i zastałem tam ze dwudziestu mężczyzn, uzbrojonych w strzelby. Świeciły się trzy lampy, zwisające ze stropu namiotu. Naprzeciw mnie wyszedł młody człowiek, a obok niego stał jakiś wynędzniały i obdarty.
— Czy ten był z nimi, Hartonie? — zapytał ów młody.
— Nie, sennor!
— Nonsens! — zawołałem. — Nie urządzajcie egzaminu. My jesteśmy przyjaciele, ale nieprzyjaciel za nami. Mogą nadejść każdej chwili. Ten człowiek nazywa się Harton? Czy to jego wlekli z sobą Czimarrowie już od dłuższego czasu?
— Tak, on im umknął. Wszedł tu zaledwie przed dwiema minutami.
— Więc to wy przekradaliście się obok nas, master Hartonie? Widziałem was, ale tamci mi nie wierzyli. Kto wystrzelił?
— Ja — rzekł jeden z obecnych.
— Chwała Bogu! — odetchnąłem, ponieważ myślałem już, że brat brata zastrzelił. — Zabiliście człowieka, któremu zawdzięczacie swoje ocalenie!
Wtem weszli obaj Langowie, a za nimi gambusino, który nie dał się już dłużej wstrzymać. Teraz nastąpiła chaotyczna, gwarliwa, scena radości, do której przyłączyli się mieszkańcy z poblizkich chałup. Musiałem użyć dosadnych wyrazów, zanim sprowadziłem spokój. Old Death trafiony w samo serce oddał już był Bogu ducha. Murzyn Sam wniósł jego zwłoki do namiotu i położył wśród głośnego lamentu między nami. Dwie kobiety ukazały się z drugiego przedziału namiotu, jedna z chłopczykiem na rękach. Była to niańka. Druga padła w ramiona ojca i brata.
W owem położeniu musiałem zdać się na siebie samego. Kiedy inni zajęci sobą żywo rozmawiali, ja zapytałem Hartona, jak mu się uciec udało, a on zaczął tak opowiadać:
— Wyprowadziłem ich lasem na tył doliny, gdzie rozłożyli się obozem, a wódz poszedł na zwiady. Kiedy zmrok zapadł, ruszyli w drogę, zostawiając konie pod osłoną kilku strażników, wśród których leżałem ze związanemi rękoma i nogami. Jakoś zdołałem uwolnić najpierw ręce, a następnie nogi, poczem pomknąłem szybko ku ukrytym schodom i na dolinę. Zauważyłem was, a myśląc, że to wrogowie, pospieszyłem tu, gdzie zastałem zgromadzoną większość robotników, którym doniosłem o napadzie. Pierwszy, kto szedł, padł od strzału.
— Obyście byli raczej tam zostali, gdzie pieprz rośnie! Sprawiliście straszne nieszczęście. Z waszych słów wnioskuję, że te łotry mogą się tu zjawić lada chwila. Trzeba zrobić porządek.
Zwróciłem się oczywiście wprost do Uhlmanna, tego samego, który za mojem wejściem stał obok Hartona. Pouczyłem go w krótkich słowach o stanie rzeczy i z jego pomocą zarządzono wszystko w niespełna dwie minuty. Konie nasze zaprowadzono dalej na tył doliny. Apacze ustawili się za namiotem, a obok nich robotnicy Uhlmanna. Zwłoki Old Deatha umieszczono znów na dworze. Wyniesiono nad strumień beczkę nafty i flaszkę benzyny. Odbito jedno dno beczki, a jeden z ludzi otrzymał rozkaz wlać na dany znak benzynę do nafty, zapalić, potem zaś beczkę wepchnąć do wody. Płonąca nafta byłaby popłynęła po wodzie i w ten sposób oświetliła całą dolinę.
Pięćdziesięciu ludzi stało teraz gotowych na przyjęcie nieprzyjaciół, którym dorównywaliśmy liczbą, a przewyższaliśmy pod względem uzbrojenia. Kilku przebiegłych i doświadczonych robotników wysłano do wejścia, aby donieśli o zbliżaniu się napastników.
Na tylnej ścianie namiotu rozluźniono pierścienie, aby móc tędy wchodzić i wychodzić.
Kobiety i dziecko zaprowadzono do tylnej części doliny. Ja siedziałem w namiocie tylko z Uhlmannem, Winnetou i obydwoma Langami, Sam zaś został przy Apaczach. Czekaliśmy z dziesięć minut, kiedy wszedł jeden z wysłanych naprzód ludzi i doniósł, że przyprowadził dwu białych, którzy pragną złożyć swoje uszanowanie sennorowi Uhlmannowi, że za tymi białymi dał się jednak zauważyć ruch, z czego należy wnosić, iż reszta zbliża się także. Obcym pozwolono wejść, przedtem jednak ja ukryłem się z obydwoma Langami i Winnetou w drugim przedziale.
Tymi dwoma białymi byli ku memu zdumieniu Gibson i Ohlert. Powitano ich uprzejmie i poproszono, żeby usiedli, co też obaj uczynili. Gibson nazwał siebie Gavilano i przedstawił się jako geograf, który razem z kolegą zwiedza te góry. Oświadczył, że niedaleko stąd rozbił obóz, kiedy przybył doń gambusino, niejaki Harton, od którego dowiedział się, że tu znajduje się porządne mieszkanie. Ponieważ kolega jego zachorował — mówił dalej Gibson — przeto poprosił Hartona, żeby go tu przyprowadził i zapytał sennora Uhlmanna, czyby nie przyjął go na jedną noc.
Nie zastanawiając się nad tem, czy podstęp Gibsona dobrze obmyślany, czy głupio, wyszedłem z mojej kryjówki, a na mój widok zerwał się Gibson na równe nogi i wypatrzył się na mnie z wyrazem najwyższego przerażenia.
— Czy Czimarrowie, którzy idą za wami, także zachorowali, master Gibson? — zapytałem. — Wiliam Ohlert nietylko tutaj zostanie, lecz pójdzie ze mną, a was także zabiorę.
Ohlert siedział jak zwykle, nie biorąc w niczem udziału. Gibson jednak upamiętał się rychło.
— Łotrze! — krzyknął na mnie. — Aż tutaj ścigasz uczciwych ludzi?
— Milcz, człowiecze! — przerwałem mu. — Jesteś moim jeńcem!
— Jeszcze nie! — odparł z wściekłością. — Dostaniesz najpierw tem!
Miał strzelbę w ręku i zmierzył się do uderzenia mnie kolbą. Ja pchnąłem go w rękę, przez co zrobił pół zwrotu, strzelba uderzyła w dół i trafiła w głowę Ohlerta, który też upadł natychmiast. W następnej chwili wtargnęli robotnicy do namiotu i wycelowali strzelbami do Gibsona, którego ja jeszcze trzymałem.
— Nie strzelać! — zawołałem, chcąc go wziąć żywcem, ale już było zapóźno. Huknął strzał i Gibson runął z przestrzeloną głową na ziemię.
— To nic, panie! U nas w kraju taki zwyczaj! — rzekł ten, który wystrzelił.
Na ten strzał, jakby na znak, umówiony może przez Gibsona ze wspólnikami, rozległo się w pobliżu wejścia indyańskie wycie wojenne. To wpadli Czimarrowie i sprzymierzeni z nimi biali.
Uhlmann wybiegł na dwór, a reszta za nim. Głos jego, strzały, krzyki i przekleństwa ludzi mieszały się z sobą wśród ciszy nocnej. Ja zostałem sam z Ohlertem w namiocie. Ukląkłem przy nim, aby się przekonać, czy żyje. Tętno biło jeszcze i to mnie uspokoiło. Mogłem więc wziąć udział w walce.
Wyszedłszy, zobaczyłem, że to zbyteczne. Dolinę oświetliła płynąca potokiem nafta, jak w dzień. Przyjęto nieprzyjaciół całkiem inaczej, aniżeli się spodziewali. Większość ich leżała na ziemi, a reszta umykała ku wyjściu, ścigana przez zwycięzców. Tu i ówdzie walczyli poszczególni napastnicy z dwoma lub trzema ludźmi Uhlmanna, lecz oczywiście bez nadziei skutku.
On sam stał obok namiotu i posyłał kulę za kulą, gdzie tylko znalazł cel odpowiedni. Zwróciłem jego uwagę na to, że byłoby dobrze wysłać oddział ludzi pod przewodnictwom Hartona ukrytą ścieżką po konie napastników. Tam można było także przyjąć odpowiednio tych, którym udałoby się ujść wejściem do doliny. Uhlmann uznał słuszność tej rady i posłuchał jej natychmiast.
W kilka minut po pierwszym strzale plac boju był całkiem czysty.
To, co potem nastąpiło, chętnie pominę. Obrazów, na które oburza się serce człowieka, nie powinno się malować pendzlem, ani piórem. Prawdziwe chrześcijaństwo zakazuje nawet zwycięzcy rozkoszować się tryumfem.
Wysłany oddział zabrał z łatwością konie i pozostał przy nich przez całą noc, powrócił tylko Harton. On oczywiście nie miał najmniejszego pojęcia o tem, kto był jedynym poległym z naszej strony, który w dodatku tylko wskutek nieporozumienia padł od kuli przyjaciela. Wyszedłem z nim na dolinę, gdzie płonęło kilka roznieconych tymczasem ognisk. Usiedliśmy w ciemnem miejscu, poczem ja opowiedziałem mu to, co go teraz obchodziło.
Harton płakał głośno i rozdzierająco, jak dziecko. Kochał brata zawsze, dawno już przebaczył mu wszystko i został gambusinem w nadziei, że go gdzieś spotka, kazał sobie opowiedzieć wszystko, począwszy od pierwszego mego spotkania ze skutem aż do chwili, kiedy skruszonego dosięgła zabłąkana kula. Chciał znać każde zamienione przez nas słowo, a gdy po przeszło godzinie wróciliśmy do namiotu, by się przypatrzyć zmarłemu, poprosił mnie, żebym go tak pokochał, jak jego biednego brata.
Rankiem przyniesiono siodło Old Deatha i w cztery oczy odpruliśmy podszewkę. Znaleźliśmy portfel, cienki wprawdzie, lecz bogatej zawartości. Zmarły pozostawił przekazy bankowe na sumę znacznej wysokości, ale co ważniejsze, dokładnie wyrysowany plan powitej miejscowości w Sonorze, gdzie Old Death odkrył wielce obiecującą bonancę. Od tej chwili był Fred Harton bardzo bogatym człowiekiem.
Jakie plany miał Gibson co do Ohlerta, o tem nie podobna się było dowiedzieć. Nawet siostra jego, Feliza Perillo, do której wiodła ich droga, nie byłaby zdolna tego wyjaśnić. Znalazłem przy nim w banknotach wszystkie te sumy, które podjął był na Ohlerta nazwisko, z potrąceniem oczywiście tego, co wydał na podróż.
Ohlert żył wprawdzie, lecz zaraz nie mógł przyjść do siebie po ogłuszeniu. Należało się zatem spodziewać, że będzie musiał dłużej tutaj zabawić, co mnie nawet na rękę było, gdyż mogłem wypocząć po trudach i niewywczasach, oraz poznać gruntownie życie w bonancy, dopókiby stan Ohlerta nie pozwolił na to, żeby go oddać pod opiekę zdolnego lekarza w Chihuahua.
Old Deatha pochowano. Wystawiliśmy mu pomnik z krzyżem ze srebrzystego kruszcu. Brat jego wystąpił ze służby u Uhlmanna, aby niejako odżyć na nowo po trudach i przykrościach, na które ciągle był narażony jako gambusino.
Uhlmann i jego żona byli bardzo uszczęśliwieni przybyciem obudwu krewnych, a uprzejmością i gościnnością swoją starali się uprzyjemnić im pobyt u siebie. Harton, żegnając się z nimi i ze mną, prosił mnie, żebym mu towarzyszył w poszukiwaniu bonancy. Nie mogłem mu dać stanowczej odpowiedzi i pocieszałem go nadzieją, że przybędę do Chihuahua. Winnetou postanowił zostać ze mną i odesłał do domu swoich dziesięciu Apaczów, których Uhlmann obdarował sowicie. Murzyn Sam odjechał z Hartonem i z pewnością szczęśliwie wykonał polecenie Cortesia, ale czy wrócił do niego, tego już nie wiem.
W dwa miesiące potem siedziałem u poczciwego religioso[3] Benito z kongregacyi El buono Pastor w Chihuahua. Jemu to, jako najsłynniejszemu lekarzowi północnych prowincyi, powierzyłem mojego pacyenta. Udało mu się też przyprowadzić go całkiem do zdrowia. Powiadam całkiem, gdyż wraz z wyleczeniem fizycznem nastąpił także duchowy stan normalny. Wyglądało to tak, jak gdyby uderzeniem kolby zabito tę nieszczęsną jego monomanię, że chciał zostać obłąkanym poetą. Wiliam był rzeźki i zdrowy, a chwilami nawet wesoły i tęsknił do ojca, nie wiedząc nawet o tem, że właśnie go oczekiwałem. Ojciec bowiem zawiadomił mnie, gdy mu doniosłem o znalezieniu Wiliama, że sam przyjedzie po syna. Przy sposobności poprosiłem go, żeby mi u Taylora wyrobił uwolnienie ze służby. Z każdym dniem nabierałem coraz więcej ochoty, by udać się z Hartonem do Sonory.
Przychodził on codziennie odwiedzać nas obydwu i czcigodnego zakonnika. Zaprzyjaźnił się ze mną wprost serdecznie i cieszył się również bardzo zdrowiem pacyenta.
Co do tego, należało przyznać, że stał się prawdziwy cud. Ohlert nie chciał już słyszeć słowa „poeta“. Przypominał sobie każdą godzinę życia, czas jednak od ucieczki z Gibsonem aż do przebudzenia się w bonancy tworzył pustą kartę w jego pamięci.
Pewnego dnia siedzieliśmy tak razem, zakonnik, Ohlert, Harton i ja, opowiadając o tem, cośmy przeżyli i robiąc sobie nadzieje na przyszłość. Wtem zapukał famulus i wsunął do izby mężczyznę, na którego widok wydał Wiliam okrzyk radości. Jaką boleść i jakie kłopoty ojcu sprawił, o tem wiedział oczywiście tylko odemnie. Rzucił się z płaczem w jego ramiona, wobec czego my wyszliśmy cicho z pokoju.
Później oczywiście musieliśmy ojcu i synowi o wszystkich przygodach szczegółowo opowiedzieć, a oni słuchali tego, pełni radości, że się nawzajem odnaleźli. Ohlert starszy przywiózł mi uwolnienie, a Fred Harton otrzymał odemnie natychmiast słowo, że będę mu towarzyszył. Pragnęliśmy oczywiście gorąco, żeby jeszcze ktoś trzeci wziął był udział w tej podróży. Tym trzecim był nie kto inny jak nieodżałowanej pamięci Old Death. Niestety inaczej zrządziły wyroki Boże!



Przypisy

  1. Poszukiwacz złota. Wogóle człowiek. który szuka miejsc obfitujących z szlachetne metale.
  2. Miejsce obfitujące w złoto, lub srebro.
  3. Braciszek zakonny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.