Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   253   —

Komancz opuścił znowu ręce. Ja zdjąłem z niego fajkę i woreczek i zawiesiłem na szyi Old Deatha, poczem skut odstąpił i schował rewolwer.
— Tak! — rzekł. — Teraz jesteśmy znów przyjaciółmi, a mój brat może czynić, co mu się podoba. My zostaniemy tutaj i zaczekamy na wynik walki.
Wódz nigdy jeszcze nie był tak wściekły, jak dzisiaj. Sięgnął ręką po nóż, ale nie odważył się go wydobyć. Wybuchnął jednak głosem syczącym:
— Blade twarze są teraz pewne, że nic im się nie stanie, ale skoro tylko oddadzą mój kalumet i lek, wróci nieprzyjaźń, a oni zginą w mękach na palu!
Odwrócił się i odszedł pośpiesznie.
— Teraz nam bezpiecznie, jak na łonie Abrahama — rzekł skut — ale mimo to nie wolno nam zaniedbać