Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   251   —

Ty nas chcesz pojmać? Czyż nie widzisz, że znajdujesz się w moim ręku? Przypatrzno się tej broni! Wykonaj najmniejszy ruch, a zastrzelę cię natychmiast!
Wyciągnął ku niemu rewolwer. Indyanin chciał sięgnąć po swoją broń, ale w tej samej chwili Old Death przyłożył mu lufę do piersi.
— Precz z ręką! — huknął nań.
Indyanin opuścił rękę.
— Tak. Ja z tobą nie żartuję. Okazujesz się moim wrogiem i dlatego dostaniesz kulą, jeśli mnie nie usłuchasz w tej chwili!
Pomalowane rysy twarzy czerwonoskórca zaczęły się poruszać. Oglądnął się badawczo, ale Old Death zauważył:
— Nie szukaj pomocy u swoich ludzi. Zastrzeliłbym cię nawet wtedy, gdyby się tu znajdowali. Myśli twoje są tak słabe, jak u starej baby, której mózg wysechł. Otoczony jesteś wrogami, którym musisz ulec, a mimoto stwarzasz sobie w nas nowych nieprzyjaciół, groźniejszych jeszcze od Apaczów. Tak, jak tu uzbrojeni stoimy, wystrzelamy ze stu z was, zanim nas dosięgnie która z waszych strzał. Czy chcesz gwałtem poprowadzić na śmierć twych ludzi? Uczyń to! Dla nas nie mają znaczenia twoje rozkazy.
Indyanin stał przez chwilę w milczeniu, a potem rzekł:
— Mój brat powinien zważyć, że nie miałem tego na myśli!
— Biorę twe słowa tak, jak brzmią. Co ty przez nie rozumiesz, to mnie nic nie obchodzi.
— Oddal broń swoją, a zostaniemy nadal przyjaciółmi!
— Zgoda. Zanim jednak odejmę od twej piersi broń moją, muszę uzyskać pewność, że naprawdę uczciwie myślisz o naszej przyjaźni.
— Powiedziałem tak, a moje słowo coś znaczy.
— A w tej chwili właśnie wspomniałeś, że inaczej