Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   254   —

żadnego środka bezpieczeństwa. Nie zostaniemy tu przy ognisku, lecz oddalimy się ku tylnej ścianie doliny, gdzie spokojnie zaczekamy na dalsze wypadki. Chodźcie, panowie, i prowadźcie konie za sobą!
Udaliśmy się w oznaczone miejsce, wziąwszy konie za uzdę, gdzie je przywiązaliśmy do wbitych w ziemię kołków, a sami pousiadaliśmy u stóp ściany. Od strony opuszczonego przez nas obozu przyświecał ogień, dokoła panowała zupełna cisza.
— Niedługo będziemy czekać — rzekł skut. — Przypuszczam, że taniec zaraz się zacznie, Komancze rzucą się z szatańskiem wyciem, ale niejeden z nich krzyknie po raz ostatni. O, oto już macie!
Rozległo się wycie, o którem mówił, jak gdyby trzoda dzikich zwierząt wyrwała się z ogrodzenia.
— Słuchajcie! Czy padła dotąd choć jedna odpowiedź Apaczów — rzekł stary. — Oni są mądrzy i w ciszy robią, co do nich należy.
Wycie wojenne odbiło się z kilkakrotnie wzmożoną siłą, a echo powtórzyło huk dwóch wystrzałów.
— To znowu srebrna rusznica Winnetou. To pewny znak, że Komanczów zatrzymano.
Gdyby przelatujące włócznie i strzały wywoływały hałas i łoskot, byłaby się teraz dolina napełniła dzikim hukiem. Tymczasem rozlegały się tylko wrzaski Komanczów i ciągle powtarzające się strzały Winnetou. Trwało to z pięć minut, potem zaś zabrzmiał przenikający do szpiku okrzyk: iwiwiwiwiwiwi!
— To być Apacze — krzyczał radośnie Sam. — Zwyciężyć i odeprzeć Komanczów.
Miał słuszność, gdyż po tem zwycięskiem wyciu nastała głęboka cisza, a zarazem ujrzeliśmy przy ogniu postaci jeźdźców, do których przyłączało się coraz to więcej. Byli to Komancze. Próba przedostania się z kotliny nie udała się. Przez jakiś czas panowało przy ognisku nadzwyczajne zamieszanie. Znoszono ludzi zabitych i rannych, a okrzyki żałoby to cichły, to wznosiły się na nowo. Old Death poruszał się w największym gniewie