Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   287   —

mocą! Wypytywali nas tylko o różne rzeczy, a ponieważ nie chciałem odpowiadać, przeto oćwiczyli mnie za to lassami. Harton był i tym razem mądrzejszy odemnie. Nie znając ich zamiarów, powiedział im o wszystkiem, nawet o nowej bonancy sennora Uhlmanna. Tu zaczęli oni słuchać pilniej, żądając, by ją im opisał. Ja wpadłem Hartonowi w słowo, prosząc, żeby zamilknął. On poczuł wreszcie, że im ufać nie można i odmówił już dalszych wyjaśnień. Za to skrępowano mnie i wkopano tutaj, Hartona zaś bito tak długo, dopóki nie wyjawił wszystkiego. Ponieważ jednak przypuszczali, że starał się wprowadzić ich w błąd, przeto zabrali go z sobą i zagrozili mu śmiercią w największych męczarniach, jeśli do jutra wieczorom nie wskaże im drogi do bonancy.
Nie widziałem jeszcze u Old Deatha miny, jaką przybrał w tej chwili, chociaż przypatrzyłem mu się już w rozmaitych nastrojach. Zarysował się w twarzy jego wyraz ponurej, dzikiej, nieubłaganej stanowczości. Wyglądał jak morderca, który przedsięwziął nie oszczędzać swej ofiary za żadną cenę. W głosie jego drżała chrypka niemal, kiedy zapytał:
— Sądzicie więc, że udali się stąd do bonancy?
— Tak. Chcą napaść na bonancę i ograbić ją. Są tam wielkie zapasy amunicyi, żywności i innych przedmiotów, posiadających wielką wartość dla tych opryszków. Srebra także tam mnóstwo.
— Do wszystkich dyabłów! Zechcą się dzielić. Biali zabiorą kruszce, a czerwoni wszystko inne. Jak to daleko stąd?
— Dobry dzień drogi. Jutro wieczorem mogą tam przybyć, jeśli Harton nie posłucha rady, którą mu dałem.
— Jakiej rady?
— Żeby z nimi kołował. Spodziewałem się, że ktoś przecież nadejdzie i mnie uwolni. Tego przechodnia miałem poprosić, żeby czemprędzej pojechał do bonancy