Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   273   —

— Ale czy wiesz o tem, że nadejdą ich potem jeszcze setki?
— Winnetou wie o tem. Musiał się przekradać pomiędzy nimi z Dobrym Mężem. Jest ich tylko stu jeszcze. Zamknę ich w tej samej dolinie i zniszczę tak, jak tych, jeśli nie poddadzą się dobrowolnie.
— Więc postaraj się o to, żeby nie przybyli zawcześnie. Załatw się z tymi, którzy są tutaj, zanim reszta się zjawi!
— Winnetou nie boi się w żadnym razie, ale będzie się spieszył.
— Czy masz kogo odpowiedniego do prowadzenia układów z Komanczami?
— Mam wielu, ale wolałbym, żeby mój brat się tego podjął.
— Chętnie to zrobię. Podejdę na krótką przestrzeń i przywołam do siebie wodza. Jakie stawiasz warunki?
— Za każdego zabitego Apacza dadzą po pięć, a za każdego zamęczonego po dziesięć koni.
— To bardzo tanio, ale odkąd niema wielkich trzód, nie łatwo o konia.
— Żądamy także zwrotu wszelkiego zagrabionego nam mienia. Nadto muszą nam wydać tyle młodych dziewcząt, ile porwali nam żon i córek. Żon Komanczów nie chcemy. Prócz tego domagamy się zwrotu dzieci, uprowadzonych przez nich. Czy uważasz te warunki za zbyt surowe?
— Nie.
— Wkońcu niech oznaczą miejsce, na którem zejdą się wodzowie Apaczów i Komanczów, aby się naradzić nad pokojem, któryby trwał przynajmniej przez trzydzieści lat i zim.
— Jeśli się na to zgodzą, pogratuluję im szczerze.
— Tem miejscem może być dolina, w której się teraz znajdują. Tu należałoby także sprowadzić wszystko, co mają nam wydać. Dopóki się to nie stanie, czego żądam, pozostaną Komancze, którzy będą musieli się dziś poddać, u nas w niewoli.