Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   272   —

przyjaźnie i zaznajamiali nas ze wszystkiem, co dla nas było pożyteczne i dobre. Teraz zrobiło się całkiem inaczej. Pobożni mężowie musieli z nami ustąpić, a my musieliśmy patrzeć na ich śmierć i nie dostaliśmy za nich odszkodowania. Zato przybywa teraz stu, inaczej wierzących. Ogłuszają nas słowami, których nie rozumiemy. Nazywają się wzajem kłamcami, a mimoto twierdzą, że bez nich nie dostaniemy się do wiecznych ostępów. A kiedy odwracamy się od nich, znużeni ich sporami, biadają nad nami i powiadają, że strzepną pył z obuwia i umyją sobie ręce na znak, że temu nie winni. W jakiś czas potem przywołują blade twarze, które się do nas wciskają i zabierają pastwiska naszym koniom. Jeśli potem zastrzegamy sobie, że tego im zrobić nie wolno, przychodzi rozkaz, że mamy się znów dalej wynosić. Oto moja odpowieź dla ciebie. Nie spodoba ci się ona, ale ty na mojem miejscu mówiłbyś jeszcze inaczej. Howgh!
Z tem indyańskiem słowem potwierdzającem na ustach odwrócił się od nas i poszedł na bok o parę kroków, gdzie zatrzymał się, patrząc w dal. Był podrażniony wewnętrznie i chciał to przemóc. Potem przystąpił znowu do nas i rzekł do Old Deatha:
— Wygłosiłem długą mowę do brata. On przyzna mi słuszność, gdyż jest mężem, myślącym sprawiedliwie i uczciwie. Mimoto chcę mu oświadczyć, że serce moje krwi nie pożąda. Dusza moja łagodniejsza od mych słów. Sądziłem, że Komancze przyślą pośrednika. Ponieważ tego nie czynią, nie powinienbym mieć dla nich litości, ale mimoto wyprawię do nich człowieka, który się z nimi rozmówi.
— Cieszy mnie to niezmiernie! — zawołał Old Death. — Byłbym to miejsce opuścił w bardzo ponurym nastroju, gdyby tych wszystkich ludzi zabito bez próby ich ocalenia. Ja także ponoszę częściowo winę tego, że dostali się w twoje ręce.
— Uwalniam ciebie od tego zarzutu, gdyż zwyciężyłbym ich także i bez twojej pomocy — odparł Winnetou.