Uwagi o śmierci niechybney wszystkim pospolitey/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Baka
Tytuł Uwagi o śmierci niechybney wszystkim pospolitey
Data wydania 1828
Drukarz w Drukarni przy ulicy Mazowieckiéy Nr. 1349
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

UWAGI

O ŚMIERCI

NIECHYBNEY

WSZYSTKIM POSPOLITEY

WIERSZEM WYRAŻONE
PRZEZ
XIĘDZA BAKĘ S. J.
PROFESSORA POETYKI

a sumptem JMC Pana Xawerego STEFANIEGO Obywatela Miasta J. K. M. WILNA do druku na pożytek Duchowny podane Roku 1766. drugi raz nakładem Amatorow z przedmową Raymunda KORSAKA w Wilnie 1807. Roku wydane, a teraz po trzeci raz 1828. Roku przedrukowane.



Warszawa
w Drukarni przy ulicy Mazowieckiéy
Nr. 1349.




PRZEMOWA.


O! Polaku
Współ rodaku,
Czy w kubraku,
Czy w paklaku,
W kapeluszu czy w kapuzie,
Móy Francuzie!
Nadstaw buzię.
I ty tłusty
Niemcze pusty!
Rzuć pekelfleisz i kapusty,
I ty rady czy nie rady
Rzuć menestry, czokolady.
Panie Włochu!
Oto z lochu
Xiążeczkę wydobytą z prochu,

Z myśli pobożną,
W koncept zamożną
Powitay,
Przeczytay,
I sens, ieśli można, schwytay.
Dziś ona wyszła z pod prasy,
Autor zaś iéy w tamte czasy,
Był w Polsce Jezuita,
A Polska rzeczpospolita,
Z któréy teraz kwita.
Proszę, wołam,
Ile zdołam,
Zaklinam cię siaki taki
Ktokolwiek iesteś człowieku,
Chciéy poznać w dzisieyszym wieku,
Dzieło wielkiego Baki.
Tam zobaczysz, iak nasz Baka,
Hippokreńskiego dosiadłszy szłapaka,
Przed sobą pędzi
Na kilka piędzi,

Śmierć z wielką kosą
Nagą i bosą;
Pędzi, mówię, na ziemię,
Straszyć ludzkie plemię.
Patrzcie! iak tén potwór nagi
Straszne wszystkim daie plagi.
Tego porwawszy za szyię,
Kościaną nogą w tył biie,
Tego gdy chwyci za żebra,
Wnet nie pospolita febra,
Zębami,
Szczękami,
Póty dzwoni;
Aż uroni
Duszeczkę,
Lubeczkę,
Jedynaczkę,
Nieboraczkę;
Ach! tak tak
Nieborak.

Na kogo spóyzrzy ponura
Już w gardle tego pleura,
Swe sceny zaczyna,
Swe gorgi wycina
Ostatnie,
Aż w matnie
Człowieka
Z daleka
Porywa
Złośliwa.
Innych znowu tuz, muz, tuz
Już na łbie guz, guz, guz.
Potém przez nabrzmiałe szyie,
Wpadaią apoplexyie,
I w głowie wątory
Jak siano lub wiory,
Zamęcą,
Zakręcą.
Komuś daléy potwór srogi
Gdy podagrę wpędzi w nogi;

Próżno nieborak
Jak rak
Słabą nogą wil, wil,
Nie ma więcéy życia chwil;
Ból w piszczelach strzyk,
Chory nogą bryk.
Tak bez siły
Do mogiły,
Nie włada;
Upada.
Gdy wreście z swoiéy szczodroty
Opatrzy kogo w suchoty,
Wnet gorączki
Jak zaiączki,
Po żyłach biegaią póty,
Aż śmiertelne sprawią poty.
Już kumpie poszły na schaby,
Już wzrok dziki oddech słaby,
Ha pokuso!
Na cię kuso,

Amazonka
Już wędzonka,
Tłusty panicz
Cienki iak bicz,
Bez sposobu
Marsz do grobu.
Lecz czy tylko przez choroby
Śmierć ma na nas swe sposoby:
Nie masz z tą Jeymością ładu
Wszystkich biie bez układu.
I w szkarłaty
Dżga zakaty,
I po suknie
Dobrze stuknie;
I po płótnie
Tęgo utnie.
Gdzie iuż zmierzy ach! ach!
Tam nie próżny strach! strach!
Wielkie chłopy
Gdyby snopy,

O ziemię
Jak brzemię
Z naydaléy
Powali!
Gdzie swoiéy zażyie kosy,
Lecą uszy, palce, nosy;
Gdy zaś przykłada kostura,
Trzeszczą kości; pęka skóra,
I karki,
l barki,
I zęby,
I kłęby
Pomiele w otręby
Człowiecze,
Zawlecze,
Upiecze,
Posiecze,
I sarna uciecze.
Śmierć głośna przez swoie czyny,
Obiegłszy wszystkie krainy,

Jeszcze się chciało Jéymości
Dla iakiéyś okoliczności,
Niespodzianie i pilno
Odwiedzić stolicę Wilno.
W powietrze nietoperza wzniesiona skrzydłami,
Jak bocian robiąc nogami,
Do miasta leci a leci.
Skrzypnęły iędzy wywiędłe sustawy,
Obficie proch z niéy sypie się plugawy;
Bo śmierć mimo wielkiego kłopotu,
Nigdy nie zna uczuć potu,
Lecz im więcéy dozna trudu
Tém więcéy z siebie wyrzuci brudu.
Gdy długą pielgrzymką znużona,
Do murów była zbliżona
Kościół iéy w oczy zaświeci;
Bies iéy podał koncept z pierza
Blisko świętego usiąśdź Kazimierza,
Zatém skromnie iak należy
Siada na kościelnéy wieży.

Przez iakiś przypadek dziwny
Nasz xiądz poeta przedziwny,
Odwiedzić wyszedł xięgarza,
Drudzy mówią, że winiarza;
Co mu dochował przyjaźni wiary.
I miodek miał bardzo stary.
Pewnie go Autor kosztował
Bo mu dzieło dedykował.
O niczém, nie wiedząc wychodzi z komnaty,
A w tém śmierć, która zasiadła na czaty,
Z wieży iak iastrząb spada na gołębia,
I swe pazurki, w karku pobożnym zagłębia.
Baka na tak straszny pozew,
Krzyknął, JEZUS, MARYA, JOZEF!
Jak Jezuita skromnie się ułożył;
Wzniósł oczy w niebo, łapki na krzyż złożył,
Chcąc iednak uciec raptem się zwierci,
A w tém mu xiążka wypadła o śmierci.
Widząc to Larwa rozstworzywszy ziewy,
Krzyknie; co znaczy ten kawał cholewy?

Przeląkł się Autor i zamilkł na chwilę
Rzeknie: nic Pani, to są rubrycele!
Obaczym! wrzaśnie, i w tém zapalczywa,
Z ziemi pobożną xiążeczkę porywa.
Zayźrzy, i czyta, na siebie paszkwili,
A klechu, boday cię diabli wzięli!
Kto ci dał prawo, za pobudką marną
Tak mnie malować czarną?
Ty odrzutku Loioli tak wielkiego męża,
Za to żeś mnie opisał iak węża,
Za koncept nie ladaiaki,
Zażyy śmiertelnéy tabaki.
Próżno nasz Autor exorcyzmy gadał;
Próżno swe dzieło na innego składał;
Próżne wybiegi, trzeba by to słuchać,
Śmierć się nieumie nigdy rozdobruchać,
Ukląkłszy zatém na przeciw świątnicy;
Wzniósł oczy w niebo, zażył ciemierzycy;
W tém gdy mu w nosie srodze zakręciło,
Kichnął, drgnął trzykroć, i iuż go nie było.

Tak tedy mąż pobożny, i poeta wielki,
Który miał w głowie i klepki i belki,
Idąc w niebieski przybytek,
Zostawił dziéło małé,
Sobie na chwałę,
A nam na pożytek.
Prawowierni chrześcianie,
Co na powszechne żądanie
Xięgę tę przebić śmieli,
Jeźli czytelników swych przez to uięli,
Nie pragną innéy nagrody,
Tylko przez bliźniego miłości powody,
Za duszę Autora,
Poezyi Professora,
Jeźli wola będzie czyia,
Zmówić trzy ZDROWAŚ MARYA.
Ja zaś com skłopotał głowę,
Pisząc tak długą przemowę
I Bakę musiałem świecić,
By wam się lepiéy zalecić,

Czy Hanc, czy Franc, czy la, czy de la, czy Lach,
Jak długi do nóg waszych upadam, bach, bach, bach.






SZLACHETNEMU MNIE WIELCE MOŚCIWÉMU

PANU A PANU

PIOTROWI DUBIŃSKIEMU

BURMISTRZOWI JEGO KROLEWSKIEY
MOŚCI MIASTA WILNA
,

PROMOTOROWI BRACTWA ŚWIĘTEGO RÓŻAŃCA,
HETMANOWI BUŁAWY WIELKIEY TEGOŻ ŚWIĘTEGO
BRACTWA, MECENASOWI I PROTEKTOROWI MEMU
ŁASKAWEMU PANU I DOBRODZIEJOWI,

To Dziełko pełne uwag świętobliwych

Dedykuię i ofiaruię
Jak następuie:



Słońce estymy
Dla Polskiéy klimy,
Z różannéy strugi!
Samsonie drugi!
Centrum honorów!
Żywco autorów!
Przyym tę przypiśnie,
Co się umyśnie
Do nóg twych ciśnie;
A diabeł ani piśnie.
O! Hetmanie, na rydwanie,
Coś w ponsowym wiódł żupanie,
Do Trok latem
Z Maiestatem

Processyą.
W dzwony biią.
Za twym śladem ludzie śpieszą
Boso, w bótach, wozem, pieszo,
I łysiny,
Jak patyny,
I staruszki,
Jak garnuszki.
Ale, ale, ku twey chwale,
Za tém woyskiem szły wspaniale
Twe obozy,
Pełne wozy
Miodu, wódki,
Zapach słodki,
I kiełbasy,
I frykasy,
I wędzonki,
I pieczonki,

I iędory,
I ozory,
I kurczęta,
I pulmenta.
Bóg cię bronił iśdź przez lochy,
Gdzie czarownic sprosnych fochy!
Gdzie tańcuią
Z diabłów szuią,
Świéce gaszą,
Wiernych straszą,
Gdzie bazyliszek leży,
A kto nań tylko nabieży,
Wnet on podobny do kury
Zirknąwszy nań z ciemnéy dziury
Oślepi, ogłuszy,
Wywróci iak snopa;
I iuż niemczyków kopa
Tańcuie koło téy duszy,

Owo owo,
Nie drwi głową
Duszo święta, ni bezbożna
Bo tamtędy, iśdź nie można.
Tyś waleczny!
Nie był sprzeczny,
Z diabły koncept niebezpieczny
Minąwszy szatański młyniec,
Przez bity szedłeś gościniec,
Przez aury świeże,
Pod Trockie wieże,
Z mnogim twym ludem.
I sławne cudem,
Biłeś łbem progi,
Bez żadnéy trwogi.
Już chór skruszony,
Rznie w semitony
Swe antyfony;

Dmą miechy w dudy,
Szeptaią ludy,
W gęstym pokłonie,
Wznoszą się wonie.
Letnia i drobna,
Każda z osobna
Babka, Dziewica,
Trzepie się w lica,
Mołoyce, Jury,
Wąsy, fryzury,
Staią u kratki,
I swe niestatki
W skruszonym duchu,
Składaią w uchu
U spowiednika,
Pragnąc krzyżyka.
Po mszy, spowiedzi i po kazaniu,
Każdy myśli o śniadaniu,

Każdy swe oczy
Ku tobie toczy,
A obiadowa pora,
Nowy laur dla Promotora.
Téy sławy czuiąc pochopy,
Prowadzisz wszystkich do szopy,
Przy okrzykach wesołości,
Diabeł pęka od zazdrości.
Ty zaś z myślą czystą
Wznawiasz rzęsisto,
W cnéy alternacie,
»Do ciebie bracie!«
O wesołości! szafarko nektaru,
Którego niebo z skąpego wymiaru,
Spuszcza po łócie na nasze padoły,
Mięszaiąc w cetnar licha i mozoły,
Któż teraz z ludzi zgadnie
Żeś iest w Hetmańskim puharze na dnie.

Pielgrzymko górnego gmachu!
Jam cię poznał po zapachu,
I nikt cię nie zoczy,
Aż puhar do dna wytłoczy.
Już szmer radośny
W przódy słaby, potym głośny,
Ucinki, żarty
Humor otwarty,
Niewinne śmiechy,
Gry i uciechy.
Osiadły szopy strzechy,
Lecz diabeł przeklęty,
Którego męczą grzechy,
Skoroś ty poniosła pięty,
Do miodowego rozcieku
Namięszał diweldreku,
I brodą długiéy wiechy,
Pozmiatał twoich ze strzechy;

A na to mieysce posadził,
Którą z piekła wyprowadził,
Zwadę z długiemi zębami,
Nafryzowaną wężami,
W garści z kiiami,
Z zapuchłém okiem,
I chromym krokiem,
Toż przy niéy plotkę,
Czeczotkę
Nabożną, iak kotkę.
Więc każdy co łyknie,
Zmarszczy się i syknie.
Odchodzi mrucząc, roztrąca,
Zżyma się niechęć gorąca.
Wnet mayster Bartek do maystra Szymona,
»Co to waścina żona

»Cierpi do moiéy baby,
»I u Łukasza sąsiada
»Z przekąsem o niéy gada;
»Chcesz bym ci połamał schaby,»
To mówiąc Bartek,
Cisnął mu w oczy półkwartek.
W drugim kącie item.
Z szlachcicem Witem,
Przemówił się brat Antoni,
I porwali się do broni,
Szlachcic miał ślad oczywisty,
»Co ty półdiable z Jurysty,
»Przeymuiesz moie listy,
»Którem pisał do przyiaciół?»
I wnet go po uchu zaciął,
A ten patryarchalnie,
Jak go na odlew palnie,

Hrymnął o staie Szlachcic.
I tylko nogą chyc, chyc, chyc,
»Ratuy Panie liber Szyc,
»Bo ten srogi certamen
»Zrobi Szlachcicowi amen;
Szyc wnet z podróżnéy apteki,
Któréy ma pełne kieszenie,
Dobywszy mydlane leki
Wysmarował mu pół szczęki
I podniebienie;
Tyś Hetmanie biegł z buławą
Mitygować woynę krwawą.
A znaiąc te figle diable,
Wziąłeś w drugą rękę szablę;
Długoś rozwodził,
Aż nim uchodził,
I wrzawę tę pogodził,
A diabeł zły, że nie zaszkodził,

Wypłatał tobie sztukę,
Że miałeś potém kukę.
Słońce zaszło, padły mroki,
Każdy rzuca święte Troki,
Jeden rakiem,
Drugi kula,
Łeb z siniakiem,
Nos iak dula;
O Dubiński! niech Bóg strzeże,
Ledwoś minął święte wieże,
Kiedy cię kruki,
Czarne iak żuki,
Wypadłszy z chmury
Porwali do góry,
Jak wilcy iagnie
I posadzili w bagnie;
Lecz ty nieustraszony
Chociaż w błocie osadzony,

I za twe wielkie cnoty,
Straciwszy żółte bóty,
Patrzysz alić te kruki
Przemienili się w kaduki,
Nagie iak bizony,
Łby czarne w rogach,
Pazury na nogach,
Nos iak komma zakrzywiony,
Ac tandem z tyłu ogony.
Poznawszy więc że to diabli,
Jak nie dobędziesz szabli,
Jak nie zaczniesz żwawo
Machać w lewo i prawo,
Rąbać na krzyż
Wzdłuż, wszerz i wzwyż.
Widzą czarty,
Że nie żarty,

Zatrąbili głośne larum:
Zatrzęśli totum tartarum.
Wnet srogie larwy,
Różnych kształtów i barwy,
Wypadły e stagno
Okrzyczały całe bagno,
Czepiąc się na twym kołnierzu,
A tuś nam śmiały rycerzu!
Lecz ty odważny na ciosy,
Narąbawszy diabłów stosy,
Skończywszy bitwę wygraną,
Wracasz aż nazaiutrz rano.
Jak o tém głośno gadano,
Jak z ust twych własnych słyszano.
Ja zaś mówię, niechay żyie,
Komum miasto dedykacyie
Napisał tę długą chrie,
I z czyiego dzbana piię

Łask słodkich liczne dowody.
Co ma zawsze przednie miody,
I lipczyki i troyniaki
Nie żałuiąc ich dla Baki,
Czy w sobotę, czy w niedzielę.
Awięc u nóg twoich ścielę
Opus to oprawne w skórę
Cum humillimo operatore,
A twoie magna nomina
Niech późna proles wspomina.





DO CZYTELNIKA.


Panuy świecie! nim straszna grobów pani
Aktem tragicznym twoie serce zrani.
Nie trudno, wierszów prawda dowieśdź może,
Xerxesów Perskich śmierć zmogła, i zmoże
Alexandrów, by nowych Pompeiuszów,
Wielkich Datisów, Bellizariuszów,
Emiliianów, lub Milcyadesów,
Rzymskich Fabiów, wiąż dzielnych Narsesów
Iéy moc, wielmożmość, bez granic panuie,
Silna potęga śmiało rozkazuie.
Ta szybko płynie, za bystre Sekwany,
Elby, Aluty, Sabaudy, Rodany.
Fortuny z życiem wydziera na wschodzie,
Atlantów łamie silnych na zachodzie,
Naydzie każdego w odległey Afryce,
Jedna państwami włada w Ameryce.

Cale widocznie iéy rząd despotyczny,
Musi podlegać prostak, polityczny
Nie trafi z nią się Doktor dysputować,
Ani Filozof w kontr argumentować,
Nikt się nie schroni w Sardyńskich Turynach.
Ani się skryie Węgrzyn w Waradynach,
Francuz w Paryżu, a Hiszpan w Madrycie,
Wszędy doścignie śmierć iawna, choć skrycie
Zblednieie Orzeł dość czarny, dwugłówny
Harpokratesem stanie, kto wymówny.
Nie skryiesz się naymilszy Polaku
Na wyższych Tatrach, na górnym Krępaku,
Wszędy doleci śmierć bez skrzydeł ptaka,
Chwyci w swe szpony Litwina, Polaka.
Ta prawda, wierszem tu iest wyrażona,
Na dusz pożytek światu otworzona.
Czytayże chętnie miły czytelniku,
A śmierć uprzedzay, cnotą, Katoliku.





UWAGA ŚMIERCI

Wszystkim stanom służąca.




Rzadki Fenix, rzadsza w świecie
Dobroć rzeczy: iak w komecie
Umbr szlaki,
Złe znaki
W żywiołach,
I ziołach.
Co śmierć wróży iak kometa
Saturn, silny dość planeta,
Do sporu,
Odporu
Nie naydzie,
Gdy zaydzie.

W życiu ięczym: ach niestety!
Szczęście, honor, nie bez mety:
Bez chłosty,
Dzień prosty
Nie minie,
Śmierć słynie.
Pożegnał się ten z rozumem
Kto świat sławił, świateł tłumem;
Kto ceni,
Lub mieni
Śmiecisko,
Świetlisko.
Że tu dobrze, mało, wiele,
Chyba świadczy mądre ciele;
Kto uczył,
Nie skuczył
Sam sobie,
W złey dobie.

Z pisma wiecie,
Zle na świecie!
Życie woyna,
Niespokoyna.
Ciało kat;
Świat, psu brat
A zaś bies,
Zły to pies.
Czy czuiemy,
Nim zaśniemy,
Czy piiemy,
Czyli iemy;
W grach,
Radach,
Brygach
Turbuią,
Katuią,

Ey do Nieba,
Nam potrzeba!
Tam pokoie,
Słodkie zdroie
Obłoki
W potoki
Obfite,
Zakryte.
Świata okrąg krętna cyga
Nędzna, szczupła, iako figa;
Do Nieba,
Potrzeba,
Ta meta,
Zaleta.
Nie nasyci świat pigułka
Skruszy zęby twarda bułka;
Kamieni,
Nie mieni

W bażanty,
W alkanty.
Bied, plag, płaczów, świat iest skrzynia,
Coraz chorób, szkód, przyczynia.
Zamczysta,
Nieczysta:
Na koniec,
Śmierć goniec.





STARYM UWAGA


Mości Panie weteranie,
Dość świat szumi, nim ustanie:
Z tych szumów,
Rozumów
Nabądźmy,
Nie błądźmy.
Młody może, stary musi
Bryknąć, bo go kaszel dusi:
W tym leki
Z apteki
Nie radzą;
Ba zdradzą.
Moy staruszku,
Przy garnuszku
Darmo zgoła,
Warzysz zioła.

Nic piwko,
Choć z śliwką,
Na dziady,
Pasz rady.
Wybacz proszę, że ci bodzę
W pospolitéy wszystkim drodze.
Twóy łubek,
Pałubek
Zawlecze,
Uciecze,
Zamiast konia,
Śmierć pogonia;
Kiiek w ręku,
Ty bez łęku
I oklep,
Gdzie twóy sklep
Pośpieszysz,
Ucieszysz.

Sukcessorów,
Nie bez sporów;
Srebrnéy rosy,
Złote włosy
Poczubią,
Cię zgubią,
Jak ścierwo,
Rozerwą.
Raz zapłaczą,
Stokroć skaczą
Że iuż trupa
Cna chałupa
Nie widzi,
Bo zbrzydzi,
Won gnoiu
Z pokoiu!
Cała płata,
Tam do kata!

Stare grzyby,
Choćby ryby
Pożarły,
Potarły;
Brząk łuska;
Nie łuska!
Złota siatka,
Ta im matka
I Ciotulą;
Precz Babulo!
Trzos bratem,
Z Eufratem.
Pieniążek,
To bożek.
Panie łysy,
Tyś od misy
Pierwszy w groby,
Do żałoby:

Peruka,
Oszuka;
Na włosy
Są kosy.
W oczach mary,
Okulary
Śmiało stawią,
Nie zabawią;
Za czasek,
Już w piasek
Zdrobniejesz,
Spróchniejesz.
Starość stęka,
Bo w niéy męka
Nieustanna:
Kasza, manna,
Choć żuie,
Nie czuie

Posiłku,
W lat schyłku.
Kwaśna mina i ponura;
Dziad nie stąpi bez kosztura:
Śmierć wita,
Z lat kwita!
Motyka
Spotyka.
Starzec ślepy, oraz głuchy,
Słaby, z nosa spędzić muchy
Wszak zgoła,
Nie zdoła:
Jak bryknie,
Gwałt! krzyknie.
Przy swym zysku,
Łez w ucisku
Nie ukoi;
Mysz się boi

Choć czasem,
Z zapasem
Ma kota,
Ze złota.
Dziad nazywa garby,
Skarby:
Śmierć na skarby;
Ma swe karby
Bez liku,
Bez szyku
Podbiera,
Zawiera.
Krzywo chodzi, garb przeważa:
Niechay każdy mocno zważa,
Kto słyszy:
Szczur, myszy,
Parada,
Dla dziada.

Wszyscy wiecie,
Dziad iak dziecie:
Śmierć przylepka,
Grób kolebka:
Kożuszki,
W pieluszki
Sposzyie,
Spowiie.
W grobie dobrze dość na dziada,
Bo ucichnie wszelka biada:
Nie męka,
Nie stęka;
Nie licho,
Spi cicho.





MŁODYM UWAGA.


Za igraszkę śmierć poczyta,
Gdy z grzybami rydze chwyta:
Na dęby,
Ma zęby;
Na szczepy,
Ma sklepy.
Cny młodziku,
Migdaliku,
Czerstwy rydzu,
Ślepowidzu,
Kwiat mdleie,
Więdnieie;
Bydź w kresie,
Czerkiesie.
Ey dziateczki!
Jak kwiateczki

Powycina,
Was pozrzyna
Śmierć kosą,
Z lat rosą:
Gdy wschody,
Zachody.
Wszak poranek od wieczoru
Nie daleki bez pozoru
Dzień z nocą,
Karocą
Tąż dąży,
Świat krąży.
Dniem niedługo słońce parzy,
Cienią chmury, gdy się żarzy;
Noc mściwa
Sposzywa
Blask szczyry
W swe kiry,

Po zachodzie kwiat w ogróycu
Płakać musi, iak po oycu:
Łzy rosy,
Są głosy
Do nieba,
Bez feba.
Śliczny Jasiu,
Mówny szpasiu,
Móy słowiku,
Będzie zyku,
Szpaczkuiesz,
Nie czuiesz?
Śmierć iak kot,
Wpadnie w lot!
A za nie wiesz,
Że śmierć iak ież?
Ma swe głogi,
W szpilkach rogi?

Ukoli,
Dowoli:
Aż iękniesz,
I pękniesz.
Czy ty głuszec, czy ty wrona?
Dusznych sępów chwyci szpona,
Twa główka,
Makówka,
W swawoli,
Nie boli.
Tobie w głowie skoki, tany,
Charty, żarty na przemiany:
Śmierć kroczy,
Utroczy
Jak ptaszka,
Nie fraszka.
W ślepą babkę, gdy śmierć skacze,
O czy ieden młodzik płacze!

Jey dygi
Złe figi,
Niestrawne,
Dość dawne.
Łasyś zbytnie na cukierki
Jabłka, gruszki i węgierki.
Śmierć iawna,
Niestrawna,
Połyka,
Młodzika.
Świat gomułka, tyś pigułka,
Ale smaczna szczurom skórka:
Gdy zwleką,
Opieką,
Wywędzą,
Łez nędzą.
Tyś iak pączek, czy pępuszek
Od łabędzich twych poduszek:

Spisz długo,
Śmierć sługą;
Pościele,
W popiele.
Młodzieniaszku
W adamaszku,
W axamity
Zbyt uwity;
Twe lamy,
Od iamy
Nie skryią,
Zaryią.
Świat na morzu, tyś w korabiu;
Śmierć robaczek iest w jedwabiu:
Patrz tchórzu;
Na morzu
Złe cale,
Złe fale.

Kawalerze
W pięknéy cerze,
Na twe stany,
Chcesz odmiany?
Odmiana,
Żeś z Pana,
Brat łata,
Gdy fata.
Kawalerów, śmierć szyderca,
Zrywa gwałtem, i z kobierca
Łopata,
Przeplata
Wesele
W łez wiele.
Nie bądź sadłem, czy iak masło:
Nie iednemu życie zgasło.
Wszak mówią:
Że łowią

Tak dudków,
Bez skutków.
Żywe srebro, paliwoda
Na igraszki, czasu szkoda:
Czas drogi,
Sąd srogi,
Co minie,
Upłynie.
Nie dopędzisz, wczora cugiem,
Nie wyorzesz iutra pługiem;
Minęło,
Zniknęło,
Bez zwrotu
Powrotu.





BOGACZOM CIEMNYM
OŚWIECENIE.


O bogaczu,
Godnyś płaczu!
Masz sepety
I kalety,
Masz gody,
Wygody,
I futra
Do iutra.
Skarbiec pełny,
Złotéy wełny,
Złote runo,
Lecz że z truną,
Twe iuki,
Dokuki,

Sobole,
Są bole.
Bogacz Boga miałby chwalić,
I ofiary z bogactw palić.
Bóg w niebie:
U ciebie,
Bez wróżek,
Skarb bożek.
Jemu serce, kłopot życia
Jest oddany, dla nabycia
Zysk cały,
Nie mały,
Kłopoty,
Suchoty.
Wszak zwiędniałeś,
Ołysiałeś
Jak skorupa,
Liczykrupa,

Twa mina,
Więdlina,
Dla szczurów,
Z pod murów.
Wysuszyło złote żniwo;
Abrahama czeka piwo,
Po chwili
Posili
Śmierć łzami,
Konwiami.
Twoie złoto,
Jako błoto
I zapasy,
We złe czasy,
Z lat stratą
Łopatą
Śmierć z chuci,
Wyrzuci.

Mości Panie,
Z gliny dzbanie
Poliwany,
Pozłacany:
Wie głucho,
Że ucho
Urwie się,
Stłucze się.
Ma świat cały cię w respekcie:
A ty wszystkich w tym despekcie
Że czyste,
Wieczyste
Wsi liczysz,
Dziedziczysz:
Lecz ta wada,
Że świat zdrada.
Co się wznieci,
Krótko świeci:

Świat burka,
Twa skórka
Niech zważa,
Poważa.
Dbasz w brygady,
Dbasz w parady.
W złocie chodzisz,
W złościach brodzisz
Ta fama,
Jest plama.
Trup w szatach,
Duch w łatach.
Wszak karmazyn w małéy cenie,
Gdy w paklaku złe sumienie;
Grzbiet lśni się,
Duch ćmi się
Sierota,
Hołota.

Masz tytuły,
I szkatuły,
W kieskach złoto,
W sercu błoto
Niecnota,
Hołota,
Przemaga,
Zniewaga.
Masz parepy, spasłe cugi,
Choć nad włosy większe długi
Parady,
Bez rady
Przychodów,
Rozchodów.
Masz rządziki
Kapeliyki,
Menwet skaczesz
Nim zapłaczesz.

Źle żyiesz
Zawyiesz.
Śmierć nie śmiech,
Dudy w miech.
Teraz w rusa,
Rwie pokusa,
A w tryszaku,
Smak iak w raku.
Grasz tęgo,
Z przysięgą.
Bez chluby,
Rad w czuby.
Karty, szachy
Niszczą gmachy,
Z Faraona,
Dobra strona
Faluie,
Czatuie

Odmiana,
Przegrana.
Mości Panie,
Moie zdanie!
Téy minuty,
Do pokuty.
Z pieniędzy,
Day nędzy,
Płać myto,
Kalitą.





PANOM UWAGA.


Wy panowie,
Wy grandowie,
Czy krzesłowi,
Czy drążkowi,
Patrzaycie,
Zważaycie
Poważnie,
Uważnie.
Bóg Pan panów, i Hetmanów,
Jeden Rządca wszystkich stanów,
On nosi,
Wynosi,
On zruszy,
On kruszy.
Przezeń Orły i motyle,
Jle sił da, mogą tyle;

Nic z siebie
W potrzebie
Lamparty,
Lwów warty.
Z iego woli,
Choć powoli
Harde karki
Łamią parki,
A szturmy,
Wież hurmy
Gdy zoczą,
W lot tłoczą.
Jego summy, sczuki, móle,
Karpat, krempak, lasy, pole,
Gdzie zorza,
Gdzie morza
Panuie,
Góruie.

Chwalcież Boga, przy powadze;
Honor rzecze: nie zawadzę
Zbawieniu,
W imieniu
Wysokiém,
Szerokiém.
Wielkie domy niech honory
Przy zalecie cnéy pokory
Dziedziczą,
I liczą
Z ozdobą,
Cnót próbą.
Wielcy, wyższe myślcie rzeczy,
A zbawienie w pierwszéy pieczy
Trzymaycie,
Dźwigaycie,
Sumnienie
Nad mienie.

Świat was liczy między Bogi.
Bozka boiaźń niechay trwogi
Dodaie,
Kim staie
Przeboru
Z honoru.
Bądźcie sercem piastunami
Kto uczynił was panami,
Korzcie się,
Módlcie się,
Publicznie,
Tak ślicznie
Jaśnieiecie, na świeczniku
Gaśnie słońce w swym promyku:
Pomrzecie,
Zgaśniecie,
Jak śmiecie,
Na świecie.

Cedry, dęby i topole,
Niszczą, kruszą wichrów wole.
Pan iak dąb,
Śmierci ząb
Z pnia zwali,
Obali,
Krzesła, trony,
Jéy ogony
Zacieraią,
I chowaią
Ordery
Do pery.
Grobowce
Pokrowce.
Wszak nie w cepy
Żyzne sklepy,
Więcéy łupów
Z pańskich trupów

Dość snadnie,
Nieskładnie
Pan padnie,
Śmierć władnie.
Na wspaniałe głowy, szyie
Ostro patrzy, cynkiem biie:
Na laski,
Pasz łaski
W iéy chęci
Pieczęci.
Wielkie głowy,
Niech gotowy
Pokłon będzie
Tu, i wszędzie
Jednemu,
Wielkiemu,
Prawemu,
Sędziemu.





UWAGA DAMOM.


Swietne damy,
Swiat was w ramy
Jeszcze w życiu,
W dobrém byciu
Wprawuie,
Szacuie
Tak wzięte,
Jak święte.
A śmierć ślepa
Jak szkulepa
Nic nie zważa,
Nie poważa;
Chimera!
Odziera;

Co złoto,
Jéy błoto.
Na fontaże,
Mars pokaże
Na fryzury,
Głodne szczury
Gotuie,
Pudruie
Siwizną,
Zgnilizną.
Umysł hardy
Na kokardy
Fatów spony,
Girydony
Tak szuby,
Jak czuby
Zwlekaią,
Zdzieraią.

W lot kapturki
Podrą szczurki
Tam bukiety,
I tupety;
Salopy,
Od ropy
Zbótwieią,
Struchleią.
Ey boginie,
Wszystko zginie!
Wasze imie
W krótkiéy stymie:
Śmierć strzyże,
I krzyże
Manele,
Rwie śmiele.
Darmo kanak zdobi głowy,
Gdy u kogo rozum sowy.

Przeważa
Nie zważa:
Zgnić grobie,
Ozdobie.
Gdzie testament, tamto lament,
Łzy toczą się na dyament:
Ach perło!
Jak berło
Śmierć zmiata,
Do kata.
W świata morzu okręt drogi
Z czubem zerwie wicher srogi;
Popłynie,
Ach zginie!
W łez rzeki,
Na wieki.
Rogów moda, iak wicina
Wiatrem dęta paięczyna

Skurczy się,
Pomści się
Śmierć nagle,
Na żagle.
Nic wam damy,
Złote lamy,
Bez urazy,
Ani gazy,
Mantele,
Manele
Nie dadzą,
Zawadzą.
O Dyanno! z ciebie mara
Czy poczwara, gdy czamara
Przybierze,
W ofierze
Much roiem,
Rop zdroiem,

Nic nie miło,
Gdy się zgniło:
Sztofy, tury
I purpury,
Wachlerze,
Trup cerze
Odmiata,
Do kata!
Nic po stroiu,
Człek wor gnoiu,
Pompę zbrzydzi,
Świat ohydzi.
Odrzuci,
Bo nuci,
Gazeta!
Waleta!
Śmierć nie modna,
Kiedy głodna

Na ząb bierze,
W cudnéy cerze
Z rumieńcem,
I wieńcem
Panienki,
W trunienki.





RYCERZOM UWAGA.


Dumny z miny bohatyrze
Odkryy umysł, powiedz sczyrze:
W humorze,
Nie tchorze
Krzewią się,
Gnieżdżą się,
Tyś przybrany w pancerz, w spiże,
Twóy bucyfał uszmi strzyże:
Sam mdleiesz,
Truchleiesz!
Dla Boga!
Zkąd trwoga?
Wszak na strachy, są sztokady,
Dzidy, dardy, kołczan, szpady

Są działa,
I strzała;
Są wozy,
Obozy.
Słyszę, mówisz: nic mi rany,
Nic plezyry, nic kaydany;
Moc biedna,
Śmierć iedna
Nas trwoży,
Strach mnoży.
Śmierć sroższa nad puginały,
Nad rumelskie dzidy, strzały
Nad groty,
Nad roty;
Śmierć strzyże,
Paiże.
Móy rycerzu, tchórz w kołnierzu;
Gdy śmierć stawa w twém przymierzu.

Ta liga,
Nie figa!
Zła mara,
Ta para.
Ona pędzi; ogniem tchnące
Lwy, tygrysy, iak zaiące,
Pancerze
Jak pierze
Drze, psuie,
Tratuie.
Lotne sępy, i orlęta
Tłoczy, dłabi iak pisklęta,
A znaczki,
Jak raczki
W lot szepcą,
Gdy depcą.
Cudzych fortun ci siepacze
Płaczą, straszni iak puhacze,

Boleią,
Truchleią;
Pasz miny,
Z ruiny.
Nie dostoi kiryś kroku,
Gdy iuż staną fata z boku,
Śmierć żarty
Z lamparty
Wszak stroi,
Ze zbroi.
Darmo skrzydła rozpościerać
Darmo w woysku się zawierać.
Śmierć bunty,
Przez runty
Sprawuie,
Zwoiuie.
Macedończyk zburzył Greki,
Sam w Kocyta wleciał rzeki

Tam spłynął,
I zginął,
Gdzie groble,
Na wróble.
Xerxes wody brał w okowy,
Nie przedłużył lat osnowy:
Tyś kłąbek,
Nie dąbek,
Broń nitki,
Nim kwitki.
Żwawy marsa ty służalec
Gdy z piór strusich, choć kawalec
Cię zdobi,
Sposobi,
Choć w marcu,
Do harcu.
Choćby matka twa, Bellona
Była, iednak fatów spona

Cię ściśnie,
Zawiśnie,
Ich tęga
Potęga.
Dziwią się, cię widząc, place,
Applauduią bomby, race
Przy strzałach,
I wałach
Bułatach,
Granatach.
Przecie zamki,
Jak bez klamki
Twe moździerze,
Jak pęcherze
Rozdziera,
Otwiera,
Śmierć psuie,
Ruynuie.

Nic w kaftanach z drotu hafty,
Pękną prędko, iako tafty
Wszak Parka,
Dość szparka,
Dogodzi,
Uchodzi.
Śmierć w pokoiu,
Czyli w boiu,
Marsz, marsz każe
I pokaże
Mars czoła:
Ty zgoła
Zemdleiesz,
Strupieiesz.
Trąby, ra! ra!
A śmierć gra! gra!
Kotły bum, bum!
Z domu! rum! rum!

Ruguie,
Rumuie;
Plac bierze?
Żołnierze!
Ach rozdziału duszy z ciałem,
Nie zasłoni cekauz wałem!
Śmierć ściele
W popiele:
Ma lochy
Na prochy.





DUCHOWNYM.


Mości xięże, pieścidełko,
Proszę zgadnąć, gdzie pudełko
Zamczyste,
Sklepiste?
Co xięży
Mitręży.
Wszak w kościele, kleynot drogi
Xiądz, nie mosiądz, skarb to mnogi.
Więc strata,
Zakata
Dość znaczna,
Niebaczna,
By nie była, fata skryią
Dość przezornie, i zaryią.
Tak wiecznie,
Bezpiecznie,

Od zguby,
Bez chluby.
Móy duchowny
Dość wymówny,
Lecz na stronie,
Nie w ambonie:
On cicho:
Grzech licho
Nam robi,
Nie zdobi.
Gdy pożary, we dzwon biią,
Wraz kościelne spiże wyią;
Gdy grzmoty
Z suchoty,
Gdy chmury,
Z nieb góry.
Ach! pioruny z gniewu chmury
Rzuca gęba z impostury:

Wołayże,
I dbayże
Nasz Mófty,
Mów, mów ty!
Nie zaleta czci kapłańskiéy
Bydź dozorcą trzody Pańskiéy,
A trzody
Do zgody
Nie wprawiać,
Namawiać.
Xiądz nie xiężyc, niechże grzeie
Słońcem cnoty, niechay wleie
W nas ducha,
Aż skrucha
Na duszy,
Nas skruszy.
Mości xięże
Twe oręże

Brewiiarze,
I ołtarze
Znać daią,
Wołaią:
Oprawy,
Poprawy.
Sam nie chwalisz mości xięże,
Kto źle chowa swe oręże:
Móy xięże,
Oręże,
Zapasy,
W złe czasy.
Nie chowayże ie w pokrowcu,
Nim zagrzebią cię w grobowcu,
Do dania,
Nie brania,
Kurcz męczy,
I dręczy.

Z ręką skąpą zgniią oczy;
Wkrótce życie w dół poskoczy.
Szostaki,
W żebraki
Pozbyway,
Zdrów byway!
Xiądz xiąg miewa futerały,
A pokrowiec w trumnie trwały,
Śmierć mściwa
Sposzywa,
Gotuie,
Czatuie.
Zła nowina mości xięże!
Nas czekaią żaby, węże:
Dzwonnica
Tęsknica,
Zahuczy,
Zamruczy.

Żyy z ołtarza móy pasterzu,
Trzymay z Bogiem nas w przymierzu
Skutecznie,
Statecznie,
Cnotami,
Modłami.
Bożych darów,
Nie z puharów
Ampułeczką,
Nie lampeczką
Używay,
Przebyway;
By nad stan,
Nie był dzban.
Mości xięże teologu,
Nim w śmiertelnym staniem progu
Nas spytay,
Przeczytay

Z Psałterza:
Śmierć zmierza.
Mości xięże kapelanie
Kiedy pora nam nastanie,
Że tańce,
W różańce;
Nowinki,
W godzinki
Zamienią się? nasze karty
W xiążki święte, bo nie żarty!
Żartuiem,
Kartuiem:
Śmierć czeka,
Człowieka.
Świat, nie światło: ty świecznikiem.
Oświecayże słów promykiem,

Ni chuchu,
Ni duchu:
Ćmią cienie,
Sumienie!





DWORSKIEY MŁODZI.[1].


Pożegnał się ten z rozumem,
Kto dwór zwał łask wielkich tłumem;
Tam łaski,
Jak trzaski
Lataią,
W łeb daią.
W obietnicach złote góry,
W skutku kruche łask farfury:
Pan dworski,
Kot morski;
Choć mówny,
Nie łowny.
Z domu wiedzie dość paradnie,
Lecz wyiedzie oklep snadnie:

Stół chiński,
Koń fiński;
Za katy,
Strokaty.
Ty dworaku
Nieboraku,
Kręcipięto,
By nie wzięto,
Patrz nieba;
Coć trzeba?
Uważay,
Powaźay.
Tam wiek tracić, młodym fama;
Lecz w sumieniu znaczna plama:
Gdy młodzi,
Co szkodzi,
To dbaią,
Chwytaią.

Dworskie mody, polityki,
Łacno łamią cnoty szyki.
W nich smaku,
Jak w raku:
Bez cnot nic!
Będziesz fryc.
Złych kompanów straszne roty,
Z nich cię bierze grzech w obroty?
Niecnota,
Hołota,
Kolega,
Dolega.
Ze złym liga w długim czasie
Trzyma serce iako w prasie
W niedoli,
Swawoli;
Złe kluby,
Do zguby.

Nie dasz danku farbie z kretą:
Dwór bez cnoty, nie zaletą;
Maniery,
Cnot cery
Są probą,
Ozdobą.
Własnych fortun dwór podszewką
Bydź mienisz: lecz tą polewką
Choć żyiesz,
Nie styiesz:
Wszak długi,
W zasługi.
Kręci wirem świata morze,
Paliwoda tyś we dworze,
Szeptami,
Plotkami
Dość sprawny
I iawny.

Latasz wszędy, gdzie nie proszą,
Szczęścia skrzydła cię unoszą:
Któś mydłem
Ty skrzydłem
Się zdradzisz:
Zle radzisz.
Z fortun kołem mózg się kręci,
Fatów obrót nie w pamięci
O kołku,
Bydź w dołku,
Z fortuny,
Do truny.
Nie nasycą tany dworów,
Milsze tony świętych chorów;
Tak wiecznie,
Bezpiecznie
Ta rada,
Nie zdrada.

Więc co żywo skocz ochoczo,
Za instynktem szłapio, kroczo,
W niebie dwór;
Świat plew wór:
Ta meta,
Zaleta.
Na dworskiego polityka
Nie igraszka iest motyka,
Łopata,
Gdzie chata
Pokaże,
I skaże.





PATRYOTOM KORONY
POLSKIEY I W. X. L.
[2]


Przez świat sławny móy Polaku,
Dla wolności iedynaku
Po tobie!
Bo w grobie
Niewola,
Niedola.
Męstwo Marsa za Felixa,
Złota wolność za Fenixa
Cię dała,
Witała
Dość dawno;
To iawno.

Orły w herbie, biorą góry,
Z gór strącaią Park pazury:
Na spony,
Obrony
Nie dóydą,
W dół póydą.
Śmierć papuga lada iaka
Uczy gadać twego ptaka:
Tu ślisko,
Grób blisko:
Gniy nisko
Orlisko.
Ey Polaku, orli ptaku,
Nie ulecisz na rumaku
Śmierć sidłem,
Wędzidłem
Uchodzi,
Dogodzi.

Choć żółwiowe sprzęgay cugi,
Gdy przysądzą fatów rugi:
Pośpieszysz,
Ucieszysz
Tą iazdą,
Gdzie gniazdo
Ci pokażą tarte dęby
Co piłuią twarde zęby:
Sośnina,
Osina
Naznaczy,
Okraczy.
Cny narodzie,
Grób cię bodzie.
Śmierć niezbyta,
Niepolita
Powoli,
Niewoli;

W swe łyka,
Zamyka.
Czy ty orzeł, czy ty kawka
Wkrótce zdłabi kaszel, czkawka
Śmierć szyie,
Zaszyie;
Zwali,
Obali.
Móy Litwinie,
W dobréy minie;
Junak z ciebie,
Kim w pogrzebie,
Śmierć kroczy,
Utroczy
Pogonia,
Bez konia.
Wszak mawiaią,
A nie baią:

Ciesząc żądze,
Po pieniądzę
Do Litwy,
Bez bitwy:
Bądź złoty,
Z liczb cnoty.
Jak bez słońca nikną farby,
Tak bez cnoty giną skarby
Z Polaka,
Żebraka
Kto sądzi,
Nie zbłądzi.
Z ostróżnością,
Z twą wiecznością;
Mało, wiele,
Powiem śmiele:
Cnót ile,
Dóbr tyle

Zyskałeś,
Wskórałeś.
Niestatecznie,
Choćbyś wiecznie
Nabył dobra,
Gdy nie dobra
Fortuna,
Twa truna
A zbiory
Jak wiory.





CUDZOZIEMCOM.


Witam gości w naszym kraiu
Zwami chętnie, iakby w raiu
Żyć chcemy,
Będziemy
Społecznie,
Statecznie.
Wasze strony,
Jak Dodony
Cudze kraie,
Mówne gaie
Was pytać,
Was witać
Pragniemy,
Życzemy.

Miły gościu mości Panie
Prosim, dayże serca zdanie
O co chodzi?
Co szkodzi?
W tych kraiach,
Czy Raiach.
Słyszę mówisz: Polskie kraie
Codzień maią śliczne maie,
Wesoło,
I czoło
Pogodne,
Swobodne:
Jeno marce,
Złe na starce;
W zimne stycznie,
Nie zbyt ślicznie:
Tam groby,
Choroby

Dość gęste,
I częste.
Liczą w lutych,
Z lat wyzutych;
Z listopady,
Jako grady
Padaią,
Chwytaią
Całuny,
Do truny.
Mości Panie,
Myli zdanie
Niechay baiu,
Umrzesz w maiu
Przysłowie
Opowie;
Tak uczy:
Śmierć kluczy.

Więc ostróżnie, Panie Włochu:
Nie truy zdrowia, w Polskim grochu
Bo krzyknie,
I ryknie:
Och! Pan Włoch!
Zły tu groch.
Kwaśno, słono, któś nie iada;
W przaśnym, w słodkim siada zdrada:
Oszuka,
Dokuka;
Dość iedna,
Śmierć biedna.
Móy Francuzie!
Wierzay muzie:
Ruskie kwasy,
Wszystkie czasy
Dość psuią,
Dość truią

Bez soli,
Śmierć boli.
Ey Francuzie!
Mor w kapuzie
Oślep chwyta,
Ani pyta
Czy ty La?
Czy de La:
Czy ty Franc?
Czy ty Hanc.
Śmierć Francuza,
Jak kobuza;
A Niemczyka,
Jak kulika
Kusego,
Tłustego
Osiecze,
Opiecze.

Panie Niemcze,
Cudzoziemcze!
Przy defektach,
Nic po fechtach:
Nic Vas, Vas!
Der, die das:
Śmierć, rauz! rauz!
Kumerauz!
Nic tesaczki,
Nic kruhlaczki!
Miéy ochotę,
Bronić cnotę:
Przez szpady,
Układy,
Dość szparka,
Pchnie Parka.
Cnót się chwytay bez odmiany,
Szacuy parol Bogu dany:

Z parolu,
Bez bolu
Schódź z placu,
Bez płaczu.
W modnym kroiu,
W krótkim stroiu
Język długi,
Złe zasługi
Odbiera,
Zawiera.
Precz kusa,
Pokusa.





PANOM DYSSYDENTOM.


Straszliwego Maiestatu Panie,
Dałeś rozum, dayże i poznanie
Jednéy prawdy nie omylnéy,
Ku zbawieniu nam przychylnéy:
Bo są głowy,
Jak u sowy
Bez rozumu,
Z fałszów tłumu
Przy uporze.
Jedenś Boże, ieden chrzest, ofiara,
Jedna dusza, iedna musi wiara
Bydź od ciebie,
Która w niebie
Twéy czeladzi,
Lud osadzi:

A zaś inna,
Jako gminna
Lud zawodzi,
Nader szkodzi,
Bo na wieki.
Chrystus, owce wabi do owczarni;
Krnąbrne kozły, pędzi do koziarni:
Swym rozumkom nie ufaymy;
Fałszu z prawdą nie zwiiaymy.
Ach szukaymy dusz Pasterza,
Nim śmierć chwyci z za kołnierza
Już pod nosem!
Mości Panie, grzeczny Dyssydencie
Nie bądź grzeszny, błędny, iak w odmencie
Wszak w momencie
Na okręcie
Z dusz ruiną
Ludzie giną:

Patrz! nie długa,
Twa żegluga;
W co styruią,
Gdzie kieruią
Lat zapędy.
Nie exkuza, że tak uczy kircha.
Bo odpowie skórka, tłusta ircha:
Gdy w kłopocie,
Jak w robocie
Śmierć wyprawi,
Nie zabawi.
Myśl nieboże!
Nie pomoże
Nic Anglia,
Saxonia.
W Park areszcie.
Wszak zawodzi korzyść, po respektach
Krótkich świata: bydź w wiecznych despektach,

Za kapłuna
Chuda truna;
Za wygody,
Wieczne głody;
Zła odmiana,
Dla Wać Pana!
Życie tłuste,
W cnoty puste
Zada maku.
Nie w Senacie, siądziesz w koszu, w saku
Nim doczołgniesz Nieba choć na raku.
Przeymą sidła, zamkną klatki,
Boś bez świętych, i bez matki.
Ach bez głowy!
Bez przymowy;
Gdzież iest ona?
A tu spona
Śmierci chwyta.

Myśl co wskórasz! co wygrasz? iak wiele?
Chyba kurka na twoim kościele.
Ten omdlewa,
To ci śpiewa:
Zbor bez krzyża,
Łask ubliża.
Ach niestety,
Łzy bez mety,
Bez waloru,
Dla uporu!
Już po czasie!
A gdy psalmy nucisz Dawidowe,
Do iedności miéy serce gotowe:
Móy Dawidzie,
O cię idzie:
Radź o sobie,
W życia dobie;

Błagay Boga,
Nim nie trwoga,
Przeżegnay się,
Nawracay się:
Wszak Bóg czeka.
Ach bez Piotra bez iego stolicy
Tu Panowie są Ewangelicy!
Prościesz ducha,
Aby skrucha
Was zleczyła,
Przytuliła:
Taka rada,
Wszak nie zdrada!
Dyssydentom,
Konfidentom
W Polskiém państwie.





MIASTA OBYWATELOM.


Miasta zdobią kamienice
Rynki, gmachy, wtąż ulice
Imbary,
Koszary,
Przydały
Dość chwały.
Górę biorą niebotyczne
Wieże, wały, zamki śliczne:
A przecie,
Jak wiecie,
Są hardzie,
W pogardzie.
Świat mieszczany,
Między pany

Wszak nie liczy,
Jeszcze krzyczy
Na możność,
Wielmożność
Krzywi się,
Marszczy się.
Jedna dla nich, śmierć cudowna
Która panów z gburem równa:
Zarównie,
I głównie
W pałace
Kołace.
Szczupła wielkim miastom chluba,
Gdy altecom grozi zguba.
Nadeydą,
I wejdą
Ruiny
W machiny.

Arsenały od perzyny
Nie obronią od ruiny:
Wszak miasto,
Jak ciasto
Rozgniotą,
Z bied rotą.
Jak rdza zjada Styrskie stale,
Tak Mars broczy w krwi kanale
Fortece,
Altece:
Na zguby,
Pasz chluby.
Słońca promień, śnieżne góry
A śmierć niszczy mieyskie mury:
Dość częsta,
I gęsta
Nowina,
Ruina.

Lekki laufer, śmierć nie chramy;
W lot obleci sklepy, kramy;
Okrąży,
Choć dąży
Powoli,
W niedoli.
Więc rynkowy,
Ratuszowy!
Niech łokciowy,
I szynkowy
Swe zbiory,
Za wiory
Poczyta,
Cnót pyta.





NĘDZNYM TU KMIECIOM.


Biedny kmiecie! to powiecie,
Że was cetnar prac, dość gniecie;
Tu praca,
Jak prassa
Lud tłoczy
Roboczy.
Bieda rani i dokucza,
Jak żar rybkom z siatek, z bucza:
Atoli,
Powoli
Bóg koi,
I goi.
Kmiotek stęka,
Że tu męka:

Lecz przy zgonie,
Nie utonie
W łez rzekach
Po wiekach,
Po potach,
Kłopotach.
Wszak weseléy, śmieléy chłopek,
Co iak mrówka dźwiga snopek,
Po cepie,
Spi w sklepie,
W dolinie,
W perzynie.
Ty oraczu!
Pełen płaczu:
Śmierć macocha,
A twa socha
Co wskóra?
Ey skóra

Zaboli!
Gdy zgoli.
Śmierć i chłopy,
Jako snopy;
Z gruntów brozdy,
Jako drozdy
Wybiera,
Zawiera;
Tratuie,
Morduie.
W czysca sieci,
Jak w osieci
Kąkol duszy
Twéy wysuszy,
Wywróci,
Wykłóci,
Naparzy,
Rozżarzy.

Twe woliki trzymasz w pługu:
A śmierć ciebie wezmie w długu,
W oborze,
Z plec sporze
Odzienie,
I mienie.





UWAGA ZABAWNYM,
CZY ZATRUDNIONYM
CHMIELEM GŁOWOM.


Na waletę, wiersz by metę
Założył: lecz swą zaletę
Zakaty,
Wiwaty
Wznawiaią,
Wskrzeszaią.
Jużby rychléy oschło pióro;
By nie dały weny sporo
Achtele,
Butele,
Puhary,
Nim mary.

Tyś bez wierszów dosyć sławny
Z oczu, z mordy, opóy iawny
A z brzucha,
Bez ucha
Baryła,
Otyła.
Bez liwarów, gęba kufa,
Połknąć antał, sobie ufa:
Nie zmyli,
Wychyli
Dość smagle,
I nagle.
Darmo puzdro, lepiéy w pipie;
Gdy smak smagły ięzyk szczypie:
Dogodzisz
Wszak brodzisz
W aptece,
Jak w rzece.

Smagło chlustasz trunek różny:
Często zatém tyś podróżny
Do Rygi
Po figi
Obfite,
Sowite.
Oczy mokre, iako bańki:
Nic nie widzą, ieno szklanki.
Jak wstanie,
Dostanie.
Bolą oczy blachmalowe,
Gdy szkła drobne są stołowe;
Wraz huczysz
I tłuczysz
Na miazgi,
Drobiazgi.
Stłuk się respekt na kieliszki,
Zbrzydziły ie twoie kiszki

Antały
Twe pany:
Czapkuiesz,
Waruiesz.
Gęba huczy chmielem dęta,
Niech pisklęta czy karlęta
Tym truią,
Traktuią:
Mnie miła
Baryła.
Mnie choć z lagrem day achtele!
Co nayżywiéy nieś butele!
Niech zginą,
Mnie miną
Kaczeczki,
Lampeczki.
Kurza główka choć omdlewa,
Dobra gęba, iak cholewa

Nadgrodzi,
Gdy brodzi
Wrostoczy
Po oczy.
Stóy, dla Boga, obiboku!
Patrz choć zyzem, śmierć na oku,
Dopiiasz,
Dobiiasz
Twe życie,
Nie skrycie.
Żal mi ciebie zmokła kokosz:
Będzie we łbie, w mozgu rokosz.
Twa skórka,
Jak burka
Na słocie,
I w błocie.
Żal mi klocu! brzuch machina
Rozpłynie się iako glina:

Drżysz z febry,
A cebry
Nie zmylisz
Wychylisz.
Aquavita
Dobrze świta,
Od węgrzyna
Twa czupryna
Jeży się,
Choć lśni się,
Cóś trwoży,
Śmierć wróży.
Nie odeprzesz, nosem ryiąc;
Niewymodlisz, czołem biiąc:
Twe mary,
Legary
Swobodne,
Wygodne.

Z czar, nie z czarów, twe choroby
Popchną w groby, trunków proby:
Mixtura,
To fura
Dość lotna,
Obrótna.
Próżna flasza, cię odstrasza;
Próżna krypta, cię zaprasza:
Butele,
Łez wiele
Przydacie,
W lat stracie.
Miękczą gęby
Suche zęby
Brzuch pakuią;
Nie żałuią
Ryczałtem,
I gwałtem

W grób śpieszą,
Nie cieszą.
Dośćże paku; wiek na haku;
Z lury gnoiu wstań robaku!
Robacy,
Bez pracy
Otoczą,
Roztoczą.
Rzucay chmiele, brzydkie ziele,
Zamkniy gębę, stul gardziele!
W te ziółka,
Jak pszczółka
Śmierć wleci,
Kark zleci.
Kuflów smoku, obiboku!
Przetrzyy oczy w życia zmroku,
Wiersz budzi,
Nie łudzi;

Wraz zaśniesz,
I zgaśniesz.
Dobiiay się,
Dopiiay się
Nieba łzami,
I cnotami:
Tam miara,
Nie mara,
Wieczysta,
Rzęsista.
Śmierć iak małpa, to wyrazi
Co nas zdobi, lubo kazi:
Jak poczniesz,
Tak spoczniesz,
Wschód iaki,
Zmrok taki.





RADA WSZYSTKIM STANOM.


Wszystkie stany,
Na przemiany
Upadaycie,
Wyciskaycie
Z powieki
Łez rzeki,
Sędziemu,
Świętemu.
Boskie rany,
Jako ściany
Niech zasłonią,
I obronią
Każdego
Grzesznego,

Od kary,
Nim mary.
I MARYA
Niech nie miia,
Wnętrznościami
Zasługami
Folguiąc,
Ratuiąc
Człowieka,
Co czeka.





UWAGA PRAWDY
Z ROZRYWKĄ.


Grzeszniku,
Bez liku:
Ach grzech, grzech!
Nie śmiech, śmiech,
Śmierć matula,
Jako dula
Już na nosie,
Dbayże o się
Grzeszniku!
Indyku
Nadęty,
Przeklęty,
Stul ogona,
By zbawiona

Była dusza,
Ciała tusza,
Od szlagi,
Czy plagi
Śmiertelnéy,
Piekielnéy.
Prawda radzi,
Pycha wadzi:
Ta chymera
Lucypera
Zniżyła,
Wtrąciła
W łez rzeki,
Na wieki.
Śmierć babula,
Jak cybula,
Łzy wyciska,
Gdy przyciska.

Twa główka
Makówka
Nie boli
W swéy woli.
Śmierć macocha
Kto grzech kocha,
Z kosy stali
Wałkiem wali,
Z miłości,
Aż kości
Wylazą,
Z urazą.
Śmierć matula
Nas przytula,
Głaszcze, wabi,
Nim zadłabi,
Grzeszniku!
W kąciku,

Nie ślicznie,
Publicznie.
Śmierć matula,
Usta stula
W gardle kością,
Stawa ością
Co ma, tka,
Ta matka,
Nic nie ma,
Ta mama,
Nic i tobie nieda w grobie,
Na iéy łonie spoczniesz sobie.
Ubogo
I z trwogą,
Po bolach,
Na molach.
Gdy śmierć zmoże
Nie pomoże

Broda ruda,
Ani duda,
Ni łez tłum,
Kotłów bum.
Trąb ra, ra,
Gdy zagra,
Maski, fraszki,
Oraz flaszki,
Nic muzyki,
Złe żarciki:
Za karty,
Tam harty;
Za tuzy,
Tam guzy.
Ty łyk łyku,
Smokczesz byku,
A śmierć w szyku
Na przesmyku

Już stawa,
Przygrawa,
Niestety!
Menwety.
Ty hul huli,
Do gębuli
A śmierć stuli,
Czas iuż luli
W napoiu,
Opoiu,
Za szklanki,
Da bańki.
Śmierć myśliwiec,
Młodzik, siwiec
Bez harapu,
Capu łapu
Uszczwany,
Zszarpany

Wnet ięknie,
I stęknie.
Jednym ciągiem
Kosy drągiem,
Sięga pana
I Iwana
W łeb wali,
Obali
Nim zgubi,
Naczubi.
Śmierć ślepucha,
Koło ucha
Smiało chodzi,
Wiele zwodzi
Gdy wiwat,
Czyli lat
Życzemy,
Pomrzemy.





UWAGA NIKCZEMNOŚCI
ŚWIATA.


Wiwat JEZUS i MARYA
Śliczna w Niebie kompaniia.
Łaska Boska grunt, grunt, grunt,
A świat cały fig funt, funt.
Nic potentat, nic Król wszelki,
Jeden Bóg nasz Pan to wielki.
Łaska Boska grunt, grunt, grunt etc.
Ludzka przyiaźń dla zabawy,
Bóg przyiaciel ieden prawy.
Łaska Boska grunt, grunt, grunt etc.
Nic bogactwa, nic fortuny,
Żebrak, bogacz w padnie w truny.
Łaska Boska grunt, grunt, grunt etc.

Złotogłowy, axamity
Drze śmierć, z głowy strusie kity.
Łaska Boska grunt, grunt, grunt etc.
Zęby czasów rwą sobole
Karmazyny toczą mole.
Łaska Boska grunt, grunt, grunt,
A świat cały fig funt, funt.
Jak brylanty, tak kokardy
Ząb pokruszy czasów twardy;
Serenady,
Pełne zdrady
Komedye,
Tragedye,
Promenady i bankiety
Prędko biorą swe walety.
A opery
Śmiech to szczery

Jako sceny,
Krótkiey weny.
Nie uwiozą dzielne cugi
Musiem płacić fatóm długi
Szłapio, kroczo, i ochoczo
Dążą fata, ani zboczą.
Grób karétą, wozem mary,
Fantem będą wraz czamary.
Życie, zdrowie paięczyna
Świat sam spłonie, ta przyczyna.
Tu snem szczęście, chwała marą
Młodość, piękność, lat poczwarą,
Dzisiay roskosz i bogactwo,
Jutro ropa, i robactwo,
Świat światełko,
Śmierć miotełką
Wraz wymięci
Twe rupieci.

Próżność świata bąbel dęty,
Prędzéy niknie niż wir kręty.
Świat skorupa,
Liczykrupa
Skąpo daie,
Hoynie łaie.
Jego skarby z słomy sieczka,
Sława słaba iak banieczka.
Niebespieczna z światem liga,
Kto nie zerwie, temu figa.
W Niebie wieczność grunt, grunt, grunt,
Świat dość mały, punkt, punkt, punkt.
Sami wiecie
Źle na świecie,
Ey! do Nieba
Nam potrzeba.
Świat bałamut, i fiut, fiut,
Nic po nim, nie gut, gut, gut.

Dwór niebieski to dwór, dwór, dwór,
Świat plew pełen wór, wór, wór, wór.
W Niebie wieczność grunt, grunt, grunt,
Świat dość nędzny punkt, punkt, punkt.





RHYTMUS DE VANITATE MUNDI.


Vivat JESUS et MARIA
Certa cunctis coeli via:
CHRISTO Deo, laudis thus;
Mundo ficus, ulcus, pus.
CHRISTUS fixus est in ligno:
Mundus totus in maligno.
CHRISTO Deo, laudis thus;
Mundo ficus, ulcus, pus;
Quaeris, quid sit hicce orbis?
Plena arca flagris, morbis:
DEUS meus omnia!
Cuncta mundi somnia.

Pompa mundi, o amici!
Ramus stultus, arbor fici:
DEUS meus omnia!
Cuncta mundi somnia.
Mundus totus, parvum punctum,
Sed millenis malis junctum.
DEUS meus omnia!
Cuncta mundi somnia.
Mare iactat mundi bullam
Ebibit mors ut ampullam,
DEUS meus omnia!
Cuncta mundi somnia.
Bella, livor, rixae luxus
Hujus maris sunt refluxus
JESUS, CHRISTUS, MARIA
Veri boni maria.
Mundus cordis uncus, hamus,
Stulto voto hunc captamus

JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Veri boni maria.
Basiat cor in amplexu
Sed occidit doli nexu
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Veri boni maria.
Ore promit centum laudes,
Corde vomit mille fraudes
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Veri boni maria.
Mundus paret gloriosus,
Qui globosus, hic gibosus
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Veri boni maria.
Quid est faeda mundi larva?
Nisi mica, resque parva
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia

Terra tristis et afflicta
Ob defectus et delicta
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia
Pauper casa, dives fumo
Flos ut rosa plena dumo.
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Orbis, morbus ceu caducus,
Spumat, humat ejus fucus:
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Fama orbis ficta Iris,
Color pictus nugis miris.
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Tot laborum hic munera,
Tot sudorum sunt funera

JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Tota forma gaudiorum
Ferre vultum otiorum,
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Hic jocari, hic saltare,
Nil aeterna procurare:
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Quasi homo non sit cinis
Nec pateret rerum finis
JESUS, CHRISTUS, MARIA,
Nostra sunto gaudia.
Sed dum caput nixum collo,
Ocellos in Coellum tollo;
Caeli pompa, pomparum!
Mundus nuga nugarum.

Rident poli pulchrae stellae,
Vocant Coeli cor rebelle,
Coeli pompa, pomparum!
Mundus nuga nugarum.
Vale munde, sat immunde!
Cordis cella, Coelum, stella,
Coeli pompa, pomparum!
Mundus nuga nugarum.




Ad M. D. G. B. V. M. S. L. O.

Conceptae honorem
S. Joannis REGIS, ac OO. SS

Cultum et Venerationem.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł W spisie treści wiersz ujęto pod tytułem Dworskiéy młodzieży.
  2. Przypis własny Wikiźródeł W spisie treści wiersz ujęto pod tytułem Patryotom Korony Polskiéy i Wielkiego Xięstwa Litewskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Baka.