Pani Dulska przed sądem/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Pani Dulska przed sądem
Data wydania 1910
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Drukarz Księgarnia E. Wende i S-ka.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


GABRYELA ZAPOLSKA



PANI DULSKA  ≡≡≡≡

≡≡≡≡  PRZED SĄDEM






Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów-logo (1907).png





WARSZAWA PL Pani Dulska przed sądem page 09b.png NAKŁAD I DRUK TOW. AKC. S. ORGELBRANDA S-ów
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI E. WENDE I S-ka.







P
Pani Dulska dla całego domu „narządziła“ świeżą bieliznę.

I to we wtorek, wbrew zwyczajowi. W domu Dulskich bowiem zmieniano bieliznę w niedziele i czwartki, poszewki i prześcieradła — co dni piętnaście.

...Charakterystyczny węzełek włosów sterczał na czubku głowy. Cała postać zionęła dobrem odżywianiem się i gniewem...

O tem mówiła Pani Dulska z pychą źle ukrytą:
— Są takie panie, które co miesiąc nawłóczą pościel i potem zdaje się im, że u nich porządnie... Ja wolę oszczędzić na jedzeniu, a mydła nie żałować. Już taka moja natura! Insza nie będę!
Toczyła dokoła wzrokiem groźnym, mówiąc te słowa. Barchanowy granatowy szlafrok w duże szare talary opadał w szerokich fałdach, wznosząc się wszakże na biodrach. Charakterystyczny węzełek włosów sterczał na czubku głowy. Cała postać zionęła dobrem odżywianiem się i gniewem. Ręce były stale zabrudzone na końcach palców. Pani Dulska nie miała czasu nigdy wyszorować ich do czysta. Przytem grzebała ciągle w piecach, w cukrze, czyściła grzebienie, krajała mięso, uczyła kucharkę, jak się paproszy zające, oddzielała białka, przygotowywała dla Meli proszki i pomadę do włosów, ugładzała sól w solniczkach, próbowała śmietanę, liczyła brudy, — słowem, palce jej ciągle przylepiały się do czegoś, zabierały coś na siebie, jak te pracowite pszczółki, fruwające wśród kwiatów.
— Insza nie będę! — powtórzyła pani Dulska, czekając na opozycyę. Lecz tej nie było. Zbyszko ulotnił się. Mela i Hesia siedziały w swoim pokoju, Felicyan palił cygaro w przedpokoju, bo mu tam było najwygodniej.
Pani Dulska zatem mówiła w próżnię.
Otworzyła szafę i „ładowała“ dalej bieliznę dla całego domu, Zwłaszcza starannie wybierała bieliznę Felicyana i swoję.
— To my staniemy jutro przed sądem!... trzeba, ażeby wszystko było, jak należy!
Na to wspomnienie panią Dulską oblały ponsy. Pokiwała głową.
— Przed sądem!... Do tego doszło!
A wszystkiemu winien — kto? naturalnie Zbyszko.
Żeby nie on, kokocica z pierwszego piętra nigdy nie byłaby się rozzuchwaliła. Sprowadzając się, miała najwyraźniej zapowiedziane, że wynajmuje się jej mieszkanie, ale pod warunkiem, że będzie sza! ani mru, mru, łagodnie, cicho, jak Pan Bóg przykazał. Przystała na wszystkie warunki, dostała klucz, zgodziła się płacić stróżowi cztery guldeny na ręce pani Dulskiej i wprowadzać swoich gości kuchennemi schodami i na palcach. Zwłaszcza co do stróża pani Dulska była bardzo rada, bo to uwalniało panią Dulską od płacenia mu pensyi, jako stróżowi kamienicy. I wszystko było w porządku. Kokocica spała cały dzień, nie miała sługi, plotek nie było. Posługiwał tylko jakiś stary żyd, który przemykał się, jak cień, po ganku, nosząc rano czekoladę w podwójnych porcyach z poblizkiej cukierni. Zresztą — okna, wychodzące na ulicę i na ganek, szczelnie pozasłaniane storami koronkowemi, pozaciągane różowym i żółtym jedwabiem. Czasem tylko na balustradzie ganku od dziedzińca żyd w szarej kurtce, nucąc coś cichutko, rozwieszał śliczne szlafroki, jak z puchu, z rękawami długiemi, wiewającemi, jak chorągwie błękitne, oszyte koronką. Czasem zabłysła złota atłasowa kołdra, opięta wspaniałem, walansienkami strojnem prześcieradłem, zawieruszył się jasiek, jak cacko, ubrany w kokardki, na których plątały się długie, rudawe włosy kokotki.

Z kuchni Dulskiej wypadała wtedy Hesia i, szeroko otworzywszy oczy, chłonęła w siebie widok tych cudów, ona, która znała tylko dessous kobiece z uczciwego płótna i oszyte dzierganemi ząbkami lub „tiulikiem“ haczkowanym z krętej bawełny. Na twarz dziewczyny wybiegały wypieki. Wpatrzona w balustradę ganku, zdawała się wciągać w ruchome nozdrza woń perfum zmieszanych, któremi kokotka cała była przesycona i przesycała wszystko, co dotykało jej ciała.
Z kuchni Dulskiej wypadała wtedy Hesia i, szeroko otworzywszy oczy chłonęła w siebie widok tych cudów...

Milczące, ciekawe, przejęte tym widokiem dziecko Dulskiej tonęło myślą, żądzą, pragnieniem — w tanim przepychu warsztatu rozpusty.
Żyd delikatnie, z jakiemś nabożeństwem obchodził się z temi wykwintami, dmuchał na nie, roztrzepywał, przypatrywał się z lubością i zachwytem. Lecz gdy spotkał się ze wzrokiem Hesi, przybierał obojętną minę, i rybie jego oczy powlekało jakby bielmo głupoty. Zbierał szlafroki i pościel i znikał w głębi domu.
Raz jeden Hesia dostrzegła tylko, jak przez otwarte drzwi kuchni wypadła kokocica w przepysznej, blado-zielonej halce, naszytej od bioder koronkami, we włóczkowej chustce na ramionach i z rozrzuconą masą włosów. Mignęły plecy rozpustne i twarz „grającego anioła“ z bazyliki Piotrowej. Porwała szlafrok i znikła.
Tej nocy Hesia długo nie spała.
Lecz o tem nie wiedziała pani Dulska.
I nie przeczuwała.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

Pani Dulska była spokojna i kontenta, że tak dobrze ma wynajęte pierwsze piętro.
Młode małżeństwo, więc o bożym świecie nie wie, a potem jest znowu dobrze i pobłażliwie usposobione, — i panna Matylda Sztrumpf — prywatyzująca.
Co komu do tego?
Prywatyzująca.
I tyle!
Cicha, grzeczna, bieliznę oddaje za dom, na strychu nic nie ma, w piwnicy takoż — (strych i piwnicę pani Dulska odnajęła praczce i sklepikarzowi) awantur o granie na fortepianie nie robi, czynsz kwartalnie z góry płaci. To sobie pani Dulska wymówiła. Inni lokatorzy płacą miesięcznie. Ale Matylda Sztrumpf kwartalnie. Mama Dulska jest przebiegła i choć sama jest bardzo tego... ale rozumie się na handlowej stronie takich pań. Dziś dobrze idzie, — gumy, boa, meble, a jutro coś się odwróci i — czarna serya. Mama Dulska woli się zabezpieczyć na trzy miesiące naprzód. Zawsze — przez trzy miesiące taka Matylda może już znów mieć boa, automobil, gumy i czynsz dla Mamy Dulskiej.
A nawet pam Dulska miała dla Matyldy Sztrumpf pewne uznanie. Oto pani Dulska wpadła nagle na pomysł... poświęcenia kamienicy. Kupiła bowiem ową kamienicę od żyda, który ją zbudował. Kamienica była niepoświęcana i sługi o tem szeroko po całej ulicy mówiły. Stróżka i „ci z suteryny“ twierdzili nawet, że coś na strychu straszy, a nocami po schodach chadza. Pani Dulska urągała takim opowieściom, bo była esprit fort i wielką sceptyczką w głębi duszy, mimo iż dokumentnie odprawiała wszystkie formułki nabożne i tradycyą nakazane. Ale pragnęła, aby żadna skaza nie postała na fasadzie jej domu. Kazawszy odmalować front, balkony, okna, powprawiać kolorowe szyby w okna schodowej klatki, uznała za stosowne zarządzić poświęcenie domu. Ksiądz miał obejść wszystkie mieszkania, pokropić kąty i odczytać modlitwy.
Zbyszko zdawał się tym projektem zachwycony.
— O to! to! właśnie... właśnie!.. śmiał się, siedząc pod piecem. — Doskonale! — trzeba tylko zacząć od głównej lokatorki.
— ?...
— No... pani Matyldy Sztrumpf. Tam właśnie poświęcenie będzie na miejscu!
Pani Dulska aż zdębiała. W jednej chwili ogarnęła myślą sytuacyę i wyjątkowo w duszy przyznała Zbyszkowi racyę.
Bardzo umiejętnie przelawirowała w tej drażliwej sprawie. Matylda Sztrumpf skryła się w najtajniejsze zakątki swego apartamentu, a pani Dulska oświadczyła księdzu, iż ta lokatorka wyjechała do rodziców i klucz ze sobą zabrała.
— Tak żałuję... tak żałuję... powtarzała pani Dulska, depcząc księdzu po piętach — i ona będzie żałować, bardzo godna dama, bardzo miła...
— Nigdy nie pozwoliłabym na profanacyę — uspakajała swe sumienie Dulska, bo coś tam zaczęło ją kręcić, gdy ksiądz uczciwie i serdecznie modlił się, obchodząc ściany jej domu — w swej świeżo wypranej, wykoronkowanej komży.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

I tak żyłyby Matylda Sztrumpf i pani Dulska pod jednym dachem cicho, zgodnie, przyjemnie dla stron obu.
Wprawdzie w oficynie krawcowa i żona konduktora kolejowego coś niecoś miały przeciw „prywatyzującej“, ale pani Dulska umiała godnością swoją pokryć wszystko i nawet przeciągnąć panią Oderwankową na stronę kokotki. Żona konduktora czuła się zaszczyconą względami pani gospodyni i zaczęła widzieć w Matyldzie Sztrumpf damę miłą i elegancką, żyjącą z własnych funduszów.

— A zresztą... kto wie, moja pani, co to jest właściwie.
Bardzo... bardzo... — chwaliła Dulska — wiadomo, żyje z procentów,
to sobie może i to, i owo...

— Naturalnie. A potem nie sądźcie...
— Tak! Tak! —
Założyły ręce na brzuchach, pełne pobłażliwości kobiet „bez zarzutu“ dla tych, które zarzuty dźwigały na sobie wraz z brylantami i koronkowemi bluzkami.
— Bo niewiadomo, moja pani, coby się stało z nami, gdybyśmy się tak chowały bez matek, jak może ta... wyszeptała nieśmiało konduktorowa, która znacznie była szczersza w swych odczuciach.
Dulska się nadęła.
— To nie, moja pani! — już ja — żebym się nawet bez matki urodziła, zawsze byłabym, czem jestem.
Konduktorowa spostrzegła się, że za daleko poszła.
— Tak... tak... ja tylko sobie ot...
Właśnie przez bramę przesuwała się Matylda Sztrumpf. Miała elegancki i doskonale skrojony kostyum biało z granatowem, rayé z takim samym żakietem „tailleur“, bardzo otwartym na przedzie, a na głowie wyzywająco-szykowny kapelusz z piórem, jak u generała w pierwszy dzień Wielkiejnocy.
— Prześlicznie się ubiera! — uśmiechnęła się blada i wiecznie w jednej orzechowej sukni i w wielokrotnie pranym popielato-wyblakłym paltociku chodząca żona konduktora.
— Bardzo... bardzo... — chwaliła Dulska — wiadomo, żyje z procentu, to może sobie i to, owo...
— Tak, tak. Ale — z gustem.
— O, to osoba osobliwa. Zdaje się nawet za hrabią była. Umarł podobno parę lat temu. Zostawił jej dziecinę.
— No, moja pani gospodyni. Jaki to los...
Żona konduktora rozrzewniła się. Miała skrufulicznego siedmioletniego chłopca. Bardzo była macierzyńska.
— Dziecinę! A gdzież?
— Chowa się u rodziny męża. U hrabskiej rodziny.
— Czemuż nie przy mamusi?
Dulska zmarszczyła brwi.
— Moja pani! są dzieci, zwłaszcza z tych pańskich, że im powietrze miejskie nie służy. Dziecina jest na wsi.
— A... tak!...
Konduktorowa westchnęła.
— Ach! żeby tak mego Olafuńcia można na wieś!... Ale skąd! — teraz taki pieniądz drogi... Wiktuały... czynsz...
Dulska zebrała w rękę tren szlafroka i znikła w głębi bramy.
Konduktorowa w najtajniejszych zakątkach duszy wypielęgnowała życzenie: „złam pysk“, lecz było to tak ciche, jak to, co człowiek w swej jaźni zamyka na hermetyczne angielskie zamki, nie wypuszczając na światło dzienne. Szło przecież o to, aby Dulska nie podwyższyła czynszu, więc należało zachować pewne komentarze, „i trzymać z panią gospodynią sztamę“.
A Dulska idąc po wschodach, po których włóczył się jeszcze zmieszany zapach perfum kokotki, przemyśliwała, jakby „wyciągnąć“ jeszcze czynsze w oficynie. Naczytała się właśnie o procesie kolejowym, na którym rozwłóczono jawnie bajeczne kradzieże, dokonywane w kufrach i przesyłkach. Majaczyły się jej przed oczyma całe sezamy bogactw, w których ręce zanurzał taki pan „kolejarz“.
— Jeżeli inni — pomyślała, — dla czegóż by i nie taki Oderwanek, — może i on... a skoro mieszka pod dachem uczciwej kamienicy, niech za to płaci!
Do głowy jej nie przyszło, aby złodzieja usunąć z pod tego dachu — ale... niech płaci!... Płaciłby przecież passerom.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png
...Zbyszko wcisnął się przemocą.

Lecz oto Zbyszko, który po awanturze z Hanką puścił się na wielką łobuzerkę, spotkał się gdzieś nad ranem na wschodach z Matyldą Sztrumpf. Te dwie rozpusty zielone i zgniłe, cuchnące kwasem szampanowym i nieświeżemi ostrygami, zajrzały sobie w oczy.
W jednej chwili porozumieli się. Ona nie mogła dodzwonić się na swego starego żyda, który gdzieś drzemał w głębi apartamentu. Zapomniała klucza.
On szedł wolno i zatrzymał się.
Jej białe boa puszyste i kosztowne wlokło się po dywanie schodów.
On przydeptał je butem.
— Och! pardon.
Kokotka parsknęła śmiechem.
— Nie szkodzi! — rzuciła.
— Może — proszę częściej?
— Może...
Śmieli się oboje leniwym, niemiłym śmiechem.
Za drzwiami apartamentu rozległo się człapanie pantofli.
— Wreszcie idzie to stare bydlę — mówiła wdzięcznie Matylda Sztrumpf.
Drzwi się otwarły.
Zbyszko wcisnął się przemocą.
— Może się i młode bydlę na co przyda! — zaproponował.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

Na pierwszego Matylda Sztrumpf nie zapłaciła czynszu, co więcej, gdy Dulska posłała z biletem stróża, ten zaraportował, że „pani“ powiedziała mu, że się już z młodszym panem ugodziła.
Dulska posłała ponownie stróża.
Kokotka, która właśnie konstruowała cały abażur z loków na głowie, posiadając swych własnych pięć włosów do tego, odpowiedziała krótko i w swym ojczystym języku:
Schauen’s, dass Sie weiter kommen.
Dulska zdębiała.

Nie rozumiała nic. Felicyan wzruszał ramionami, Julia Siewiczowa miała influenzę, i Dulska za nic byłaby tam nie poszła. Zbyszko, na którego Dulska napadła, jęta szałem, wybuchnął nieprzyzwoitym śmiechem i odmówił wyjaśnień. Natomiast na domiar nieszczęścia nakazano z magistratu, aby tradycyonalne koszyki do śmieci, w których wicher tak cudownie rozwiewał brud i zarazki po ulicach miasta, zostały zastąpione przez jakoweś pudełka drewniane z pokrywkami.
Kokotka, która właśnie konstruowała cały abażur włosów na głowie... odpowiedziała krótko i w swym ojczystym języku: „Schauen’s, dass Sie weiter kommen.“

— Czemuż nie okute w srebro? — wrzeszczała Dulska — zarazki... no to co? z czegoś ludzie muszą umierać!
Właśnie stolarz przyniósł takich czternaście „śmieciarek“ i ustawił je, jak wojsko na dziedzińcu.

— Wielmożna pani gospodyni pozwoli! — błagał pokornie zartretyzmowany stróż, ziejący wszystkiemi porami wilgoć piwniczną, w której moczyła go dzień i noc wielmożna gospodyni.
...Zatrzymała się i majestatycznie przypięła pończochę „haarnadlą“, wyjętą z włosów, do barchanowych majtek.

Jak wicher, jak huragan, zleciała Dulska po schodach. Zapomniała podwiązek. Zatrzymała się i majestatycznie przypięła pończochę „haarnadlą“, wyjętą z włosów, do barchanowych majtek. Poczem już z godnością, lecz z temperamentem, narzuciła się na stolarza i jego śmieciarki.
Choć zdawało się, że cała jej przemyślność pracuje w kierunku, ażeby „urwać“ stolarzowi coś ze zgodzonej ceny, jednak troska o niezapłacenie czynszu przez Matyldę Sztrumpf dominowała nad wszystkiem.
Ujrzawszy więc panią Oderwanek, wracającą z miasta, gdzie owa dama maczała przez pół godziny palce we wszystkich garnkach ze śmietaną i masłem, narzuciła się znów na nią, zapominając o śmieciarkach, magistracie i stolarzu.
— Pani wie... moja pani, że ta, ta...
Poleciał potok słów.
Oberwankowa stała cierpliwie na środku dziedzińca, chłonąc w siebie jakieś zadąsane gdakanie pani Dulskiej.
Wreszcie pokiwała głową i wyrzekła:
— To było do przewidzenia. Skoro pan Zbyszko od niej nie wychodzi...
— Kiedy? jak? gdzie?
— To już nie wiem, kiedy, ani co. Ale to wiem, że tam przesiaduje często, a rankiem czasem razem dorożką na gumach wracają, bo mój mąż, jak kiedyś z obiadu wracał, to ich tak przed bramą spotkał.
— Jezus Marya!
Dulska porwała się za głowę, za piersi, za kark, kopnęła śmieciarki i poleciała na górę.
Co się tam działo, — wiedzą tajniki rodzinne familii Dulskich.
Błoga niezgoda, będąca opiekuńczym aniołem ogniska tego rodzinnego kółka, stworzonego na podstawie praw boskich i ludzkich, wzrosła do niezwykłych rozmiarów.
Długo w nocy, przykładnie wstawione łóżka małżeńskie, przedzielone wytwornym meblem (zwanym po polsku nachkastlikiem), słyszały cudowną litanię wyzwisk ze strony Dulskiej i chrząkań ze strony Felicyana. Nie było to wprawdzie nic nowego, bo już oddawna to prześliczne zespojenie legowisk małżeńskich, świadczące o uszanowaniu tradycyi i świętości sakramentu, było właśnie terenem słownych walk i wyładowywania wściekłości dziwnej a jednostronnej. Walki owe były raczej monologami Dulskiej, w której duch jej nie przechodził tych momentów, o których mówi się, iż dusza razem z duchem pracują nad wzmocnieniem fundamentów świątyni, w której przebywają...

...Owego pamiętnego wieczoru poniewieranie to podobno doszło do kulminacyjnego punktu...

A może to właściwie było koniecznym cementem do spajania cegiełek owej świątyńki.
Dość — że Felicyan tonął w watowanych kołdrach, w rezygnacyi pozornej i schadenfreudzie piekielnej a milczącej, a Dulska poniewierała jego godność i honorowość na odległość szafki nocnej.
Owego pamiętnego wieczoru poniewieranie to podobno doszło do kulminacyjnego punktu.
Tak twierdziła Henia, która zawieruszyła się pod drzwiami i tam długo bez tchu słuchała słów swej rodzicielki.
Od tej chwili rozpoczęła się jawna walka pomiędzy Dulską i Matyldą Sztrumpf.
Kokotka dostała sądowne wypowiedzenie z racyi niezapłacenia czynszu. Dulska chciała ją początkowo delożować z powodu niemoralnego prowadzenia się, jednak namyśliła się, iż kokotka może dowieść, że Dulska wiedziała doskonale, komu odnajmuje i przez dwa lata tolerowała ją najspokojniej w swej kamienicy.
Matylda Sztrumpf zapłaciła czemprędzej swoje trzy miesiące i miała prawo je wymieszkać, a po nich wyprowadzić się z kamienicy.
Lecz obecnie, nie mając powodu oszczędzania właścicielki, rozwinęła szeroko i jawnie swój proceder z całą dezinwolturą i poczuciem szerokiej swobody wyzwolonego z przesądów ducha.
Goście dostali zezwolenia wchodzenia o każdej porze doby frontowemi wschodami, — frontowemi! (duma i pycha pani Dulskiej).
Nad niemi bowiem wyziewał resztki życia stróż, dywan był puszysty i pokryty płótnem, pręty świeciły zdala, jak żydowskie samowary, a nawet na oknach, przez które filtrowało się papuzie światło, własnoręcznie mama Dulska ustawiła sztuczną palmę, do której przywiązała dwie perkalowe kamelie, „jak żywe“.
I temi wschodami, które zdawały się być zakontraktowaną drogą dla nóg bogobojnych i uczciwych, wtłaczali się dziś rozmaici ludzie z podniesionemi kołnierzami u palt, najwięcej milczący i jakby nie pewni życia. Dulska odczuwała nerwowo każde takie przejście. Po sercu jej deptały te ciche kroki albo tłumione słowa. Zdawało się jej, że ona jest puszystym dywanem, po którym depcą bezlitośnie gośćie Matyldy Sztrumpf.
Zwłaszcza w nocy nerwy i słuch Dulskiej pracowały.
A myśl, że i syn jej rodzony, Zbyszko, znajduje się wśród tej czeredy, doprowadzała ją do szału.
Z początku probowała oponować, lecz ta opozycya wywarła nieszczęśliwe skutki. Kokotka z głębi swego apartamentu wyzionęła parę słów, które niezrozumiałym wrzaskiem wzbiły się w niebo.
Żyd stary właśnie rozwieszał koronki i atłasy na ganku, uśmiechnął się i spojrzał na Dulską oczyma, które z smętnych stały się groźne. Szeroko otwarte okna z sypialni kokotki wychodzą właściwie na ganek. Wbrew zwyczajowi podniesiono żółte jedwabne zasłony. Widać czerwono wyklejone ściany, szafirowe pluszowe portyery, żółty adamaszek mebli, zieloną lakierowaną wiedeńską szafę, różową kołdrę i wspaniałą amplę błękitną w złote gwiazdy, zwieszającą się u sufitu. W tym przepychu kręci się Matylda Sztrumpf, oddając się leniwe skomplikowanym czynnościom swej tualety w nieskomplikowanej formie stroju.
Na panią Dulską biją płomienie. Jeszcze „tyle ciała“ w boży dzień nie widziały mury jej kamienicy. Taka kąpiel słoneczna woła o pomstę do nieba! Gdyby się choć kąpała, ale przecież się myje! I do czego to? Wszak dziś środa, nie sobota. W sobotę myje się szyję i uszy i „do pół pasa“. O tem wszyscy porządni ludzie wiedzą.
Westchnęła ciężko pani Dulska, cofnęła się do kuchni, policzyła na stolnicy rodzynki, które sługa miała wsypać w ciasto, i poszła do pokoju zanotować ich ilość. Gdy przy stole podadzą leguminę, Felicyan i dzieci muszą zaraportować, ile rodzynków każde na swoję porcyę dostało. Pani Dulska zaś zsumuje ogólną liczbę i porówna z wyżej wypisaną. W ten sposób pani Dulska przekona się, żali Anna jest uczciwą, żali nie.
Lecz do kokotki można było zastosować doskonale przysłowie:
Dać kurze grzędę...
Matylda Sztrumpf nie chciała zrozumieć taktu i delikatnej wyższości w postępowaniu pani Dulskiej. Przeciwnie.
Zdawało się, że wciąga panią Dulską w jakiś skandal. Rozpasała się poprostu. Coraz głośniejsze wrzaski wylatywały przez okna sypialni. W tualecie swej „prywatyzująca“ zaniechała wszelkich tajemnic. Kąpiele słoneczne przeniosła z głębi swych barwnych komnat na ganek. Początkowo wiewały na jej ciele peniuary z rękawami, zamiatającemi pył z pod jej stóp. Lecz i te peniuary zostały uznane za zbyteczne. Matylda Sztrumpf wygrzewała swe białe plecy bez osłon tuż przy „balaskach“ gankowych. Pani Dulska cierpiała na ten widok i podciągała pod swój podbródek barchany i welwety. Ze zdwojoną energią siekała preparaty, z których miał być fałszywy zając na niedzielne uroczystości familijne.

...Matylda Sztrumpf żuła suszone śliwki, plując wdzięcznie pestki w stronę pomieszkania samej gospodyni.

Lecz ten łomot tasaka nie uspakajał Matyldy Sztrumpf. Przeciwnie, jakby ją podniecał. Coraz silniej spadały z niej koronki, a halka jaskrawa z pomarańczowej tafty cudem czepiała się bioder, ledwo okrytych batystową koszulą. Matylda Sztrumpf żuła suszone śliwki, plując wdzięcznie pestki w stronę pomieszkania samej gospodyni. Gardłowym, wypłukanym przez koniaki głosem, nuciła melancholijnie pieśń o małym trottlu i biła, jak kopytami, dużemi nogami o deski ganku.
Zawieszona tak między niebem a ziemią, siała dokoła zgorszenie i niepokój, ujawniała tajemnicę swej rozpusty i hańbiła na wiek wieków dobrą reputacyę kamienicy Felicyanowej Dulskiej. Lecz mało było tego.
Matylda Sztrumpf od pewnego czasu była w rozterce ze starym żydem, który przecież służył jej wiernie, dyskretnie i zręcznie.
Co chwila rozlegały się nieludzkie wrzaski, wymysły bogate, wiedeńsko-czerniowiecko-galicyjskie, z okien i drzwi wylatywały na ganek, dziedziniec, pantofle, miednice, buty męskie, szklanki, ramki do fotografii, laski, rozmaite sprzęty. Lokatorowie wybiegali na ganki przerażeni, zdumieni, zgorszeni. Pewnego lipcowego ranka Matylda Sztrumpf „prywatyzująca“ wytrąciła za drzwi swego factotum, który wyleciał na ganek, jak z procy, i nagle i on rozwarł czeluście swej wymowy. Zdawało się, że dwa szatany, zamknięte w klatce, odprawiają jakieś nabożeństwa. Kokotka wypadła na ganek i jęła doskakiwać z pięściami do starca. Wszystko, co słownik podręczny dam z „Amerykanki“ posiada, wzbiło się pod niebiosy najwyższym diapazonem, na jaki zdobyć się może głos kobiecy.
Przerażeni mieszkańcy, nietylko kamienicy Dulskiej, lecz i sąsiednich domów, pobledli i niepewni stali w oknach i na gankach, niemi i cisi. Jakiś groźny szacunek dla tych dwojga, walczących pod słońcem i nazywających rzeczy po imieniu, steroryzował wszystko. Tylko jakaś starsza panna wysłała służącą do Dulskiej z żądaniem, aby położyła koniec tym awanturom. Dulska wydelegowała stróża i ten nieśmiało zażądał, ażeby Matylda Sztrumpf udała się z załatwianiem swych kwestyj spornych w głąb apartamentu.
Was denn? — wrzasnęła kokotka.
— Bo proszę wielmożnej pani, pani gospodyni kazała powiedzieć, że to wstyd, bo to przecie stary człowiek, a pani tak nim poniewiera, że aż ludzie...
Lecz nie mógł skończyć, bo Matylda Sztrumpf przyskoczyła do niego z pięściami:
— A pani gospodyni co się wtrąca! — wrzasnęła. — Niech pilnuje swego tłustego brzucha i swego strizzi synalka! Mnie wolno mit dem Mann treiben, was ich will. Es ist mein Vater!!!
Po tem tryumfalnem wyznaniu blada twarz Dulskiej ukryła się poza firankami, zdobiącemi drzwi kuchni. Jak szalona, pobiegła Dulska przez mieszkanie i natknąwszy się na rozwalonego na kanapie Zbyszka, przeklęła go silnie i solidnie do ósmego pokolenia.
Ale to nic nie pomogło. Zbyszko zadartych nóg nie opuścił, a kokotka dalej hulała po ganku, wypełniając na swój sposób czwarte przykazanie.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

Wszystko to jednak nie było niczem w porównaniu z tem, co się dalej stało.
Oto kokotka sprowadziła do siebie dziecko.
Ową „dziecinę“, bawiącą na wsi.
Był to mały chłopak, mający około czterech lat, nędzny i chudy, odziany mimo upału w aksamitne ubranie.
Lecz gdy dziecko to pierwszy raz pokazało się na ganku, cała kamienica i przyległe domy po kraje Łyczakowa, zaszemrały, jak w ulu.
Oto — dziecko to było czarne.
Tak jest. Twarzyczka, rączki, nagie łydki, wysuwające się z pod czerwonych skarpetek, były czarne. Nie tą wspaniałą czarnością prawdziwych murzynów, ale ciemno-kawowe, dostatecznie jednak świadczące o egzotycznem pochodzeniu ojca. Ogromne oczy świeciły zdaleka białkami. Coś z małpki, coś z człowieka, uczepionego u prętów ganku pokornie i cicho.
Dziwny smutek, płynący ze źrenic ouistiti, zdychających w złoconej klatce.
I trzepoczący się w tej ciemnawej osłonie, zagadkowy, łagodny, sponiewierany duch...

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png
...i dzień, w którym na balkonie od frontu pojawiło małe, czarne murzyniątko, przylepione do balustrady, był dla Dulskiej dniem strasznego smutku i rozpaczy.

To wszystko zawisło nagle wśród szczebli ganku kamienicy Dulskiej.
Gdy sługi zaraportowały o tem zjawisku pani gospodyni, zdawało się, że uderzył w nią grom niebieski.
Wszystko, co do tej chwili kokotka wyprawiała, zdawało się niczem w porównaniu z tym ostatnim faktem.
Murzyńskie dziecko!...
Okropność!
Plama czarna, niezmyta, na bieli kamienicy.
Dulska przestała jeść, sprzątać, kłócić się, przeklinać. Chodziła, coś sumując, coś ważąc. Czuła bezdenną śmieszność, ściągniętą przez pojawienie się małego murzynka w jej kamienicy. Wiedziała, że przechodzący ulicą mieszkańcy okoliczni przystają i spogladają ciekawie, radzi ujrzeć „to czarne“ — bodaj przez szyby. I dzień, w którym na balkonie od frontu pojawiło się małe czarne murzyniątko, przylepione do misternej balustrady, był dla Dulskiej dniem strasznego smutku i rozpaczy. To był afisz kamienicy, sto razy gorszy, niż gumy i automobile, zajeżdżające obecnie zupełnie jawnie przed bramę.
To była publika nad publiki, niebywała, cyrkowa i potworna.
Dulska chodziła, jak nieprzytomna. Sława bytności murzyńskiego potworka rozszerzała się coraz bardziej. Zbyszko w przystępie dobrego humoru zapowiedział, iż prawdopodobnie a maluczko w miejscowem Nouveau Siècle’u pojawi się aktualny rysunek, wyobrażający kamienicę Dulskich z murzynkiem na głównym balkonie.
Dulska uwierzyła i zapadła jeszcze w większą rozpacz.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

Dzieje czarnego dziecka Matyldy Sztrumpf były smutne i krótkie. Powstało z zachwytu cake-walk’a i było, jak cake-walk, giętkie, niewyraźne i odrażające. Obecnie całe wieczory spędzało same w ciemnicy apartamentu Matyldy, która o zmierzchu znikała wystrojona i szumiąca. Stary żyd gasił światło i, zamknąwszy drzwi na klucz, szedł w świat, aby powrócić późno w noc. W mieszkaniu pozostawało małe murzyniątko, trwożne i nieszczęśliwe.
I pewnej nocy zbudziło się, leżąc na dywanie salonu. Zbudził je może promień księżyca, może skurcz serca, może głód, może jakiś powiew melancholii od szerokich łanów, na których szum jeno cukrowa trzcina i błyszczą zgięte plecy, czarne i lśniące.
Coś zbudziło małą czarną istotkę.
Porwało się na klęczki.
Zabłysły białka.
Murzynię zawyło.
Och! jak żałośnie.
Coś z psa bezdomnego, coś z prymitywnego człowieka, nawołującego na pomoc...
Nie słyszał przecież nikt, bo salon Matyldy Sztrumpf graniczył ścianą z łazienką i kuchnią młodego małżeństwa.
Nie słyszał nikt, tylko jedna istota.
Kucharka owego małżeństwa, dewotka, która już od wielu lat ze skradzionych na „koszykowem“ pieniędzy wykupywała małe Chinczyki, Murzyny i inne egzotyczne czupiradełka, złożone z ciała i duszy.
Syn Matyldy Sztrumpf nie dawał spokoju Magdalenie Onyżek. Wzdychała ciężko, patrząc na tę nie ochrzczoną może głowę. Gdy w nocy przez cienką ścianę posłyszała skowyt dziecka, w jednej chwili ogarnęła sytuacyę, wyskoczyła z łóżka i, odziawszy się, wypadła na ganek.

Energiczną będąc, zbiła szybę w sypialni Matyldy Sztrumpf, otworzyła okno i bez ceremonii wtargnęła do
...Szybko odnalazła dziecko, pochwyciła je i zaniosła do swojej kuchni...

wnętrza. Szybko odnalazła dziecko, pochwyciła je na ręce zaniosła do swojej kuchni.
Tam zapaliła lampę, napoiła dziecko mlekiem i nawzdychawszy się nad niem i nakręciwszy głową, zaczęła przygotowywać mu legowisko.
— Czarne, ale przecie człowiek i stworzenie boże!
Lecz to krzątanie się Magdaleny Onyżek posłyszała jej pani. Zaintrygowana, powstała z łóżka i cicho udała się do kuchni.

Gdy weszła, zupełnie niespodziewanie ujrzała czarne półdyable, zainstalowane w negliżu na środku kuchni.
...Porwana ze snu, nie mogła na razie sobie przypomnieć, zkąd się taki potworek wziął w kamienicy, i, wydawszy wrzask, zemdlała...
Porwana ze snu, nie mogła na razie sobie przypomnieć, skąd się taki potworek wziął w kamienicy, i, wydawszy wrzask, zemdlała.

Sprawa tem się pogarszała, że młoda pani była w poważnym stanie.
Nastąpiła wiec serya okrutnych niepewności co do koloru spodziewanego infanta.
Ponieważ — bowiem — istnieje „zapatrzenie“.
Podniósł się wielki wrzask i oburzenie w całej kamienicy. Wszyscy zwrócili się przeciw Dulskiej, która tolerując u siebie podobne skandale, wywołuje katastrofy.
Dulska uczuła, że musi wystąpić.
I wystąpiła.
Dopadła kokotkę na ganku, gdy ta wietrzyła swe koronki i cud swego ciała.
Wspaniale i z całą godnością, błyszcząc w świetle rozżarzonego lipcowego słońca, pani Dulska żądała od Matyldy Sztrumpf: usunięcia małego murzyna z kamienicy.
I cofnęła się na próg swej kuchni, czekając.
Wszędzie drzwi i okna były napozór zamknięte, tylko przez szpary liczni byli słuchacze. Jedynie żona konduktora odważnie wyszła na dziedziniec, w bramie praczka, Maryanna Zygmuś, i stróż, filozoficznie oparty o miotłę.
Pani Dulska przygotowała się na straszną walkę.
Lecz nadspodziewanie Matylda Sztrumpf była tego dnia łaskawie usposobiona.

Machnęła koronkami, zajaśniała ramionami, potrząsnęła grzywą, wyszczerzyła zęby i niedbale rzuciła:
...Tego się pani Dulska nie spodziewała. Postąpiła bliżej. Słowa jej więzły w gardle, mimo to mówić zaczęła:
— Ja chcę, żeby pani tego dziecka nie trzymała u siebie...

Was?
Pani Dulska powtórzyła swe żądanie.
Was?
Pani Dulska stała się purpurową.
Kokotka zaniosła się od śmiechu. Tego pani Dulska się nie spodziewała. Postąpiła bliżej. Słowa jej więzły w gardle mimo to mówić zaczęła:
— Ja chcę, żeby pani tego dziecka nie trzymała u siebie.
Kokotka ramionami wzruszyła.
— A ja chcę, żeby pani także swojego syna nie trzymała u siebie!
Dulska się zakrztusiła.
— Jak pani śmie równać mego syna z tą swoją poczwarą! Mój syn jest uczciwie, ślubnie urodzony, nie jak to coś...
Kokotka była cudowna w swej obojętności.
Ach, das ist ganz egal. Ale mój syn, choć czarny, nie będzie nigdy so ein Lump, so ein Strizzi, jak ten pani...
Tu żona konduktora uznała za stosowne przyjść w sukurs swej gospodyni:
— Doprawdy, że to szkandał takie coś! — zaczęła wołać piskliwym głosem, — niedość że zgorszenie na całą ulicę, ale jeszcze taką zacną kobietę obraża...
Tu Matylda Sztrumpf zaczęła się czuć wzburzona. Przechyliła się przez ganek, spojrzała na dziedziniec i splunęła artystycznie.
Poczem wyzionęła po niemiecku całą masę słów, z których ani Dulska, ani żona konduktora, ani praczka nie zrozumiały ani słowa, ton jednak i napięcie nerwowe nie dozwalały wątpić, że były to wielkie i trudne do odpuszczenia obrazy honoru.
Rezultatem była skarga sądowa, którą pani Dulska wniosła przeciw lokatorce swej, Matyldzie Sztrumpf, prywatyzującej, z powołaniem na świadków: męża swego Felicyana, pani Zofii Oderwanek, lokatorki, Maryanny Zygmuś, praczki, i stróża, Jakóba Czarnoryjskiego.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

I oto dla czego pani Dulska wśród tygodnia (wbrew tradycyi) szykuje dla siebie i dla Felicyana czystą bieliznę, wzdychając przytem ciężko.






II.

Niewielka sień, brudnawa i ciemna. Przedsionek sali w której sądzą się pyskówki.
Jest to chemiczna pralnia tego czegoś gronostajowego, co każdy człowiek dźwiga w sobie, czy chce, czy nie chce, i co się nazywa... honorem.
Podobno jeszcze dwie rzeczy mogą wyprać te gronostaje: albo krew, albo wyrok sądowy.
Dulska wybrała to drugie.
Obecnie siedzi, wystrojona, jak na święto, ale wedle jej mniemania bardzo dostatnio i bardzo poważnie. Suknia jedwabna „heliotrop“, na niej suta peleryna, a na głowie uroczysty toczek z ciemnem piórem. Pod szyją broszka oszklona, w której są jakieś włosy, liście rozmaite pamiątki. Dzierży w ręku parasolkę, torbę, chustkę i szyldkretową lornetkę. To ostatnie narzędzie nieśmiało, bo nabyła je niedawno i nie umie jeszcze go używać.
Dulska ma minę poważną, skupioną, godną. Obok niej Felicyan w nowym krawacie jest bardziej zagadkowy, niż zwykle. Siedzi po lewej, bo Dulska czy w dorożce, czy gdzieś „na oczach“ ludzi, ściśle przestrzega swej godności małżonki legalnej, to jest — zajmującej prawą stronę dwójki małżeńskiej. Po drugiej stronie Dulskiej umieściła się strwożona i niepewna Zofia, zamężna Oderwanek. I ona ma śliczną orzechową suknię, nieśmiertelny paltocik popielaty i kapelusz z wyblakłą wstążką na głowie. Od rękawiczek tych dam, jasnych, bije silnie woń benzyny. Wielki szacunek prawa owiewa je całe. Tudzież i pewność wygranej.
Dulska nawet jest tak pewną wygranej, że rozporządziła w domu familijną kawę, do której kazała upiec babkę z podwójną ilością rodzynków. Wszystkie kurze wysprzątano co do jednego. O mały włos, byłaby Dulska zarządziła gremialne pójście do spowiedzi i duże pranie.
Odłożyła to jednak na dzień następny.
Teraz — siedzi i łaskawie uśmiecha się do swoich świadków, do Jakóba Czarnoryjskiego, stróża, prezentującego najwspanialsze okazy artretyzmu, jakie wyhodować może w swych suterenach kamienicznik, i Maryanny Zygmuś, praczki, znajdującej się w sądzie bardzo swojsko i jakoś familiarnie.
Matyldy Sztrumpf — ani śladu.
— A „tej“ niema jakoś... moja pani! — mówi pani Oderwanek.
Dulska uśmiecha się ironicznie.
— Trafi jeszcze na czas, aby się wstydu najadła!
— A może wcale nie przyjdzie.

— No, to ją zasądzą zaocznie tak samo.
... A „tej“ niema jakoś... moja pani! — mówi pani Oderwanek.
Dulska uśmiechnęła się ironicznie:
— Trafi jeszcze na czas, aby się wstydu najadła!...

— I po co jej to było?
— Ha, no... taka — to już przyzwyczajona.
— A co jej zrobią?
Dulską jakby kto podminował.
— Jakto co? Wsadzą do aresztu. Jak będą chcieli zasądzić na grzywnę, nie zgodzę się! Niech siedzi! Zobaczymy, jak jej posmakuje wikt aresztancki i barłóg. Potrzymam do jesieni...
— No, moja pani!... no, moja pani!...
Zaszumiało — zachichotało.
Do sali weszła Matylda Sztrumpf, ubrana z nadzwyczajnym szykiem. Suknia biała z linon, inkrustowana wstążkami, na tem zarzucone lekkie okrycie w małą kratkę, krojem „à la Gejsza“, ogromny kapelusz „Solferino“ z olbrzymią różą i wysoką główką „Empire“. Elegancka parasolka, eleganckie szczegóły i szczególiki, a z pod jedwabnej halki wyglądały dyskretnie śliczne pończoszki ażurowe.

...Zaszumiało, zachichotało...
Do sali weszła Matylda Sztrumpf, ubrana z nadzwyczajnym szykiem...

Weszła, jak maj, jak cud, wionęła, jak zapach, skoncentrowany w kryształowym flakonie, w ten brud, zaduch i szpetotę sądowej sieni.
Obok niej szastał się młody adwokacik, ubrany elegancko, z teczką pod pachą.
Wszystkie batiary, siedzące na ławkach, dostali jakby kataleptycznego ataku i powstawali z ławek.
— Wzięła adwokata! — wyszeptała do Dulskiej pani Oderwanek.
— To jej nie pomoże!
— Szkoda że i my nie wzięli...
— Po co? — burknęła Dulska — ja mam adwokata w swojej gębie, a potem Pan Jezus z nami.
Kokotka umieściła się naprzeciw familii Dulskich i lornetowała ich przez cudaczne face à main ze złota i rubinów.
— Bezczelna! syknęła Dulska i wachlować się zaczęła chustką od nosa.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

Wreszcie sprawa Sztrumpf-Dulska weszła na wokandę.
Zawezwano obie strony przed oblicze sędziego.
Sędzia był średniego wieku, dość przystojny, żona jego bawiła właśnie u wód.
Wchodzącą z szelestem Matyldę Sztrumpf obrzucił bacznem wejrzeniem.
Dulska przez szerokość stołu wyciągnęła ku sędziemu rękę, woniejącą benzyną.
Sędzia zdziwiony spojrzał i w odpowiedzi wskazał wszystkim krzesła.
— Proszę siadać!

Dulska się stropiła, ale nie dała tego poznać po sobie.
...Kokotka umieściła się naprzeciw familii Dulskich i lornetowała ich przez cudaczne face à main.
— Bezczelna — syknęła Dulska...

Kokotka zajęła miejsce prawie naprzeciw sędziego, obok swego adwokata, z którym rozmawiała wesoło.
Robiła wiele szumu swojemi taftowemi spódnicami i dzwoniła brelokami, rzucając na sędziego palące spojrzenia.
Pani Dulska, zachowująca się z całym szacunkiem wobec przedstawicieli sprawiedliwości, zapragnęła wyzyskać tę płochość kokotki i dobrze usposobić dla siebie sędziego.
— No, moja pani! co to za zachowanie! — wyrzekła głośno do żony konduktora, „co to za brak czci dla trebunału!...
Jakiś jegomość tymczasem, źle odżywiany, chudy i znudzony, powstał z miejsca i monotonnym głosem odczytał akt oskarżenia, rywalizując z brzękiem much, których całe warstwy latały w powietrzu, urozmaicając biel ścian i sufitu.
Wreszcie rozpoczęło się badanie.
Okazało się, że kokotka liczy sobie lat dwadzieścia cztery. Dulska wzruszyła ramionami na to bezbożne kłamstwo i wyrzekła:
— A ja powiem prawdę wielmożnemu panu sędziemu. Ja się nie potrzebuję kryć z memi latami. Ja mam czterdzieści cztery. Na świętego Floryana skończyłam właśnie. Miałam dwadzieścia równo, kiedy się mój pierwszy syn urodził. Życie moje szło równo i uczciwie, panie sędzio!
Lecz sędzia odrzekł głosem bez żadnej intonacyi:
— To do rzeczy nie należy!
Dulska aż uniosła się na krześle.
— Przepraszam, panie sędzio, ale chciałam, ażeby pan sędzia wiedział, kim jestem ja, a kim jest ta pani!...
Lecz sędzia przerwał oschle:
— Przepraszam. Pani tylko wolno odpowiadać na moje pytania.
— Jednakże...
— Dosyć!

Kokotka zrobiła grzeczną minkę i odpowiadać zaczęła zwięźle i krótko, nie ściągając na siebie żadnej wymówki sędziego. Dulska uczuła to, mimo to tak była silnie rozdrażniona, iż nie mogła zapanować nad swemi nerwami.
...A ja powiem prawdę wielmożnemu panu sędziemu. Ja się nie potrzebuje kryć z memi latami.
Ja mam czterdzieści cztery...
— Pani jest mężatką, panną, wdową? — zapytał sędzia kokotki.

— Jestem separowana.
— A pani? — zwrócił się do Dulskiej.
— Zamężna! — zagrzmiało tryumfalnie.
— Dzieci są?
— Syn i dwie córki. Syn w prokuratoryi skarbu. Ma jechać właśnie zagranicę! — dodała pośpiesznie, nie zważając, że wszyscy, zdumieni tem wyznaniem, patrzą na nią z uśmiechem.
Sprawa szła dość pospiesznie. Sędzia nie znosił much i upału. Przecinał ciągle upusty wymowy Dulskiej i wezwał świadków. Pierwsza zjawiła się orzechowa postać Zofii Oderwanek. Widząc, że woźny zapala dwa ogarki świec koło krucyfiksu, zaczęła się bać i trwożyć. Lecz Dulska pocieszała ją i krzepiła. Zofia Oderwanek przysięgła mdlejącym głosem, przyznała się do trzydziestu siedmiu lat i rozpoczęła zeznanie. Mówiła długo i szeroko o zuchwalstwie podsądnej i o tem, co Dulska i lokatorowie cierpieć musieli. O murzynku wtrąciła, rumieniąc się i jąkając. Dopomagała jej Dulska, mimo że sędzia gromił ją i wzywał do porządku.
— Ja nie mam rękawów, jak chorągwie, panie sędzio, okrytych koronkami. Ja nie zamiatam takiemi rękawami ganku! — wyrzuciła nagle ze siebie Dulska.

— Proszę powrócić do rzeczy! — zawołał sędzia. — Niech świadek opowie, jak się to stało z tą główną obrazą słowną, w której świadek był świadkiem.
...Zofia Oderwanek przysięgła mdlejącym głosem...
— Ach! tego dnia były straszne szkandały. Ta pani to prawie... przepraszam łaski pana sędziego, że go obrażę... bez ubrania latała po ganku. A dzień przedtem — to jej dziecko... czarne, panie sędzio, czarne...

— ?...
Dulska wtrąciła pośpiesznie:
— Widocznie mąż tej damy był murzyn. Zdaje się, panie sędzio, że to wystarcza!
Założyła ręce na brzuchu i spojrzała tryumfalnie na Matyldę Sztrumpf.
Ta zakołysała się na krześle, wstała, pokazała śliczne zęby i parsknęła śmiechem:
Ja! wirklich! ein Mohr!... — potwierdziła tryumfująco.
I śmiała się dalej.
Dulska schwyciła się za głowę z oburzenia.
Za Matyldą roześmiał się jej adwokat, zawtórował pisarz, jakieś jeszcze figury, które kręciły się po izbie. Sam sędzia nie mógł utrzymać swej powagi. Śmiało się wszystko z tej miłostki Matyldy Sztrumpf z nieznanym murzynem.
Promienie słońca drgały na papierach zalegających stół, tańczyły cake-walk’a w brylantach kokotki. Jakoś jaśniej, weselej zrobiło się w ponurej pralni nadwyrężonych honorów.
Tylko Dulska i pani Oderwanek spojrzały na siebie zdumione i zdekoncertowane.

— Śmieją się, moja pani! — szepnęła Oderwankowa.
...Zakołysała się na krześle, wstała, pokazała śliczne zęby i parsknęła śmiechem:
Ja! wirklich! ein Mohr!... — potwierdziła tryumfująco... I śmiała się dalej.
Dulska schwyciła się za głowę...
Dulska probowała się także uśmiechnąć.

— Moja pani!... bo to takie bezecne, że aż chyba do śmiechu, albo do płaczu.
Ale zawsze!
— Pst!...
Rozpoczęło się dalsze badanie Zofii Oderwanek.
— Co właściwie oskarżona mówiła i jakie były owe obelgi?
Pani Oderwanek troszkę się jakby stropiła.
— Ta osoba mówiła, a raczej wrzeszczała po niemiecku. Obrażała ostatniemi słowami panią gospodynią, a potem mnie i wszystkich. Wyzywała na naszych synów... na mego Olafka, com go tak ciężko i boleśnie rodziła.
Tu, pani Oderwanek cicho płakać zaczęła.
Pani Dulska uspakajała ją i cieszyła.
— Uspokój się pani, mąż pani wróci z objazdu, on panią pomści.
Sędzia patrzał na spazmującą damę szklanemi oczyma.
— Jednakże! — zaczął po chwili — co właściwie oskarżona mówiła?
— Cóż taka może mówić! — zaperzyła się pani Dulska: — rzeczy, które z szacunku nie powtarza się przed sądem.
Tu wtrącił się adwokat Matyldy Sztrumpf:
— Przepraszam, czy świadek rozumie po niemiecku?
Nastąpiła chwila milczenia.
Zofia Oderwanek wspomniała na przysięgę i ogarnęła ją wielka trwoga.
— Czy pani rozumie po niemiecku? — powtórzył sędzia.
— Nie, panie sędzio! — przyznała się cicho i jakby ze wstydem pani Oderwanek.
— Wobec tego, zeznania pani są ukończone!
Zofia Oderwanek cofnęła się na ławkę, pod piec, przeprowadzona piorunującym wzrokiem pani Dulskiej, która, mszcząc się za zbytnie skrupuły sumienia swej lokatorki, postanowiła je czynsz zaraz podwyższyć.
Następnym świadkiem był Felicyan Dulski.
W surducie, w nowym liliowym krawacie, przedstawiał się wcale przyzwoicie. Widoczne jednak było, iż postanowił nic nie mówić. Przysiągł i na tem ograniczyło się jego zeznanie, Dulska zawiadomiła sąd, iż w chwili krytycznej Felicyan znajdował się w kuchni, lecz gdy chciała dalej zeznawać za świadka, sędzia kazał jej milczeć.
— Więc pan nic nie słyszał?
Felicyan skinął głową.
— Dziękujemy panu!
Felicyan ukłonił się i szedł ku drzwiom. Coś jakby uśmieszek leciuchny, jakaś „Schadenfreude“ przesunęła się po jego wąskich wargach, gdy spotkał się z wściekłym wzrokiem żony.
Następny świadek, Maryanna Zygmuś, zawodowa praczka, wpadła w swej derowej chustce i dobrze wykrochmalonej spódnicy, jak bomba, i w dygach i ukłonach podleciała do stołu.
— Całuję rączki panu sędziemu, wielmożnej pani gospodyni i wielmożnym państwu! — wrzasnęła z radością.
Twarz jej obsypana piegami, podobna do indyczego jaja, promieniała. Uśmiechała się do wszystkiego i do wszystkich. Sąd jej nie przerażał. A natychmiast wykryła się przyczyna.
— Czy świadek był już karany? — zapytał między innemi sędzia.
— A jakże! — odparła śmiejąc się Maryanna.
— Ile razy?
— Dużo.
— Za co?
— Pan Bóg ich tam wie. Za rozmaite. Zawsze za pyskówki. Bo pan sędzia wie, u nas prostych ludzi jak się za łby pobierzemy, to zaraz do sądu...
Roześmiała się do Dulskiej, do kokotki, nie wiedząc, że na Dulską uderzyły płomienie.
— Jakże to było? — zapytał sędzia.
Wyciągnął się leniwie na krześle i wpił się wzrokiem w Matyldę Sztrumpf, która, zaróżowiona pod wpływem upału, była rzeczywiście ponętna i ładna.
— A no, ta nie wiem! — wykrzykiwała dalej Zygmusiowa.
— Jakto nie wiecie? — zaperzyła się Dulska, — byliście przecież na dziedzińcu.

— A no byłam, proszę łaski pani gospodyni, ale widziałam, że się panie czegoś uganiały na siebie po gankach. Tylko maglarka mówiła w grajzlerni, że to poszło
— Nic, panie sędzio! wyrzekła z ukłonem.
— Radzę pani liczyć się ze słowami, — rzucił jej na pożegnanie sędzia — może pani odpowiadać za to ciężko!...
o to, że pani konduktorowa, jak pana konduktora niema, to wpuszcza przez okno do siebie jakiegoś, czy coś... Ja ta nie wiem...

Tableau.
Sędzia stuknął w stół.
— To do rzeczy nie należy! — chodzi o obelgi!
— A! obelgów żadnych nie słyszałam!
— Świadek może odejść!...
Następny świadek stróż Czarnoryjski, z zawodu artretyk, zeznał w tym samym duchu. Nic nie słyszał, nic nie wie. Natomiast wyłuszczył, iż bierze cztery guldeny miesięcznie za całodzienną i całonocną służbę, że z tych pieniędzy kupuje naftę do oświetlania sześciu pięter i że wskutek nadmiaru pracy jest ciągle śpiący, a więc i obelg słyszeć nie mógł.
Wyłuszczywszy to wszystko, zabrał się ze swemi artretyzmami i piwniczną wonią, którą cały przesiąkł, do powrotu.
Na twarz Dulskiej wystąpiły granatowe plamy, mimo to siedziała, ciągle jeszcze ufając w sprawiedliwość Boską i ludzką.

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

Lecz zawiodła ją ta ufność.
Zawiodła z kretesem.

Adwokat zrzekł się głosu, a sędzia, powstawszy, wygłosił wyrok, uwalniający Matyldę Sztrumpf od winy i kary.
...Stróż i praczka kłaniali się nisko pani gospodyni, — lecz ta zignorowała ich i wyszła z godnością...
Dla braku dowodów.

Dulska poczerwieniała jeszcze bardziej, potem zbladła. Kokotka patrzała na nią przez szybki swego face à main. Dulskiej zdawało się, że spełniona została w tej izbie straszna zbrodnia przekupstwa. Nie mogła się powstrzymać.
— Nie nam biednym ludziom prawować się z takimi, co złotem brzęczą! — syknęła, zabierając się do odejścia.
Sędzia spojrzał na nią uważnie.
— Co pani powiedziała? — zapytał ostro.
Lecz Dulska, jak każdy zuchwalec, stchórzyła wobec władzy.
— Nic, panie sędzio! — wyrzekła z ukłonem.
— Radzę pani liczyć się ze słowami, — rzucił jej na pożegnanie sędzia — może pani odpowiadać za to ciężko!
Dulska wyszła, roztrącając wszystkich. Nie spojrzała nawet na Oderwankową, przybitą i przeczuwającą podwyżkę komornego. Felicyan dawno już znikł, nie czekając wydania wyroku.
Stróż i praczka kłaniali się nisko „pani gospodyni“, lecz ta zignorowała ich i cała drżąca wyszła z godnością na ulicę.
— Powyrzucam te wszystkie kanalie, bydło wstrętne i niegodziwe! — myślała, — a ten sędzia, to pewno kochanek tej łotrzycy...

Uśmiechnęła się gorzko.
Skryła się wreszcie do sypialni i pogrążyła w ponurem milczeniu...

— Cóż! nie nam uczciwym kobietom walczyć z takiemi! Wolę moję przegraną, niż jej wygraną, zdobytą takiemi środkami. I ja, gdybym chciała, byłabym wygrała...

PL Pani Dulska przed sądem page 15a.png

W pół godziny później w domu Dulskich panowała przygnębiająca atmosfera.
Z kawy familijnej nie było nic. Dulska, przyszedłszy do domu, wymówiła miejsce obu sługom, stróżowi — i mieszkanie Oderwankowej i praczce. Kawę kazała schować „na jutro“, a babkę, porwawszy z pasyą, zamknęła na trzy spusty w kredensie. Odmówiła Hesi żądanych pieniędzy na zeszyty, a Meli dała chininę bez opłatka. Szukała Zbyszka wszędzie, aby go specyalnie przekląć, ale nigdzie go znaleźć nie mogła, jak również i Felicyana. Skryła się wreszcie do sypialni i pogrążyła w ponurem milczeniu.
Na ganku, pół naga kokotka, trzymając demonstracyjnie pełną melancholii murzyńską „dziecinę“, śpiewała mocnym a silnie naderwanym głosem:

Man ist so alt, wie eine Kuh,
Und lernt man immer was dazu.


Lido 1908.

...Kokotka, trzymając demonstracyjnie pełną melancholii murzyńską „dziecinę“, śpiewała...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.