Strona:Gabryela Zapolska-Pani Dulska przed sądem.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Całuję rączki panu sędziemu, wielmożnej pani gospodyni i wielmożnym państwu! — wrzasnęła z radością.
Twarz jej obsypana piegami, podobna do indyczego jaja, promieniała. Uśmiechała się do wszystkiego i do wszystkich. Sąd jej nie przerażał. A natychmiast wykryła się przyczyna.
— Czy świadek był już karany? — zapytał między innemi sędzia.
— A jakże! — odparła śmiejąc się Maryanna.
— Ile razy?
— Dużo.
— Za co?
— Pan Bóg ich tam wie. Za rozmaite. Zawsze za pyskówki. Bo pan sędzia wie, u nas prostych ludzi jak się za łby pobierzemy, to zaraz do sądu...
Roześmiała się do Dulskiej, do kokotki, nie wiedząc, że na Dulską uderzyły płomienie.
— Jakże to było? — zapytał sędzia.
Wyciągnął się leniwie na krześle i wpił się wzrokiem w Matyldę Sztrumpf, która, zaróżowiona pod wpływem upału, była rzeczywiście ponętna i ładna.
— A no, ta nie wiem! — wykrzykiwała dalej Zygmusiowa.
— Jakto nie wiecie? — zaperzyła się Dulska, — byliście przecież na dziedzińcu.
— A no byłam, proszę łaski pani gospodyni, ale widziałam, że się panie czegoś uganiały na siebie po gankach. Tylko maglarka mówiła w grajzlerni, że to poszło