Strona:Gabryela Zapolska-Pani Dulska przed sądem.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niu pozostawało małe murzyniątko, trwożne i nieszczęśliwe.
I pewnej nocy zbudziło się, leżąc na dywanie salonu. Zbudził je może promień księżyca, może skurcz serca, może głód, może jakiś powiew melancholii od szerokich łanów, na których szum jeno cukrowa trzcina i błyszczą zgięte plecy, czarne i lśniące.
Coś zbudziło małą czarną istotkę.
Porwało się na klęczki.
Zabłysły białka.
Murzynię zawyło.
Och! jak żałośnie.
Coś z psa bezdomnego, coś z prymitywnego człowieka, nawołującego na pomoc...
Nie słyszał przecież nikt, bo salon Matyldy Sztrumpf graniczył ścianą z łazienką i kuchnią młodego małżeństwa.
Nie słyszał nikt, tylko jedna istota.
Kucharka owego małżeństwa, dewotka, która już od wielu lat ze skradzionych na „koszykowem“ pieniędzy wykupywała małe Chinczyki, Murzyny i inne egzotyczne czupiradełka, złożone z ciała i duszy.
Syn Matyldy Sztrumpf nie dawał spokoju Magdalenie Onyżek. Wzdychała ciężko, patrząc na tę nie ochrzczoną może głowę. Gdy w nocy przez cienką ścianę posłyszała skowyt dziecka, w jednej chwili ogarnęła sytuacyę, wyskoczyła z łóżka i, odziawszy się, wypadła na ganek.
Energiczną będąc, zbiła szybę w sypialni Matyldy Sztrumpf, otworzyła okno i bez ceremonii wtargnęła do