Strona:Gabryela Zapolska-Pani Dulska przed sądem.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wreszcie pokiwała głową i wyrzekła:
— To było do przewidzenia. Skoro pan Zbyszko od niej nie wychodzi...
— Kiedy? jak? gdzie?
— To już nie wiem, kiedy, ani co. Ale to wiem, że tam przesiaduje często, a rankiem czasem razem dorożką na gumach wracają, bo mój mąż, jak kiedyś z obiadu wracał, to ich tak przed bramą spotkał.
— Jezus Marya!
Dulska porwała się za głowę, za piersi, za kark, kopnęła śmieciarki i poleciała na górę.
Co się tam działo, — wiedzą tajniki rodzinne familii Dulskich.
Błoga niezgoda, będąca opiekuńczym aniołem ogniska tego rodzinnego kółka, stworzonego na podstawie praw boskich i ludzkich, wzrosła do niezwykłych rozmiarów.
Długo w nocy, przykładnie wstawione łóżka małżeńskie, przedzielone wytwornym meblem (zwanym po polsku nachkastlikiem), słyszały cudowną litanię wyzwisk ze strony Dulskiej i chrząkań ze strony Felicyana. Nie było to wprawdzie nic nowego, bo już oddawna to prześliczne zespojenie legowisk małżeńskich, świadczące o uszanowaniu tradycyi i świętości sakramentu, było właśnie terenem słownych walk i wyładowywania wściekłości dziwnej a jednostronnej. Walki owe były raczej monologami Dulskiej, w której duch jej nie przechodził tych momentów, o których mówi się, iż dusza razem z duchem pracują