Pająki (Junosza, 1894)/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pająki
Podtytuł Obrazek z życia warszawskiego
Data wydania 1894
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII
z którego widać, że Izrael Meir Zwanzig jest bardzo dobry lekarz.

Pani Jenta Hapergeld, bardzo wystrojona a bardziej jeszcze otyła, niż przed kilkoma laty, dla kwaśnego mleka i dla świeżego powietrza wybrała się do ogrodu Krasińskich.
Wieczór był tego dnia ładny, słońce zachodziło łagodnie, zalewając złotem światłem całe kochane Nalewki i wpadające do nich, niby strumienie do wielkiej rzeki: Święto-Jerską, Franciszkańską, Gęsią; rzucało jasne blaski na Muranów, na wszystkie te punkta, tak zawsze wesołe i ożywione, gdzie koncentruje się cały ruch tego światka, który biega, krzyczy i handluje.
W ogrodzie figlowało ono najbardziej; nie dość, że ukośnemi promieniami wciskało się między liście drzew, ale nawet pozwalało sobie zaglądać pani Jencie wprost w oczy i zmuszać ją do przymrużania powiek i robienia policzkami dziwnych grymasów.
Nie zważało ono na to, że poważnej wdowie nie przystoi mrugać oczami, a pani Hapergeld była już, niestety, wdową od pół roku i byłaby może dotąd opłakiwała swoją stratę, gdyby nie konieczność zajęcia się interesami, dziećmi, a przedewszystkiem własnem zdrowiem, które koniecznie wymagało jakiejś reparacyi. Ów smalec w sercu stawał się coraz bardziej dokuczliwym, tusza się zwiększała, doktorzy zalecali wyjazd za granicę.
Jak wyjechać, kiedy jest tyle interesów; wprawdzie synowie pomagają, ale brak im doświadczenia; dziadzio Gancpomader ma dużo doświadczenia, ale brak mu młodości.
Dobry jest do rady, nawet doskonały, niezrównany, ale brzemię lat go uciska. Nie może już biegać, jako jeleń w górach; przeciwnie coraz więcej pieniędzy traci na tramwaj, a jeżeli nie traci, to siedzi w wielkim fotelu i albo czyta, albo rozmyśla; w ogóle częściej rozmyśla, niż czyta, częściej siedzi w fotelu, niż w tramwaju.
Taki sobie zaprowadził od niejakiego czasu obyczaj i tego obyczaju się trzyma.
Przymrużając powieki przed niedyskretnem słońcem, które lubi porządnym żydówkom w oczy zaglądać, przechylając się z boku na bok, toczyła się pani Jenta do swej ulubionej ławeczki pod kasztanem, gdzie zazwyczaj o tej porze dnia siadywały inne delikatne damy, również skłopotane i cierpiące, a zawsze chętne do przyjemnej dyskusyi.
— Dzień dobry paniom.
— Dobry rok pani. Młoda wdówka potrzebuje używać trochę spaceru.
— Niech moje wrogi tak spacerują — odrzekła pani Jenta — ja ledwo idę.
— Gdzie pani podziała swoje kochane córeczki?
— Poszły do swojej wujenki; w domu została tylko sługa. Ciekawam kogo ona teraz przeklina, chyba ścianę, albo piec. Nie uwierzy pani, kochana pani Fajerwerk, jaka ta moja sługa pyskata! Jak otworzy swoją buzię, to z niej leci gorąca siarka ze smołą.
— Niech kochana pani Hapergeld nie narzeka, z mojej lecą same dyabły, oby się na nią obróciły!
— Czemu panie trzymacie takie gałgany? — wtrąciła trzecia dama, pani Pytelson.
— Co mamy trzymać? Gdzie pani widziała jedwabną albo aksamitną sługę? Pokaż pani taki kawałek złota, zrobimy zaraz licytacyę!
— Dobre sługi — wtrąciła, wzdychając, pani Fajerwerk — gdzie teraz są dobre sługi? Żeby taką choć czasem w teatrze pokazali, zapłaciłabym dobrze za bilet, na moje sumienie! Uważam, że kochana pani Pytelson nie narzeka na swoją.
— Masz pani racyę, ja nie narzekam.
— No, no, pochwal się pani, pokaż nam ten cymes!
— Ja znalazłam dobry sposób: jednego gałgana już odpędziłam, a drugiego jeszcze nie przyjęłam, teraz więc mam spokój.
— Dobry sposób. A kto pani usługuje?
— Przychodzi jedna stara żydówka, ciotka mego męża, biedna kobieta, ona gotuje trochę obiadu.
— A kto sprząta, zamiata?
— Nikt. Na co? Ja wolę przez cały tydzień siedzieć po pas w śmieciach, aniżeli przez jedną godzinę kłócić się ze sługą. Od śmieci jeszcze nikt nie umarł, a od sług wiele delikatnych kobiet zdrowie straciło. Wierz mi pani, że cała moja słabość, co mnie tyle pieniędzy kosztuje, pochodzi od sług. Prawda, pani Fajerwerk?
— Bardzo prawda, wielka prawda; przez to, że te gałganice są pyskate, my musimy opłacać doktorów.
— Żeby tylko doktorów, to byłoby pół biedy, a gdzie jest apteka, gdzie są wody moralne, gdzie reszta?
— Moja kochana pani i na tem nie koniec. Teraz doktorzy mają różny towar. Nasze matki, nasze babki, nie słyszały o takich brzydkich interesach, jakie my musimy cierpieć za nasze pieniądze. Idź pani do jednego, chce robić analizę — drugi ma interes z kefirem, inny puszcza ogień z maszyny, jeszcze inny potrzebuje robić masaż, a takich jest najwięcej, co zaraz do reperacyi! Ja nie mogę sama pokrajać zabitej kury, bo mi to przykro, a taki doktór gotów najporządniejszą i najbogatszą kupcowę i damę obedrzeć ze skóry, posiekać, popieprzyć, posolić i zrobić z niej, za przeproszeniem kochanej pani, nadziewanego szczupaka. Co jemu to znaczy?
— Aj, kochana pani, niech pani nie mówi tak! Mnie słabo, ja nie mogę słuchać o takim interesie.
— I ja też, mnie się zimno robi, jak słyszę to słowo: reperacya. Lepiej powiedz pani Hapergeld, jak pani skutkuje masaż. Co pani masz z tego masaż?
— Niech go djabli wezmą! Mam siniaki!
— Ładna kuracya! Za swoje pieniądze dostać siniaki; ale pani cokolwiek lepiej?
— Bardzo mało. Prawie nic... tyle to kosztuje, a bez skutku.
— Patrz pani, idzie Izrael Meir.
— Niech on sobie idzie, ten cygan.
Zwanzig zbliżył się do ławki.
— Dobry wieczór paniom.
— Dobry rok.
— Uważam, że nasza pani Hapergeld jest bardzo mizerna.
— Chora jestem.
— Jakie pani cierpienie masz?
— Co wam do tego, wy nie jesteście doktór.
— Kto wie?
— Ha, ha, ha! — roześmiała się pani Pytelson — mamy nowego doktora, pan doktór Izrael Meir Zwanzig, ładny doktór!
— Wolno się pani śmiać.
— Śliczny doktór, pan konsyliarz w kapocie!
— Aj, pani sobie żartuje, ale moja rada też ma wartość.
— Wasza rada?
— Dla pani Fajerwerk i dla pani Pytelson może nie ma wartości, dla pani Hapergeld ma.
— Słyszy pani, co on gada?
— Słyszę.
— No, kiedy Izrael Meir Zwanzig taki doktór, to niech powie, co pani Hapergeld brakuje?
— Ja wiem, bardzo dobrze wiem.
— Wy wiecie tylko jedno, wy powiecie, że mnie brakuje męża.
— Małe dziecko wie, że pani jesteś wdowa, małe dziecko wie, że wdowa niema męża, więc cóżbym ja mądrego powiedział, mówiąc, że pani brakuje męża?
— Więc czego jej brak?
— Nie wasza na to głowa, moje panie. Co pani Hapergeld brak, to ona sama czuje, a ja wiem.
Pani Jenta zainteresowała się niezmiernie.
— Co wy możecie wiedzieć? Mówcie zaraz, ja jestem bardzo ciekawa.
— Ha, ha, ha! Pani ciekawa, a przecież ja jestem tylko Izrael Meir; pani się śmieje z mojego znawstwa, pani myśli, że ja jestem ordynaryjny człowiek, że nie wiem, co komu może brakować i jakie lekarstwo na to jest! Pani jesteś bardzo pyszna dama, a tego pani nie wiesz, że jeszcze pyszniejsze damy, takie, coby panią z całym kramem za pół procent od swego majątku kupiły, takie wielkie hrabiny, co jedzą samą czekoladę i pomarańcze, jeżdżą we własnych karetach do jednej baby na Pragę, a radzą się w słabości takiego chłopa, co owce pasie. Pani pyszna dama jesteś, pani o tem nie wiesz, że czasem prosty człowiek ma takie czucie do słabości, jak najlepszy doktór.
— To prawda — zawołała pani Fajerwerk — Izrael Meir śliczne słowo powiedział; ja nawet nie spodziewałam się, że on ma w głowie taki gang.
— Oj, oj, i jaki ja mam gang!
— Nie spodziewałam się, na moje sumienie. Kochana pani Hapergeld zapewne słyszała o tej żydówce, co leczy na różę?
— Słyszałam.
— Ona lepsza, niż sto doktorów. A ta druga, co potrafi frybrę zgubić, to nie chwacka kobieta? Potrzebuje tylko spalić jedno piórko i już po chorobie. A ta od żółtej słabości, od kolek, od najrozmaitszych felerów! Żebym ja tyle tysięcy miała, ile ich jest i jakie dobre doktorki! Kto wie, może i nasz Izrael Meir ma takie czucie do słabości.
— Ja wiem, że mam.
— No, to niech nam pan Izrael Meir radzi, niech poradzi pani Hapergeldowej. No, na co czekacie? Wam nie pilno, ale temu, kto cierpi, to bardzo pilno do lekarstwa.
— Czy pani pożycza komu pieniądze bez procentu?
— Bogu dziękować, jeszcze nie zwaryowałam.
— I ja też nie zwaryowałem.
— Słuchajcie, Izrael Meir — rzekła pani Hapergeld — jeżeli w waszej mowie nie ma żadnego cygaństwa; jeżeli wy powiadacie prawdę i możecie mi pomódz, to ja was dobrze wynagrodzę.
— Słowo?
— Rzetelne słowo, przy świadkach; pani Pytelson i pani Fajerwerk słyszą.
— Słyszymy.
— No, więc niech Izrael Meir powie, co mi brakuje, te panie mogą chyba słyszeć?
— Nie powiem nic takiego, czegoby nie mogły słyszeć; nie chodzi przecie o interesa pieniężne, tylko o słabość. Pani Hapergeldowej brakuje zmartwienia.
Otyła dama zerwała się z ławki.
— Słyszałyście panie? Mnie brakuje zmartwienia?! Mnie? Ja jestem wdowa, nie mam męża, muszę sama prowadzić interesa, mnie jeden dłużnik uciekł za granicę, oby dusza z niego uciekła — i ten człowiek śmie powiedzieć, że ja nie mam zmartwienia. To koniec świata jest, to gałgaństwo jest — tak mówić!
— Widzę jeszcze lepiej, że pani brakuje zmartwienia, bo o jedno słowo robisz pani dziesięć piekieł. Ja dopiero zacząłem mówić, pani już krzyczysz gwałtu. Czekaj-no pani, powoli! Pani masz kilka słabości, a główna pani słabość to jest żółć. Na żółć jest najlepsze lekarstwo zmartwienie, ale trzeba pani wiedzieć, że są różne gatunki żółci i różne gatunki zmartwienia i nie każde zmartwienie pasuje do każdej żółci. Takie, jak pani masz, nie jest w tym gatunku, co trzeba.
— Aj, w bardzo dobrym gatunku!
— Ale nie do pani żółci. Ja zaraz wytłómaczę; nie poczekasz pani nawet pięć minut. Po pierwsze, pani żałujesz męża i to jest ciężkie zmartwienie.
— Oj, ciężkie, ciężkie!
— To prawda; ale ono idzie do serca, panią serce boli od tego; po drugie, pani masz kłopoty z interesami, pani niedowierzasz swoim synom, pani dłużnik uciekł, to są wszystko też zmartwienia, ale one idą do głowy, a takiego, coby pasowało do żółci, pani teraz nie masz.
— Jakież ono ma być?
— Ono ma być nie zanadto duże, nie zanadto małe, ale trzeba, żeby ono było ciągłe; żebyś je pani miała do herbaty, do kawy, do obiadu, do kolacyi, w pokoju, na spacerze; żeby ono było koło pani ciągle, żebyś pani wiedziała, że je masz — takie zmartwienie idzie właśnie do żółci.
— Gdzie je znaleźć?
— Bardzo łatwo; taki gatunek zmartwienia może pani dać tylko drugi mąż.
Wszystkie trzy damy wybuchnęły śmiechem, a pani Fajerwerk zawołała:
— No, no, Izrael Meir jest tylko Izrael Meir, on umie chodzić krzywemi drogami! Z Muranowa do Krasińskiego ogrodu szedł przez Szmulowiznę i przez Wolskie rogatki, ale przyszedł. Przebrał się za doktora, a jest tylko swat. Pan jesteś bardzo dowcipny człowiek, panie Izrael Meir, w swoim fachu prawdziwy majster, wielki mechanik, głowa! Mnie już koło serca boli od śmiechu, dawno nie byłam taka wesoła!
Zwanzig obraził się. Spojrzał na kobiety wyniośle i rzekł:
— Wielkie damy! Wam się zdaje, że jesteście wielkie panie, a wy, za przeproszeniem waszem, jesteście tylko wielkie, tłuste gęsi.
— Ja was proszę, nie pozwalajcie sobie zadużo, możecie usłyszeć jakie słowo, co nie jest przyjemne dla porządnego człowieka.
— Co mam usłyszeć? Nie usłyszę nic, bo odchodzę. Pani Hapergeld może się śmiać; ja jej radziłem dobre lekarstwo, nie chce dobrej rady słuchać, niech choruje. Co mnie to szkodzi? Nie jestem pan Gancpomader, jej ojciec, ona nie jest moja córka; nawet, gdyby, broń Boże, umarła, ja do kosztów pogrzebu nic nie dołożę.
Rzekłszy to, Izrael Meir odszedł z wielką powagą i godnością.
Pani Hapergeld ciężko westchnęła.
— Słyszałyście panie — rzekła — co ten gałgan powiedział? Gdybym ja umarła! Mnie już słabo jest.
— Niech jego oko zaboli — dorzuciła pani Pytelson — nie trzeba uważać na głupie gadanie.
Wszystkie trzy damy umilkły i zaczęły się bardzo głęboko zastanawiać nad tem, co powiedział Zwanzig. Rozważały wszystkie jego słowa i każda z nich przyznawała w duchu, że Izrael Meir nie jest taki głupi, jak im się wydawał na razie. Osoba najbardziej w danym wypadku interesowana, pani Jenta, przyszła do wniosku, że wywody tego człowieka o różnych gatunkach żółci i gatunkach zmartwienia są bardzo bliskie prawdy, może nawet całkiem prawdziwe. W samej rzeczy, jedno zmartwienie idzie do serca, inne do głowy. Jest to fakt niezaprzeczony.
Tego samego zdania była i pani Fajerwerk, gdyż po namyśle rzekła:
— Moje kochane panie, między nami powiedziawszy, Izrael Meir dobrze mówił i my obeszłyśmy się z nim zanadto popędliwie.
— Może być.
— Nietylko możebyć, ale tak jest. Ja właśnie myślę nad tem, czy drugi mąż jest rzeczywiście zmartwieniem w takim gatunku, o jakim wspominał Zwanzig?
— Na co pani masz myśleć, dlaczego psuć sobie głowę? Pani Pytelson ma już trzeciego męża, to może nam powiedzieć. No, powiedz nam pani.
— Oj! — westchnęła zapytana — mogłabym powiedzieć nawet bardzo dużo. Mój pierwszy mąż, niech spoczywa w pokoju, był sobie zwyczajny człowiek. Niezbyt zły i niezbyt dobry, ale był pierwszy; on mnie szanował, on mnie słuchał, a gdym się czasem bardzo gniewała, to wcale nic nie mówił, tylko zabierał się i szedł na spacer przed Bank. On bardzo lubił spacerować przed Bankiem, ale to przecież nie jest wielki feler. Owdowiałam młodo, niedługo znów wyszłam za mąż. Zrobiłam śliczny los! Dostałam kawalera, wielkiego łobuza, też lubił spacerować — tylko nie przed Bankiem. Nie będę opowiadała, jaki to był dla mnie gatunek zmartwienia, ale ono burzyło we mnie krew i żółć, pchało się do głowy i do serca. Ledwie, ledwie się odczepiłam od niego; wziął całe trzysta rubli za to, że mi dał rozwód. Trzeci mój mąż, panie go znacie, jest taki sobie; ot, niebrak mu sprytu do interesów, ma nawet cokolwiek szczęścia do handlu, ale to już nie jest taki mąż, jak pierwszy mąż. Gdy ja się rozgniewam, nie idzie na spacer, ale potrafi się także rozgniewać; gdy ja co mówię, on trzy razy tyle...
— Więc masz pani z nim zmartwienie?
— Mam i właśnie takie, o jakiem mówił Izrael Meir. Nie jest ono bardzo duże i nie jest bardzo małe, ale jest ciągłe, codzień, w powszedni dzień i w święto. Oj, my kobiety jesteśmy bardzo biedne.
— To prawda, kochana pani — dodała pani Fajerwerk z głębokiem westchnieniem — jesteśmy bardzo biedne i delikatne.
Pani Jenta spostrzegła, że rozmowa odchodzi od głównego przedmiotu, zwróciła ją więc odrazu na dawne tory.
— Ciekawa jestem — rzekła — dlaczego drugi mąż ma być koniecznie zmartwieniem?
— Dlatego, że jest drugi.
— Może się przecie trafić taki, który będzie pociechą i radością.
— Co pani mówi? Zkąd pani przychodzi na myśl pociecha? Przecież pani nie wyjdzie za młodzika, mającego ośmnaście lat, tylko dostanie pani albo rozwodnika, albo wdowca, wypraktykowanego.
— Ja żadnego niechcę.
— Zechcesz pani, dlaczego nie? Najpierw samej kobiecie ciężko żyć...
— Oj ciężko!
— Po drugie, nie wypada. Pani jeszcze jesteś bardzo ładna, bardzo delikatna osoba; pani nie powinna się marnować. Po trzecie, Zwanzig miał racyę, ja pani bardzo życzę iść za mąż.
Pani Jenta skromnie spuściła oczy.
— Ja się boję — rzekła — może się trafić zły człowiek.
— Właśnie, to bardzo dobrze; może być grymaśnik, może złośnik, może cały dyabeł, co to panią obchodzi — pani bierze go na lekarstwo. Tran też nie jest dobry, a kto potrzebuje, musi go pić. Pani potrzebuje zmartwienia, musi pani iść za mąż.
Bardzo długo rozprawiały trzy damy, do późnego wieczora, a rezultat debatów był taki, że nazajutrz Izrael Meir Zwanzig, bardzo po przyjacielsku i życzliwie przyjęty, poczęstowany herbatą z cukrem, konferował przez kilka godzin z panią Jentą.
Była to konferencya długa i bardzo poważna. Izrael Meir przerywał ją co chwila zapytaniem:
— Jeszcze pani źle?!
— Alboż dobrze? — odpowiadała pytaniem na pytanie pani Jenta.
— Nie rozumiem, na sumienie nie rozumiem, jaka pani jesteś grymaśnica? Kogoż ja pani mam dać? Ten zły, ten niedobry, ten za stary, ten dla pani za młody, a każdy nie dość bogaty... Co pani chcesz?
— Przedewszystkiem chcę, żeby był bogaty: jeżeli mam brać męża na lekarstwo, niech to będzie lekarstwo w dobrym gatunku. Izrael Meir jest bardzo tani kupiec, chciałby mnie zbyć byle czem...
Zwanzig uśmiechnął się złośliwie.
— No, no — rzekł — przepraszam panią; może ja się mylę... niech się pani nie gniewa... ja już bardzo dawno nie byłem na giełdzie...
— Co ma giełda do mojego małżeństwa i do waszego fachu?
— Bardzo dużo ma, kochana pani.
— No?
— Żebym ja chodził na giełdę, tobym wiedział, że teraz stare baby mają bardzo wysoki kurs.
Pani Hapergeld zrobiła się bardzo czerwona na obliczu, oczy jej błysnęły złowrogo, zerwała się z krzesła i w postawie stojącej, głosem doniosłym i piskliwym, obsypała Izraela Meira gradem obelg i słów nieparlamentarnych, dając mu do zrozumienia, że jest grubianin i że uczyni dobrze, jeżeli natychmiast znajdzie się za drzwiami i progów tego mieszkania już nigdy w życiu swojem nie przestąpi.
Zwanzig przyjął ten atak z przedziwną obojętnością i nie odpierał go wcale. Siedział na krześle, jak poprzednio, w tej samej pozycyi i palił strasznie pachnące cygaro, zapewne pamiątkę z ostatniego wesela. Kiedy potok wymowy pani Jenty zupełnie już wypłynął i kiedy głos zaczął jej posłuszeństwo wypowiadać — wówczas Izrael Meir wyjął z ust cygaro i rzekł najobojętniej:
— Ja się bardzo dziwię, że pani dotychczas jeszcze nie zmarnowałaś sukcesyi po swojej kochanej babci.
— Jakiej sukcesyi? jakiej babci? Wy macie chyba źle w głowie!?
— Wcale nie; ja mam dobrze w głowie i posiadam doskonałą pamięć. Znałem pani babcię; była to bardzo poczciwa straganiarka, trudniła się sprzedażą zieleniny i robieniem wielkiego krzyku od rana do wieczora... Pani ten drugi gatunek zatrudnienia wzięłaś po niej w spadku. Nie ma się czego pysznić z tak wielkiej familii i z takiej sukcesyi i lepiej mówić o interesie zwyczajnym sposobem, jak ludzie mówią.
Pani Jenta zawstydziła się...
— Mówcie, jak chcecie — rzekła — i co chcecie, ja słucham.
— Po pierwsze pani już skończyłaś dawno dwadzieścia lat i trzydzieści pani także skończyłaś i czterdzieści.
— No, no...
— Dobrze, już ja nic nie mówię, ale mówią małe bachorki od kochanej naszej Reginki — a co one do pani mówią? Mówią: — babciu! Czy dość pani na tem?
— Niech one się zdrowo i dobrze chowają.
— Niech się chowają; co ja im przeszkadzam? Dla mnie i owszem, niech ich będzie ośmnaście i obym doczekał ich wesela. Idę do rzeczy. Wierz mi pani, że nie masz z czem się drożyć. Przedstawiłem kilka partyj, kilku ludzi porządnych, fachowych, z kapitałem, takich ludzi, co pani nie zrobią wstydu — osoby są. Pani nie jest potrzebny ani młodzik, ani hrabia, ani wielki pan; dla pani pasuje porządny kapitalista, stateczny; taki, żebyś pani znalazła w nim dobrego przyjaciela i zaufanego plenipotenta do interesów. Powiedz pani, czy tego pani potrzebuje?
— Właśnie...
Z pomiędzy wielu kandydatów wybrany został pan Szymon Karawaner, bardzo przyzwoity kapitalista, mający swoją specyalną klientelę; cokolwiek konserwatysta i odrobinę postępowiec; taki, co jeszcze nie zerwał zupełnie z chałatem, ale już kokietuje tużurek angielski, bardzo jeszcze angielski, za kolana. Raziło trochę panią Jentę smutne nazwisko oblubieńca: Karawaner, ale Izrael Meir Zwanzig wyprowadził ją z błędu i wytłómaczył jej, że nazwisko jest nietylko piękne, ale szczerze handlowe, nawet głęboko handlowe; nie pochodzi ono bowiem od nazwy żałobnego wozu śmierci, ale od wielkiej karawany kupieckiej, która w piaszczystych pustyniach Wschodu znaczy tyle, co wielka bryka frachtowa, albo też, co towarowy pociąg. Nie tacy kupcy, jak dzisiejsi fuszerzy, ale wielcy dawni kupcy, którzy utrzymywali cały handel Wschodu z Zachodem i Południa z Północą, mieli swoje własne karawany, więc nazwisko Karawaner świadczy, jeżeli nie o pewnem powinowactwie krwi, to w każdym razie o powinowactwie ducha z owymi wielkimi ludźmi, u których perły znaczyły tyle, co kasza, a złoto nie wiele więcej od piasku. Czyż więc może nie być przyjemnie nosić takie wspaniałe nazwisko?
Pani Jenta musiała przyznać słuszność argumentom Izraela Meira — i sympatya jej zaczęła się zwracać w stronę poważnego finansisty.
— Pani nie wiesz — mówił Zwanzig — jaki on ma piękny kawałek chleba... On handluje tylko z kobietami...
— Ha, może on łobuz jest?
— On jest Szymon Karawaner. Kto ma wąsy, lub brodę, nie dostanie od niego ani grosza i to jest słuszna rzecz. Każdy człowiek powinien mieć swoją specyalność. On ma swoją, on tylko z damami...
Pani Jenta skrzywiła się na to.
— Nie potrzebujesz się pani krzywić — rzekł Izrael Meir — interes to jest bardzo korzystny. Panowie mówią o Szymonie, że do niego należy całe pół świata. Słyszałaś pani, żeby kto miał taką piękną opinię? Żebym panią wyswatał za milionera, nie miałabyś pani takiej uciechy; bo cóż: Milioner ma milion, niech dwa, niech trzy... i co do niego należy? Milion, dwa, niech trzy... a ten ma pół świata?
— Dlaczego pół?
— Albo ja wiem? Panowie tak mówią, a skoro mówią, to musi w tem coś być... żeby nic nie było, toby nie mówili. Jego fach jest doskonały, i przynosi piękne dochody. Te damy, z któremi pan Karawaner ma do czynienia, znają się na jedwabiu bardzo dobrze, na brylantach trochę, ale na rachunku wcale nie. Co im kazać napisać — napiszą, a kazać podpisać — podpiszą. Potem nieraz bywają zdziwione, zkąd się to wzięło. Pan Karawaner też się dziwi, ale egzekwuje. To swoją drogą — to swoją drogą. Pani Jento, wierz mi pani, że przy takim mężu, jakiego ja pani stręczę, pani możesz mieć często za bardzo małe pieniądze ładny brylant...
— Brylant?
— Oj, oj, i nietylko brylant, możesz pani mieć perły też, szafiry, rubiny, każdy drogi kamień; możesz pani mieć aksamity, jedwabie, koronki, bardzo mało używane, za psie pieniądze.
Interes, jaki prowadzi pan Karawaner, jest w swoim rodzaju doskonały, a klientela wcale nie podobna do tej, jaką obsługuje pan Lufterman, lub p. L. B. Hapergeld. To jest zatrudnienie wesołe i pełne niespodzianek, tamto ciągle jednostajne. Izrael Meir szeroko opowiadał, jak to bywa.
— Nie masz pani wyobrażenia, co to za śliczny świat. Osoba dziś potrzebuje dziesięciu rubli kredytu i szuka uczynnego kapitalisty dlatego, że nie ma co zanieść do lombardu, a jutro rzuca setkami; wczoraj mieszkała na poddaszu i brakło jej kilku groszy na omnibus, dziś ma śliczny apartament i powóz na gumowych kołach. Ile pan Karawaner przehandlował w swojem życiu mebli, dywanów i powozów! Chciałbym mieć chociaż tylko pięć procent od tego! Wierz mi pani, że można się ubawić, jak w teatrze, patrząc na te zmiany. Pan Karawaner miewał bardzo zdolne klientki; jedna upodobała sobie cyrk i bardzo prędko nauczyła się jeździć stojący na dzikim koniu i przeskakiwać przez obręcz; druga miała jeszcze lepsze fanaberye. Trzymała u siebie w mieszkaniu maleńkiego lwa i maleńkiego niedźwiedzia.
— Fe! Na co?
— Chciała się wykierować na taką artystkę, co ze lwami ma do czynienia.
— Proszę was, nie kończcie, bo mnie słabo jest!
— Pan Karawaner też uczuł, że mu słabo, gdy przyszedłszy po ratę, zobaczył takiego gościa. Nie potrzebuję długo opowiadać, że zaraz wycofał swój kapitał z procentem i kosztami, nie czekając aż lew i niedźwiedź dorosną i zjedzą uzdolnioną osobę, wraz z całą jej ewikcyą i odpowiedzialnością.
— Oj, może ona do tej pory już naprawdę zjedzona!
— Nie wiem, może zjedzona, bo wyjechała za granicę i nic o niej nie słychać.
— Koniec świata! Już słyszałam o różnych złych dłużnikach, o takich, co umarli, uciekli, szwindlowali, zastrzelili się, ale o zjedzonym dłużniku, jak życie moje, nie słyszałam.
— Aj, kochana pani, człowiek, choćby sto lat żył, jeszcze nie pozna wszystkich interesów, jakie się mogą przytrafić w takim fachu. Jak pani pozna pana Karawanera, to on opowie pani jeszcze ciekawsze zdarzenia. On miał i takie klientki, co latały w górę na balonie.
— Dajcie pokój!
— Ja wiem, że panibyś nie zrobiła takiego ryzyka, ani ja też. Pan Szymon był ryzykant i pożyczył jednej takiej trochę pieniędzy przed odjazdem w górę.
— Waryat! czysty waryat! Ma się rozumieć, przepadło.
— Co pani powie? Wcale nie przepadło. Ta osoba spadła na drzewo, jak wrona, pod Mokotowem, a balon złapali chłopi. Nawet kataru nie dostała. Takie szczęście do handlu! Nie potrafię pani nawet w dziesiątej części opowiedzieć, jakie osoby Karawaner znał i jakie one wyrabiały sztuki. Była pomiędzy niemi taka, cokolwieczek niemka, która potrafiła uczepić się jedną nogą za drążek, głowę mieć na dół, w zębach trzymać armatę, a z tej armaty naprawdę strzelali.
— Aj, dość już, dość!
— Czekaj-no pani, były i takie, co potrafiły w krótkim czasie zjeść; co pani myśli, potrafiły zjeść?
— Alboż ja wiem, jak dużo.
— Dużo, bardzo dużo; zgadnij pani.
— Może całe cielę!
— Cielę? Co znowuż! Całe kamienice murowane, folwarki, sukcesye, takie, co już są i takie, których jeszcze nie ma. Wszystko wszystko...
Panią Hapergeld zainteresował ten osobliwy człowiek, a Zwanzig korzystał z tego i w bardzo malowniczych barwach przedstawił pana Karawanera, jako finansistę i jako człowieka. Wychwalał jego pewność oka, dar szybkiego oryentowania się w interesach, wielką znajomość stosunków warszawskich.
— I wiesz pani co — dodał — pomimo wszystkiego, pomimo, że między różnymi ludźmi bywa i różne rzeczy widzi, jest człowiek porządny i nabożny; może mniej, niż inni, ale akurat tyle, że na jego jednę osobę wystarczy. Pieniądze lubi trzymać silną ręką, na żadne zbytki sobie nie pozwala. Do cyrku chodzi, bo mu tak wypada, ale chodzi bez biletu; lubi wypić kufelek piwa, ale jeżeli mu kto kupi; jednę ma tylko słabość do cygar, ale i to się da usprawiedliwić, to potrzebne jest w fachu; finansista z cygarem w ustach lepiej wygląda, niż finansista bez cygara. Zawsze pamiętać trzeba o przysłowiu: „jak cię widzą, tak cię piszą,“ tem więcej, gdy się ma z eleganckim światem do czynienia.
Ostatecznie pani Jenta została przekonana co do osoby przyszłego męża i co do jego fachu; trudniejsza daleko sprawa była z ułożeniem stosunku finansowego przyszłych małżonków.
Synowie i córki dość niechętnem okiem patrzyli na małżeństwo matki, nawet pani Regina wzruszała ramionami, mówiąc, że nie rozumie, na co kochanej mamie potrzebny taki ambaras; ale dziadzio Gancpomader, po długich naradach, pogodził wszystkie strony.
W kilka tygodni później odbyło się, również na Amatorskiej sali, wesele bardzo świetne i bardzo wspaniałe. Znajdowała się na niem i pani Lufterman, osoba bardzo już otyła i myśląca ciągle o Karlsbadzie i małżonek jej, podupadły trochę na siłach, cierpiący na astmę, szukający wciąż ścieśnionego powietrza, gdyż atmosfera Grzybowa była dla niego za rzadką.
Czas płata ludziom figle. Najskuteczniej opierał mu się dziadzio Gancpomader, chociaż i on uczuwał już dotkliwie brzemię lat.
Młodzi państwo Hapergeld wyglądali niby dwa rajskie kwiaty, niby dwie z jednego drzewca zerwane pomarańcze.
On robił się coraz pulchniejszy i bardziej na twarzy rumiany, ona rozsadzała najtęższe gorsety.
Mieli już pięcioro bardzo delikatnych dziateczek i pocieszali się nadzieją, że jeszcze na tem nie koniec.
Dlaczegóżby nie?
Mieli porządną klientelę, duże dochody, a chociaż wydatki na utrzymanie domu rosły, jednak majątek powiększał się ciągle. Myśleli już o tem, że za kilka lat, spracowani i zmęczeni operacyami kredytu osobistego, dla odpoczynku i wytchnienia zabawią się w kredyt rzeczowy i założą sobie lombard.
To było marzeniem pani Reginy. Ona już zbadała i wystudyowała ten interes najdokładniej i postanowiła, że, bądź co bądź, marzenia jej ziścić się muszą.
Państwo Hapergeldowie żyli bardzo porządnie, mieli ładne mieszkanie, ładne meble, trzymali dwie służące, mamkę; on miał dla siebie dwóch faktorów. Samo utrzymanie domu kosztowało ich ze czterdzieści rubli tygodniowo, oprócz kosztu letniego mieszkania i oprócz nadzwyczajnych wydatków.
Szkoda pieniędzy, zapewne, ale trzeba zachować pewne decorum. Ostatecznie człowiek, który żeniąc się, miał dwa tysiące rubli w gotowiźnie, musi żyć odpowiednio do swej fortuny.
To też pan L. B. Hapergeld żył, a gdy mu niebawem przybył jeszcze jeden synek, ucieszył się niezmiernie i powiedział tę wielką prawdę, że kogo stać na rybę, tego stać i na pieprz...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.