Pająki (Junosza, 1894)/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pająki
Podtytuł Obrazek z życia warszawskiego
Data wydania 1894
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
Dalszy ciąg zabiegów pana Karola i co mówiono na stojącem posiedzeniu przed Bankiem.

Raz tak się jakoś zdarzyło szczęśliwie, że pan Karol ze swoją żoną rozmawiał nieco obszerniej. W ich pożyciu należało to do fenomenalnych wypadków; on ciągle swojej pracy, ona również pracy, domowi i dzieciom oddana, nie mieli czasu na długie pogadanki, a przytem przedmiot zajmujący stale ich obojga był tak przykry, że woleli go unikać.
Na cóż sobie truć życie wspominaniem trosk wspólnych, kiedy te troski same każą o sobie pamiętać?
Był dzień pogodny i piękny. Uroczystość Zielonych świątek u chrześcian zbiegła się z żydowskiemi świętami Szebuoth i tym sposobem było kilka dni zupełnie wolnych i spokojnych.
Pan Karol postanowił jeden dzień przeznaczyć na odpoczynek, a korzystając z pięknej pogody, zaprosił żonę na spacer.
Na ulicach roiło się od ludzi. Kto żył, spieszył za rogatki, aby odetchnąć świeżem powietrzem.
Najosobliwsze ekwipaże można było widzieć na ulicach. Nowe, lśniące karety i przedpotopowe faetony, karykle, dorożki, bryczki, breki, wszelkie typy wehikułów, jakie sobie tylko wyobrazić można.
Koło mostu odzywały się przeraźliwie świstawki statków parowych, na dworcach dróg żelaznych był tłok nieznośny; w ogrodach, parkach, ogródkach, pod werendami cukierni, pełno i gwarno. Okolice podmiejskie zaludniły się tego dnia niezwykle — cała Warszawa wysypała się z murów.
Zostawiwszy dzieci pod opieką służącej, państwo Karolowie udali się pieszo ku rogatkom Belwederskim, a ztamtąd na chłopskiej furce do Wilanowa, gdzie mieli kilka godzin przepędzić.
Upajało ich czyste powietrze, wzroku oderwać nie mogli od tych zbóż zielonych, które im się kłaniać zdawały, od łąk, od kwiatów, od ptasząt unoszących się w powietrzu. Patrzyli na to wszystko w zachwycie przez czas długi, aż wreszcie on się do niej odezwał:
— Prześlicznie tu jest.
— Prześlicznie! — odrzekła.
I oboje westchnęli, widocznie przyszedł im na myśl szanowny L. B. Hapergeld i jego przezacni koledzy.
W godzinę później chodzili po ocienionym parku Wilanowskim. Pan Karol odezwał się pierwszy:
— Wiesz co, od pierwszego roku naszego pobrania się, nie zaznaliśmy spokoju. Zdawało mi się, że wchodzimy do jakiegoś gęstego lasu, nieprzebytego lasu. Idziemy, idziemy, a drzew coraz więcej, aż ciemno i ani jeden promień światła nie przedziera się przez konary.
— Masz racyę i jam widziała to samo. Drżałam z obawy na myśl o naszej przyszłości, o dzieciach.
— Ciężkie życie, ciężkie — i za co? Cóżeśmy złego zrobili? Czy żądaliśmy wiele od losu? Trudno, przecierpiało się, teraz już nam jest znacznie lepiej.
Spojrzała na niego wzrokiem pełnym zdumienia.
— Lepiej nam teraz — powtórzył.
— A przed trzema dniami znowu jakiś papier przyniesiono do domu. Czy nie widziałeś?
— Wiem doskonale. Ile to już takich papierów przynieśli! I — dodał ciszej — ile jeszcze przyniosą!
— Więc w czem widzisz polepszenie, mój drogi?
— Ubyło nam kilku. Z mniejszą liczbą, niż dawniej, mam do czynienia.
Kobieta westchnęła.
— Daj Boże — rzekła — ale jakoś dotychczas przewidywania nasze nie sprawdzają się. Tyle pracy, tyle pieniędzy idzie na marne! Ciągle żyjemy tylko nadzieją, a tymczasem młodość ubiega, siły się wyczerpują... Co nas czeka?
— Nie rozpaczaj.
— Czyż rozpaczałam kiedy, czy skarżyłam się?
Pocałował ją w rękę.
— Nie, moja droga — rzekł — znosiłaś los swój mężnie, z godnością i dodawałaś mi ducha w zwątpieniu. Teraz ja chciałbym dodać ci odwagi. Mam nadzieję, że wydobędziemy się kiedyś.
— Jeszcze rok — szepnęła z uśmiechem.
— Nie, już nie śmiem naznaczać terminu; nie za rok, ale za parę, za kilka... Przecież ciągle spłacam. Oprócz tego, zakładamy przy fabryce kasę pożyczkową, ona też niejednego poratuje i nie pozwoli mu wpaść w takie błoto, w jakieśmy wpadli. A słuchaj, kiedy już wyjdziemy, kiedy się wydostaniemy na swobodę i każdy zarobiony grosz będzie naszym groszem... wtenczas...
— Co będzie wtenczas? — zapytała.
— Kupimy sobie domek z ogródkiem, niedaleko Warszawy i będziemy żyli spokojnie. Odpoczniemy.
— Karolu — rzekła z wymówką — dlaczego mówisz to, o czem nie myślisz.
— Nie myślę?
— Bądź szczery. Czy po tylu latach szarpania się i przykrości, miałbyś siłę rozpocząć nowe życie, krzątać się, zabiegać... Chyba nie.
— Masz słuszność. Istotnie, jużbym nie mógł; podziwiam twoją przenikliwość. Po nadzwyczajnych wysiłkach, po takiej pracy forsownej, przychodzi apatya i wiem dobrze, że gdybym się dziś wydobył z nieszczęścia, to jutro tak samo ze zwieszoną głową poszedłbym do fabryki i kradłbym sobie chwile odpoczynku. Mówią, że przyzwyczajenie drugą naturą się staje.
— Mówmy o czem innem — rzekła.
— Dobrze — odrzekł.
I zaczął opowiadał jej o nowościach dnia, o wypadkach miejskich, o Bielanach, ale ciągle i uparcie plątał się mu w myśli szanowny L. B. Hapergeld i jego towarzysze.
Trzeba było wielkiego wysiłku, żeby o żadnego z nich nie zawadzić w rozmownie.
I oni też często o panu Karolu myśleli; on bywał często także przedmiotem ich rozmowy i w domach i na ulicy i na czarnej giełdzie przed Bankiem.
Dziadzio Gancpomader wspominał często o nim w rozmowie z nowym swym zięciem, panem Szymonem Karawanerem, którego dziadzio polubił z powodu wielkich zdolności do handlu i z powodu dobrego oka.
— Uważam — mówił kiedyś pan Karawaner — że ojciec ma słabość do tego człowieka.
— Dlaczego nie? Mój wnuczek ma z niego ładny kawałek grosza. On dobry klient jest, sam przyznaj.
— Ja się na takich nie znam, to nie mój człowiek. Ojciec mówi, że on dobry, to pewnie musi być dobry, ja o tem zdania nie mam. Niech mnie ojciec zapyta o jaką damę, to wcale co innego.
— Ja wiem, żeś znawca.
— Ale jaki znawca! W całej Warszawie drugiego takiego nie znajdzie. Niech raz spojrzę, to już wiem. Ja miałem dużo praktyki i rozmaite zdarzenia; mało kiedy się myliłem.
— No — wtrącił z uśmiechem dziadzio — powinieneś i żonę tego fachu trochę nauczyć.
Pan Karawaner pogładził brodę i rzekł:
— Proszę ojca, ona jest bardzo zdatna kobieta, puszcza się na mały handelek z mojemi klientkami i pożycza im na zastawy. Tylko chciwa jest bardzo, cały dochód lubi dla siebie zabierać.
— No, a dla kogo mam brać? Może dla męża? Czy ja mężowi bronię zarobić?
— Chciwa jest i skąpa.
— Kto w skąpstwie żyje, w majątku umiera — wtrącił dziadzio.
— Ona lubi spekulować. Wszystkie moje panie zna, jak zły grosz.
— One też niewiele więcej warte od złych groszy.
— W takim razie, dlaczego chętnie z niemi handlujesz i mnie zarobek odbierasz?
— Dziwno mi, mój mężu — odrzekła pani Jenta i zaraz poczerwieniała na twarzy — bardzo mi dziwno, że mówisz takie rzeczy. Kiedy je przyrównałam do złych groszy, zrobiłam to tak sobie, dla żartu. Co mnie obchodzi ich dobroć, one nie są ani moje córki, ani moje ciotki; swoją drogą trzeba im przyznać, że są bardzo przyjemne, wesołe i eleganckie. Tu wczoraj była jedna...
Nagle pani Jenta urwała i zawstydziła się; mąż to zauważył.
— Kto był? — zapytał.
— Kto miał być? Wcale nikt nie był — odpowiedziała — po co tu kto miał być?
— Przecież dopiero co mówiłaś.
— Ja mówiłam? Ja nic nie mówiłam; odczep się odemnie, co chcesz?
— Ojciec słyszał...
Dziadzio Gancpomader zaczął bębnić palcami po stole i zachowywać uporczywe milczenie, przeczuwając, że zanosi się na małą burzę małżeńską. Zięć jednak powtórzył zapytanie:
— Czy ojciec słyszał? Proszę powiedzieć, czy ojciec słyszał?
— Dajcie pokój, nie kłóćcie się, o co wam idzie? Może ja słyszałem, może nie słyszałem, to wszystko jedno; nie trzeba się spierać o takie głupstwo. Była, czy nie była, mała rzecz, sufit z tego powodu się nie zawali, ani piec nie wyskoczy przez okno.
— Przepraszam ojca, to wcale nie jest głupstwo — rzekł pan Karawaner — to duża rzecz; ja nie mogę na to pozwolić.
Pani Jenta zaczęła się unosić.
— Aj, ojcze — rzekła — żeby moje wrogi wpierw byli nogi połamali, nim ja za niego poszłam. Ja mam teraz słodkie życie, piękne życie mam z takim zazdrośnikiem!
— Nie pięknie jest być wielkim zazdrośnikiem — wtrącił dziadzio.
— A pięknie jest robić mężowi krzywdę? Poczciwie to jest?
— Cóż ona ci robi?
— Ona mi handel psuje, ona mi moje interesantki zabiera! Póki szło o małe rzeczy, to ja siedziałem cicho, ale widzę, że bierze się do większych. Ja tego już wytrzymać nie mogę. Z czego ja mam żyć, jeżeli ona mi będzie odbierała mój zarobek? Jakie ona ma do tego prawo? Tak sobie handluje, jak w swoim własnym interesie. Co to za rozbój jest!
— Widzi ojciec, jaki to zazdrośnik! On jest dwadzieścia cztery razy zazdrośnik, chytry na pieniądze, chciwy, fe!
Wszczęło się takie piekło, że dziadzio Gancpomader zatkał uszy i chciał uciekać, ale oboje małżonkowie zastąpili mu drogę odedrzwi i puścić go nie chcieli.
— Niech ojciec rozsądzi! — wołała pani Jenta.
— Dobrze, niech rozsądzi; niech nawet sam czarny dyabeł sądzi, moja sprawa zawsze będzie dobra. Proszę zostać, niech ojciec zostanie, niech się przekona, jaką ma śliczną córeczkę. Córeczka, jak się wystroi w jedwabie i pójdzie do ogrodu, wygląda, jak wielka dama, ale dość jej pokazać rubla, a z wielkiej damy robi się wilk.
Pani Karawaner usiłowała małżonka swego przekrzyczeć i nie szczędząc dosadnych epitetów, łez i przekleństw, przekonywała ojca, że jest najnieszczęśliwszą w świecie kobietą; że została w najwyższym stopniu zawiedziona, mniemała bowiem, że wychodzi za poważnego finansistę i uprzejmego w obejściu człowieka, a tymczasem dostał jej się najpospolitszy handlarz, podwórkowy handlarz, nie mogący cierpieć, jeżeli kto inny, a nie on sam, kupuje starą kamizelkę lub podarte kamasze.
Dziadzio Gancpomader uderzał ręką w stół i krzyczał:
— Sza, sza, dzieci!
Ale dzieci nie chciały słuchać wezwania i kłóciły się dalej zawzięcie; więc dziadzio, nie mogąc już dłużej tego wytrzymać, splunął i zawołał wielkim głosem:
— Niech was dyabli wezmą! Ja wychodzę! Z takimi ordynarnymi ludźmi nie mam żadnej przyjemności. Dajcie mi pokój! Urywajcie sobie głowy, jeżeli wam się podoba, ale ja nie chcę być świadkiem takich awantur!
To przemówienie poskutkowało. Pani Jenta uspokoiła się cokolwiek, a jej małżonek, na wezwanie ojca, zaczął tłómaczyć, o co właściwie mu chodzi.
Kto był wczoraj, pan Karawaner domyślił się i odgadł. Była ruda Niemka, bardzo solidna woltyżerka, znajdująca się chwilowo w kłopocie, z powodu, że ktoś z jej przyjaciół nagle wyjechał i coś zapomniał zostawić. Ale to do rzeczy nie należy. Dość, że Niemka potrzebowała na gwałt pieniędzy i chciała dać, broń Boże, nie na zastaw, tylko trochę dla pewności, złoty zegarek i broszę z rubinami. Pan Szymon chciał jej wygodzić, ale się targował i odszedł. Ona przyszła do niego po południu, nie zastała go w domu i interes zrobiła pani Jenta. Jestże to uczciwe i przyzwoite? Nie, taki postępek znaczy tyle, co niegodziwość, jest paskudztwo.
Dziadzio chciał wypowiedzieć swoje zdanie, ale pan Karawaner przerwał.
— Za pozwoleniem — rzekł — nie powiedziałem jeszcze wszystkiego. Gdyby mi robił konkurencyę, dajmy na to, pan Pfeifenkopf, albo pan Fischenleber, to powiedziałbym, że jest łajdak, ale szuka dobrej lokacyi dla swego kapitału; ale jeżeli postępuje w podobny sposób żona, moja żona, prawdziwa żona — to, co ja mam powiedzieć?
Obrona pani Jenty była bardzo ognista.
— Jakto? — wołała — ja mam opuścić sposobność dobrego zarobku? Dlaczego? Czy dlatego, że go mój mąż opuścił, że nie umiał korzystać z chwili, że nie robił odrazu, a potem nie czekał w domu, wiedząc bardzo dobrze, że Niemka przyjdzie! On nie chciał — ja zrobiłam, o co mu chodzi? On nic nie ryzykował, ja ryzykowałam. Co jest? Co ma być? Czego on chce, ten paskudnik? Jemu się zdaje, że wszystko do niego należy; ja też chcę pracować i zarabiać. Mam przecież dzieci i wnuki.
Pan Karawaner oświadczył stanowczo, że jeżeli się jeszcze raz wykryje takie nadużycie, to będzie zmuszony dać żonie rozwód.
Dziadzio Gancpomader dużo miał pracy, zanim pogodzić zdołał zwaśnionych małżonków. Od interesu, zrobionego z Niemką, pani Jenta musiała dać dziesięć procent mężowi, i to nie w obietnicy, ale w gotówce; żeby zaś na przyszłość nie było już żadnych nieporozumień i konfliktów, postanowiono, że wszelkie interesa dawniejsze należą wyłącznie do pana Szymona, że wszelkie interesa od daty umowy będą robione na współkę i pan Szymon ma na nie dawać dwie trzecie, a pani Jenta jedną trzecią kapitału i w tym też stosunku podzielą się zyskami; że wreszcie pani Jenta, o ile wyrobi sobie własną klientelę, po za sferą męża, prowadzić będzie geszefciki na własny rachunek i na własne ryzyko, bez żadnej ze strony pana Karawanera kontroli.
Układ taki nie był w zgodzie z kodeksem Napoleona, ale został dobrowolnie przez obie strony przyjęty.
Pani Jenta zauważyła, że w takich warunkach będzie można żyć i małżeństwo pogodziło się, życząc sobie nawzajem dobrego zdrowia i powodzenia.
Na drugi dzień dziadzio Gancpomader, aczkolwiek trochę słaby i niedomagający, udał się przed Bank.
Kto tego miejsca nie widział, ten nic nie widział; kto tych wydeptanych chodników nie zna, ten nic nie zna.
Można śmiało powiedzieć, że nie ma na świecie instytucyi, tak pięknie, a zarazem niekosztownie urządzonej, jak to wielce szanowne zgromadzenie.
Lokal pod gołem niebem nic nie kosztuje; bywa on wprawdzie trochę niedogodny podczas deszczu, ale w takim wypadku nic łatwiejszego, jak schronić się do jakiej porządnej restauracyi, gdzie zbiera się bardzo zacne towarzystwo i przy kufelku piwa rozmawia o interesach, nowościach chwili i wypadkach nadzwyczajnych, o ciekawych sprawach, licytacyach dokonanych, lub dokonać się mających, o tem, co było, co jest, co ma być, co przyjemne, co cokolwiek przykre, o wszystkiem, co ma jakikolwiek związek z finansami.
„Posiedzenia“, o ile pogoda sprzyja, odbywają się stojący, bez przewodniczącego, bez dzwonka, bez programu, a pomimo tego, wszystko idzie doskonale.
Komu potrzeba rady, znajdzie tam radę, komu informacyi — informacyę, komu wyjaśnienia — wyjaśnienie, tanim kosztem, a niekiedy i darmo.
Członkowie zgromadzenia przechadzają się, lub też stoją grupami, po kilku, i rozmawiają z sobą czasem poważnie i spokojnie, czasem z większym animuszem, z ferworem, a niekiedy, zwłaszcza, gdy idzie o likwidacyę jakiego interesu, o podział zysków, namiętności się budzą, oczy płoną, usta miotają straszne przekleństwa i robi się rejwach nadzwyczajny — awantura, gwałt.
Zapisane są w kronikach zgromadzenia i przechowane w ustnej tradycyi nadzwyczajne walki, jakie tam nieraz staczano, zażarte, straszne.
Zdarzało się, że wspólnicy, lub współzawodnicy psuli sobie nawzajem bardzo piękne brody i obrywali klapy od chałatów. W handlu bywa rozmaicie.
Bądź co bądź, miejsce tych stojących posiedzeń otoczone jest pewną czcią i poszanowaniem. Jest to rodzaj forum, miejsca publicznego, na którem każdy obywatel wydać się pragnie dobrze.
Człowiek, którego szanują w ogóle — jest szanowny; człowiek, cieszący się poważaniem przed Bankiem, jest dziesięć razy szanowny.
I na odwrót, można mieć awanturę, być oplwanym, spoliczkowanym nawet, to jeszcze nie hańbi; ale dostać w twarz przed Bankiem, to najokropniejszy dyshonor, to plama, którą trudno zatrzeć — nawet banknotem.
Zemsta, zwana rozkoszą bogów, dzika, straszna zemsta, wyrosła na gruncie zawiści fachowej i konkurencyi, przejawia się nieraz w sposób brutalny. Mściwy człowiek czyha, czai się, aż złapie przedmiot swej nienawiści i shańbi go... przed Bankiem.
Dziadzio Gancpomader, jako stały członek czarnej, wędrującej giełdy, widział nieraz takie zdarzenia i godna jego dusza trzęsła się w nim z oburzenia i grozy.
— Łajdaki i łotry! — wołał dziadzio — nie macież to prywatnych mieszkań, wreszcie bawaryj i restauracyj, wreszcie innych ulic do załatwiania takich spraw? Bijcie się wszędzie, gdzie tylko chcecie, ale nie tu!
Spoliczkować porządnego kapitalistę przed Bankiem, czyż może być większa kompromitacya!
Pomimo perswazyi dziadka, zdarzały się takie fakta smutne, świadczące, że gniew i zawziętość podobne są do dzikiego konia, którego ujarzmić i opanować trudno.
Na tych posiedzeniach stojących odbywały się niesłychanie ważne narady; tu każdy człowiek, którego praca przedstawiała jakąś wartość, był zmierzony, zważony, oceniony jak najdokładniej; tu każdy artykuł prawa i procedury przedyskutowany bywał, skomentowany i wytłómaczony tysiąckrotnie; tu opowiadano nadzwyczaj ciekawe i zajmujące rzeczy o symulacyach, o najosobliwszych figlach bankrutów podstępnych, o sposobach wykręcania się ze spraw przykrych, grożących odpowiedzialnością kryminalną.
Tam strzelały rakiety humoru i dowcipu gryzącego, jak potaż, tam opowiadano sobie anegdotki i koncepta, wywołujące wybuchy wesołego śmiechu. Porządne towarzystwo, wesoła kompania!
Dziadzio Gancpomader bywał na tych posiedzeniach codzień, nie z potrzeby bynajmniej, lecz z przyzwyczajenia; przez długie lata tam uczęszczał, więc już nie mógł się obejść bez tej przyjemności. Chciał widzieć swój świat i wiedzieć, co się w nim dzieje.
Udział jego w naradach był niewielki; sam już interesami się nie zajmował wcale, ale trochę posłuchał, co mówią i co robią; czasem proszony bywał o radę, lub o rozstrzygnięcie sporu. Nie odmawiał nigdy takich drobnych przysług; co najwyżej żądał, żeby konferencya odbyła się przy szklance piwa, lub herbaty, na koszt osoby interesowanej.
Tam przychodził też codzień pan L. B. Hapergeld, Chaim Beispiel, Mojsie Durch i inni opiekunowie główni i przydani pana Karola. Cała rada familijna. Tam oceniano krytycznie jego postępki.
— Buntuje się — mówił z westchnieniem Chaim Beispiel.
— Niech się buntuje, niech go dyabli wezmą!
— Chce koniecznie wyleźć...
— Ha, ha, ha! Ja też chcę na loteryi wygrać.
— On bardzo dowcipny jest!
— Co wam to przeszkadza, że on chce wyleźć — rzekł jakiś niski, pękaty kapitalista, o oczach rybich i kształtach spasionego karpia. — Co wam to przeszkadza? Z moich klientów, a mam ich niezłą paczkę, nie ma ani jednego, któryby nie chciał wyleźć, ale dotychczas żaden jeszcze nie wylazł, prócz tych, którzy pomarli. A trzeba wam wiedzieć, że ja już ten interes prowadzę więcej, niż dwadzieścia lat.
— Ja też nie miałem tego zdarzenia — dorzucił drugi.
— I ja nie.
— Kto może wyleźć? Chyba, że ucieknie.
— Dokąd ucieknie? On tu ma swoją familię, ma posadę, sposób do życia, a gdzieindziej, co będzie robił?
— Zawsze to z jego strony nie pięknie — wtrącił pan L. B. Hapergeld.
— Nie pięknie? — zawołał z oburzeniem karpiowaty — powiadasz pan nie pięknie, to łajdactwo jest! Jeżeli oni się uwolnią, to z czego my będziemy żyli? Czy przed nami świat otwarty? Czy mamy jakie posady? Czy nasz zysk jest ten marny procent i to jeszcze chcą nam odebrać.
— To jest prawda, to wielka prawda — dodał Mojsie Durch — ale nie ma się o co bać, on nie wylezie i inni też nie wylezą. Chwalić Boga, pan Hapergeld nie od parady nosi głowę na plecach, a my też znamy jego sztukę. On jest doskonale związany, może się szarpać, ile chce, może mu się zdawać, że już mu jest dobrze, że za rok pokończy interesa. Niech mu się zdaje.
— Dlaczego nie ma mu się zdawać i dlaczego pan Hapergeld, jak będzie potrzeba, nie ma go dobrze nacisnąć?
Pan L. B. Hapergeld zrobił taki gest ręką, jakby już nacisnął swego klienta. Uśmiechnął się, pogładził bródkę i otwierał usta, aby opowiedzieć, w jaki sposób pokaże swoją sztukę, gdy wtem, z ogromnym krzykiem, wpadła gromada innych finansistów, zacietrzewionych, spoconych i rozdzieliła grupę spokojnie rozmawiających.
— Co to za gwałt?!
— Co za awantura?!
— Nie pchajcie się, łajdaki, szanujcie miejsce!
Z gromady wyskoczył rudy żydek i rzucił się ku dziadkowi.
— Gancpomader, panie Gancpomader! Mnie krzywdę robią, sądź pan!
— Czego chcecie? O co robicie gwałt?
— To moje, ja jego szwagier! Jego siostra jest moja żona. Dlaczego bracia chcą krzywdzić siostrę?
— Ja jestem też jego szwagier i jeszcze gorzej niż szwagier, ja jestem jego wspólnik!
— A ja byłem jego faktor!
— Teraz nie jesteś jego faktor.
— Nic nie znaczy, mogę nim być napowrót, jeszcze dziesięć razy!
— Co mnie do tego — odezwał się wysoki żyd, w kapocie rzetelnie zabłoconej po sam pas — ja nie jestem wasz ojciec, ani wasz sędzia i obliczyłem sobie, co mi się należy: koszta i procent — zostaje reszta i niech ją bierze, kto chce, a jeżeli wy sobie przy podziale poobrywacie brody i powybijacie zęby, ja do tego nic nie dołożę. Ja jestem człowiek rzetelny, biorę, co moje, wam oddaję, co wasze.
To mówiąc, oddał zwitek banknotów temu, który stał z brzegu i najgłośniej krzyczał.
— Niech was dyabli porwą! — rzekł i oddalił się pospiesznie — co mi do waszych awantur, bijcie się, nie mam ochoty być świadkiem i chodzić do sądu.
Cała gromada rzuciła się na tego, który wziął pieniądze; popychano go, szturchano, ktoś go nawet zębami za rękę uchwycił, ale on cierpienie znosił mężnie, a banknotów bronił, jak bohater. Twarz jego stała się czerwona, jak ogień, pokrył ją pot kroplisty, oczy na wierzch wyszły, usta zapieniły się, a piękna broda ruda, potargana i pomięta, świadczyła o bohaterskim zapale.
Lwica nie broni rozpaczliwiej lwiątka, ale też i lwy nie napadają waleczniej.
Podobno Homer widział walki zażarte, ale takiej z pewnością nie widział.
Zaledwie interwencya ludzi poważnych położyła kres batalii; rozepchnięto walczących, którzy jednak nie przestali krzyczeć wielkim głosem, mogącym mury wstrząsać i nie przestali wygrażać sobie nietylko pięściami, ale denuncyacyą, policyą, sądem, kryminałem.
Dziadzio Gancpomader mówił później, że w życiu swojem nie widział podobnej awantury i tak burzliwego posiedzenia, jak wówczas.
Była wprawdzie przyczyna i przyczyna poważna, była kwestya istotnie zawikłana i gruba kwestya, ale ostatecznie dałaby się załatwić w sposób pokojowy i zgodny, jak przystoi na poważnych ludzi. Nie bez słuszności też powiadał dziadzio, że bardzo poważnem stworzeniem jest, nie przymierzając, kot.
Gdy siedzi pod piecem, łapki założy przed sobą i mruczy, można mniemać, że jest to bardzo rozumne i myślące zwierzę; ale niechno zobaczy mysz gdzie się podziewa jego powaga, jego spokój jego filozoficzne mruczenie? On już nie jest wtenczas ten sam, co był, ale inny kot, z zaiskrzonemi ślepiami, gwałtowny, puszcza w ruch zęby i pazury, rzuca się, goni, skacze, przyczaja — cały łajdak się robi.
Nie przyrównywając, ci poważni i mruczący finansiści zobaczyli też mysz — zobaczyli rubla.
Dobry jest taki fajer w interesie, taka dbałość o grosz i poszanowanie dla niego, ale nie trzeba zapominać, że człowiek, prócz zębów i pazurów, które posiada w znacznie gorszym gatunku, aniżeli kot, ma cokolwiek rozumu — i że ten rozum daje mu doskonałe środki do walki, o wiele ostrzejsze, niż kocie pazury.
Na razie nie można było dojść, o co właściwie idzie, gdyż wszyscy jednocześnie krzyczeli i trzeba było czekać aż ochrypną i ustaną.
Jakoż ochrypli i zaczęli ciężko sapać, rzucając tylko urywkowe słowa, niedokończone frazesy i przekleństwa. Żaden już nie miał siły powiedzieć: „obyś nogi połamał!“ i poprzestawał tylko na wymówieniu „obyś“ — w słusznem mniemaniu, że przeciwnik nie pomyśli, iż to „obyś“ poprzedza życzenia zdrowia, lub wygrania na loteryi.
— Czyje to pieniądze? — zapytał dziadzio.
— Czyje mają być? Są moje! — wrzasnął rudy.
— Niczyje nie są!
— Moje!
— Obyś ty... W najgorszym razie, to jest suma familijna...
— Dlaczego ona ma być familijna? Ona do nas wszystkich należy!
— Obyś ty należał do anioła śmierci, cyganie! Idź ztąd, nie wracaj więcej.
— Dobrze, dobrze, ja pójdę, ale do cyrkułu; ja wam pokażę, co to jest dwa razy pieniądze odbierać!...
— Obyś dwa razy umierał! — krzyknął finansista o kształtach karpia i odepchnął zajadłego faktora na bok. — Sprawiedliwość przedewszystkiem! — wołał — sprawiedliwość grunt! Można oszukać, można nawet co ukraść, ale nie po łajdacku, sprawiedliwie... Wstyd przynosicie całemu zgromadzeniu... I tak dużo na nas gadają, wy wiecie o tem, wiecie, że to gadanie nam nieraz szkodzi, a robicie takie paskudztwo, taki krzyk! Nie możecie to podzielić się godnie, jak ludzie porządni i uczciwi!
Mówka ta cokolwiek pomogła; karpiowaty Immerschlecht odsapnął i ocierał pot z czoła, a ponieważ wymowa jest zaraźliwa, więc po Immerschlechcie przemówił płaczliwym głosem Beispiel, dalej gruby Sauerbier i wreszcie sam dziadzio Gancpomader.
Gdy już duża część żółci wyszła ze stron interesowanych, mógł się dziadzio dowiedzieć nareszcie, o co właściwie idzie.
Było tak; jeden pan zapłacił dług, jaki był winien młodemu panu Nuchymowi Pomidor, zapłacił i był spokój. Pan Pomidor akurat nie miał wtenczas przy sobie wekslu, więc go nie oddał; w czem zresztą nie ma nic dziwnego, bo każdemu się zdarzy coś zapomnieć.
Upłynął rok czasu, czy półtora, tamten pan może także zapomniał, a weksel leżał w szafie, bardzo w dobrem schronieniu, w starym pugilaresie, co jeszcze dziadów pamięta. Tymczasem młodemu panu Pomidorowi trafił się przypadek.
— Jaki przypadek? — zapytał dziadzio.
— Brzydki przypadek, nieszczęście.
— Zachorował?
— Owszem, jest zdrów, tylko go teraz w Warszawie trochę nie ma.
— A gdzież jest?
— Cała historya; człowiek nigdy nie wie, co go może za przypadek spotkać. Pan Pomidor, młody, porządny chłopiec, uprzykrzył sobie lichwiarstwo, bo uważał, że jest to praca ciężka, a nie opłaca się, jak należy, wziął się więc do innego zatrudnienia.
— Cóż robił?
— Co miał robić, założył sobie kawałek fabryki.
— Fabryki?
— Robił pudełka tekturowe do magazynów. Porządny interes; zatrudniał kilkunastu chłopaków, bardzo dobrze mu szło, coraz lepiej. Trzy pokoje zapełnił samemi pudełkami; prócz tego zakładał skład hurtowy różnej galanteryi i miał w składzie różny towar.
— Galanterya też dobry interes.
— Dobry, jeżeli jest szczęście.
— To też prawda.
— Młody Pomidor nie miał szczęścia. Jednego razu, wieczorem, kazał swoim chłopcom iść precz, a sam porządkował towar; przy tej czynności potrzebna mu była świeca, lampa i trochę nafty; nafta cokolwiek się rozlała na watę, przypadkowo. On się spieszył do żony na letnie mieszkanie, zamknął skład i pojechał, ale zapomniał przedtem zagasić świecę...
— Zrobił się mały fajer?
— Jakbyście przy tem byli... Ogień był mały, ale nieszczęście duże. Straż przyleciała zaraz, zagasili ogień, znaleźli naftę i watę. Wiecie, że to dość, żeby uczciwego człowieka zgubić. Ludzie są źli; narobili plotek, powiedzieli, że młody pan Pomidor sam swoją fabrykę podpalił! Takie posądzenie!
— To się mogło bardzo brzydko skończyć.
— Ono się odrazu bardzo brzydko zaczęło! Sędzia był twardy, nie chciał słuchać o kaucyi. Kazał go zaprowadzić do aresztu. Taki młody, taki ładny chłopiec, przepadł. W pierwszej instancyi był brzydki wyrok, ale adwokat pocieszał, że od pierwszej instancyi nikt nie umarł. Poszło do drugiej instancyi. W drugiej wyrok też nie był piękny — pozostała kasacya. Z kasacyi całkiem nic nie było. Biedny chłopak pojechał sobie na kilka lat. Takie jego szczęście, posądzili i zaraz osądzili, powiedzieli, że spekulował na ogniu...
— Na czem teraz można spekulować? — wtrącił z westchnieniem Immerschlecht — nie ma na świecie żadnej spekulacyi do spekulowania.
— Koniec końcem, jak ten biedak pojechał, żona znalazła między papierami weksel; bracia wzięli ten weksel, myśleli, co z nim zrobić, no, i dali go jednemu żydowi, żeby egzekwował. Udało się — wyegzekwował. Tamten pan miał krótką pamięć — zapłacił. Ów żyd, prosty, ordynaryjny człowiek, zrobił, co do niego należało, potrącił sobie procent, koszta, a resztę odniósł tu i rzucił.
Znowu się zrobił wielki krzyk i rejwach, ale poważniejsi i starsi ludzie wdali się w sprawę i nareszcie zrobiła się zgoda. Podzielili się i byli bardzo kontenci, że im się trafił taki dobry zarobek.
Zgromadzenie wróciło do porządku. Rudy przygładzał swą piękną, a mocno potarganą brodę i zaczął rozmawiać o interesach z takim spokojem, jak zawsze. Trochę go tylko bolała pokąsana ręka.
Jak po burzy nastaje zwykle piękna pogoda, tak i po wielkiej awanturze w zgromadzeniu zrobiła się łagodna cisza, przerywana tylko spokojnem szwargotaniem, niby łagodnym szmerem strumienia, toczącego się po kamykach.
Tak samo koty, zjadłszy mysz, chowają pazury i zasiadłszy w ciepłem miejscu, koło pieca, gładzą swe kosmate policzki, mruczą i oblizują się w sposób bardzo przyjemny i miły do patrzenia.
Posiedzenie stojące skończyło się, finansiści rozeszli się grupami. Pan L. B. Hapergeld poszedł z dziadkiem, napili się wody sodowej i korzystając z pogody, zajęli część ławki na skwerze przed Bankiem, obok kilku poważnych i przyzwoitych kolegów. Każdy z tych panów palił swoje „Flor de Havanna“ i puszczał kłęby wonnego dymu, w którym czuć było spaloną watę, kwas karbolowy i przeróżne inne perfumy.
Rozmowa była naturalnie o ciężkich czasach i o czarnej niewdzięczności klientów, którzy nie znają się na delikatności uczuć i nie pojmują najprostszych obowiązków.
— Mnie nic tak nie gniewa — mówił Hapergeld — jak ta ich dzika chęć wycofania się z interesu. To jest łajdactwo!
— Podłość!
— Nieuczciwość jest!
— Czy my jesteśmy tacy wymagający? — rzekł pan Sauerbier. — Z nami wszystko można zrobić. Nie może dużo płacić, niech mało płaci; nie może dobrze, nich płaci źle, ale jak chce wszystko spłacić i potem nic nie płacić, to niech go dyabli wezmą!
— Alboż mało takich gałganów jest, co tylko o tem myślą, aby się nas pozbyć, paskudniki! A z czego my mamy mieć utrzymanie? Co damy jeść naszym żonom i dzieciom?
— Wiecie panowie — rzekł pesymistycznie zawsze usposobiony Immerschlecht — ja myślę, oby się moje słowa nie sprawdziły, że może, broń Boże, nadejdzie taki czas, że porządny człowiek nie będzie miał gdzie stu rubli umieścić.
— Daj spokój, taki czas nie przyjdzie.
— Dlaczego nie ma przyjść? Zły czas zawsze przychodzi, choć go nikt o to nie prosi.
— A ja powiadam, że nie przyjdzie.
— Przyjdzie!
— Po co ma przyjść?
— Kto wie — rzekł Immerschlecht — może oni sobie powiedzą: dość już; może oni będą zakładali swoje kasy, może w razie potrzeby znajdą kredyt u swoich. Czy wam się zdaje, że oni nie mają pieniędzy?
— Aj, aj!...
— Oni mają więcej, niż my, tylko u nas rubel tak się musi kręcić, żeby przyniósł drugiego rubla do roku i więcej, a u nich każde sto rubli śpi spokojnie i tylko raz na pół roku budzi się i daje... co daje... kupon! — dwa ruble, niech dwa i pół, wielka suma! Żebyśmy mieli te pieniądze, co u nich leżą, świat byłby nasz!
— Niech pan Immerschlecht się nie boi, od początku świata był taki porządek i do końca świata będzie.
— Jednak ja się boję.
— Pan śmieszny człowiek jesteś.
— Nie; oni zaczynają się otrząsać; oni już zaczynają to miarkować, że im nie jest wygodnie prowadzić takie interesa.
— Co będzie z tego miarkowania?
— Nic nie będzie.
— No, no!
— Ja wam powiadam, że nic nie będzie — rzekł dziadzio Gancpomader — jeszcze nasze dzieci i wnuki naszych dzieci i wnuki wnuków naszych dzieci, będą brały ładny procent; może jeszcze ładniejszy, niż my bierzemy.
— Dlaczego?
— Dlaczego? Dla kilku przyczyn. Pierwsza przyczyna ta jest, że oni nie umieją rachować; oni mają w ręku grosz, ale nie wiedzą, co grosz znaczy; druga przyczyna jest, że między nimi nie ma tego, co jest pomiędzy nami. My możemy się pokłócić przy rachunku, możemy sobie nawet cokolwiek brody potargać, ale skoro trafi się interes, to my zaraz, w wielkiej zgodzie, zrobimy współkę. Oni nie mają żadnej zdolności do spółki. Trzecia przyczyna jest, że oni mają taki feler w oku, że nieraz to, co wcale niepotrzebne, wydaje im się bardzo potrzebne, a to, co potrzebne naprawdę — niepotrzebne. A prócz tego mają i w żołądku feler...
— Jaki feler?
— Nie wiesz? — zapytał ironicznie dziadzio. — No, to powiedz mi, co ty zwykle jadasz?
— Ja jadam dobry obiad: trochę kartofli, trochę chleba, parę dzwonek śledzia, cokolwiek cebuli — czasem kawałek mięsa, w szabas kawałek ryby, co więcej potrzeba? Czasem szklankę herbaty, kieliszek mocnej wódki, trochę piwa, jeżeli zrobię dobry interes! Co mam sobie żałować? Nie mam dużo, ale jest rozmaitość.
— Ślicznie powiedziałeś; my wszyscy lubimy taką rozmaitość, a oni nie mają do rozmaitości gustu, oni lubią jednakowo. Jednakowo duże mieszkanie, duże ubranie, duża edukacya dzieci, duża zabawa, duże jedzenie, wszystko duże. Oni lubią codzień jeść mięso, czasem dwa i trzy razy mięso, oni lubią wino, oni lubią grać w karty, lubią wystroić swoje żony i swoje córki i iść z nimi na bal. Oni lubią... czego oni nie lubią! Właśnie dlatego, że dużo z pomiędzy nich ma pańskie fanaberye, że nie mają zdolności do rachunku, ani do współek, że lubią zawsze jednakowo, więcej dobrze, niż średnio i więcej dużo, aniżeli mało — my i nasze dzieci będziemy mieli zawsze co jeść.
— Pan Gancpomader ma racyę. Immerschlecht nie ma racyi.
— Za pozwoleniem — rzekł dziadzio Gancpomader — pan Immerschlecht też ma racyę.
— Jakim sposobem jeden i drugi ma mieć racyę, kiedy każdy co innego mówi?
— Częściowo; on ma racyę w małej części, ja mam w dużej. Znajdzie się trochę takich, co nabiorą rozumu — i ta trocha będzie dla nas stracona — a zostanie reszta, która nam da dość chleba, oby go tylko było czem gryźć do późnej starości.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.