Pająki (Junosza, 1894)/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pająki
Podtytuł Obrazek z życia warszawskiego
Data wydania 1894
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII
traktujący o pewnych właściwościach czasu, tudzież o wielkich planach pana Karola.

Ludzie zmęczeni znajdują niekiedy szczególną przyjemność we wpatrywaniu się w jakiś ulubiony przedmiot. Takim przedmiotem dla pana Karola był zegar. Stary zegar, oszacowany przez wierzycieli co najwyżej na rubla, ale chodzący dobrze i w swoim rodzaju oryginalny. Umieszczony on był na półeczce nad biurkiem. Okrągły, bronzowy, opierał się na dwóch filarkach alabastrowych, miejscami pożółkłych od starości i mających za podstawę równo symetrycznie obrobiony i żłobkowany kawałek czarnego marmuru.
Cyferblat był z blachy srebrnej, skazówki czarne, a między filarkami z alabastru, kołysał się nieustannie tak zwany po staroświecku „perpendykuł“. Składał on się z kawałka grubego drutu, u którego końca dolnego zawieszona była okrągła żółta tarcza, wyobrażająca twarz... otóż, że nie wiadomo czyją. Oblicze to szerokie, jak najdoskonalej okrągłe, nie mające absolutnie żadnego wyrazu, o oczach bezmyślnych, wargach grubych, bez żadnego zarostu, mogło, równie dobrze być podobizną opasłego sybaryty, tonącej we własnym tłuszczu jejmości, lub pogańskiego bożyszcza. Ta bronzowa twarz, błyszcząca, poruszała się flegmatycznie, miarowo, na prawo i na lewo; przez całe dnie i noce, bez przerwy, a mechanizm zegaru cykał jej do taktu, niezbyt cicho i nie nadto głośno — dyskretnie.
Nieraz nocą, zmęczony pan Karol przerywał pracę i pomimowoli zwracał spojrzenie na zegar; bezmyślna twarz bronzowa zdawała się patrzeć na niego z idyotycznym uśmiechem — światło lampy padało na nią z boku, więc ukazywała się naprzemian, to w pełnem oświetleniu, lśniąca, to znów pogrążona w cieniu i ta gra światła nadawała jej jakiś wyraz złośliwy.
Wpatrywał się w nią i wpadał w stan jakiś dziwny, stan półświadomości i półrozmarzenia — mógł mniemać, że duchowa jego istota stała się podwójną, a raczej rozdzielała się na dwie istoty, z których każda myśli współcześnie, a odrębnie. Myśli tych istot biegną po liniach równoległych, ale w przeciwnych kierunkach, jedna zniedołężniała, półsenna, jeśli o myśli tak powiedzieć wolno, wlecze się powoli i niechętnie ku rzeczywistości, druga raźniejsza, żwawsza, niecierpliwa, biegnie w nieznaną jakąś krainę fantazyi, w której panuje błogi, niczem niezamącony spokój. Myśli rozchodzą się, oddalają jedna od drugiej, zegar cyka monotonnie, bronzowa gęba uśmiecha się wciąż głupowato, wpada to w światło, to w cień i monotonnym ruchem swoim zdaje się patrzącego na nią usypiać. On jednak nie śpi, on czuwa, ma pojęcie o tem, co się dokoła niego dzieje, tylko nie może się ruszyć, nie może na żaden sposób. Dziwna jakaś siła przykuła go do krzesła, uczyniła bezwładnym.
Stan taki trwa kwandrans, pół godziny, czasem dłużej, dopóki go jaki bodziec zewnętrzny nie przerwie; wystarczy westchnienie żony, czuwającej w sąsiednim pokoju, kaszel dziecka — i w jednej chwili myśli poprzednie znikają, a na ich miejsce przychodzą nowe, zupełnie trzeźwe, jasne, realne.
Pan Karol odrazu wstaje z krzesła, przypomina sobie, kim jest, jakie ma obowiązki i jaką robotę przed sobą.
Po owym półśnie nienaturalnym pozostaje mu tylko ból głowy, ten jednak łatwo daje się usunąć za pomocą zimnej wody i czarnej kawy. Potem wszystko już dobrze, aż do następnego zmęczenia i półsnu.
Niktby nie uwierzył, jak krótka jest droga od przytomności do obłędu i ile razy człowiek tam i z powrotem przebywać ją może!
Błyskawicznym pociągiem odbywa się tego rodzaju podróże.
Stary zegar cykał regularnie, tłusta gęba poruszała się bez przerwy, a skazówki odmierzały skrupulatnie minuty i godziny; czas szedł spokojnie, równo, upływały dnie, miesiące, lata, jednym róże na twarzach kładąc, drugim zmarszczki.
Mówią, że czas jest najlepszym lekarzem. Nie znając się na medycynie, trudno o tem sądzić, atoli nie ulega zaprzeczeniu, że dzięki jego wpływowi, wiele cierpień przechodzi w stan chroniczny i pacyent przyzwyczaja się do nich, o tyle naturalnie, o ile można się przyzwyczaić do tego, co boli. Ważniejszą właściwością czasu jest to, że przynosi on niekiedy pewne zmiany.
Panu Karolowi naprzykład przyniósł od dawna upragniony awans. Stało się to niespodziewanie.
Główny buchalter fabryki otrzymał bardzo korzystną posadę gdzieindziej, a dyrektor narazie nie miał żadnego kuzyna, powinowatego lub protegowanego, któregoby mógł na to stanowisko powołać; sprawa nie cierpiała zwłoki, w tej chwili więc zaprosił pana Karola do swego gabinetu i zaimprowizował do niego prześliczną mówkę na temat, że prawdziwa zasługa i rzetelna praca zawsze znajduje uznanie, że człowiek pracowity i zdolny obejdzie się bez wszelkich protekcyj i w ostatecznym rezultacie zawsze się czegoś dobije.
— Rada zarządzająca naszego przedsiębiorstwa — mówił — ma się rozumieć, na skutek moich przedstawień...
Pan Karol ukłonił się nizko, a dyrektor ciągnął dalej:
— ...W uznaniu sumiennej pracy pańskiej, zdolności i zasług, postanowiła ofiarować panu posadę głównego buchaltera.
Główny buchalter skłonił się niżej jeszcze.
— Mamy niepłonną nadzieję, że na tem, stosunkowo wysokiem już stanowisku, nie zawiedzie pan naszego zaufania...
— Panie dyrektorze!
— I z taką samą sumiennością, jaką odznaczałeś się dotychczas, prowadzić będziesz wszystkie rachunki i kontrolę nad kasą.
Pan Karol ośmielił się wtrącić, że do jego poprzednika ta kontrola nie należała.
— Zapewne — odparł dyrektor — nie należała; do pana należy, i to właśnie przynosi panu zaszczyt. Albo się komuś ufa, albo nie ufa. Poprzednik pański nie miał zupełnego naszego zaufania; pan posiadasz je w stopniu nieograniczonym.
Pan Karol znów się ukłonił.
— To właśnie zaufanie skłania nas również do powierzenia panu działu korespondencyi bardzo ważnej, niezmiernie ważnej. Dotychczas prowadziłem ją sam, ale rozumiesz pan dobrze, że przy moich rozlicznych zatrudnieniach i bądź co bądź słabem zdrowiu, było to dla mnie nieco uciążliwe.
— Bardzo mi przyjemnie, że będę mógł pana dyrektora wyręczyć.
— Dziękuję panu. Niech to pana nie dziwi, że damy panu pensyę o dwieście rubli mniejszą, niż pobierał pański poprzednik, ale na to złożyło się sto przyczyn; między innemi stagnacya, konieczność zaprowadzenia oszczędności, wreszcie pański wiek, stosunkowo dość młody... Nie zapominaj pan, że pański poprzednik miał siwe włosy, a pan jesteś jeszcze prawie młodzieniec.
Pan Karol chciał coś powiedzieć, ale dyrektor mu przerwał.
— Panie — rzekł — wyobrażasz sobie, że tracisz dwieście rubli. Pozwól, że cię wyprowadzę z błędu. Jestem skończonym inżynierem i pochlebiam sobie, że umiem rachować. Owa strata dwustu rubli jest fikcyą; w rzeczywistości zyskujesz pan sześćset, wobec wynagrodzania, jakie brałeś dotychczas, że zaś przybywa panu trochę roboty — to właśnie za owe sześćset rubli. Czyż nie słuszna racya?
— Oczywiście, panie dyrektorze, najsłuszniejsza.
Pan Karol podziękował i uszczęśliwiony spieszył do domu, aby zanieść żonie pocieszającą nowinę.
Na Placu Trzech Krzyżów zastąpił mu drogę pan L. B. Hapergeld. W tombakowych binoklach, w cylindrze i kapocie już tylko cokolwiek za kolana sięgającej, młody finansista wyglądał wspaniale. Broda mu się puściła gęsta, tuszy nabierał. Pani Regina, nie bez pewnej dumy i słuszności, mówiła, że przyjemnie jest iść obok takiego pana, bo znać po nim, że ma pieniądze i głowę do interesów.
Pan Hapergeld przywitał pana Karola bardzo przyjemnym uśmiechem i podając mu rękę, niezbyt wprawdzie czystą, ale dość tłustą, rzekł:
— Winszuję, bardzo panu winszuję.
— Czego?
— Awansowaliśmy.
— Już pan wiesz?!
— Dlaczego nie mam wiedzieć? Będziemy mieli teraz trochę większą pensyę.
— Cokolwiek.
— Ładne cokolwiek! Sześćset rubli! Co prawda, dawno już nam się to należało. Ja też mam teraz większe wydatki, życie jest ciężkie, drożyzna. Ja się z naszego awansu bardzo cieszę. Nie potrafię nawet powiedzieć, jaka to dla mnie duża przyjemność. Daję panu słowo honoru. Mnie dziwno jest, że pan się nie cieszy.
— Owszem, cieszę się.
— Jabym na pańskiem miejscu skakał sobie do góry.
— Cóżby mi przyszło z tego?
— Dlaczego pan taki smutny jest?
— Bo mam ciężkie myśli.
— Ja nie rozumiem. Dlaczego ciężkie? Dla jakiej przyczyny? Co panu złego? Ma pan teraz śliczny kawałek pensyi, a prócz tego potrafi pan zarobić ładny grosz.
— Prawda, ale muszę ten, jak pan nazywasz, ładny grosz, wam oddać, wobec tego nie mam szczególnego powodu do wesołości. Gdy was opłacę zupełnie, wtenczas może skakać będę, z uciechy, jeżeli dożyję.
— Pfe! pfe! Niech pan tak nie mówi; dlaczego miałby pan nie dożyć? I na nas też niech pan nie narzeka. Pan masz do czynienia z porządnymi ludźmi, oni panu nie dokuczają, nie naprzykrzają się, jak inne łajdaki.
— Nie dokuczają!
— Pan jeszcze nie znasz, co to jest dokuczanie. Pan trafiłeś na takich, co są porządne finansisty.
— Dajże pan pokój.
— Cóż pan chcesz? Może ja nie jestem porządny człowiek?
— Bardzo, bardzo, nadzwyczaj porządny!
— Cała Warszawa mnie zna — i inni pańscy wierzyciele też są umiarkowani ludzie; pan nie masz prawa na nich narzekać. Biorą procent, to prawda; biorą nawet duży procent, to także prawda, no, ale z czego oni mają żyć? Przecież żaden z nich, żaden z nas, nie ma dobrej posady. Oj, oj, żebym ja naprzykład był urzędnikiem w jakiem biurze, albo na kolei żelaznej, czy ja chciałbym trudnić się tem paskudnem lichwiarstwem?! Ja mam obrzydliwość do takich interesów; cóż robić, trzeba żyć.
— Możnaby o tem dużo powiedzieć, panie Hapergeld.
— Co dużo, co tu jeszcze można powiedzieć?
— Na świecie, oprócz posad biurowych i oprócz lichwiarstwa, do którego masz pan taką „obrzydliwość,“ są jeszcze inne rodzaje pracy, są rzemiosła, są...
— Rzemiosła?! Jakie rzemiosła? Może pan chcesz, żeby porządny człowiek był blacharzem i łaził po dachu? Bogu dziękować, ja nie jestem kot i nie potrzebuję takich interesów; nie urodziłem się do takich interesów. Ani mój ojciec, ani mój dziadek nie trudnili się takiem zatrudnieniem i ja także nie będę. Nie mówmy o tem, bo nawet słuchać nie warto. Ja panu wolę jeszcze raz awansu powinszować i powiedzieć do widzenia. Nie przeszkadzam, bo wiem, że się panu spieszy, pan się bardzo spieszy do żony, żeby jej powiedzieć przyjemną nowinę. Ona będzie bardzo kontenta. Dlaczego nie? Owszem, cieszcie się państwo, ja się też cieszę, a pierwszego po południu przyjdę do pana.
Wbrew przypuszczeniom szanownego finansisty, pani Karolowa wiadomość o awansie przyjęła bez szczególnych objawów zachwytu.
Nie znaczy to bynajmniej, że ją sam fakt nie cieszył, ale życie dawało tak niewiele okazyi do uciech, że młoda kobieta zapomniała się śmiać. I w tym razie nie objawiła radości, tylko rzekła z westchnieniem:
— Dzięki Bogu, może wyzwolimy się prędzej!
Na tem się rozmowa skończyła. Podano obiad, pan Karol powiedział parę słów do dzieci i zaraz po obiedzie wyszedł do kupca, u którego rachunki prowadził.
Stosunek wzajemny młodej pary od czasu owych lekcyj buchalteryi bardzo się zmienił. Kochali się, jak dawniej, może więcej jeszcze, gdyż łączyły ich dzieci i lata wspólnego pożycia, szanowali się nawzajem, ale o uczuciach swych już nie mówili. I nietylko o uczuciach, ale w ogóle rozmawiali z sobą bardzo mało; nie mieli na to czasu, a przytem tak on, jak i ona, pragnęli unikać przykrego przedmiotu, który myśli ich nieustannie zajmował.
Przyszedłszy do domu wieczorem, pan Karol znowu się do pracy zabierał, żona zaś jego, oprócz domowych zajęć, których przy dzieciach nigdy nie brak, wzięła także na swe wątłe barki część pracy mężowskiej, przepisywała rachunki po nocach, robiła bilanse.
Na szczęście, roboty im nigdy nie brakło, mieli jej aż tyle, że ledwie mogli podołać, a kiedy im już było bardzo ciężko pod naciskiem Luftermana i jego wspólników, rzucali sobie na pociechę dwa tylko wyrazy:
— Jeszcze rok...
— Masz słuszność, jeszcze tylko rok!
Niewiele to, dwanaście miesięcy tylko, łatwo wytrzymać, skoro się już tyle wytrzymało i przeniosło. Ułożyli plan, obmyślili budżet najdokładniejszy, zaprowadzili oszczędności do niemożliwych prawie granic.
Jeszcze rok, tylko rok; potem będzie już wszystko dobrze, chyba, że na przeszkodzie stanie nieszczęście jakie wielkie, choroba w domu, lub coś nadzwyczajnego.
Dzięki Bogu, nic nadzwyczajnego nie zaszło, wszyscy byli w domu zdrowi, a dochody nietylko nie były mniejsze, niż przewidywano, ale znacznie przeszły oczekiwania, a przecież, po roku upłynionym, pan Karol znowu odzywał się do żony:
— Nie martw się, Janinko, już niedługo, jeszcze tylko rok.
— Jeszcze rok!...
Dziwny to rok był zaprawdę, bo się kilka długich lat na niego składało. Wprawdzie biedni ludzie widzieli już zbliżający się czas wyzwolenia, ale ten pokazywał się im, jak miraż na pustyni i znikał. O ile pan Karol chciał jak najprędzej pozbyć się ciężarów, o tyle Hapergeld temu przeszkadzał. Umiał on zawsze urządzić tak, że którykolwiek z jego wspólników, lub agentów, obrażał się śmiertelnie i rozpoczynał kroki sądowe i egzekucyjne, żądając całej sumy. Trzeba było to żądanie zaspokoić, a to znów stawało się powodem niezadowolenia innych. Gdy dostał pieniądze pan Beispiel, obrażał się pan Szejte, pan Durch, pan Parasol, wszyscy panowie się obrażali; likwidowali sobie za chodzenie, za przykrość, za czekanie, za wilgoć, jeżeli deszcz padał, za gorąco podczas upału, mieli do pana Karola wzruszające mówki na temat, że termin, to jest... termin, że kto winien, musi oddać, że jest wysoką niedelikatnością fatygować poważnego kapitalistę na trzecie piętro, po przykrych schodach, z Gęsiej ulicy na Wspólną.
Najwymowniejszym z tych panów był Chaim Beispiel. Żadna żydówka nie rozwodzi się tak szeroko nad swojem delikatnem zdrowiem i słabościami różnemi, jak on nad swem zmartwieniem.
Jak szkatułka grająca, powtarzał on prawie codziennie swoje utyskiwania monotonnym głosem, przerywając je ciężkiemi westchnieniami, zaklinając się na żonę, na dzieci, na wnuki.
— Pan nie wie — mówił — pan nie może wiedzieć, ile ja na panu straciłem, na moje sumienie, kilka tysięcy rubli; może sześć, może dziesięć, może więcej.
— Oszalałeś pan chyba; przecież cała suma, jaką pan u mnie masz, wynosi dwieście rubli.
— Wierz mi pan, że już tysiące straciłem; żebym doszedł do domu zdrów.
— Nie rozumiem.
— Pan wie, że ja własnych pieniędzy nie mam; tylko jestem faktorem jednego bogatego pana ze Smoczej ulicy. Jemu nie pasuje, żeby sam prowadził taki interes; on nie ma czasu, on jest obywatel, ma dwa domy. On mi powiedział kiedyś: Chaim, ja mam do ciebie ufność, ty będziesz mój ufnik, ty wsadzaj moje pieniądze w dobre miejsce. Ja też wsadziłem w dobre miejsce! Pożyczyłem panu. Pan nie oddał na czas — ja przez to zostałem zgubiony, zabity z żoną, z dziećmi, na śmierć.
— Żyjesz pan przecie...
— Nie, panie, takie życie, to wcale nie jest życie. Ten pan bardzo się na mnie gniewał; nie powierza mi teraz swoich interesów — ja już nie jestem jego ufnik. Patrz pan sam, co ja przez pana straciłem! Prócz tego, ja musiałem jemu całkowity pański dług zapłacić ze swojej kieszeni.
— Mówiłeś pan przecie, że własnych kapitałów nie posiadasz.
— Ja nie posiadam, ale byłem przymuszony posiadać — i co z tego mam?
— Bierzesz pan straszny procent.
— Co procent! Co to znaczy! Procent, to jest dopiero procent, a gdzie moje chodzenie, gdzie moje zmartwienie, gdzie moje zdrowie jest? Taki interes, to czysta zguba. Onegdaj przyszedłem do pana z Gęsiej ulicy i dostałem za fatygę rubla. Tak ślicznie pan szanuje moje nogi!
— Mój panie, posłaniec publiczny robi dziesięć kursów za rubla.
— Co mnie pan równa do takiego chama! On ma bydlęce zdrowie i nogi, on może chodzić, a ja jestem człowiek delikatny.
— Eh! — rzekł zniecierpliwiony pan Karol — pan jesteś przedewszystkiem wałkoń i próżniak i myślisz tylko o tem, jak komu grosz wyrwać z kieszeni.
— Ja jestem próżniak? Ja wałkoń? Jak żyję, nie słyszałem takie brzydkie słowo. Ja ciężko pracuję, ja tak pracuję, jak wół, ja muszę iść do jednego pana, do drugiego pana, muszę chodzić do sądów, do komorników, ja nie mogę złapać trochę oddech do gęby. Pan sobie siedzi na ładnem krzesełku, koło pieca, panu ciepło jest, a ja muszę się chlapać po błocie, ja muszę myślenie w głowie mieć, ja muszę zmartwienie mieć, ja wszystko muszę.
Na powstrzymanie tego potoku wymowy jedynym środkiem był rubel. Jak tama wstrzymuje wezbrane fale rzeki, tak on hamował wylew elokwencyi pana Chaima. Odchodził uspokojony nieco, ale tak strasznie wzdychał i jęczał, jak gdyby spadło na niego bardzo wielkie nieszczęście. Taka pieśń bez słów kończyła każdą jego wizytę.
Westchnienia i jęki słychać było jeszcze na schodach, w bramie, na ulicy. Odchodził bardzo smutny i pocieszała go tylko ta myśl, że za tydzień powróci i znowu kilka rubli wypłacze.
Niekiedy, gdy pan Karol, dzięki większym zarobkom, spokojniejszy był trochę i regularnie wszystkim mógł płacić, urządzali mu niespodziankę: który z wierzycieli odprzedawał swoją summę specyaliście od egzekwowania długów.
Taki pan przysyłał drukowane wezwanie, zaczynające się od słów: „Nabiwszy od pana X. X. pretensye etc., upraszam o uregulowanie w przeciągu dni trzech, albowiem inaczej przymuszony będę zrobić nieprzyjemnych kroków, z uszanowaniem etc.“ Na blankiecie znajdował się też adres, oraz zawiadomienie o godzinach przyjęcia szanownych klijentów.
Łatwo zrozumieć, że taka kartka burzyła cały plan; trzeba było płacić odrazu całą sumę owemu pokątnemu doradcy, a tem samem narażać się na pretensye ze strony innych i łagodzić je rublami.
Pan Hapergeld doskonale inscenizował te komedye; jak doświadczony reżyser, urządzał wejścia i wyjścia pojedynczych osób, ustawiał grupy malownicze. Sam niewidzialny, kierował całem przedstawieniem.
W takich opałach pan Karol nauczył się wielu rzeczy, dotychczas znanych mu tylko ze słyszenia. Obznajmił się gruntownie z niektóremi działami prawa cywilnego i procedury, a przedewszystkiem z kalendarzem. Tę księgę, odmierzającą czas ludziom wszelkich wyznań i przekonań, wystudyował do gruntu. O kalendarzu chrześciańskim, dającym biednym ludziom chwilę ulgi z mocy religii i prawa, nie ma co mówić, umiał go na pamięć. Obudzony z głębokiego snu, mógłby wyliczyć wszystkie święta podług kalendarza juliańskiego i gregoryańskiego; ale nie na tem się jego wiadomości kończyły. Wiedział on także, że jest inna rachuba czasu, podług której rok zaczyna się w miesiącu wrześniu, od święta Roszchaszono, że są miesiące Tiszri, Marcheszwon, Kislew, Tebet, Szwat, Adar, Nisan, Ijar, Siwan, Tamuz, Aw, Elul; że pierwszy dzień każdego miesiąca nazywa się „Rosz hojdesz“ i że w takim dniu każdy żydek musi mieć dobry początek na cały miesiąc, tak, jak w niedzielę rano dobry początek na cały tydzień.
Alboż mało robił takich początków dobrych, alboż mało cierpiał za to, że nie miał się czem dzielić z panem Hapergeldem i jego wspólnikami lub agentami? Wiedział on doskonale, że we wrześniu trzeba dać pieniędzy na święta jesienne, które są bardzo kosztowne, że w grudniu trzeba podnieść zwykłą normę okupu z racyi półświęta Chanuki, pamiątki walecznych Machabeuszów; w marcu z racyi karnawału, wesołych dni, pamiątki pognębienia wielkiego antysemity Hamana, ministra króla Mardocheusza.
Na ten czas potrzeba dać dużo, bo jest wesele i radość; kapitaliści posyłają sobie nawzajem prezenta: z wina, porteru, cukierków, ciast, stosownie do zamożności i stopnia pokrewieństwa.
Pani Regina na taki dzień musi mieć tort z renomowanej cukierni na Gęsiej ulicy, a jeśliby miała dwa torty, toby jej także źle nie zrobiło na zdrowiu.
Wiedział o tem, że w kwietniu trzeba mieć dużo pieniędzy na mace, które są bardzo drogie; w maju, na święta wiosny, bardzo uroczyste; w lipcu bywa post smutny, także więc trzeba pieniędzy. Wystudyował to wszystko gruntownie, zbadał doskonale, wyuczył się na pamięć przez kilka lat praktyki.
W sobotę wolny zwykle bywał od odwiedzin, chociaż nie zawsze. Chaim Beispiel, Abram Szejte, Mojsie Durch i inni starzy konserwatyści nie przychodzili go niepokoić, ale pan L. B. Hapergeld wyłamywał się z pod ogólnego prawa; pani Regina, zwolenniczka postępu, była niby lufcik, przez który wpływało bardzo wolnomyślne powietrze.
Nieraz w sobotę mówiła do męża:
— Idź ty do twego pana Karola.
— Dziś?
— Dlaczego nie?
— Szabas.
Pani Regina uśmiechała się złośliwie.
— Czy ty lubisz jeść i pić w szabas? — pytała.
— Dlaczego nie mam lubić? Kiedyż jeść i pić, jeżeli nie w szabas?
— A dlaczego nie przynieść ładne parę rubli?
— Bo szabas.
— Aj, Leoś, Leoś, nie bądź ty taki hasyd. Dziś pójdziesz, dziś dostaniesz; jutro może być zupełnie co innego. Ciepło jest, jemu się zechce pojechać za miasto na spacerowy pociąg.
— On nie jeździ nigdy.
— Zkąd ty wiesz? Może jego żona namówi.
— Ja ją znam dobrze; nie namówi; wcale nie będzie namawiała.
— Może przyjść jaka familia, jaka ciotka; czy ty możesz zaręczyć za każdą ciotkę?
— On nie ma krewnych.
— Zkąd ty wiesz? Akurat przyjedzie jaka z prowincyi, co jeszcze nie widziała Saskiej Kępy. To dla nich najlepszy smak. Oni będą mieli Saską Kępę, a ty będziesz miał... ty będziesz miał... szabas!
W sercu L. B. Hapergelda zaczynał się budzić niepokój.
Żona jest kobieta zdolna i mądra — myślał. — Ona jest wielka inteligencya, z kamienia potrafiłaby wycisnąć. Ona na własną rękę puszcza się na spekulacye i zawsze na nich doskonale wychodzi — może ma słuszność — i pan L. B. Hapergeld decydował się.
Pierwszy raz trudno mu było; dalej szło już doskonale. Wizytę u pana Karola uważał sobie za spacer, za odwiedziny przyjaciela. A że podczas odwiedzin znalazł kilka rubli, to już jego szczęście. Nigdzie nie stoi zapisane, żeby szczęście za okno wyrzucać.
Pan Karol, w wolnych chwilach od zajęć i od wizyt swoich przyjaciół, myślał dużo, a myślał nie o sobie tylko, ale i o kolegach i współpracownikach młodszych, nie mających nadziei szybkiego awansu, ani też możności zarobkowania w godzinach pozabiurowych.
Na nich także, na wszystkich bez wyjątku, ciążyła ręka L. B. Hapergelda i jego wspólników.
Otóż dla tych pracowników postanowił pan Karol założyć kasę pożyczkową i nad projektem jej ustawy pracował. W zarządzie fabryki obiecano mu poparcie, a nawet materyalną pomoc; nie szczędził więc pracy osobistej, aby dobrą myśl co rychlej w czyn wprowadzić.
Głuche wieści o tem doszły i na Żelazną ulicę.
Pan L. B. Hapergeld zamyślił się i rzekł do żony:
— Wiesz ty co? Nasz kochany pan Karol zaczyna się buntować.
— Co?
— Buntuje się.
— Jakim sposobem?
— Naprzód zarabia teraz dużo i płaci, a powtóre chce jakąś kasę zakładać.
— To łajdak! Za nasze dobre serce! Ja tobie zawsze mówiłam, Leoś, że ty masz zanadto dobre serce!
— Ty masz racyę.
— Ja zawsze mam racyę. Ty jego potrzebujesz dobrze teraz przydusić.
— Ja go przyduszę.
— Co chcesz, taki jest świat, taka wdzięczność ludzka! Czy myśmy jego mało ratowali w potrzebie? Czy nie robiliśmy mu łaski, dobrodziejstwa? Ty byłeś dla niego, jak ojciec, a co on jest?
— On jest łajdak.
— On jest dziesięć razy łajdak i gałgan, kiedy się przeciwko nam buntuje. On szelma jest i cygan.
— Ty, Reginka zawsze masz śliczną racyę.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.