Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzo dowcipny człowiek, panie Izrael Meir, w swoim fachu prawdziwy majster, wielki mechanik, głowa! Mnie już koło serca boli od śmiechu, dawno nie byłam taka wesoła!
Zwanzig obraził się. Spojrzał na kobiety wyniośle i rzekł:
— Wielkie damy! Wam się zdaje, że jesteście wielkie panie, a wy, za przeproszeniem waszem, jesteście tylko wielkie, tłuste gęsi.
— Ja was proszę, nie pozwalajcie sobie zadużo, możecie usłyszeć jakie słowo, co nie jest przyjemne dla porządnego człowieka.
— Co mam usłyszeć? Nie usłyszę nic, bo odchodzę. Pani Hapergeld może się śmiać; ja jej radziłem dobre lekarstwo, nie chce dobrej rady słuchać, niech choruje. Co mnie to szkodzi? Nie jestem pan Gancpomader, jej ojciec, ona nie jest moja córka; nawet, gdyby, broń Boże, umarła, ja do kosztów pogrzebu nic nie dołożę.
Rzekłszy to, Izrael Meir odszedł z wielką powagą i godnością.
Pani Hapergeld ciężko westchnęła.
— Słyszałyście panie — rzekła — co ten gałgan powiedział? Gdybym ja umarła! Mnie już słabo jest.