Leśniczy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Leśniczy
Podtytuł Obrazek wiejski
Pochodzenie „Tygodnik Mód i Powieści“, 1890, nr 22-35, 37-46
Redaktor Jan Kanty Gregorowicz,
Emil Skiwski
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1890
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


LEŚNICZY.
OBRAZEK WIEJSKI
PRZEZ
Klemensa Junoszę.





I.

Jesień niekiedy smutna, a niekiedy najpiękniejsza pora roku, tym razem dziwnie jest piękna.
Potroszę liście już więdną, ale dobrotliwe słońce łagodzi im chwile konania, zdejmuje z nich szatę zieleni, a natomiast daje złotą. Róże pospadały z krzewów, ale jaskrawe astry uśmiechają się jeszcze, georginie wspaniałemi kwiatami się pysznią, gdzieniegdzie jabłka się na drzewach rumienią, z rozpiętej na ścianie domu winorośli zwieszają się złote i czarne grona.
Jest najpiękniejsza pora roku, najmilszy czas, zwłaszcza w tym ogrodzie wpół owocowym, wpół dzikim, co się na łagodnej pochyłości wzgórza rozciągnął aż ku rzece.
Na ławce kamiennej, pod jodłą, co jak baldachim gałęzie swoje rozpostarła, siedzi człowiek i szeroko otwartemi oczami patrzy prosto w słońce.
Dziwne oczy! jasne, niebieskie, duże, niby jak zwykłe oczy, ale czegoś im brak. Są nieme. Określenie na pozór niewłaściwe, ale mówi prawdę. Te oczy milczą, nie zdradzają ani zachwytu, ani ożywienia, ani troski, są bez wyrazu, jak martwe.
I naprawdę martwe; patrzą w słońce bezkarnie i znoszą jego blaski bez mrugnięcia, bez spuszczenia powiek. Podobno orły to potrafią, ale te oczy nie są orle, to ludzkie źrenice, tylko nieszczęśliwe i martwe.
Obojętna jest im ciemność nocy i blask dnia, umarło dla nich piękno i brzydota, zniknęły barwy.
To są oczy nieżywe w człowieku żyjącym.
Umarły one przed laty siedmioma i kto wie, jak długo jeszcze poruszać się będą w ciemnicy, bo człowiek do którego należą jest w pełni wieku i sił.
Wśród długich, ciemno blond włosów, gdzieniegdzie przewija się ledwie dostrzegalna nitka siwizny, twarz o rysach regularnych i pięknych, jest czerstwa, długa jedwabista broda dodaje jej pewnego wdzięku i powagi.
Obok niego dzieweczka siedzi, dziecko raczej; także ma oczy jasne, niebieskie i duże, ale jakież inne! Tamte w słońce patrzą, te się pod cień rzęs prześlicznych kryją, a gdy otworzą się, gdy spojrzą, to tyle życia, tyle wyrazu, tyle wdzięków i blasków w sobie mieszczą, że w nie, równie jak w słońce, długo wpatrywać się nie można!
Ładnie zarysowana główka, o klasycznym profilu, dźwiga warkocz jasny, bogaty, ciężki; na białych policzkach rumieniec barwy polnej róży jaśnieje. Lekka sukienka biała uwydatnia rozwijać się zaczynające kształty, a z pod niej wychyla się nóżka zgrabna, maleńka.
Niewidomy posuwa ręką po ławce, poruszając palcami; w ruchu tym natrafił na książkę.
— Masz do czytania co? — spytał.
— Tak, ojczulku.
— Gdzie my jesteśmy, Anielciu?
— W ogrodzie, pod jodłą, gdzie ojczulek tak lubi siadywać...
— To dobrze. Wszak słońce jeszcze świeci?
— Świeci, ojczulku...
— Ja to czuję... a szmer, który do uszu moich dochodzi, to jest szmer rzeki, prawda?
— Tak, ojczulku, rzeka zawsze szemrze, a tu szczególniej, bo brzeg płaski, a na nim mnóstwo kamyków i muszli.
— Czy ty jeszcze, Anielciu, zbierasz muszle jak dawniej?
— Nie. Robiłam to będąc dzieckiem, ale teraz, gdy jestem już panną dorosłą...
— Ty dorosłą panną! — rzekł z uśmiechem — któż ci to powiedział?
— Ciocia.
— A czy ty ładna jesteś, Anielciu?
— Nie wiem — odrzekła, oczy spuszczając — ciocia mówi, że jestem bardzo podobna do nieboszczki mamy.
— O! w takim razie jesteś niezwykle piękna, ale ja już urody twojej nigdy nie zobaczę... Jakie książki przyniosłaś z sobą?
— Te trzy, które leżały na stoliku, przy łóżku ojczulka.
— Pismo święte, Skarga i Mickiewicz. Otwórz którąkolwiek i przeczytaj mi co chcesz.
— Ale którą?
— Którąkolwiek i gdzie się otworzy.
Dzieweczka poezye wzięła i zaczęła czytać dźwięcznym głosem:

„Myślałam sobie: gdyby to skowronki,
Ze skrzydeł swoich dały mi po piórku,
Poszłabym z niemi — i tylko z tej góry,
Chciałabym jeden mały kwiat wziąć z sobą,
Kwiat niezabudki, a potem, za chmury
Leciéć wysoko, wysoko... i zniknąć.” —

— Przestań że dziecko, i nie strasz mnie.
— Czem, ojcze?
— Czem? tem, że mi słońce po raz trzeci zagaśnie.
— Ja nie rozumiem, co ojczulek mówi.
— Raz mi zagasło, gdy matka twoja umarła, drugi raz, gdym wzrok utracił, a trzeci raz zagaśnie ono już ostatecznie, gdy mi i ciebie zabiorą.
— Mnie? a któż ma prawo oddalić mnie od ojca?
— Dziecko jesteś. Będą takie ptaszki, co ci dadzą ze swych skrzydełek po piórku i uniosą. Nie, Anielciu! ty mi nie czytaj poezyi, jestem dziś rozstrojony i smutny... Ciężkie myśli mnie trapią, noc przepędziłem bezsennie. Pokrzep mnie, weź Pismo święte. Czytaj gdzie się księga otworzy.
Dziewczyna znowu czytać zaczęła:

„Jako sługa pragnie cienia, a jako najemnik czeka końca pracy swojej, takem ja, prawem dziedzicznem wziął miesiące próżne, a noce bezsenne są mi naznaczone.
„Układę-li się, tedy mówię: kiedyż wstanę? i pełen bywam myślenia, aż do świtania.
„Dni moje prędsze są niż czółnek tkacki i strawione są bez nadziei.
„Wspomnij o Panie, że wiatrem jest żywot mój, i nie wróci się oko moje, aby widziało rzeczy dobre.”

— Ojczulku! — zawołała, składając książkę — ja tego czytać nie mogę, to zanadto smutne i bolesne.
— To skargi i żale nieszczęśliwego Hioba. Nie czytaj, kochanie, jeśli przykrość ci sprawiają. Pocałuj mnie, Anielciu.
Wzięła jego rękę i przycisnęła do ust.
— Nie, jedyna, ty mnie w czoło pocałuj, w oczy zagasłe... moje ty słońce!
Rzuciła mu się na szyję i obsypała go pieszczotami, on rączkę jej wziął i do czoła, a potem do ust przytulił.
— Przeszedłbym się — rzekł, wstając z ławki.
— A dokąd ojczulek iść pragnie?
— Prowadź nad rzekę, pójdziemy brzegiem po piasku; pamiętam, że dawniej ten brzeg piasczysty był.
— Jest i teraz taki, ale już zmienił się dużo. Część lądu woda zabrała, a w jednem miejscu, gdzie było bardzo płytko, teraz głębina.
— A ja chciałem onegdaj puścić się sam nad rzekę.
— Niech ojczulek nie robi tego nigdy, nigdy! — zawołała z przerażeniem — niech mi to ojczulek przyrzeknie.
— Dobrze, dobrze, wiesz, że cię zawsze słucham. Nikt mi tak nie dogodzi jak ty, nikt mi tak nie potrafi uprzyjemnić chwil gorzkich. Prowadź nad rzekę, Anielciu, ja bardzo lubię jej szmer.
Dziewczynka wzięła ojca pod rękę i poszli.
— Powiedz mi co? — rzekł niewidomy.
— Ale co?
— Co chcesz... co się w domu dzieje? bo ja z nikim dziś nie mówiłem, oprócz z tobą, nawet pan Hieronim odwiedzić mnie nie raczył.
— Wuj Hieronim, ojczulku, skoro świt pojechał.
— Dokąd? po co?
— Nie wiem, zdaje się, że do miasta.
— A któż przy gospodarstwie?
— Grzelewicz ekonom, karbowy.
— Powiedz mi, Anielciu — rzekł, zatrzymując się nagle — już dużą panienką jesteś, więc może się poznasz na tem, powiedz mi szczerze, co się u nas dzieje? bo ja mam przeczucie, że źle, że mnie oszukują, zwodzą, że każdy przedemną prawdę ukrywa. Oni tu źle rządzą, a co gorsza kłamią przedemną. Siostra chce mi oszczędzić zmartwień i dlatego milczy, pan Hieronim, choć brat cioteczny, ale kręci, nawet bez wielkich ceremonii, dziś mówi tak, jutro inaczej. Kaliński człowiek uczciwy, ale nie widuję go wcale, od czasu jak osadzili go w lesie. Słyszę, że często ktoś przyjeżdża, że odbywają się jakieś szepty, narady. Co to jest?... Moja Anielciu, obawa mnie męczy, sypiać nie mogę, głowę mam nabitą najsmutniejszemi myślami, wyprowadź mnie z niepewności tej, oświéć mnie duszko.
Dziewczyna westchnęła:
— Mój ojczulku — rzekła — cóż poradzę? ja się na niczem nieznam, o żadnych interesach nie wiem, a wuj Hieronim prawie nigdy ze mną nie rozmawia. Jedyna rzecz jaką zrobić mogę, to chyba pana Kalińskiego ojczulkowi sprowadzę... tylko nie wiem jak to wykonać. Jego tu nie lubią, nie puszczają go i kto wie, czyby się go dawno nie pozbyli, gdyby nie ojczulek. Już mam sposób! — zawołała radośnie. — Ciocia pozwala mi czasem jeździć na spacer maleńkim wolańcikiem i powozić samej. Pojadę na Leśniczówkę i pana Kalińskiego poproszę.
— Nie, kochaneczko, ja mam lepszy sposób, pojedziemy do niego jutro razem, ja z tobą.
— Ah! ojczulku — zawołała, klaszcząc w dłonie — jak to dobrze! Pojedziemy razem, będziemy rozmawiali przez całą drogę, ja ojczulka powiozę doskonale.
— Umiesz powozić?
— Znakomicie... nasze koniki są mi bardzo posłuszne.
— Kiedyż pojedziemy, Anielciu?
— Kiedy ojczulek każe, rano, po obiedzie, przed wieczorem...
— Chciałbym jak najraniej, przed powrotem pana Hieronima. Im wcześniej tem lepiej.
— Więc o wschodzie słońca!
— O wschodzie... a co niebo zapowiada na jutro? Przecież ty, gosposia, powinnabyś znać się na tem.
— Zdaje się, że niebo dobrze wróży, a zresztą niech ojczulek sam osądzi. Słońce schowało się za las; widać jeszcze cząstkę jego tarczy czerwonawej, od tej tarczy w górę i na obie strony rozchodzą się promienie szczerozłote, niebo jest czyste, lazurowe, a maleńkie białe chmurki płynące wysoko w powietrzu, nabierają barwy różowej. Taki zachód podobno pogodę zapowiada.
— Niezawodną.
— Teraz, ojczulku, słońce już całkiem za lasem; czerwoność blednie, złota przybywa, tworzą się na zachodzie smugi seledynowe, przecudne.
— Moje ty oko! — odezwał się niewidomy — ty mi chcesz jasność przywrócić. Gdzie jesteśmy teraz?
— Nad rzeką. Zdaje się, że powoli ona płynie, a jednak pieni się przy brzegu.
— Pieni się gdzie płytko, a głębia milczy poważnie... Słyszysz?
— Co?
— Śpiew... daleko, bardzo daleko.
— Jaki ojczulek ma słuch bystry! ja nic nie słyszę.
— Mam słuch dobry istotnie; jest to jakby wynagrodzenie za krzywdę jaka się oczom moim stała. Nie widzę nic, ale najlżejsze szmery uchem łowię. To ktoś w górze rzeki śpiewa, może rybak, ale czemuż tak tęskno zawodzi?
— I ja teraz słyszę, przybliża się; rzeczywiście śpiew smutny.
— Wszystko jest smutne na świecie.
— Ah! ojcze! kto tak mówi!?
— Dalekoż ten rybak?
— Mignął się na zakręcie, koło wyspy, a teraz zasłoniły go wierzby. Z prądem płynie, więc niedługo tu będzie.
— Ciekawym kto to?
— Może rybak, może chłop ze wsi, alboż mało ludzi łódki trzyma? Wejdźmy na wzgórze, ja go dojrzę.
— Przestał śpiewać.
— Dostrzegł nas zapewne. Widzę go. Jak ten człowiek szybko płynie... i śmiały, o śmiały! Płynie w małem czółenku stojąc, jak retman przed flisami, ale to nie retman... Teraz jesień, tratwy dawno już przeszły. Ah! to Walek!
— Cóż to za Walek?
— Sierota... po Bartłomieju, co przed dziesięciu laty podczas powodzi utonął...
— Ah! ten... przypominam sobie.
— On teraz na Leśniczówce służy, ojczulku... Płynie wprost ku nam, uczepił łódkę do wierzby, wysiada, idzie tu...
Po pochyłości wzgórza, lekkim, elastycznym krokiem biegł chłopiec młodziutki, prawie jeszcze dziecko. Z pod kapelusza słomianego długie, lśniące i czarne włosy spadały mu aż na ramiona, twarz miał opaloną, prawie bronzową od słońca, oczy duże, wyraziste, piwne, rysy dość regularne i drobne.
Szedł uśmiechnięty, a z po za warg barwy krwistej, błyskał dwoma rzędami zębów białych, drobnych, równiutkich.
Gdy już był blizko ociemniałego i jego córki, zdjął kapelusz i mówić zaczął:
— Wiedział pan Kaliński kogo posłać. Pan Kaliński powiedział: Walek! dymaj duchem do pana, ale żeby cię nikt nie widział, jak i którędy... myszkuj koło ogrodu i pana samego zobacz, a jeśli pana nie zobaczysz, to panienkę zobacz i rzeknij, czy panience, czy panu, żeby pan żadnych papierów nie podpisywał. To słowo powiedz i zmykaj. Ja tak zrobiłem; z Leśniczówki parłem przez las, potem polem, potem do rzeki, złapałem Michałowe czółenko i rzeką tu, aż pod ogród, zobaczyłem panienkę i pana, przybiegłem, rzekłem, żeby pan nic nie podpisywał i zmykam...
— Czekaj — rzekł niewidomy.
— Waluś! — zawołała Anielcia — Waluś! wróćże się, pan cię woła.
Chłopak nie słyszał, czy może udawał że nie słyszy, jak kula stoczył się ze wzgórza, wsiadł w czółenko i w górę rzeki odpłynął.
— Gdzież on jest? gdzie jest? — pytał z niecierpliwością niewidomy. — Anielciu, gdzież ten chłopiec?
— Już odpłynął, ojcze, nie ma go, wołałam, nie chciał słuchać. Jaki on silny, jaki silny, pod prąd płynie tak szybko.
— Głos przyjaciela ostrzega — mówił niewidomy do córki, czy może sam do siebie — głos przyjaciela... w tem coś jest, Anielciu... Czy nie ma na niebie chmur czarnych?
— Ależ, ojcze! — odrzekła — mówiłam, że zachód prześliczny...
— A jednak, ja czuję chmury ciężkie, groźne... Dziecko moje, ty mnie musisz zaprowadzić do Leśniczówki.
— O wschodzie słońca pojedziemy.
— Może lepiej pieszo pójść, bo nas wypatrzą...
— Kto nas wypatrzy?
— Albo ja wiem kto? oni... ci... tamci... przecież ja nie widzę, Anielciu.
Dziewczyna zrobiła minkę poważną.
— Ojczulku! — rzekła — nas nie wypatrzy nikt. My skłamiemy, to jest ja skłamię za nas oboje. Powiem cioci, że pojedziemy do miasteczka. Ojczulek potrzebuje cygar, ja... nie wiem doprawdy czego mi brakuje... ale mniejsza oto, potrzebuję włóczek. Ciocia nie ma czasu, ponieważ jutro ma zatrudnienie w gospodarstwie, więc, naturalnie jedziemy sami we dwoje. Ja wiozę ojczulka. Wyjeżdżamy na drogę, przez nowy most za groblą, a w lesie skręcamy na lewo. Ja wybornie znam wszystkie dróżki, do Leśniczówki trafię. Czy ojczulek akceptuje mój plan?
— Wszystko akceptuję, bylebym jutro mógł się porozumiéć z Kalińskim. Źle jest, moje dziecko, bardzo źle.
Niewidomy posmutniał, oparł się na ramieniu córki i szedł ku domowi powoli, wzdychając, a w uszach brzmiał mu nieustannie ów wiersz z Hiobowych żalów: „i nie obróci się już oko moje, aby widziało rzeczy dobrze”.


II.

Tegoż samego dnia, przed wieczorem, akurat w tej chwili, gdy Walek w maleńkiem czółenku do stóp wzgórza przybijał, aby panience lub panu słówko od Kalińskiego rzeknąć, do miasta gubernialnego wjeżdżała lekka bryczka, zaprzężona w trzy tęgie konie. Na bryczce siedział mężczyzna okazały, z sumiastemi wąsami, mocno szpakowaty, o wejrzeniu bystrem, przebiegłem.
Bryczka wtoczyła się w bramę pierwszorzędnego hotelu i wnet obok niej zjawiła się gromada faktorów, którzy witali przybyłego z uniżonością.
— Aj waj! jasny pan... złoto, srebro widziałem!
— Może jasny pan chce sprzedać zboże? mam kupców, ślicznie płacą, na moje sumienie.
— A może jasny pan pieniędzy potrzebuje? Jankiel da... choćby pięć tysięcy! Dlaczego nie ma dać? On bogacz, on jaśniego pana zna.
— Powóz mam na sprzedanie, bardzo fajn, od jednego hrabiego, całkiem nowy...
— Konie mam... prawdziwe angliki... żebym tak szabasu nie doczekał.
— Idźcie do kroćset — huknął potężnym basem przybyły. — O numer proszę, obszerny, nie wysoko, rzeczy znieść.
— Powóz mam...
— Pójdź precz! Icka mi zawołać.
— Herste? Icka? Ny, my wiemy, jaśnie pan tylko Icka lubi, Icek ma szczęście! Nu, niech un ma, niech jemu dyabli wezmą.
Do bramy hotelowej wbiegł zadyszany, rudy żyd, przecisnął się przez tłum faktorów i zawołał:
— Jaśnie pan wołał. Ja już jestem!
— Bardzo mnie to cieszy, że jesteś — odrzekł przybyły — właśnie chciałem po ciebie posyłać. Za chwilę przyjdź do numeru, potrzebuję z tobą pomówić.
Faktor skłonił się do samej ziemi.
— Jestem na usługi wielmożnego pana — rzekł — w każdym momencie.
Służba wniosła na górę dwie walizki podróżne, szlachcic rozgościł się w numerze. Umył się, przebrał, włosy przyczesał, a potem wyjrzawszy na korytarz, zawołał, aż się po całym hotelu rozległo:
— Gdzież ten szelma?!
Icek natychmiast się zjawił.
— Ja czekam — odrzekł — czekam tu, aż wielmożny pan zawoła, ciągle czekam.
— Chodźże prędzej.
Żyd do stancyi wszedł, drzwi za sobą zamknął i stanął w postawie wyczekującej. Szlachcic na kanapkę się rzucił.
— Cóż, zrobiłeś? — zapytał.
— Wielmożny panie, ja robiłem. Nie mogę się pochwalić, że zrobiłem, ale robiłem co mogłem, żebym tak długie życie miał.
— Co ty pleciesz! — zawołał szlachcic — albo na drzewo teraz kupców nie ma? Chyba upiłeś się dzisiaj.
— Wielmożny panie, com się miał upić? Drzewo zawsze było dobry towar, a teraz tembardziej, bo trudno go dostać. W naszej okolicy lasy całkiem zniszczone.
— Chyba nie w Magdzinie!
— Właśnie ja to powiadam, w okolicy same patyki, a u państwa las towarowy, śliczny las! ktoby takiego nie chciał kupić?! Mendel chce, Judka chce, stary Wigdor też ma wielką ochotę.
— No, więc?
— Więc, wielmożny panie, oni nie wierzą, że Magdziński las na sprzedanie jest, po prostu śmieli się, jak im to powiedziałem.
— Łotry jedne, bydlęta! skoro ja mówię, że jest, to znaczy że jest.
— Ja im to tłomaczyłem, ale oni nie wierzą, żeby pan Ludwik chciał kontrakt podpisać.
— Oni! a ty od czego jesteś faktor? od czego gębę masz? Nie płacę ci? nie pcham w ciebie pieniędzy jak w dziurawy worek? Wynoś mi się ztąd zaraz i żeby cię moje oko więcej nie widziało, bo...
Żyd ku drzwiom się cofnął przerażony.
— Wielmożny panie — rzekł — jaśnie panie, w czem ja zgrzeszyłem? niech pan powie, niech mnie pan nauczy co mam zrobić, to ja zaraz polecę, będę gadał, będę klektał, cały wieczór, całą noc, do samego rana! Nawet ja nie potrzebuję dużo klektać, bo oni mają wielką chęć do kupna, abym im tylko mógł powiedziéć jak to kupno zrobić, żeby było dobrze. Wielmożny pan rozumie, interes jest duży, a kto daje pieniądze, chce miéć trochę pewność.
— Gęsi tobie paść a nie faktorem być! To ty nie wiesz, że pan Ludwik jest niewidomy i chory, że niczem się nie zajmuje, z nikim nie rozmawia, że zupełnie nie chce się wtrącać do interesów. Czy ty nie wiesz, że ja wszystkiem rządzę, że mam plenipotencyę jeneralną do wszystkiego, a zatem i do sprzedaży lasu, że z mocy tej plenipotencyi ja mogę kontrakt podpisać i to będzie ważne... Nie wiesz, pierwszy raz o tem słyszysz? co?
— Przepraszam wielmożnego pana, ja o plenipotencyi wcale nie wiedziałem.
— Proszę, a przecież pośredniczyłeś przy tylu interesach, któż to naprzykład sprzedaje zboże Magdzińskie?
— Wielmożny pan.
— Kto wypuścił Szmulowi młyn na sześć lat?
— Ny, też wielmożny pan.
— Kto płaci podatki, raty towarzystwa, procenta, kto zaciąga pożyczki na Magdzin, hę?
— Wiadomo, że wielmożny pan...
— Więc któż ja jestem, kto? ekonom, karbowy? parobek, czy pastuch?
— Pfe! kto takie brzydkie słowo może powiedziéć? wielmożny pan jest główny plenipotent.
— To idźże, niedołęgo, do twoich współbraci i wytłomacz im, że mam prawo zrobić w Magdzinie co mi się tylko podoba. Rozumiesz?
— Rozumiem, wielmożny panie.
— Jeszcze tu jesteś?!
— Już, już, lecę... kiedy mogę tu przyjść?
— Zaraz jak załatwisz, albo nie... Słuchaj no, czy tu jest teraz jaka buda?
— Co to jest buda? jaka buda wielmożnemu panu potrzebna?
— No, buda... wyraźnie powiadam, teatr.
— Za co nie ma być teatr? Jest, bardzo porządny, niedawno przyjechał. Mówią, że fajn wesołe sztuki te komedyanty pokazują.
— Więc pójdę do teatru, a na ciebie czekam rano.
— Koło dziewiątej, dziesiątej.
— Co!? u mnie rano zaczyna się równo ze dniem.
— Wielmożny pan będzie sfatygowany, zechce sobie spocząć.
— To moja rzecz, a pamiętaj spraw się porządnie.
— Ny, ny.
Po wyjściu żyda, pan Hieronim zaczął chodzić po pokoju szybkiemi krokami. Czynił to zawsze, gdy był rozdrażniony i wzburzony.
— Proszę — mruczał do siebie pod wąsem — pan Ludwik kontraktu nie podpisze!? pan Ludwik się nie zgodzi, pan Ludwik nie zaakceptuje sprzedaży! pan Ludwik! ha! ha! właśnie będzie kto pytał, czy on się raczy zgodzić, czy nie... jak gdyby Magdzin faktycznie nie był moją własnością... Jest mój i będzie mój, a panna Aniela, piękna kuzyneczka... także może być moja, jak zechcę. Nie zaakceptuje! on nie zaakceptuje!
Rozśmiał się tak głośno, że aż numerowy, sądząc, że go wołają, przybiegł.
— Co chcesz? — zapytał pan Hieronim gniewnie, zły że mu bieg myśli przerwano.
— Jaśnie pan wołał.
— Przesłyszałeś się.
— Przepraszam.
— Albo nie, dobrze, nie przesłyszałeś się. O której zaczynają w teatrze?
— O ósmej, jaśnie pan pójdzie?
— Tak... ktoby się do mnie zgłaszał, niech przyjdzie rano.
— Pytano się już o jaśnie pana.
— Kto?
— Nie znam, jakiś pan nietutejszy. Dziś podobno przyjechał, stoi w Angielskim hotelu.
— Czy nie zostawił biletu?
— Nie, pytał tylko jak długo jaśnie pan zabawi, ale nie umiałem mu tego powiedziéć. Mówił, że się dziś jeszcze zgłosi...
— Mniejsza o niego, wychodzę, a wiedz, że mam zwyczaj bardzo rano wstawać i jestem wściekły jeżeli służący o tem nie pamięta.
— Niech jaśnie pan będzie spokojny — odrzekł numerowy — ja wcale nie mam zwyczaju sypiać.
Dwunastą godzinę dzwonił zegar ratuszowy, gdy pan Hieronim powracał do hotelu. Był widocznie w dobrem usposobieniu, gdyż szedł zamaszystym krokiem, wywijał laską i półgłosem nucił walczyka ze świeżo słyszanej operetki.
W bramie hotelu zatrzymał go jakiś niepozorny człowieczek. Dość dziwna to była kreatura. Miał minę biedaka, chociaż ubrany był porządnie, a nawet elegancko; wzrostu średniego, wydawał się jednak małym, tak jakoś chował głowę w ramiona, tak się pochylał i kurczył.
Można było sądzić, że jest stary, chociaż w rzeczywistości był w średnich latach. Nie nosił brody ani wąsów, twarz miał wygoloną, stąpał na palcach, mówił prawie szeptem, kłaniał się nizko, każdemu z drogi ustępował.
— O mało mnie, kochany pan Hieronim nie rozdeptał — rzekł — jak marnego robaczka.
Usłyszawszy ten głos, szlachcic drgnął i zatrzymał się. Niepozorny człowieczek mówił z uśmiechem.
— Jak małego robaczka, ale usunąłem się w porę. Hi! hi! pańska mina, pańska postawa, pański chód... jakby czwórką jechał! Padam do nóżek, jak zdrowie pana Hieronima dobrodzieja? o interesa nie pytam, bo wiem, że świetnie idą, ale pan dobrodziej może mnie już nie poznaje hi! hi!
— Zkąd się tu wziąłeś, krecie? — zapytał szlachcic, z odcieniem niezadowolenia, którego mimo chęci utaić nie mógł.
— Przejazdem jestem w tych stronach, a dowiedziawszy się, że i pan tu się znajduje, pośpieszyłem natychmiast, ażeby mu złożyć uszanowanie...
— Spóźnioną godzinę wybrałeś na wizytę.
— Co tam godzina! patrz pan raczej na intencye, na serce...
— Serce?
— A tak, tak, pomimo że, o ile się zdaje, obecność moja pana nie zachwyca, jednak ja w przyjaźni stały jestem. Chciałbym pogwarzyć, dawne czasy przypomniéć, interesik też mam do pana...
— Nie możnaby do jutra?
— Lepiej dziś... pan Hieronim zna dobrze moje usposobienie; odkładać nie lubię; co mam jutro zrobić wolę dziś, trzymam się tej zasady; przytem, któż wie, kiedy i w jakich okolicznościach znowu się spotkamy?
— Więc proszę, uprzedzam jednak, że już północ a jutro raniutko mam wstać.
— Dziękuję za uprzejme zaproszenie, drogi czas pana dobrodzieja cenić umiem i nadużywać go nie będę...
Gdy weszli do numeru i usiedli, mały człowieczek spojrzał na pana Hieronima i roześmiał się złośliwie.
— Cóż cię tak cieszy? — zapytał szlachcic.
— Raduję się, widząc szanownego pana w dobrem zdrowiu. Przypominają mi się chwile spędzane razem z nim tak przyjemnie w Odessie, w Warszawie... najbardziej w Warszawie... Złote czasy, brylantowe, drogi panie Hieronimie, wszak pamiętasz?
— Daj pokój wspomnieniom, przystąp od razu do rzeczy, powiedz co chcesz i w jakim celu domagasz się rozmowy. Jest godzina późna, a czas mój drogi. Nie przyjechałem do miasta po to, żeby gawędzić, lecz dla załatwienia interesów. Jutro wcześnie wstać muszę.
— Wiem, wiem, czas drogi, interesa ważne... Ha jednym szydła golą, drugim brzytwy nie chcą, to wiadomo... Ja nigdy bo nie miałem szczęścia... los nie dał mi ociemniałego kuzyna, dóbr do administracyi, lasów do cięcia, pieniędzy do zbierania... Żeby to!... miałbym już trochę uskładanego kapitaliku... może nie tyle co pan Hieronim dobrodziej, ale trochę, na czarną godzinę.
— Nie pleć-no za dużo... Czego żądasz?...
— Hi, hi, jaki pan nie domyślny. Czego żądam? Juścić nie błagam ani o kwiatek, ani o promień włosów, boś nie panienka... chcę pieniędzy.
— Zawsze pieniędzy.
— Zawsze nie, ale w pewnych terminach. Wszakże jestem pańskim oficyalistą... płacisz mi pan za to żebym milczał, a ja znów milczę dlatego, żebyś mi pan płacił. Interes wspólny. Ja także muszę żyć, a czas ciężki, tem więcej, że już od lat dwóch nie widziałem ani jednego rubelka od pana.
— I nie zobaczysz!
— Jak pan sobie życzy. Jaśnie pan odpędza swego niegdyś przyjaciela, a ostatnio uniżonego sługę. Cóż robić? Uniżony sługa odchodzi. Ma się rozumiéć, unosi z sobą pamięć i język, z którego potrafi zrobić użytek... Żegnam pana dobrodzieja.
Mały człowieczek podniósł się z krzesła i uśmiechał się szyderczo, a pan Hieronim patrząc na niego czerwieniał coraz bardziej, ręce mu się trzęsły nerwowo, oczy rzucały błyskawice gniewu.
— Ty ztąd nie wyjdziesz, gadzino! — syknął — ja cię zaduszę jak kota!
Zanim zdążył rękę wyciągnąć, mały zwinnym ruchem znalazł się w kącie, skurczył się, przyczaił i wyciągnął ku przeciwnikowi rękę uzbrojoną w rewolwer.
— Hi, hi — zaśmiał się szydersko — uprzedzam, że pięć kul mam na swoją obronę.
Pan Hieronim splunął, ale się zbliżyć nie śmiał, w szarych oczach przeciwnika malowała się stanowczość.
— Wyjdźże do licha z kąta i broń schowaj, dokądże będzie ta komedya?
— Nie, panie dobrodzieju, dla pana może to i komedya, dla mnie kwestya życia. Nie mam chęci dostać się w pańskie rączki. Jestem uniżony, uprzejmy, nikogo nie napadam, ale życia swego bronię. To mi wolno. Pan postępujesz porywczo, namiętnie. Chcesz mnie zadusić jak kota!... i do kryminału pójść za to; gdybyś się zastanowił nad sytuacyą, to starałbyś się utrzymywać ze mną dobre stosunki. Wiesz, że nie jestem bez zdolności, w wielu razach przydać się mogę; wspólnik ze mnie idealny, wierny, dyskretny, umiejący co potrzeba ominąć, co zawadza usunąć. Zamiast więc dusić, uczyń mnie swoim doradzcą, a lepiej wyjdziesz na tem, panie Hieronimie... jak cię poważam.
— Wspólników ani doradzców nie potrzebuję, ile żądasz odczepnego?
— Kilka tysięcy, wcale nie dużo, tymczasem wystarczy mi pięć. Skoro je dostanę, zniknę panu z oczu i nie pokażę się aż... za dwa lata... Cóż pan myśli o tej propozycyi?
— Myślę żeś łotr i wyzyskiwacz... ale niech cię licho porwie. Zgoda, dam co żądasz, może przez te dwa lata znajdziesz okazyę do skręcenia karku, czego ci z całego serca życzę.
— Nie wątpię o szczerości pańskich uczuć, żeby zaś nie zabierać panu drogiego czasu, proszę o pieniądze.
— Nie mam z sobą, dam ci rewers.
— A, panie dobrodzieju, ja nie handluję takiemi dokumentami, wierzę tylko w gotowiznę.
— Powtarzam, że nie mam przy sobie.
— I na to jest sposób, zgłoszę się później. Za trzy dni, za tydzień, jak panu dogodniej.
— Ja jutro wyjeżdżam.
— Trafię do Magdzina... mała przejażdżka zrobi mi dobrze na zdrowie. Spodziewam się, że będę przyjęty ze starodawną gościnnością. Nieprawdaż? Już ja pana dobrodzieja znam. Hi! hi! a może też trafię na lepszy humor, na weselsze usposobienie. Pogawędzimy o dawnych czasach, o interesach, o przyszłości. Dobranoc, kochanemu panu, moje uszanowanie, najniższy sługa...
Z dziwną zręcznością mały człowieczyna przesunął się między kanapą i stołem i zanim pan Hieronim zdążył się odwrócić, był już za drzwiami.
Nazajutrz szlachcic wstał z bólem głowy, gdyż noc przepędził fatalnie, spać nie mógł. O szóstej rano kazał sobie wylać na głowę kubeł zimnej wody i wypił kilka filiżanek czarnej kawy bez cukru. To orzeźwiło go nieco, a orzeźwienia tego bardzo potrzebował.
Icek przyprowadził trzech żydów, którzy zdecydowani byli kupić las Magdziński na współkę.
Do samego południa trwały targi, umawiano się o cenę, o warunki sprzedaży, termin cięcia... Panu Hieronimowi aż pot na czoło wystąpił, a w gardle zaschło od ciągłego mówienia. Interes można było uważać za skończony, żydzi jednak postawili za konieczny warunek, żeby sam właściciel kontrakt podpisał.
Nadrabiając miną, powiedział pan Hieronim, że ostatecznie jest to głupstwo i że pan Ludwik bez wahania się da swój podpis. Wtenczas jeden z kupców, który miał niejakie wątpliwości pod tym względem, a kupno wszelkiemi siłami pragnął doprowadzić do skutku, odezwał się:
— Proszę wielmożnego pana, my wiemy, że to jest tylko formalność, że co wielmożny pan zechce zrobić, to będzie zrobione...
— A więc o co chodzi?
— Ja wielmożnemu panu wytłomaczę. Gdyby, dajmy na to, dziedzic, sam dziedzic, wyjechał na dłuższy czas za granicę i nie był tu, i gdyby zostawił wielmożnemu panu plenipotencyę do tej sprzedaży, to na co by nam było potrzeba tego podpisu? ale dziedzic siedzi... on jest chory, on się na interesach nie zna, on swojej korzyści nie rozumie i może być z tego powodu kwestya, sprawa, proces, a proces, jak panu wiadomo, ślizka rzecz... Można wygrać, można przegrać... pan dobrodziej o tem wie... Kto się chce narażać? Ja mówię prawdę.
— On mówi prawdę — potwierdzili dwaj inni.
Nu — odezwał się faktor — a kto wam powiedział, że dziedzic nie wybiera się za granicę? On chory jest, on potrzebuje kuracyi... Kiedy ja już słyszałem od wielmożnego pana o tym projekcie! Do Wiednia miał jechać.
— Istotnie — rzekł pan Hieronim — zamiar był.
— Aj — wtrącił Icek — co tu gadać. Zamiar był, a skoro był to i jest, a skoro jest, to cała kwestya, trochę pieniędzy i paszport! Pieniędzy w Magdzinie nie brakuje, a paszport bagatelka, w jednym dniu można wyrobić... Oj, oj, aby tylko zdrowie było... to można jeździć po całym świecie, teraz kolej idzie w każdą stronę i do każdego kraju...
Interes został ułożony, żydzi żądali czasu do postarania się o pieniądze, za dwa tygodnie przyrzekli stanąć do kontraktu.
Po ich odejściu pan Hieronim odetchnął. Otworzył okno na oścież, aby odświeżyć powietrze, przepełnione dymem cygar, i rzekł półgłosem:
— W samej rzeczy, dlaczegoby pan Ludwik nie miał się przejechać za granicę?!


III.

Prześliczny był poranek jesienny. Słońce świeciło jasno, orzeźwiający wietrzyk poruszał żółkniejącemi już liśćmi. Przed dwór w Magdzinie zatoczył się wolant, zaprzęgnięty w dwa rosłe, siwe konie. Wnet też na ganku ukazał się pan Ludwik, prowadzony pod rękę przez córkę. Anielcia ubrana była w obcisłą, popielatą sukienkę, na głowie miała nizki kapelusik filcowy, na rękach długie, jelonkowe rękawiczki.
— Tu ojczulku jest stopień — mówiła, podtrzymując niewidomego pod ramię. — Proszę usiąść śmiało, z lewej strony. Prawą rezerwuję dla siebie. Teraz, Janie — dodała, zwracając się do stangreta — dajcie mi lejce, wy zostaniecie w domu.
Wzięła lejce do ręki, konie ruszyły.
Przejechali przez wieś, kilka wiorst gościńcem, przez nowy most i groblę. Konie spokojne, doskonale ujeżdżone, szły równo, Anielcia szczebiotała nieustannie.
— Teraz, ojczulku, wjeżdżamy w las — rzekła.
— Czuję to — odpowiedział niewidomy — słyszę szmer liści. Niegdyś bardzo lubiłem las i polowanie. Znałem tu każdą ścieżkę, każde prawie drzewo. Zdaje mi się, że i dziś jeszcze nie zabłądziłbym tutaj. W której stronie lasu jesteśmy?
— Zdaje mi się, że ta jego część nazywa się Stawek, chociaż nie wiem dlaczego, bo tu wody wcale nie ma.
— Musiała niegdyś być. Woda wyschła a nazwa została. Niegdyś zabiłem dzika w tem miejscu.
— Teraz, ojczulku skręcimy na lewo, do Leśniczówki, ale pojedziemy wolno, bo dróżka wązka, a nad nią gałęzie.
Ujęła lejce prawą ręką, lewą zaś miała na pogotowiu, aby strzedz ojca od zetknięcia z gałązkami leszczyny, które wychylały się gdzieniegdzie nad dróżkę.
— Do Leśniczówki już niedaleko, ojczulku, za pół godziny będziemy na miejscu.
— Byle Kalińskiego w domu zastać, bo koniecznie rozmówić się z nim muszę.
— A gdzieżby pan Kaliński był? On zawsze w lesie.
— W domu, a w lesie to różnica... las duży.
— Przecież go znajdziemy.
Na dość dużej polance wznosił się domek, otoczony ogródkiem, zabudowania gospodarskie, brożek pod daszkiem ruchomym, dwa stogi siana, gołębnik. Wyglądało to niby kolonijka, niby osada, zamożniejszego chłopa.
Widocznie z okien domku dostrzeżono wolant, bo ktoś przed dom wyszedł.
— Jest pan Kaliński? — zawołała Anielcia, podjechawszy jednak bliżej ujrzała obcego zupełnie człowieka.
Spostrzegłszy nieznajomego, Anielcia zarumieniła się; zatrzymała konie przed domkiem i w zakłopotaniu nie wiedziała co dalej czynić.
Młody człowiek zbliżył się ku przybyłym.
— Domyślam się — rzekł — że państwo przybyli do pana Kalińskiego, mego stryja. Jest on w tej chwili w lesie, ale niedługo powróci. Poślę po niego. Może państwo raczą zejść i spocząć w domku. Konie każę wyprządz i odprowadzić do stajni... Walek!
W tej chwili przybiegł ten sam chłopiec, który poprzedniego dnia z ustnem poleceniem od Kalińskiego przychodził.
Wziął z rąk Anielci lejce, a młody człowiek dopomógł panu Ludwikowi wysiąść.
— Z kimże mówię? — zapytał niewidomy.
— Jestem Adam Kaliński — odrzekł młody człowiek — student medycyny, przyjechałem odwiedzić mego stryja.
— A więc syn Michała?
— Tak panie; pozwoli pan, doprowadzę go do pokoju lub do ławki przed domem... gdzie szanowny pan woli.
— Lepiej na dworze, trzeba korzystać z ostatnich uśmiechów słońca, gdzież Anielcia?
— Jestem ojczulku tu, przy tobie, jak zawsze.
— W tej chwili poślę po stryja — odezwał się młody człowiek. — Wyobrażam sobie, jak się ucieszy, tak pragnął pana widziéć.
— Poczciwy, szczery przyjaciel!
— A mnie to pan Kaliński widziéć nie pragnął? — wtrąciła z przekąsem Anielcia.
— Owszem i o pani wspominał, ale nie przypuszczał, że pani tu przyjedzie. Radość jego będzie podwójna zatem.
Młody Kaliński liczył dopiero dwadzieścia kilka lat życia.
Był szczupły, wysmukły, zgrabny i odznaczał się niepospolitą, prawdziwie męzką urodą. Rysy twarzy miał regularne, oczy duże, pełne życia i myśli. Po nad wysokiem, gładkiem jego czołem wiły się pukle włosów jak noc czarnych; takiż zarost okalał jego twarz.
Anielcia, patrząc na niego ukradkiem, przyszła do przekonania, że równie sympatycznego człowieka nie widziała jeszcze w swem życiu.
Pan Ludwik wdał się z nim w rozmowę. Dopytywał go o rodziców, o to gdzie się kształci, co w przyszłości czynić zamierza. Młody człowiek nie wiele miał do powiedzenia o sobie. Cóż? życie jak życie, pospolite, szare, tysiące ludzi ma podobne. Ojciec, Michał Kaliński, rodzony brat pana Piotra Kalińskiego z Leśniczówki, umarł przed dziesięciu laty. Majątku nie zostawił, bo nikt na małej dzierżawce skarbów nie zgromadza. Matka sprzedała ruchomości i inwentarz, przeniosła się na mieszkanie do miasteczka i trochę z kapitaliku ze sprzedaży uzyskanego, trochę z szycia, żyje. On sam, gdy go śmierć ojca w szkołach zaskoczyła, już na nikogo prócz na własne siły liczyć nie mógł. Dawał lekcye, przepisywał nocami, czynił wogóle to samo co jego koledzy biedacy, głodu przymierając. Skończył szkoły, wstąpił do uniwersytetu, obecnie jest na czwartym kursie, niedługo lekarzem zostanie. Na wakacye pojechał do matki, ale że trochę niedomagał, że lekarze zalecili mu pobyt w lesie, więc na ostatnie parę tygodni przyjechał do stryja, którego od lat kilkunastu nie widział, a właściwie mówiąc i nie znał prawie.
Przyjechał, trochę czyta, czasem towarzyszy stryjowi w wycieczkach do lasu i niezadługo powróci do Warszawy, do studyów. Jeszcze ma z górą dwa lata pracy przed sobą. Co dalej uczyni, gdy zostanie lekarzem, nie wie jeszcze. Radby kształcić się dalej, praktykować przy klinikach, ale matka coraz starsza i słabsza, może będzie potrzebowała pomocy. W takim razie wypadnie wyrzec się ambitnych marzeń, osiąść na prowincyi i pracować na chleb. Oto cała historya i dalsze plany.
Opowiedział to najtreściwiej, najkrócej, jedynie dla zaspokojenia ciekawości pana Ludwika. Kilkakrotnie usiłował rozmowę na inny przedmiot zwrócić, lecz niewidomy niepozwalał. Lubił i szanował Kalińskiego, za jedynego przyjaciela go uważał, więc też chciał i synowca jego bliżej poznać.
— I cóż cię skłoniło, panie Adamie — pytał — że medycynę za przedmiot studyów obrałeś?
— Trochę zamiłowanie — odrzekł — a trochę i praktyczne względy. Lubiłem zawsze nauki przyrodzone i badanie tajemnic natury, a któż jeżeli nie lekarz ma więcej sposobności po temu? nie taję również, że mi i o chleb powszedni chodzi.
Pan Ludwik uśmiechnął się gorzko.
— Powiedz mi, mój panie — rzekł — czy wierzysz w naukę, której się poświęcasz?
— Za kogóż mnie pan ma!? Czyżbym mógł ze świadomością uczyć się fałszów, ażeby za ich pomocą oszukiwać ludzi? Nie... ja moją naukę kocham, ja w nią wierzę, ona odkrywa nam prawdy niezbite i uczy poszanowania praw niewzruszonych i niezłomnych, ona...
— O entuzyasto i poeto! jakże się łudzisz, nauka wasza nic nie wie, jest niedołężna i słaba, ja w nią nie wierzę, nie! bo i jakże wierzyć mogę... ja kaleka?...
— Panie — odrzekł młody człowiek — ja rozumiem te słowa, każdy na pańskiem miejscu mówiłby zapewne tak samo, ale...
— Cóż ale, jakie tu ale może być? Utraciłem wzrok, skazany jestem na dożywotnie błądzenie w ciemnościach, bez żadnej nadziei ratunku, i cóż mi wasza nauka pomoże?
Młody człowiek zamyślił się.
— Panie! — rzekł po chwili — daleki jestem od twierdzenia, że nauka robi cuda, ale też nikt nie zaprzeczy, że czyni wiele, a ponieważ postępuje, ponieważ każdy dzień przynosi jej nowe zdobycze, przeto pożytek jaki ludzkości przynosi, będzie coraz większy.
— Entuzyasta jesteś, mój panie Adamie, boś młody i wszystko ci się wielkiem i pięknem przedstawia... ale ja zachwytów twoich podzielać nie mogę... bom, jak widzisz, skazany przez tych, którzy są właśnie kapłanami tak przez ciebie uwielbianej nauki. Sami powiedzieli, że ona jest bezsilna w obec mego cierpienia.
— To jeszcze wielka kwestya — rzekł młody człowiek.
— Co? — zawołał z ożywieniem niezwykłem ociemniały — kwestya? a przecież zawyrokowali stanowczo. Czyż pan, który zaledwie rozpocząłeś naukę, miałbyś podawać w wątpliwość zdanie doświadczonych praktyków?
— Posądza mnie pan o zarozumiałość — odrzekł student — a ja jestem od niej bardzo daleki. Wiem aż nadto dobrze, że nie umiem tego co umieją owi praktycy, którzy pana leczyli, ale wiem także, że i oni umieją znacznie mniej od specyalistów, którzy studyowaniu chorób wzroku poświęcili całe swoje życie i tem się jedynie zajmują. Mogę o tem mówić śmiało i na pewnych podstawach, bo wiem od stryja, kto o pańskim wzroku wyrokował i wydziwić się nie mogę, że pan na tym wyroku poprzestał. Ta gałęź nauki postępuje niezmiernie, co przed dziesięcioma laty uważano za niemożliwe, dziś daje się wykonać bez wielkich trudności. Są znakomici specyaliści, głośni w całym świecie, którzy sztukę swoją doprowadzili do perfekcyi, dlaczego pan nie udał się do nich?
— Gdy mi odebrano wszelką nadzieję...
— Nie należało im wierzyć.
Pan Ludwik chciał odpowiedziéć na to, ale właśnie nadjechał z lasu Kaliński, sprowadzony przez Walka.
— Co za goście! jacy goście! — wołał z daleka — mój Boże! czyż mogłem się spodziewać? pan i panna Aniela! Jak was przyjąć? na czem posadzić?
— Dobrem słowem, kochany panie Piotrze — rzekł pan Ludwik — i sercem poczciwem. Sam sobie sprowadziłeś tę naszą inwazyę, zaalarmowałeś mnie wczoraj i oto jestem z moją przewodniczką kochaną.
— Zaalarmowałem, prawda. Niech pan wybaczy, żem zaniepokoił, ale nie mogłem inaczej postąpić. Dzieją się rzeczy, których tolerować nie mogę.
— Jakie?
— Kiedy już pan tu jest, to musimy w cztery oczy porozmawiać. Adaś, mój synowiec, zabawi tymczasem pannę Anielę.
— Zgoda — odrzekł pan Ludwik — z synowcem twoim, panie Piotrze, poznaliśmy się, a nawet posprzeczali. Zapalony to entuzyasta, jak młody. Podobno i my w swoim czasie tacy sami byliśmy, mój przyjacielu. No, powiedz, powiedz co jest, jak jest... niechże wiem co mi grozi.
Kaliński wziął niewidomego pod rękę i wprowadził do stancyi, młodzi ludzie przed gankiem zostali. Anielcia, gdy tylko ojciec odszedł, powstała z ławki, zbliżyła się do Adasia i składając ręce błagalnie, rzekła prawie z płaczem:
— Panie, czy to prawda, co mówiłeś przed chwilą? Czy rzeczywiście są ludzie, którzy mogą wrócić memu ojcu słońce? O jeżeli tak jest, to błogosławić będę chwilę, w której spotkaliśmy pana. Wskaż gdzie ich szukać, a choćby na drugiej półkuli mieszkali zaprowadzę do nich ojca...
— Proszę pani — odrzekł młody człowiek — ja się wydziwić nie mogę, dlaczego ojciec pani tak odrazu dał za wygranę, dlaczego nie szukał porady dalej?
— Ja tego wytłomaczyć nie umiem, nie wiem: byłam dzieckiem, gdy to nieszczęście się stało i zawsze powtarzano mi, że ojciec nigdy już widziéć nie będzie. Mówił to wuj Hieronim, ciotka, słowem całe moje otoczenie... Dopiero pańskie słowa wlewają we mnie otuchę i energię. Ojciec musi się leczyć... a czy pan może zaręczyć, że widziéć będzie?
— Nie mam się za wyrocznię, proszę pani, lecz radzę próbować... może się uda.
— A jeżeli nie?
— Pani! — odrzekł — jeżeli nieszczęśliwemu dajemy nadzieję, to już mu wiele dajemy.
Dziewczyna zamyśliła się smutnie.
— Tylko nadzieję, tylko nadzieję... — powtarzała ostatnie słowa studenta.
— Chociażby tylko — odrzekł. — Nadzieja siły mu doda, ducha podniesie, energię obudzi. Przekona się pani.
— Starać się będę, ażeby ojca nakłonić.
— O tak, i nie zdaje mi się, żeby to miało być zadaniem trudnem.
Konferencya pana Ludwika z Kalińskim trwała z pół godziny. Przez ten czas ociemniały dowiedział się wielu rzeczy, które dotychczas starannie przed nim ukrywano. Dowiedział się, że majątek mu niszczą, że pan Hieronim nadużywa zaufania, że gospodarstwo zapuszcza, długi zaciąga, że wreszcie układa się o sprzedaż lasu i koniecznie chce ją do skutku doprowadzić. Chociaż ten ostatni zamiar niesumienny zarządzca usiłował zachować w tajemnicy, jednak udać się to nie mogło. Żydzi byli na miejscu i las szczegółowo oglądali, ma się rozumiéć, że nie dla studyów botanicznych. Pachciarz z Magdzina, niekontent, że taki duży interes może bez jego pośrednictwa i udziału przyjść do skutku, postanowił przeszkadzać i Kalińskiemu o układach wspomniał.
Może byłby wolał bezpośrednio panu Ludwikowi wiadomość tę zanieść, ale przystęp do ociemniałego dziedzica łatwy nie był, trzymano go jak pod strażą.
Wysłuchawszy relacyi Kalińskiego, pan Ludwik czoło zasępił.
— Miałem jakieś przeczucie — rzekł — i niepokoje; domyślałem się, że coś niedobrego się dzieje, alem nie sądził, żeby tak dalece zaufania mego nadużyto, nie spodziewałem się. Dziękuję ci, mój przyjacielu. Bóg ci zapłać. Za ręce weźmiemy się teraz, nie damy się. Czyż mogłem przypuszczać nawet, że Hieronim... A! źle się dzieje, bardzo źle, bardzo...
Kaliński pocieszać usiłował.
— Jeszcze czas — mówił — jeszcze nie wszystko stracone. Dobrej myśli tylko... energii.
— Energii, zapewne... ale mnie się zdaje, że może przebiegłość więcej tu potrzebna, aniżeli energia. Ja udawać będę, że o niczem nie wiem, przynajmniej dopóki planu postępowania nie obmyślę. Przyjedź no do Magdzina za parę dni, odwiedź mnie, pomówimy.
Kaliński ramionami ruszył.
— Trudna to sprawa — rzekł — prawie niemożliwa.
— A to dlaczego?
— Nie dopuszczą mnie do pana, jak zwykle. Służba pod tym względem ma wyraźny rozkaz. Powiedzą, że pan chory, że leży, że widziéć nikogo nie chce. Lada pozór wynajdą, byle mnie z kwitkiem odprawić. Alboż raz próbowałem...
— Bądź spokojny, zapowiem, żeby cię natychmiast wpuszczono; więc za parę dni, pamiętaj!
Kaliński przyrzekł, że będzie.
Gdy po skończonej konferencyi przed dom wyszli, zastali młodych ludzi zajętych ożywioną rozmową. Na twarz Anielci wybiegł rumieniec, śmiała się.
Kaliński przyjmował gości swoich czem chata bogata, czas jak na skrzydłach leciał, trzeba było wracać do domu.
Na pożegnanie Anielcia podała studentowi rękę, a pan Ludwik rzekł:
— Niechże nas pan Adam wraz ze stryjem odwiedzi, bardzo proszę.
Odjechali. Ociemniały zamyślił się o swoich troskach, Anielcia rozważała w jaki sposób ojca do jak najrychlejszego wyjazdu i leczenia nakłonić.
Kiedy już byli blizko domu, pan Ludwik zapytał:
— O czem myślisz, Anielciu?
— O twoich biednych oczach, mój ojczulku.
— Otworzono mi je dziś — szepnął kaleka.


IV.

Wczesnym rankiem, zaledwie pan Ludwik wstał, dał się słyszéć odgłos ciężkich kroków: pan Hieronim przyszedł.
— Jak się masz, bracie — rzekł, siadając przy biurku — jak twoje zdrowie przedewszystkiem?
— Dziękuję ci za pamięć, jako tako, a ty?
— O tyle o ile. Trzeba końskich sił, żeby wytrzymać w tych tarapatach. Dziś w nocy z miasta wróciłem, siedm mil opętanych na bryczce, po złej drodze. Ledwie godzinę mogłem się przespać, trzeba było zajrzéć na folwark. Żyto młócę forsownie.
— Mówiłeś, że siewy już skończone?
— Ja też na sprzedaż młócę. Pieniędzy na gwałt potrzebujemy, na gwałt! Są podatki do płacenia zaległe, rata towarzystwa, procenta.
— Mamy też i zbiory...
— Co to znaczy, mój bracie, co to znaczy! Pewnie ci ktoś nabajał, że urodzaje świetne, a to nieprawda, urodzaje są marne, liche, gorsze niż w roku zeszłym, niż przed trzema laty.
— A jednak ludzie się nie skarżą, nie słychać przynajmniej. Onegdaj Anielcia czytała mi gazetę...
— Ha! jeżeli brat gazetom wierzysz... to winszuję. Gazeta! co gazeta wiedziéć może? Bazgrzą aby bazgrać.
— Sam mówiłeś mi jeszcze w lecie, że zboża bardzo ładne.
— W słomie tak... prawdę mówiłem, jak zawsze; sam miałem pewne złudzenia, ale gdy przyszło do młocki, pokazało się, że wydajność jak najgorsza... pięciu ćwierci z kopy nie ma i ziarno nieszczególne. Na siew odeszło sporo, na ordynaryą trzeba zachować, cóż więc może być do sprzedania? Głupstwo, na bieżące wydatki nie starczy. Prawdę rzekłszy, cały ten Magdzin niewiele wart i gdyby, nie chwaląc się, nie moja zabiegliwość i praca, toby już nas ztąd dawno wyrzucono... Poświęcam się dla ciebie, robię co mogę, robię więcej niż mogę, ale...
— Bardzo ci jestem wdzięczny, mój bracie za twoje poświęcenie i umiem je ocenić, a widząc jak jesteś przeciążony pracą, chciałbym ci też trochę dopomódz.
— Ty?! ciekawym w jaki sposób? Na konia nie wsiądziesz, w polu ani w folwarku dozorować nie możesz. Zdrowia nie masz, lada co ci szkodzi.
— Przecież są zajęcia, które mógłbym podjąć.
— Naprzykład?
— Rachunkowość.
— Jakto? rachunki bez...
— Bez oczu, chciałeś powiedziéć. Zapewne, trudne to, ale nie niemożebne. Że mi to wcześniej na myśl nie przyszło, byłbym ci sporo pracy oszczędził.
— Ależ to niemożliwe!
— Możliwe. Nie zapominaj, że mam Anielcię. Ona mi odczytywać będzie poszczególne pozycye, rozpatrywać notatki i dowody, a ja robotą jej pokieruję.
— Do czego to podobne? Anielcia jest dzieciak, mylić się będzie i narobicie takiego bigosu w regestrach, że nikt potem nie dojdzie co jest, a czego nie ma. To zły pomysł, bracie, wierz mi.
— Co szkodzi sprobować, jeżeli będzie źle, to dam pokój, jeżeli dobrze, ulżę ci w pracy. Ja chcę miéć zatrudnienie, bezczynność mnie męczy... nuży. Otóż bardzo cię proszę, mój bracie, każ mi dziś jeszcze przynieść regestra i księgi.
Pan Hieronim zmarszczył czoło i za wąsy targać się zaczął...
— Cóż mam robić — rzekł — ustępuję twemu kaprysowi, boć inaczej nazwać tego nie można, ustępuję i książki dam. Jesteś tu panem, możesz więc rozkazywać. Tak jest... możesz. Dam regestra, skoro twoja wola, ale nie dziś.
— Dlaczego?
— Dlatego, że nie są uporządkowane. Czy ja mam czas, żebym jak fachowy buchalter, codzień zapisywał wszystkie pozycye? to nie sposób. Notatki są, karteczki, kwitki, porozrzucane po szufladach. Muszę to przecież pozbierać i doprowadzić do ładu, a czasu nie ma... gospodarstwo, interesa, wyjazdy, wściec się można...
— Ja cię mam na sumieniu, Hieronimie — rzekł ociemniały — istotnie za wiele pracujesz... poświęcasz się dla mnie, zdrowie tracisz, dość już tego. Ja ci muszę dać pomoc.
— Pomoc?
— Tak, przyjmę człowieka, który cię przy gospodarstwie zastąpi, gdy wyjedziesz, i każde twoje zlecenie najsumienniej wykona... mam właśnie takiego.
— Ciekawym, któż to?
— Kaliński.
Pan Hieronim zerwał się z krzesła i wzburzony zaczął chodzić szybko po pokoju.
— Tego jeszcze tylko brakowało — zawołał. — Doprawdy, Ludwiku, miewasz niekiedy pomysły genialne! Po co tu Kaliński? Jest to niedołęga, próżniak, którego byłbym dawno już wypędził. Jedynie przez wzgląd na to, że ty masz do niego sympatyę, trzymam go na Leśniczówce, wbrew chęci... bo i to ci trzeba wiedziéć, że ów kochany Kaliński pod względem uczciwości...
— A przepraszam — rzekł pan Ludwik — o uczciwości Kalińskiego mówić nie będziemy, ja mam swoje wyrobione zdanie co do tego.
Tyle było stanowczości w głosie kaleki, że pan Hieronim zdumiony, przygryzł wąsy i zamilkł.
— Więc — ciągnął dalej pan Ludwik — życzeniem mojem jest, ażeby dla ulżenia ci w pracy, Kaliński tu się na folwark sprowadził, należy mu dać mieszkanie w oficynie, ordynaryę, konia pod wierzch, wszystko co potrzeba.
Pan Hieronim nic nie odpowiedział.
— Bardzo cię o to proszę, mój bracie.
— Ja pomocy nie potrzebuję — rzekł opryskliwie — wolę sam pracować, niż wyręczać się takim niedołęgą, jak twój protegowany.
— W takim razie, ja przyjmę go dla siebie.
— Jakto dla siebie?
— Będzie mi towarzyszył, oprowadzał, czytał...
— Przecież jest panna Aniela.
— A ja życzę sobie, żeby Kaliński był tu. On mi potrzebny.
Pan Hieronim znowu niecierpliwie targnął się za wąsy. Popędliwy, nieuznający niczyjej woli, oprócz własnej, już był blizki wybuchu; powstrzymał się jednak, przygryzł wargi i zaczął tonem dość spokojnym.
— Nie rozumiem ja, mój Ludwiku, zkąd ci tak nagle przyszła myśl pomagania mi?... nie rozumiem również, jaki znajdziesz pożytek z towarzystwa Kalińskiego, niedołęgi, człowieka, który... wyrażenia dość łagodnego znaleźć nie mogę, ale mniejsza o to. Chcesz, będziesz go miał. Uważam to żądanie za kaprys człowieka chorego i zdenerwowanego, kaprys, który prędzej czy później przeminie. Nie mówmy więc już o tem, tembardziej że są ważniejsze sprawy do załatwienia. Czy pozwolisz mi mówić?
— Owszem, słucham... słucham.
Pan Hieronim usiadł, pomyślał chwilę i rzekł.
— Długo namyślałem się, czy powiedziéć ci całą prawdę, czy też...
— Mów prawdę... chciałbym ją poznać.
— Sądziłem, że obowiązkiem moim jest oszczędzać ci wszelkich zmartwień, ale...
Niewidomy z niecierpliwością poruszył się na krześle.
— Hieronimie — rzekł — opuść wszelkie wstępy, nie jestem dzieckiem, ani zdenerwowaną kobietą. Powiedz wprost co jest... bez ogródki.
— Ano więc powiem: jest źle.
— Z czem?
— Z majątkiem twoim, z Magdzinem. Żeby nie moja zabiegliwość i wytężona praca, już by cię ztąd dawno wyrzucono, ale robiłem i robię co mogę, żeby katastrofie zapobiedz. Dotychczas udawało się. Trochę z dochodów, trochę osobistym moim kredytem łatałem tę biedę jak mogłem. Ztąd urwało się, tam nadsztukowało i jakoś szło... ale półśrodkami, jak wiesz, nie zajedzie się daleko. Łatanina dobra jest chwilowo. Teraz czasy coraz gorsze, urodzaje liche, zboża niewiele, ceny nizkie i kupca znaleźć nie sposób. Prosić, błagać poprostu trzeba, żeby kto sto korcy zboża kupił. W takiej sytuacyi, powtarzam, półśrodki nic nie znaczą, trzeba się ratować gruntownie...
— Niewesołe mi wieści przynosisz Hieronimie — rzekł pan Ludwik — bardzo niewesołe, ale czy aby się nie mylisz, czy nie widzisz rzeczy zbyt czarno?
— Ja?! jeżeli mi nie wierzysz, pytaj ludzi. Oddawna już mózg sobie suszę nad wynalezieniem sposobu i zdaje mi się, że to co obmyśliłem jest bodaj że najodpowiedniejsze i jedyne.
— Ciekawym?
— Ano las.
— Las? sprzedać las?!
— Nie ma z niego żadnego pożytku, a możnaby. Na drzewo kupcy się znajdą. Jedyny to dziś produkt w gospodarstwie, który można względnie dobrze i bez trudności spieniężyć.
— Powiedz raczej: zmarnować.
— A więc twojem zdaniem lepiej zmarnować majątek?
Rzekłszy to pan Hieronim wstał i zaczął chodzić po pokoju; niewidomy zamyślił się i milczał, na twarz mu wystąpiły rumieńce, wzburzony był.
Po jakiejś chwili, pan Hieronim znów zaczął łagodnie i powoli.
— Ostatecznie, nie masz się czem przerażać Ludwiku, ja sam nie jestem za tem, żeby cały las wycinać, obniżylibyśmy tym sposobem wartość majątku, ale cząstkę jakąś, kilka włók sprzedać musimy... bo inaczej zguba nas czeka, kilka włók nic nie znaczy, las lasem zostanie, choć się zmniejszy cokolwiek. Pozwól mi tylko działać, ja się dowiem ile dadzą, obliczę, a na sprzedaż wybiorę, ma się rozumiéć, co najgorsze. Cóż ty na to?
— Ja? nic.
— Pozwól sobie powiedziéć, że to mnie niewiele informuje.
— Zastanowię się, pomyślę — odrzekł niewidomy.
— I owszem, byle namysł nie trwał długo. Ciężary są, wydatki... wymagalne zaraz, zwłoki nie będzie można uzyskać. Ja, robiłem dotychczas co mogłem, żeby ostateczności uniknąć, ale wszystko ma swoje granice, teraz już i ja nie poradzę... Dłużej łatać nie sposób.
Aż się zasapał pan Hieronim; na łysinę jego wystąpiły grube krople potu, wąsy wciąż przygryzał.
— Namyślaj-że się bracie — rzekł, zabierając się do wyjścia — rozważ dobrze. Kiedyż spodziewać się każesz decyzyi?
Pan Ludwik nie odpowiedział na zapytanie wprost.
— Proszę cię, Hieronimie — odrzekł — przedewszystkiem po Kalińskiego poślij. Niech on się tu sprowadzi.
— A cóż tak pilnego!? Kalińskiego sprowadzę, a las bez dozoru zostanie? Niewiele on tam dopilnuje, ale przynajmniej ludzie wiedzą, że ktoś jest. Poczekaj-że więc, niech kogo na jego miejsce znajdę.
— To zbyteczne. Lasu dopilnują gajowi, a Kaliński może i ztąd, co dwa dni, a choćby nawet i codzień dojechać. Niedaleka droga.
— Ha... jak chcesz.
— Rachunki mi też przyślij, proszę bardzo...
— Dobrze, dobrze, ale niech je uporządkuję cokolwiek. Czasu na to potrzeba, a nie mam go za wiele. Bądź zdrów...
W najgorszym humorze pan Hieronim rozstał się z bratem. Zaraz na dziedzińcu, psa, który się do niego łasił, nogą kopnął, na folwarku piekła narobił, wymyślał ludziom i klął bez powodu, nareszcie do mieszkania swego w oficynie wpadłszy, drzwi za sobą zatrzasnął z taką siłą, że o mało z zawias nie wypadły.
Mieszkanie pana Hieronima składało się z dwóch izb dużych, widnych, wysokich. Oficyna była zbudowana bardzo dawno, po staroświecku, mury miała grube, sklepienia łukowate, wysokie, okna okratowane. Widocznie ten, kto ją stawiać kazał, miał co chować i złodziei się lękał, dlatego taki fundamentalny wzniósł budynek, z piwnicami głębokiemi, sklepiony, od ognia bezpieczny. Budynek ten na dwie części się dzielił; większa służyła za skład wszelkich rupieci, mniejszą pan Hieronim, przybywszy do Magdzina, na mieszkanie zajął. Ofiarowano mu lepsze i wygodniejsze pomieszczenie we dworze, lecz nie chciał, wolał na osobności kąt swój miéć. „Nie lubię — mówił — gdy kto mi przeszkadza i sam też nikomu przeszkodą być nie chcę.” Klucza nikomu nie powierzał; gdy zimową porą na tydzień lub na dłużej wyjeżdżał mieszkanie nieopalane przez ten czas było. Niewiele o to dbał, kazał na wielkim staroświeckim kominku palić i przy nim siedział, dopóki się piece nie rozgrzały. Interesantów w pierwszej izbie przyjmował, do drugiej, która mu i za gabinet i za sypialnię służyła, nie wpuszczał nikogo prócz głupowatego chłopca, który od czasu do czasu izby owe z grubszego śmiecia zamiatał i uprzątał. Prócz tego chłopca żadna żywa dusza wstępu do sypialni pana Hieronima nie miała. Możnaby sądzić z tego, że wąsaty szlachcic skarby wielkie w swej izbie przechowywał i obawiał się, żeby mu ich nie ukradziono, ale ani bogactwem sprzętów, ani urządzeniem wykwintnem, sypialnia bogactwa właściciela nie zdradzała, przeciwnie, wyglądała ubogo i brudno. Stół dębowy, kilka prostych stołków, szafa na ubranie, łóżko, oto umeblowanie jej całe. Nad łóżkiem wypłowiały dywanik, na nim dubeltówka, oto i wszystko; ktoby jednak dobrze szukał, znalazłby pod łóżkiem dębową skrzynkę, niedużą, bardzo mocno okutą i na śruby do podłogi przymocowaną. Co w niej było niewiadomo, ale, że pan Hieronim często do jej wnętrza zaglądał to fakt, o którym świadczyły duże łuki na brudnej podłodze, zakreślone nogami ciężkiego łóżka, które chcąc się do skrzynki dostać, trzeba było odsuwać.
Powróciwszy od brata i zatrzasnąwszy drzwi za sobą, zaczął pan Hieronim po większej izbie biegać i łysinę trzéć. Marszczył czoło, klął i mruczał pół głosem.
— Rachunki... Kaliński... plotki jakieś, intrygi... Poczekajcie no, ze mną sprawa niełatwa.
Chcąc uspokoić wzburzone nerwy, a może chcąc fantazyi sobie dodać i energii, otworzył do szafy, nalał potężny kielich wódki i wychylił go duszkiem, potem mieszkanie na klucz zamknął, konia sobie przyprowadzić kazał i wskoczywszy na siodło, pokłusował w stronę lasu.


V.

Ciężka to rzecz z rachunków nieporządnie prowadzonych, niekompletnych, zaniedbanych, rzeczywisty obraz położenia majątkowego odtworzyć; zadanie niełatwe nawet dla biegłego rachmistrza, cóż dopiero gdy je podejmuje człowiek pozbawiony wzroku, przy pomocy dziewczynki, która nigdy w życiu z liczbami nie miała do czynienia.
Siedzą oboje, ojciec z córką, przy stole założonym papierami, Anielcia jeden szpargał po drugim czyta, pan Ludwik pamięć wytęża i kombinuje. Zmarszczył czoło, znać po nim wysiłek, widzi że prawdy nie dojdzie, ale za wygranę dać nie chce. Jeszcze próbuje, jeszcze każe Anielci czytać. Męczą się oboje tak, godzinę, dwie, trzy... wreszcie pan Ludwik przerywa.
— Przestań, Anielciu — mówi — domyślam się, że cię ta robota znużyła już i znudziła.
— Nie, skoro to ojcu potrzebne, gotowa jestem choćby po całych dniach i nocach odczytywać te papiery...
— Dziękuję ci, moje dziecko — rzekł z westchnieniem — widzę, że nie damy sobie z tem rady.
— Dlaczego, ojczulku? Probujmy, nie dziś to jutro, ostatecznie dojdziemy może do ładu.
Niewidomy westchnął.
— Gdybym ja widział — rzekł — gdybym choć trochę mógł widziéć... wszystko inaczejby było.
— A ja powtarzam — przerwała żywo — że nadziei nie tracę, ja ciągle powtarzać to będę... dopóki mnie ojciec nie usłucha. Tak się poddać nie można, na żaden sposób nie można... pan Adam powiedział...
— Pan Adam! otóż znalazłaś znakomitego doktora!
Anielcia zarumieniła się.
— On się wcale za doktora nie ma — odrzekła — ale widział wielu cierpiących i uleczonych. Ja mu wierzę. Jedźmy, jedźmy ojczulku, nie zwłócząc, szukajmy ratunku.
— Jedźmy — rzekł w zamyśleniu pan Ludwik — jedźmy... a wiesz-że co się tutaj dzieje, majątek zagrożony... kto wie czy nas ruina nie czeka...
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— Majątek — odrzekła — cóż znaczy majątek! alboż on do szczęścia konieczny. Gdy ojciec wzrok odzyska, to choćby bez majątku szczęśliwi będziemy, będziemy, ojczulku najdroższy, będziemy!
To mówiąc objęła go rękami za szyję i w czoło, w oczy zagasłe całować zaczęła.
— Ojcze — mówiła wpół z płaczem. — Rzućmy te papierzyska szkaradne, wszystkie kłopoty i wuja Hieronima a nawet Magdzin, rzućmy, nie zwłócząc, choćby zaraz. Ja ci towarzyszyć, ja pielęgnować cię będę. Jedźmy ojcze.
Pan Ludwik westchnął, ale Anielcia nie dawała za wygranę, prosiła, popierając prośbę pieszczotą i łzami. Nadzieja ma dość łatwy przystęp do serc ludzi nieszczęśliwych, więc też i pan Ludwik na słowa córki obojętnym być nie mógł. Rozchmurzył zmarszczone czoło i przyrzekł, że rady posłucha.
Wpierw jednak musi rachunki rozwikłać i względem majątku coś postanowić. Nie podobało się to Anielci, która chciała jechać jak najprędzej, lecz wola ojca była stanowcza.
Po kilkakrotnem upomnieniu się przez pana Ludwika, po różnych zwłokach, mniej lub więcej upozorowanych, Kalińskiego nareszcie sprowadzono, przesiadywał on teraz po całych dniach na dworze, sam na sam z niewidomym, ku wielkiemu niezadowoleniu pana Hieronima, który ciągle był w najgorszym humorze i nawet na obiady nie chciał do dworu przychodzić. Posyłano mu je do oficyny, jeżeli w domu był, co się zresztą trafiało dość rzadko, gdyż prawie codzień wyjeżdżał do sąsiednich miasteczek i tam z żydami różne narady i konfereneye odbywał.
Anielcia już nie odczytywała rachunków, zastąpił ją w tej czynności Kaliński, a chociaż z bezładnych notatek niewiele dojść było można, jednak stary oficyalista, dobrze rzeczy świadomy i wiedzący mniej więcej co się dzieje, niejedną zagadkę potrafił rozwiązać, kombinując notatki z faktami, które bądź sam widział, bądź też od ludzi słyszał. Takim sposobem powoli, mozolnie, wyjaśniając szczegół po szczególe, odtwarzano w części rzeczywisty, w części do prawdy zbliżony obraz działalności pana Hieronima i położenia majątku. Ze dwa tygodnie przy tej czynności upłynęły, ale pan Ludwik tę miał przynajmniej pociechę, że wiedział nareszcie jak jest. Wyjaśniło się, że dochody z Magdzina były bardzo małe, prawie żadne, według rachunków, chociaż jak twierdził Kaliński, ziemia urodzajna, pomimo niezbyt starannej uprawy, niezłe przynosiła plony, a klęsk losowych nie było; wyjaśniło się również, że wydatki były nieproporcyonalnie duże, w wielu razach nieprawdopodobne, że korzystając z plenipotencyi pan Hieronim pozaciągał długi i to dość znaczne, że interesa pogmatwał i powikłał, słowem, że wytworzył chaos prowadzący wprost do ruiny. Jeszcze lat kilka takiej gospodarki a musiałaby nastąpić katastrofa i pan Ludwik z córką znalazłby się bez chleba i dachu nad głową, zwłaszcza, gdyby zamierzona przez pana Hieronima sprzedaż lasu przyszła do skutku.
Niewidomy przeraził się tym stanem i blizki był rozpaczy. Kaliński pocieszał go, tłomaczył, że spostrzeżono się jeszcze dość wcześnie i że jeszcze można się ratować.
— Niech się pan nie martwi — mówił — z gorszych sytuacyi wydobywają się ludzie. Bóg nad nami. Energii tylko trochę. Lasu ani tknąć, a pieniędzy...
— Otóż to... zkądże ich weźmiesz?
— Od ludzi... niech już pana o to głowa nie boli. Mam ja krewnych za Bugiem, do nich się udam. Nie bogacze, ale oszczędności mają i chętnie je w uczciwe ręce powierzą, a lichwą nie obedrą. Z tej strony spokój, tylko z panem Hieronimem trzeba by się jako porozumiéć. Pod tym względem nic panu doradzać, ani odradzać nie śmiem, sprawa między krewnymi, ja obcy, mieszać się w to nie mogę, ale ład jakiś zrobić trzeba. Niech pan sam tę rzecz załatwi, ja z oczu zejdę, wyjadę na ten czas, choćby do lasu, bo kilka dni tam nie byłem.
— Nie, mój kochany — odrzekł pan Ludwik — zostaniesz i będziesz przy rozmowie obecny, ja życzę sobie tego... proszę cię o to. Poślij po niego, niech go poproszą, żeby przyszedł.
— Trudno to będzie, wczoraj wyjechał i nie powrócił jeszcze.
— A więc jak wróci, to natychmiast, zaraz... przecież rzeczy tak zostać nie mogą.
Tymczasem pan Hieronim nie wracał, dopiero na trzeci dzień konie odesłał i listownie pana Ludwika zawiadomił, że pilne interesa powołują go do Warszawy, że ma nadzieję tam znaleźć kredyt na najpilniejsze potrzeby Magdzina, do chwili, w której „kochany brat” zdecyduje się na nieuniknioną sprzedaż lasu, lub jego części przynajmniej. Dnia powrotu swego pan Hieronim nie oznaczał, gdyż nie mógł przewidziéć jaki obrot wezmą interesa w Warszawie.
Gdy Kaliński ten list odczytał, pan Ludwik zmarszczył czoło i zasępił się. Nie na rękę mu to było, chciał raz już sprawę zakończyć, od opieki pana Hieronima uwolnić się... i przy pomocy Kalińskiego mienie swoje ratować. Wyjazd psuł mu szyki zupełnie i osłabiał energię, która w pierwszej chwili była wielka.
Bądź co bądź, należało pogodzić się z faktem i czekać. Drogi innej nie było. Kaliński tymczasem podczas nieobecności pana Hieronima, gospodarstwa doglądał i rządy majątkiem powoli obejmował.
Jednego dnia, jaśniejącego ostatnim uśmiechem jesieni, pomimo dość chłodnego już powietrza, pan Ludwik na ganku siedział, rozmawiając z córką i Kalińskim, który właśnie z folwarku powrócił, gdy rozległ się odgłos trąbki pocztowej i na dziedziniec wtoczyła się zielona bryczka, zaprzężona w parę wysokich, chudych koni.
— No, nareszcie — rzekł pan Ludwik — doczekaliśmy się powrotu pana Hieronima, nie opuszczaj mnie teraz, kochany przyjacielu, będziesz mi potrzebny bardziej niż kiedykolwiek.
— Ojczulku, to nie wuj Hieronim — rzekła Anielcia.
— Któż więc?..
— Obcy jakiś człowiek... nie znam go.
— Gdyby nie jasny paltot, mógłbym myśléć, że ksiądz — odezwał się Kaliński.
Bryczka zatrzymała się przed gankiem i wyskoczył z niej, a raczej wyśliznął się mały, niepozorny człowieczek, w złotych okularach, o twarzy wygolonej starannie. Ruchem kocim, kurcząc się dziwnie i garbiąc, ze słodziutkim uśmiechem na twarzy, przybysz stanął na ganku i witając obecnych ukłonem, rzekł:
— Przyjechałem do mego przyjaciela, pana Hieronima... czyż nie mogą mi państwo wskazać, gdzie go mam szukać?
— Pan Hieronim — odrzekł Kaliński — jest obecnie w Warszawie, a kiedy powróci nie wiemy.
— Co za szkoda — zawołał nieznajomy, załamując ręce — co za szkoda! Kilkaset mil koleją, kilka stacyi pocztą i napróżno. Takie to już moje szczęście. Trudno, trzeba się z losem pogodzić. Czy pozwolą mi państwo spocząć chwilkę po nużącej podróży. Pocztylion konie popasie i odjadę.
— Ależ nie tylko pozwolimy, ale prosimy pana — odezwał się niewidomy — pan Hieronim bratem moim jest, więc jego goście są moimi także.
— Przysłowiowa, tradycyjna gościnność! — rzekł przybysz, zginając się aż do ziemi prawie. — Dziękuję, a ponieważ jestem tu nieznany, przeto pozwolą państwo, że się przedstawię. Mieczysław Winterblum jestem, dawny znajomy i przyjaciel pana Hieronima. Dawny i serdeczny stosunek nas łączy. Niech państwa brzmienie mego nazwiska nie razi. Jest ono obce, ale jam już od ojca i dziada tutejszy. Z dobrej saskiej szlachty pochodzę, przodek mój jeszcze za Brühla w kraju tym osiadł i poczciwie mu służył. Działo mu się nieźle, więc i o Saksonii, pochodzeniu swem, ba nawet i o Lutrze zapomniał, wsiąknął w Warszawę jak kropla wody w gąbkę. Hi... hi... nie trudno się zasymilować, gdy grunt poczciwy i żyzny. Każde ziarno, które wiatr przyniesie, zakorzeni się na nim i przyjmie...
— Anielciu! — rzekł niewidomy — proś że pana... niech się raczy rozgościć... ja bo nie widzę.
— Wiem, wiem — odrzekł z głębokiem westchnieniem. — Ubolewaliśmy z poczciwym panem Hieronimem nad tem nieszczęściem. Ktoby nie ubolewał? Kamień by zapłakał. Ja bo poniekąd w stosunki szanownych państwa wtajemniczony jestem. Z panem Hieronimem korespondujemy, więc to i owo czasem w liście wtrącił, a prócz tego widzieliśmy się osobiście... kawał czasu, kilka lat temu... Pani — dodał zwracając się się do Anielci — jest córeczką pana Ludwika... na imię pani Aniela.
— Tak.
— Szczęśliwa ziemia, na której takie cudne kwiatki rosną — odezwał się.
Anielcia zarumieniła się na ten niespodziewany komplement, mały człowieczek ciągnął dalej:
— Szczęśliwa, stokroć szczęśliwa.
— W których stronach kraju pan mieszka? — zapytał Kaliński.
— Otóż zadał mi pan dobrodziej pytanie na które odpowiedziéć niełatwo. Dziwi to państwa, a jednak tak jest. Mam maleńki mająteczek na Podolu, bardzo maleńki, mam też i domek w Odessie, w mająteczku dzierżawca, w domku lokatorowie i rządzca, a ja, niby ptak wędrowny, to tu, to owdzie. Parę miesięcy nad Newą, parę nad Tybrem, rozmaicie.
— Zapewne podróżuje pan dla przyjemności?
— Poniekąd tak, a poniekąd nie. Interesa różne mam, stosunki, to i owo, ot aby żyć... ale ostatecznie już mi się ta nieustanna wędrówka sprzykrzyła. Radbym osiąść gdzie na stałe, rolę uprawiać, z samotnością zerwać. W tych okolicach majątek bym kupił, gdyby się co po myśli mojej trafiło. Poszukam, na pomoc pana Hieronima pod tym względem liczyłem... no i trzeba zdarzenia, żem tak niefortunnie trafił i że się prawdopodobnie z tym moim przyjacielem nie zobaczę.
— Dlaczego? — rzekł pan Ludwik — Hieronim lada dzień powróci, jeżeli więc zechce pan przyjąć nasze zaproszenie, to się jego powrotu z łatwością doczekasz.
— Czy przyjmę? ależ z największą przyjemnością... Obawiam się tylko, czy nie zrobię państwu obecnością swoją kłopotu.
— Dom obszerny — odezwał się pan Ludwik — pomieścisz się pan.
— Stokrotne dzięki — odrzekł przybyły — postaram się, aby zająć tu jak najmniej miejsca.
Rzekłszy to, zgiął się, zgarbił i rzeczywiście mogło się zdawać, że zmniejszył się o połowę. Widząc to Anielcia nie mogła powstrzymać uśmiechu. Kaliński patrzył na przybysza bacznie i z pewnym niepokojem. Niewidomy przeciwnie, zadowolony był z przybycia gościa, gdyż ten różne wieści ze świata miał, a opowiadał w sposób bardzo zajmujący. Dużo w życiu swojem jeździł, dużo widział, więc materyału do gawędki mu nie brakło. Dla pana Ludwika, pozbawionego wzroku, żyjącego przeważnie tylko z własnemi myślami, myślami pełnemi smutku, taki gość był bardzo na rękę.
Nazajutrz raniutko pan Winterblum wstał wcześnie i wyszedł na przechadzkę. Przedewszystkiem zwrócił swe kroki na folwark, a spotkawszy tam Kalińskiego, powitał go bardzo uprzejmie. Szli razem, zajrzeli do stajen, obór, owczarni, byli w stodołach; mały człowieczek zlustrował wszystko bystremi oczami i zadał Kalińskiemu kilka zręcznych pytań, napozór niby nic nieznaczących.
Kaliński, zacności wielkiej człowiek, ale nie dyplomata, nie domyślał się nawet, że jest badany.
Mały człowieczek zachwycał się Magdzinem.
— Ależ to śliczny majątek — mówił — jakie zabudowania, inwentarze, i co tu tego! co tu tego! Widzę, że i rzekę macie.
— A jest.
— Spławna?
— Tak, panie.
— No proszę... Śliczna to rzecz spławna rzeka w majątku, zwłaszcza gdy jest co spławiać. Zboża macie dużo, to co widziałem w stodołach... jest imponujące.
— Nie wszystko zboże w stodołach — rzekł Kaliński.
— A gdzież?
— Są jeszcze sterty w polu.
— Ho! Ho! Złote jabłko, powtarzam, złote jabłko. Niewielki ja na gospodarstwie znawca, ale piąte przez dziesiąte coś rozumiem i lubię wieś. Marzeniem mojem jest kupić mająteczek i w nim życia spokojnie dokonać.
— O co łatwiej, panie — odrzekł Kaliński — majątków na sprzedaż nie brak. Czasy ciężkie, nie jeden radby pozbyć się kłopotu.
— U was tu ciężkich czasów nie znać.
Kaliński odpowiedział wymijająco.
— Ogólnie ciężkie są... rozkoszy nigdzie nie ma.
— Zapewne... zapewne... Proszę pana, nad rzekami bywają zwykle dobre łąki.
— Doskonałe.
— Dlatego też zapewne tak dużo inwentarza trzymacie?
— Nie mamy go za wiele.
— Powiedzże mi pan z łaski swojej, jak drogie w tej okolicy drzewo?
— Nie wiem, panie, my nie kupujemy, jest las swój i to duży las.
— No, no... idealny majątek, słowo daję idealny. Wyobrażam sobie, że mój przyjaciel, pan Hieronim, ma tutaj wiele do roboty, nieprawdaż, panie?
Kaliński milczał, nie wydało mu się właściwem, mówić o panu Hieronimie źle, przed człowiekiem, który mieni się jego przyjacielem.
Gość powtórzył pytanie.
— A no, zapewne — odrzekł Kaliński — gdzież jest gospodarstwo, w któremby dużo roboty nie było? Jedna praca się kończy, druga zaczyna, częstokroć jednocześnie kilka wykonywać trzeba i wszystkie są pilne. To młyn, panie, który się nigdy nie zatrzymuje.
— Pan Hieronim zawsze gospodarstwem się trudnił, więc myślę, że zna się na niem wybornie.
— Zapewne, zapewne — odpowiedział Kaliński i nie chcąc dłużej rozmowy na ten temat prowadzić, odszedł, pod pozorem, że musi w pole się wybrać.
Pan Hieronim nie przyjeżdżał, przyjaciel oczekiwał na niego cały tydzień, a przez ten czas poznał Magdzin i mieszkańców jego jak najdokładniej. Obejrzał pola, zwiedził las, był na łąkach, a wszystko badał szczegółowo, jak fachowy taksator.
Nareszcie jednego dnia wieczorem, dano znać, że pan Hieronim powrócił. Mały człowieczek natychmiast udał się do oficyny.
Powitanie przyjaciół nie było bardzo serdeczne. Pan Hieronim spojrzał na przybysza groźnie i zapytał:
— Zkąd się tu wziąłeś?
— Przyobiecałem wizytować pana — rzekł — i dotrzymałem słowa... Jestem tu przeszło od tygodnia. Kuzyn twój dał mi u siebie gościnność, skorzystałem z niej i szczerze mówię, czas zeszedł mi bardzo przyjemnie. Co to za miły człowiek ten pan Ludwik! i w ogóle cały dom robi bardzo sympatyczne wrażenie. Istna sielanka... słowo honoru daję... Mógłbyś pan poprosić mnie siedziéć — dodał po chwili.
— Nie bronię... stołków nie brak — odrzekł opryskliwie pan Hieronim.
Gość usiadł i w milczeniu patrzał na gospodarza, który niespokojnie chodził po stancyi.
— A pan nie siądziesz? — spytał Winterblum słodziutko.
— Daj mi pokój!
— Otóż to powiedziane rozumnie! Dotychczas byliśmy z sobą na stopie wojennej. Walczyliśmy, teraz nadeszła chwila, w której możemy się raz na zawsze pogodzić i zostać dobrymi przyjaciołmi.
— Albo nie znać się wcale.
— Na jedno to wychodzi, panie Hieronimie dobrodzieju. Nie znać się, to znaczy nie przeszkadzać sobie nawzajem.
— Proszę, odkądże powziąłeś takie postanowienie?
— Od chwili przyjazdu do Magdzina... powietrze tutejsze oddziałało na mnie w ten sposób. Chciałbym zapomniéć wszelkich krzywd i uraz, pogodzić się z panem i żyć już spokojnie w jakim cichym zakątku, wypocząć po trudach, oddać się pracy rolniczej i obywatelskiej, jak na porządnego człowieka przystało.
Pan Hieronim zrozumiéć nie mógł o co idzie, zresztą był to człowiek prędki, temperamentu żywego, gwałtownego prawie, więc wstępów długich nie cierpiał.
— Co ty, stary lisie, opowiadasz? — zawołał — czego żądasz? Mów odrazu, bo nie mam ani czasu ani chęci, bawić się z tobą w długie konwersacye.
— Zawsze jednakowy... zawsze gorączka... a przecież kwestya jest zbyt ważna, żeby ją można w kilku słowach załatwić.
— Czegóż właściwie żądasz?
— Przedewszystkiem spokoju i rozwagi. Chciej pan usiąść i słuchać.
Pan Hieronim rzucił się na krzesło.
— Od dnia dzisiejszego — mówił mały człowieczek — wszelkie spory, jakie między nami istniały będę uważał za ukończone... zejdę panu z drogi i z oczu, nie wspomnę nigdy o przeszłości... Jak to się panu podoba?
— Niczego więcej nie pragnę. Zapomnij, że kiedykolwiek istniałem na świecie i idź na złamanie karku... Oto wszystko czego pragnę od ciebie.
— Wiem i pragnienie to chcę spełnić.
— Któż ci przeszkadza? Może koni chcesz?... w tej chwili mogą być na twoje usługi.
— Pan Hieronim zawsze żartuje. Znając mnie od lat tylu wiesz zapewne, że hołduję zasadzie „do ut des” i że, jeżeli coś daję, to żądam czegoś nawzajem. Dla pięknych oczu prezentów nikomu nie robię.
— Jakież więc są twoje żądania, ile chcesz? Uprzedzam cię wszakże, że bogaty nie jestem... wiele się nie obłowisz.
— Magdzin śliczny majątek, bardzo ładny. Zwiedziłem go szczegółowo, zbadałem. Kto takim folwarkiem administruje a zdolności ma... ten na biedę nie powinien się skarżyć.
— Co ci do tego, czy ja się skarżę czy nie? Mówię, żem nie bogaty i dość.
— To jeszcze niewiadomo. Przypuszczam nawet, że mówisz prawdę, żeś biedny... przypuszczam, ale to jeszcze nie przesądza przyszłości, możesz być bogatym i to niedługo...
— Jakim sposobem?
— Moja to rzecz, ja cię bogatym uczynię.
Pan Hieronim wstał z krzesła i spojrzał na swego gościa zdumiony.
— Ty? — zawołał — mój największy wróg?! ty!
— Bywały przykłady, że w pewnych wypadkach wrogowie podawali sobie ręce i zostawali przyjaciołmi.
— Daj pokój przykładom, mów po prostu.
— Ależ mówię, zmieńmy role. Idź w świat, a ja tu zostanę.
— Co?
— Pieniądze mam, zapłacę gotowizną... tylko albo mi ztąd ustąp, albo jeżeli wolisz pozostań i dopomagaj mi.
— Tu?
— Tak jest tu, w Magdzinie.
— Jaki cel w tem masz?
— Powiem ci otwarcie. Panna Aniela bardzo mi się podobała, gotów jestem dla niej popełnić wszelkie szaleństwo!
— Ty chyba zwaryowałeś na starość! — zawołał pan Hieronim.
— Być może.
Mały człowieczek głos zniżył i pocichu, prawie szeptem, mówić zaczął. Słowa jego widocznie miały magiczny wpływ na słuchacza, gdyż ten uspokoił się odrazu, przestał kląć i tylko głową kiwał, a od czasu do czasu jakieś zapytanie rzucił.
Po godzinnej konferencyi, dwaj zawzięci nieprzyjaciele byli już z sobą nietylko na stopie pokojowej, ale w zupełnie dobrej komitywie... pan Hieronim uśmiechał się nawet.
— Słuchaj-no — rzekł — to coś mi powiedział, nie jest do pogardzenia.
— Jak każda propozycya, która ode mnie wychodzi. Że dotychczas nie umiałeś poznać się na mnie, nie moja w tem wina; żeś mnie traktował w sposób nie zbyt uprzejmy...
— Niech to już będzie zapomniane.
— Owszem, owszem, drogi panie Hieronimie, nie masz na świecie człowieka, któryby tak łatwo urazy wybaczał jak ja... bo, filozoficznie rzeczy biorąc, cóż to jest uraza? Jest to, że użyję takiego wyrażenia, owoc złego humoru, nieporozumienia, sprzeczki... jak cię poważam, panie Hieronimie... czasem uraza powstaje wskutek roztrojonych nerwów, stanu chorobliwego... prawda?
— Zapewne...
— Bez wątpienia tak... więc cóż? mścić się za to, że ktoś ma nerwy chore? W mojej głowie podobnie dzika myśl nie urodzi się nigdy.
— A jednak...
— Wiem co chcesz powiedziéć; dajesz do zrozumienia, że groziłem ci zemstą.
— Nawet dość wyraźnie.
— A nie, kochany panie Hieronimie! trzeba rozróżniać, co innego jest zemsta, a co innego uregulowanie rachunków... Ogromna to różnica... Zresztą cóż nam z teoryi? w rzeczywistości jesteśmy przyjaciołmi i dość na tem. Na tę myśl doznaję pewnego, bardzo miłego zresztą, wzruszenia.
Pan Hieronim nic na to nie odpowiedział, spojrzał na swego towarzysza badawczo i uśmiechnął się pod wąsem.
— Śmiejesz się? — spytał Winterblum.
— Trochę, ale nie z ciebie. Wesoło mi...
— Kochany przyjacielu, będzie ci jeszcze weselej, tylko mi ufaj i postępuj ściśle według moich wskazówek. Ja szukam majątku ziemskiego do nabycia. Ty mi w tem dopomagasz. Siedzę tu parę tygodni, wyjeżdżam do miasta, znowuż tu powracam, i pomaleńku dojdzie się do celu.
— Czy dojdzie? w tem sęk.
— O to bądź spokojny. Ja mam ten zwyczaj, że wytrwale zmierzam dokąd chcę i zawsze cel osiągam. Kto mnie zna bliżej, wie że nie wyrzekam się łatwo zamiarów... przeciwnie, niepowodzenie dodaje mi energii... nawet szczerze ci powiem, że nie lubię interesów, które bez trudności, na poczekaniu załatwić się dają. Mała satysfakcya, jak cię poważam, kochany przyjacielu, bardzo mała.
Rozstali się w najlepszej harmonii. Nazajutrz mały człowieczek udał się do pana Ludwika, podziękował mu za gościnność i oświadczył, że nadużywać jej nie chce i że zaraz odjeżdża. Niewidomy słuchać nie chciał. Gość wymawiając się pozorami różnemi, obstawał przy swojem, ale ostatecznie, ulegając prośbom, ustąpił i jeszcze na parę tygodni pozostał. Zrobił to poświęcenie.


VI.

Niby na pozór nic się nie odmieniło w Magdzinie, w rzeczywistości jednak stosunki całkiem inny przybrały charakter. Pan Hieronim sam z własnej woli, pomógł bratu uporządkować rachunki.
— Wybacz, drogi Ludwiku — mówił — żem zwlókł trochę tę sprawę, ale nie miałem czasu. Lato, widzisz, i jesień nie jest pora właściwa na tego rodzaju czynności. Teraz zima, roboty niewiele, więc mogę w księgach ład zaprowadzić. Chciałeś poznać stan interesów, poznaj że go. Nie jest świetny, ale, na szczęście, mamy drogi ratunku.
O sprzedaży lasu mowy już nie było. Pan Ludwik mówić o tem nie lubił, pan Hieronim milczał dyskretnie... tak jak gdyby ten przedmiot nigdy poruszany nie był. Na opłacenie pilniejszych długów dał pieniędzy nieoszacowany Winterblum. Spłacił kilku wierzycieli hypotecznych i prócz tego złożył w ręce pana Hieronima pewną sumę na opłacenie podatków, na potrzeby bieżące. Sam się z tem ofiarował; pan Ludwik wymawiał się i grzeczności tej przyjąć nie chciał.
— Masz pan zamiar — mówił — majątek kupować, gotówka panu potrzebna.
Rozśmiał się na to mały człowieczek i zapewnił, że aczkolwiek Krezusem nie jest, ma jednak tyle kapitału, że może i majątek nabyć i zacnemu człowiekowi w potrzebie dopomódz. Po pewnych certacyach rzecz przyszła do skutku; pan Winterblum w towarzystwie pana Hieronima, zaopatrzonego w plenipotencyę, udał się do hypoteki, dla dopełnienia zwykłych formalności.
Jedyny człowiek, uczynny i dyskretny! Gdy mu dziękowano uszy sobie zatykał i dowodził, że taka bagatelka wspomnienia warta nie jest.
Przyjeżdżał do Magdzina często, przesiadywał całemi tygodniami, a przez ten czas ciągle panu Ludwikowi towarzystwa dotrzymywał, zajmował go rozmową, wieści ze świata przynosił.
Kaliński na drugi plan zeszedł. Nie odebrał mu pan Ludwik ani zaufania, ani szacunku, lecz już go się nie radził i nie żądał towarzystwa jego jak dawniej.
Widząc to stary oficyalista, postanowił ustąpić i prosił, aby go na dawne miejsce, do lasu posłano.
Żądanie jego nie natrafiło na opór. Ustąpił więc. W przeddzień wyjazdu przyszedł pożegnać Anielcię, zastał ją zajętą robótką. Była sama. Powiedział z czem przychodzi. Spojrzała na niego zdumiona...
— Dlaczegóż to pan nas opuszcza? — zapytała.
— Robić tu co nie mam — odrzekł — a darmo chleba jeść nie chcę. Wracam więc, panienko, do lasu... bo go nikt teraz nie pilnuje.
— Panie Kaliński — rzekła, patrząc mu prosto w oczy — w tem coś jest.
— Eh... nic — odrzekł wymijająco.
— Pan mnie nie zwiedzie... nie! Ja czuję żal w pańskim głosie, w spojrzeniu... Dlaczego pan ze mną szczerze nie mówi?
— Nie ma o czem, panno Anielo. Zwyczajna rzecz. Ten pan... nazwiska jego nigdy spamiętać nie mogę, ten pan...
— Winterblum...
— Wszystko jedno... otóż ten pan ma dar zabawienia i zajęcia pani ojca... gospodarstwa pilnuje pan Hieronim, o lesie mówić przestali... więc cóż ja mam tu robić?... idę tam, gdzie będę pożyteczniejszy, a nie mogłem odejść, nie pożegnawszy się z panią...
— Nie umiem panu powiedziéć, jak mi to przykro.
— Dlaczego, przecież za górami nie będę. Na każde wezwanie, a nawet i bez wezwania, przyjdę tu... Bogu dzięki, że ojciec pani spokój odzyskał i że mu czas weselej schodzi w towarzystwie.
Anielcia pokręciła główką.
— Jak się panu to towarzystwo podoba? — spytała.
— Skoro ojciec pani zadowolony...
— Nie odpowiada pan wprost.
— Cóż mam mówić?
— Mnie się ten pan nie podoba wcale — rzekła głos zniżając — ja go nie cierpię.
— A to dlaczego? Cóż pani złego wyrządził?
— Nic. Może ja się mylę, może nie mam racyi, ale w tym człowieku jest coś odpychającego... Biedny ojczulek widziéć tego nie może, a ja powiedziéć mu nie śmiem. Ciocia, chociaż prawie że nie patrzy na ludzi, zawsze swojem gospodarstwem zajęta, także to spostrzegła.
— No tak, w rzeczy samej, bardzo przyjemny on nie jest.
— Wie pan, kiedy czasem patrzę na niego, jak pochylony nad stołem rozwesela ojczulka swojem opowiadaniem, to zdaje mi się, że widzę kota, który się przyczaił w ogrodzie i lada chwila rzuci się na ptaszka.
Po twarzy Kalińskiego przemknął smutny uśmiech.
— Dziwna rzecz — ozwał się — że i ja takie samo porównanie miałem na myśli... zresztą może się mylimy, może pod tą powierzchownością niesympatyczną kryje się najlepszy charakter. Ze względu na ojca pani, pragnąłbym żeby tak było.
Anielcia pokręciła głową.
— Odchodzę już — rzekł Kaliński — niech panią Bóg ma w swojej opiece, panią i cały ten dom.
— Wolałabym żebyś pan bliżej nas był, ale skoro już postanowiono inaczej, żegnam pana, nie tracąc wszakże nadziei, że będzie pan nas często odwiedzał i zawsze o nas pamiętał.
Oficyalista złożył pocałunek na drobnej rączce Anielci i odszedł, dziewczyna udała się do pokoju ojca.
Pan Ludwik był sam, gdyż Winterblum z panem Hieronimem, z powodu ważnego, jak mówili, interesu, wyjechali do miasta.
Niewidomy siedział na fotelu pogrążony w dumaniach, tak że wejścia córki nie słyszał. Zbliżyła się do niego i objęła za szyję.
— Dzień dobry, ojczulku — rzekła.
— Dzień dobry, moje dziecko... bardzo dobrze żeś przyszła, siądź tu przy mnie... Co mi powiesz, Anielciu?
— Jak się ojczulek dziś czuje?
— Jak zwykle, moje dziecko, nawet lepiej niż jak zwykle, bo spokojniejszy jestem... Dzięki dobrym ludziom.
Anielcia westchnęła.
— Czemu wzdychasz? — zapytał — czy masz jakie zmartwienie... Powiedz.
— Ja nie wzdychałam, ojcze.
— Jednak słyszałem wyraźnie. Cóż ci to dolega, moje dziecko, powiedz szczerze.
— Mój ojczulku... czyż mało przyczyn do smutku... dość pomyśléć o twej ciężkiej niedoli.
Pan Ludwik ręką machnął.
— Powiedz mi — rzekł po chwili — dlaczego dziś w domu tak cicho?
— Bo nie ma nikogo. Ciocia jak zwykle gospodarstwem zajęta, pan Kaliński odjechał przed godziną.
— Już odjechał?
— Tak... przyszedł mnie pożegnać... był bardzo smutny.
— Dziwak jest, zacności człowiek, ale dziwak, uprzedza się do ludzi bez żadnego powodu; wszędzie dopatruje złe... ja nie wiedziałem nawet, że taki podejrzliwy jest. Przypuszczam, że stetryczał z powodu starości, bo dawniej taki nie był.
— Przecież pan Kaliński jeszcze nie jest tak bardzo stary, a przynajmniej nie wygląda na takiego.
— Zdaje ci się, Anielciu, to dziad już i może dlatego dwoi mu się w oczach. Wyobraź sobie, że on mnie straszy jakiemiś urojonemi przypuszczeniami.
— Bo on nas kocha, ojcze, on jeden tylko...
— On jeden?!
— Tak, podług mego zdania przynajmniej.
— Ja jego dobrej woli nie kwestyonuję, o jego charakterze najlepsze przekonanie mam, ale powtarzam, że zdziwaczał; bo proszę cię naprzykład, zdaje się, że chyba samo niebo zesłało mi człowieka, który jest towarzyszem wybornym. Nadzwyczaj przyjemny, zawsze w pogodnym humorze, wesoły, dowcipny, mający dużo do powiedzenia, umila mi chwile samotności, skraca czas, który mnie niewidomemu, a więc skazanemu na przymusową bezczynność, tak się zawsze długim wydaje. Nie masz pojęcia, Anielciu, jaką wartość dla mnie ma taki właśnie towarzysz... On współczuje mojej niedoli, poświęca się dla mnie, traci czas, opuszcza własne, najpilniejsze interesa, i dlaczego? z jakiej racyi? Nie jest mi on przecież brat, ani swat, ani nawet dawny dobry znajomy... a jednak... Ten człowiek, Anielciu kochana, ma serce... złote serce! miałem na to wiele dowodów... on przyszedł mi także z pomocą materyalną, bezinteresownie, bo policzył sobie za to taki tylko procent, jaki ma od listów zastawnych... Znajdźże mi w dzisiejszych czasach człowieka, który to zrobi...
Anielcia słuchała tych pochwał w milczeniu.
— I cóż, moje dziecko — rzekł — nic nie mówisz?
— Słucham co mi ojczulek opowiada.
— I nie przyznajesz mi słuszności?
— Doprawdy — rzekła, rumieniąc się — sama nie wiem co mam mówić... lękam się, żeby ojczulek nie powiedział, że dziwaczeję na starość, jak nasz kochany pan Kaliński.
— Jakto? więc i ty masz jakieś uprzedzenie względem pana Mieczysława?
— W ogóle nie lubię o nikim źle mówić... ale...
— A cóż mogłabyś o nim złego powiedziéć? Może co wiesz? w takim razie nie krępuj się dla mnie, proszę.
— Nic nie wiem.
— A więc?
— To jest człowiek bardzo niesympatyczny...
— Pod jakim względem?
— Nie wiem, mój ojczulku, wytłomaczyć, ani umotywować nawet tego nie potrafię... Osobiście nic mi złego nie zrobił, przeciwnie, jest dla mnie uprzedzająco grzeczny... nieraz aż mnie kłopocze swoją wyszukaną uprzejmością, powiem nawet nadskakiwaniem... o tobie, mój ojczulku, odzywa się zawsze z największą życzliwością, z uwielbieniem, a jednak...
— Cóż? cóż? powiedzże.
— W tem jest fałszywa nuta... w jego słowach podstęp przeczuwam.
— Mylisz się, Anielciu.
— Być może.
— Jesteś pod wpływem uprzedzeń Kalińskiego.
— O co to, to nie! Ja jestem pod wpływem moich własnych przeczuć, mnie głos wewnętrzny ostrzega o niebezpieczeństwie... ja się tego człowieka boję... jabym pragnęła, żeby oddalił się ztąd jak najprędzej. Niech idzie dokąd chce, niech mu się dzieje jak najlepiej, ale niech tu między nami nie będzie... Ojczulku! — zawołała, rzucając się panu Ludwikowi na szyję — mój ojczulku najdroższy, czy wątpisz o mojem przywiązaniu do ciebie?
— O tem, moje dziecko — z pewną surowością w głosie rzekł — mowy nie ma. Uspokój się, jesteś jak widzę podrażniona, postaraj się zebrać myśli, panować nad sobą, pomówmy spokojnie, moja Anielciu... Przed pół rokiem interesa nasze majątkowe były w takim stanie, że obawiałem się o twój los, o twoją przyszłość. Dziś zmieniło się na lepsze. Pilniejsze potrzeby zaspokojone, groźba wywłaszczenia nad nami nie wisi i jest nadzieja, że przy pomocy Bożej i pracy wuja Hieronima, względem którego, mówiąc między nami, byłem niesprawiedliwy, nie zabraknie ci chleba. Słuchaj dalej: przed półrokiem byłem złamany, zgnębiony zupełnie, zniechęcony do życia, dziś przeciwnie, radbym żyć dla ciebie, moja Anielciu, i dla przyszłości. Komuż to zawdzięczam jeśli nie człowiekowi, który w tobie, dla fantazyi, dla powodów wcale nieusprawiedliwionych, dla dziecinnego kaprysu poprostu, budzi takie nieprzychylne uczucia. Niesprawiedliwa jesteś, Anielciu, niesprawiedliwa... powtarzam.
Dziewczyna przycisnęła obie ręce do czoła.
— Ah, ojcze — rzekła — daj Boże, żebym była w błędzie... a co się tyczy przyszłości ja ją sobie wyobrażałam inaczej.
— Jakto inaczej?
— Sądziłam, proszę ojca, że pozostawimy interesa majątkowe własnemu ich biegowi, że opuścimy Magdzin i udamy się do znakomitych lekarzy, po to, ażeby ci, ojcze, świat powrócić.
— Więc ta mrzonka nie opuściła cię aż dotąd? — zapytał z gorzkim uśmiechem.
— Nie mrzonka to, mój ojcze — odrzekła — wypadki podobne do osobliwości nie należą. Ja jestem prawie pewna, że się uda, a doprawdy, aby ci, kochany ojcze, wzrok ocalić, warto choćby cały majątek poświęcić.
Pan Ludwik uśmiechnął się.
— Widzisz — rzekł — to samo codziennie powtarza mi człowiek, którego o jakieś złe zamiary posądzasz.
— On?
— Tak, Anielciu, i musiałem mu dać słowo, że pojadę z nim zagranicę i poddam się operacyi. On będzie mi towarzyszył i zaprowadzi...
— To się nigdy nie stanie! — zawołała z mocą.
— Co? — zapytał zdumiony — dlaczegoby się stać nie miało?
— Ja na to nie pozwolę nigdy! nigdy!...
Pierwszy raz w życiu pan Ludwik odezwał się szorstko do córki:
— Proszę cię, Anielciu, pamiętaj o tem, że mówisz do ojca i zostaw mnie samego.
Dziewczyna wyszła nie rzekłszy ani słowa i dopiero, gdy znalazła się w swoim pokoju, puściła wodze łzom. Tak płaczącą zastała ją ciotka Józefa, cioteczna siostra pana Ludwika, która od śmierci matki Anielci zastępowała w Magdzinie panią domu i matkowała młodziutkiej swej siostrzenicy.
Ciotka Józefa była to osoba już nie młoda, kobieta z dobrem sercem, do brata i do Anielci przywiązana szczerze, lecz po za sprawami gospodarstwa domowego nic widziéć nie chciała, a może i nie mogła. Zdawało jej się, że gdy w domu nikt nie głodny, gdy spiżarnia pełna zapasów, w oborze i w kurnikach porządek, to już spełniła wszystko co do niej należy i wszyscy powinni być zadowoleni. Życie jej upływało między folwarkiem, kuchnią i śpiżarnią; po za tem świat dla niej nie istniał. Obowiązki swe względem Anielci pojmowała w ten sposób, że należy dziewczynę nauczyć gospodarstwa domowego, robótek ręcznych i dość na tem. Po co więcej. Guwernantka zrobiła już swoje, wykształciła Anielcię naukowo, ciotka wykształciła ją praktycznie, a za rok, dwa, trzy, trafi się ktoś, Anielcia wyjdzie zamąż, będzie u siebie panią i gospodynią. Zwykły to los kobiety i do tego losu, zdaniem ciotki, Anielcia była przygotowana. Nie mogła też poczciwa ciotka zrozumiéć, dlaczego Anielcia bywa niekiedy zamyślona i smutna. Grymasy to, nic więcej, bo czem się martwić. Dobrze jej, głowa ją o nic nie zaboli, trosk nie zna, a że ojciec kaleka, cóż na to poradzić. Wola Boża, nie on jeden jest w takiem położeniu.
Wszedłszy do pokoju Anielci, ciotka Józefa zdziwiła się niezmiernie, widząc siostrzenicę swą zapłakaną.
— Cóż to, Anielciu? — spytała — czy nie jesteś chora przypadkiem?
— Nie, ciociu.
— A więc?... powiedzże, moje dziecko, może będę mogła zaradzić.
Po niejakiem wahaniu, Anielcia opowiedziała ciotce przyczynę swego smutku. Pani Józefa kiwnęła kilka razy głową, wzruszyła ramionami i rzekła:
— Nic a nic nie rozumiem, dlaczego masz być smutną — a w myśli dodała:
— Grymasy!...


VII.

U Kalińskiego, w domku wśród lasu położonym, na kominku płonął suty ogień i rzucał czerwone blaski na ściany.
Zima była w całej pełni, pola i łąki pokryte grubą warstwą śniegu. W lesie również biało, na konarach sosen śnieg mrozem ściśnięty trzymał się mocno, tworząc fantastyczne a pełne wdzięku festony. Domek Kalińskiego po same okna tonął w puszystym śniegu, którego gruba warstwa pokrywała także i dach. Gdyby nie komin z którego dobywał się słup dymu i gdyby nie oświetlone okna, nie znaćby było wcale tej chatki.
Grudzień ku końcowi się zbliżał, nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Zima zapowiadała się długa i ciężka, tak przynajmniej zapewniał stary rybak co nad jeziorem mieszkał, tak też mówili i chłopi, opierając swe przepowiednie na długoletnich obserwacyach.
Był już wieczór, niebo iskrzyło się od gwiazd, śnieg skrzypiał pod stopami, Kaliński tylko co z lasu powrócił. Objeżdżał był właśnie bór saneczkami małemi, nasłuchując czy nie słychać łoskotu siekiery szkodnika; objechał cały las, przypatrzył się tropom zwierzyny.
— Byłoby na co zapolować — myślał — ale z kim? Dziedzic niewidomy, pan Hieronim ciągłe w podróżach, a ten układny jegomość, który prawie ciągle przesiaduje w Magdzinie, wcale myślistwa nie lubi...
Powrócił stary leśniczy do domu, strzelbę na kołku zawiesił, kożuch zdjął i usiadł przed ogniem zamyślony. Zapatrzył się w płomień i snuł pasmo wspomnień długiego życia... samotny.
Przy nogach jego piesek ulubiony usiadł, jamnik nieduży, długi, na nizkich, krzywych nóżkach, czarny, podpalany. Patrzył w oczy swemu panu, to się ocierał o niego, chcąc uwagę na siebie zwrócić, domagając się pogłaskania, pieszczoty, wreszcie widząc, że pan na niego nie zważa, rozciągnął się jak długi przed ogniem i usnął...
Po jakiejś chwili podniósł się i nasłuchiwać zaczął, znów się położył, znów wstał i warknął.
Kaliński przebudził się z dumań, pogłaskał psa, który wnet szczekając, ku drzwiom się rzucił.
— Cóżby to? — mruknął Kaliński i z przyzwyczajenia strzelbę do ręki wziąwszy, na ganek wyszedł.
Nic nie było widać ani słychać, lecz pies puścił się w las jak kula i po chwili ujadał zawzięcie na dróżce. Niezadługo dało się słyszéć parskanie konia i Kaliński bystrym wzrokiem dojrzał pomiędzy drzewami przesuwające się proste chłopskie sanie jednokonne, a na nich dwóch ludzi. Jechali oni wprost do Leśniczówki.
— Któż to o tej porze? — pomyślał Kaliński.
Niedługo na odpowiedź czekał. Z sanek wyskoczył młody człowiek i biegł prosto ku gankowi.
— Adaś! — zawołał stary, porywając synowca w objęcia — Adaś! zkąd się wziąłeś? co tu robisz?
— O gościnność proszę, stryjaszku.
— Przejazdem tu jesteś? zabłądziłeś? czy co? Chodźżeż do stancyi a żywo. Co cię tu przypędza? na taki mróz w płaszczyku wiatrem podszytym! Ah, Adasiu, Adasiu, słabowity jesteś, a ze zdrowiem igrasz. Bój się Boga, co matka na to powie?
— Za jej wiedzą tu jestem, mój stryju.
— Chodźże, chodź — rzekł Kaliński, wprowadzając młodego człowieka do stancyi — ogrzej się... rozgość... człowieka który cię przywiózł także pomieszczę... trzeba żeby nocował, wiatr się zrywa, zawieja pewna.
Krzyknął na chłopca, dyspozycye mu wydał i do stancyi wszedł mówiąc:
— Śmierci bym się prędzej spodziewał, niż ciebie o tej porze.
Młody człowiek uśmiechnął się.
— Widzę — rzekł — że moje przybycie nie bardzo cieszy stryjaszka...
— Niedorzeczności mówisz, Adasiu, ja cieszę się że tu jesteś, ale zarazem jestem ździwiony.
— Są zimowe wakacye. Gwaru, miasta, ludzi mam aż nadto... przepracowany jestem, zmęczony... postanowiłem więc odpocząć w ciszy leśnej u stryja, gdzie mi tak było dobrze przed kilkoma miesiącami... Napisałem o tem do matki, zgodziła się, a stryja o zamiarze przybycia nie uprzedzałem, w przekonaniu, że będę dobrze i serdecznie przyjęty.
Kaliński uścisnął synowca.
— Ma się rozumiéć — rzekł — będziesz przyjęty całem sercem. Siadaj, rozgość się... Więc powiadasz, że ci tu dobrze było na jesieni.
— O i jak dobrze — zawołał Adaś — opowiedziéć nie potrafię.
Rozmawiali długo do późnej nocy, leśniczy się ożywił, rozweselił, Adaś o niewidomego i pannę Anielę dopytywać zaczął.
— Dobrodzieju! — zawołał nagle Kaliński, uderzając się w czoło — teraz już w domu jestem! Rozumiem dlaczego tak pięknym wydał ci się las, dlaczego podobało ci się to pustkowie... Eh, wybij to sobie z głowy, Adasiu.
— Co?
— Już ty mnie starego w pole nie wywiedziesz, panna Aniela podobała ci się, czytam to z twoich oczu. Co ci się roi po głowie, biedny chłopcze... Ona nie dla ciebie. Pozbądź się tej myśli, wyrzecz marzeń, wracaj do obowiązku, do szkoły... Miłość ci spokój odbierze; sił, równowagi umysłu pozbawi, a ty biedaku obowiązki masz. Matka schorowana pomocy twej potrzebuje, tyś cała jej nadzieja, podpora starości. Gdy się marzeniom oddasz, a pracować przestaniesz, co cię czeka? co matkę twoją czeka?
Adaś słuchał ze spuszczonemi oczami, nieprzerywając, a stryj po chwilowem milczeniu mówił dalej:
— I o tem pamiętać powinieneś, że pomiędzy tobą a nią zachodzi ogromna różnica pod względem majątkowym i towarzyskim. Ona w przyszłości dziedziczka, ty biedak. Ona... głupstwo to zapewne, przesąd nieuzasadniony, ale przez świat uznany, ona z takiego rodu co służbę rozdaje... ty z takiego co służbę przyjmuje... krótko mówiąc: ona pani, tyś biedak. Nieprawdaż, mój chłopcze?
— Nie, stryju — odrzekł spokojnie.
— Nie?
— Ani trochę. Wszystkie te uwagi, jakie mi stryj zrobił, a których z uszanowaniem teraz wysłuchałem, przychodziły mi na myśl niejednokrotnie. Zastanawiałem się nad niemi.
— I co?
— I wszystkie upadły. Niech stryj nie sądzi, że miłość siły odbiera, nie! ona ich dodaje; nie odstręcza od pracy, lecz przeciwnie, zachęca do niej, do zdwojonej gorliwości pobudza.
— Mrzonka!
— Z własnego doświadczenia to mówię, drogi stryju.
— Z doświadczenia! — rzekł ze smutnym uśmiechem Kaliński — dzieciaku! zkądże i kiedy mogłeś je zdobyć?
— Dziwnem się to stryjowi wydaje? a przecież nie od dziś żyję i radzę sobie jakoś na świecie. Mogę stryja zapewnić, że chociaż nigdy nie zaniedbywałem nauki, jednak od lata, od chwili kiedy tu byłem u stryja, pracuję dwa razy tyle co dawniej. Nie żałuję sił, podwajam energię, bo wiem, że każdy dzień zbliża mnie do upragnionego celu; więc nie jest tak jak stryj mówi. Co do matki mojej, nigdy nie zapomnę jakie mam względem niej obowiązki i nie zaniedbam ich, a ta znów niby nierówność...
— Przesąd, ja sam to przyznaję, ale... świat... świat... Kochany chłopcze... trudno z nim wojować.
— Nie przeczę... lecz za wygraną nie daję. Różnica majątkowa jest obecnie, ale za lat kilka może się wszystko zmienić. Sam stryj mówił do mnie, że skutkiem złego zarządu majątek ich upada, a ja na to się uczę, na to pracuję, żebym stanowisko i chleba kawałek zdobył. Jeżeli więc potrafię zjednać sobie sympatyę panny Anieli, to cóż może na przeszkodzie stanąć?
— Wszystko, wszystko, mój kochany... Eh, Adasiu, zmartwiłeś mnie swemi szalonemi projektami.
— Przecież ich nie wykonywam w tej chwili.
— No tak, a jednak przyjechałeś...
— Niech sobie stryj przypomni, że ojciec panny Anieli zapraszał nas obydwóch.
— Dużo się od tego czasu zmieniło.
— Dla mnie nie. Ja pragnę z zaproszenia skorzystać. Co to stryjowi szkodzi, że ją zobaczę, nic więcej nad to nie pragnę.
Nie mógł stary Kaliński spać tej nocy, tak mu się zamiary bratanka dziwnie śmiałemi wydały. Znał jego charakter, wiedział, że niełatwo od postanowienia go odwieść, uznał więc za najlepsze nie oponować, czasowi całą sprawę zostawić. W przeciągu kilku lat, które upłyną zanim Adaś stanowisko zdobędzie, Bóg wie jakie zmiany zajść mogą. Na nie najwięcej liczył. Anielcia zamąż wyjdzie, chłopiec zapomni. Tak; przeszkadzać, bronić, perswadować, to znaczy jeszcze bardziej fantazyę młodzieńca podbudzać, oliwy do ognia dolewać. Takie postanowienie powziąwszy, Kaliński uspokoił się trochę; nazajutrz do lasu zabrał Adasia, jeździł z nim cały dzień, rozmawiał o matce jego, o Warszawie, o wszystkiem, starannie o panu Ludwiku i jego rodzinie wspomnień wszelkich unikając.
Tegoż samego dnia w Magdzinie, pan Mieczysław z niewidomym sam na sam od kilku godzin konferował. Rozmowa z początku obojętnych dotykała przedmiotów, potem coraz poufniejszą się robiła. Pan Winterblum głos zniżał, nadawał mu brzmienie coraz serdeczniejsze i czulsze.
— Chrześcianin jestem — mówił — to prawda, ale, drogi panie Ludwiku w przeznaczenie wierzę. Religia to potępia, ale cóż ja zrobię w obec faktów? Człowiek losu swego nie uniknie, choćby się nie wiem jak wywijał i wykręcał.
— Mówisz pan jak turek.
— A tak, tak, mówię jak wyznawca Mahometa, fakta mnie przekonywają. Posłuchaj pan. Przed rokiem miałem przed sobą jasno i dokładnie wytkniętą drogę życia. Projektowałem to i owo i ani mi na myśl nie przyszło, żeby w zamiarach tych jakakolwiek zmiana zajść mogła. Chyba w takim razie, gdybym umarł przedwcześnie. Otóż panie Ludwiku kochany... miałem przed sobą, jak powiadam, drogę prostą, jasno wytkniętą, byłbym nią szedł, szedł i ostatecznie zaszedł do celu, gdyż mając środki materyalne, niewiele sobie robiłem z przeszkód, jakie się mogły nastręczyć. Pieniądz to siła... Nie sądź pan, że jestem bezwzględnym czcicielem złotego cielca, chowaj Boże! nawet brzydzę się pieniędzmi jako pieniędzmi, lecz muszę je cenić jako środek, za pomocą którego... rozumiesz panie Ludwiku, nie jako cel, lecz jako środek... Wracam do rzeczy... miałem wytkniętą drogę, tymczasem zachodzi drobna na pozór okoliczność, spotykam pana Hieronima. Dawna to znajomość, dawna przyjaźń, wypróbowana i doświadczona. Spotykam, później tu przyjeżdżam i moje zamiary, moje cele... gdzie ich szukać? Przeznaczenie!
Pan Ludwik wysłuchał tej tyrady i odrzekł:
— Jeżeli mam prawdę powiedziéć, to niezupełnie rozumiem w czem mianowicie widzi pan tu przeznaczenie?
— W czem widzę? a oto w tem, szanowny panie Ludwiku, że poznawszy tak miły dom, takich zacnych ludzi, zasiedziałem się, przylgnąłem do nich całem sercem i... zapomniałem o świecie. Pan mnie nie znasz jeszcze, ale ja mam naprawdę osobliwy charakter, a zwłaszcza serce. Jak kogo pokocham, to już na życie i na śmierć, już za nim w ogień, w wodę, choćby w samo piekło. Tak panie Ludwiku, tak ja cały twój dom i ciebie ukochałem.
Niewidomy wzruszył się tym wylewem czułości, tem bardziej, że w głosie mówiącego brzmiała nuta serdeczna.
— Dziękuję ci z serca, panie Mieczysławie — rzekł ojciec Anielci — podaj mi rękę i chciej wierzyć, że wysoko cenię sympatyę, jaką mnie obdarzasz. Rzeczywiście dałeś jej tyle dowodów, że nie wiem doprawdy czem i jak ci to odwdzięczyć.
— Jeżeli o dowodach materyalnych pan myśli, to nie ma o czem wspominać, gdyż od kapitaliku, jaki na pańskim majątku umieściłem, liczy mi się procent, a co się tyczy tego, że się tak wyrażę, przywiązania, to za serce serca tylko żądam.
— Niewątpliwie, licz pan na moje.
— Serdeczne, serdeczne dzięki. Widzi pan, ja od wczesnej młodości żyłem na świecie zupełnie samotny, nie miałem nikogo bliższego, nie znałem co rodzina, co krewni. Sam, zawsze sam, jak kołek w płocie... to też gdy poznałem dom państwa, taki że tak powiem, patryarchalny, zacny, w dawnym stylu, rozrzewniłem się... słowo honoru daję. Tu spokojnie, zacisznie, miło... a ludzie...
— No, ludzie jak ludzie.
— A nie! nie, sto razy nie! O panu już nie mówię, bo nie znałem milszego i bardziej sympatycznego człowieka. Pani Józefa dobrodziejka, to matrona szanowna, zacności wielkiej, wzór niewiast... a panna Aniela!
— To dziecko.
— Panie Ludwiku dobrodzieju, nie dziecko to już; to dziewica, prześliczny, najpiękniejszy kwiat naszych pól, ozdoba tego zakątka. Kwiat, który się zaczął rozwijać i niebawem zajaśnieje całą pełnią wdzięku.
Pan Ludwik uśmiechnął się.
— Entuzyazmujesz się pan jak młodzieniec.
— Do tytułu młodzieńca nie mam już prawa, ale nie jestem też i stary. Mam lat czterdzieści kilka.
— Tak?
— Sądziłeś pan, żem starszy?
— Tak mi się zdawało, sądząc z opowiadania Hieronima.
— Oh, poczciwemu panu Hieronimowi niekiedy pamięć nie dopisuje. Zapracowany nieborak, zatracił możność pamiętania dat. Już to do chronologii nie miał nigdy talentu. Tedy, jak panu powiedziałem, mam lat czterdzieści kilka, ale czuję się jeszcze pełnym zapału prawdziwie młodzieńczego. Mogę entuzyazmować się do wszystkiego co piękne, szlachetne, wzniosłe, mogę, niech się pan ze mnie nie śmieje, entuzyazmować się jeszcze i zachwycać. Chodząc dość długo po różnych ścieżkach życia, nie zgubiłem uczuć ani serca, zachowałem młodość duszy. Może to nie moja zasługa.
— A czyjaż?
— Okoliczności... przy pracy czasu nie było na szukanie tych niby to przyjemności życia, które, at nie ma o czem mówić... wiadoma to rzecz, że są młodzi chociaż dojrzali i doświadczeni mężowie i są zestarzali przedwcześnie młodzieńcy. Niestety, tych ostatnich znacznie jest więcej.
— To prawda.
— Tak, widzimy podobnych na każdym kroku, są zobojętniali na wszystko, prócz na pieniądze. Zmateryalizowane to pokolenie do szpiku kości nie chce znać życia, w tem znaczeniu jak my rozumiemy, pojmuje tylko użycie, po którem następuje znużenie, przesyt i apatya. Jeżeli który z takich zwraca spojrzenie na kwiatek, na istotę młodziutką, pełną życia, poezyi, zapału, to czyni tylko, jedynie i wyłącznie dla materyalnych korzyści. Politowania godny jest los rodziców, mających córki na wydaniu, politowania godny, jak pana poważam. Niepewność, obawa i absolutnie żadnej gwarancyi szczęścia dla dziecka... Aby posag złapać, to jedyny cel dzisiejszej młodzieży.
— Przecież nie wszyscy są tacy — rzekł pan Ludwik.
— Szczęśliwe złudzenie! Co do mnie pod tym względem jestem pessymistą, tyle już widziałem nieszczęśliwych związków, tyle zmarnowanych egzystencyi. Źle się dzieje na świecie, bardzo źle i jeżeli tak dalej pójdzie, to doprawdy przyszłość nie będzie ponętną...
Długo przemawiał na ten temat. Pan Ludwik słuchał i przyznawał że, bądź co bądź, jest w tych słowach trochę racyi.
— Widzisz bo, szanowny panie Ludwiku — rzekł, kończąc swe wywody przyjaciel — ja gdybym miał córkę, nie powierzałbym nigdy jej losu w ręce młodzika, bo dzisiejszemu pokoleniu ufać nie można; wołałbym kogoś starszego, wyprobowanego, który miał czas zasłużyć sobie na wiarę. I panu to radzę.
— Ależ panie, jeszcze mam czas.
— Zdaje się panu tylko... trudno miéć pojęcie jak szybko kwiatki rozwijają się... dopiero co był pączek, aż tu oto trochę rosy, trochę słońca i już mieni się najpiękniejszemi barwami, już jaśnieje... zachwyca.
Pan Ludwik może się domyślał o co idzie i rozmowę na inny przedmiot skierował; swoją drogą słowa małego człowieczka ciągle brzmiały mu w uszach. Dotychczas niewidomy uważał Anielcię za dziecko, mniemając, że jeszcze przez długi czas miéć ją będzie przy sobie, teraz nowy przyjaciel powiedział mu, że tak nie jest.
Tak prędko, myślał pan Ludwik, tak prędko, i przywoławszy Anielcię, kazał jej stanąć obok siebie, a dotykając ręką jej ramienia, chciał się przekonać jak jest wysoka.
— Ślicznie wyrosłaś, moje dziecko — mówił — masz wzrost twej matki, duża jesteś.
— I to mnie martwi — odrzekła.
— Dlaczego?
Dziewczyna westchnęła.
— Taka wysoka — odrzekła — taka duża, a niczem nie zajęta, dnie upływają jedne za drugiemi, i cóż z nich? co robię? w czem komu użyteczną jestem?...
— Robisz to co wszystkie panienki w twoim wieku. Zajmujesz się domem.
— Ah, ojcze, alboż tu można czem się zająć na seryo? Ciocia całe gospodarstwo w ręku trzyma i nie pozwala się wyręczać... ojczulek...
— Czemuż nie kończysz? co chciałaś powiedziéć.
— Chciałam to powiedziéć — odrzekła z westchnieniem — że ojczulek teraz mnie nie potrzebuje, ani towarzystwa mego nie żąda.
— Przywidzenie!
— O nie, dawniej byliśmy ciągle razem, ojczulek bezemnie kroku jednego nie zrobił, a teraz...
— Moje dziecko, pragnę się odzwyczaić od twego towarzystwa, żeby rozstanie się z tobą było mi mniej przykre.
— Rozstanie się? Nie rozumiem... dlaczego ja mam rozstawać się z ojczulkiem?
— Wyjdziesz zamąż... opuścisz mnie.
— Ależ przedewszystkiem ja zamąż wychodzić nie myślę, a gdyby nawet przyszło do tego, nie opuszczę ojca. Zawsze będziemy razem, niech więc ojczulek nie przyzwyczaja się do mojej nieobecności, ponieważ sprawia mi to wielką przykrość. Moje miejsce przy tobie, ojcze; pozwól mi jak dawniej być twoją przewodniczką, towarzyszyć ci na spacery, czytywać książki... tak jak to było dawniej, drogi mój, kochany, ojczulku.
Rozmowa ta, na uściśnieniu się skończyła; ojciec przyrzekł, że wszystko wróci do dawnego trybu, ale przyrzeczenia tego nie mógł dotrzymać. Mały człowieczek nie odstępował go, a w jego obecności Anielcia czuła się nieśmiałą i skrępowaną... Prześladował ją westchnieniami, spojrzeniami i prawieniem komplementów przy każdej sposobności. Unikała go, okazywała mu niechęć swą w sposób bardzo wyraźny, on się tem jednak nie zrażał i zawsze musiał się znaleźć na jej drodze.
W Magdzinie zachowywano dawne tradycyjne obyczaje, w wigilię Bożego Narodzenia gromadzili się przy stole wszyscy domownicy i Kaliński bywał też zapraszany.
Pan Ludwik uprzedził o tem małego człowieczka.
— Zwyczaj taki oddawna tu jest — rzekł.
— Chwalebny, zacny, patryarchalny — mówił pan Winterblum, udając zachwyt. — Co może być piękniejszego i bardziej rozrzewniającego nad widok rodziny zgromadzonej przy jednym stole z domownikami. Ja to cenię, szanuję, przepadam za tem... W takich chwilach istotnie trudno się od łez powstrzymać, bo... czyjeż serce mocniej nie uderzy, na widok tej rozrzewniającej harmonii...
— Kalińskiego co rok zapraszamy — rzekł pan Ludwik.
— Słusznie, bardzo słusznie... wyjątków robić nie należy. Mógłbym ja panu, szanowny panie Ludwiku, coś o tym człowieku powiedziéć, ale... nie pora po temu... Przy sposobności uczynię to... dziś jest dzień wesela i radości... który nie powinien być zamącony niczem.
W największym pokoju dworku, nakryty był stół długi, śnieżnej białości obrusem. Pod obrus podesłano siana, w kącie postawiono potężny snop pszenicy. Zamiast lampy, paliły się w wysokich kandelabrach duże świece woskowe, gdyż ciotka Józefa była tego zdania, że tylko takie oświetlenie jest na dzień tak uroczysty właściwe. Oczekiwano pojawienia się pierwszej gwiazdy, ażeby zasiąść do stołu. Pani Józefa ubrała się w paradną suknię, pan Hieronim w nowy tużurek, pan Winterblum jako człowiek światowy, zjawił się we fraku, z wstążeczką orderową, z potężnym złotym łańcuchem przy kamizelce. Do jakiego orderu należała wstążeczka trudno było dojść, mieniła się albowiem wszystkiemi możliwemi barwami, ale bądź co bądź dodawała powagi. Pan Mieczysław już nie garbił się i nie kulił jak zwykle, owszem, był wyprostowany i usiłował wydać się znacznie wyższym niż był. Wygolił twarz starannie, wypłowiałe włosy uczernił, na nos włożył binokle w złotej grubej oprawie.
Chciał być poważny i przystojny... dla Anielci, a wydał się jej bardzo zabawnym, tak że o mało nie parsknęła śmiechem, ujrzawszy go tak wyelegantowanego.
Brakowało jeszcze Kalińskiego.
Pani Józefa z niecierpliwością spoglądała to na zegar, to przez okno na gwiazdy, które się już na wyiskrzonem niebie ukazywać zaczęły.
— Dlaczego nie widać go dotychczas?
— Nadjedzie — mruknął pan Hieronim.
— Siadajmy do stołu — rzekł pan Ludwik.
— Jeszcze chwilkę... pana Kalińskiego nie ma — odezwała się ciotka.
— Cóż mu się stać mogło?
— Nie wiem — rzekł pan Hieronim.
— Hm, zapewne nic wielkiego — odezwał się słodziutkim głosem Winterblum, bądź co bądź jednak, na oficyalistę, któremu pracodawca robi honor... cokolwiek nietaktownie.
Zapanowało dość przykre milczenie. Pan Hieronim chodził wielkiemi krokami po pokoju i niecierpliwie targał wąsy.
— Wiesz co bracie — rzekł — jestem tak wygłodniały, że dałbym chętnie za wygranę wszelkim ceremoniom... i...
— A nie można.
— Nie wypada, nie wypada — cedził przez zęby pan Mieczysław — aczkolwiek... no, ludziom nie mającym odpowiedniego wychowania, dużo trzeba wybaczyć... na tem właśnie polega wyższość.
— Jestem pewna — wtrąciła Anielcia — że pan Kaliński nie spóźnił się bez racyi, musi w tem być jakaś poważna przyczyna.
Winterblum złożył usta do złośliwego uśmiechu i chciał odpowiedziéć, ale w tejże chwili brzęk dzwonka oznajmił, że ktoś nadjeżdża.
Niebawem wszedł Kaliński z Adasiem. Ukłonił się wszystkim i zbliżył się wprost do pana Ludwika.
— Niech mi pan wybaczy — rzekł — żem się spóźnił, ale schwytałem defraudacyę w lesie, to mi zabrało trochę czasu.
Rzekłszy to zwrócił się do pani Józefy.
Przez tą krótką chwilę pan Winterblum znalazł sposobność szepnąć panu Ludwikowi do ucha:
— Samochwalstwo w lichym gatunku; mógłby trochę zgrabniej zachwalać swoją gorliwość.
— On nie kłamie — odrzekł również cicho pan Ludwik.
— Jestem wprost przeciwnego zdania.
Kaliński zwracając się znów do pana Ludwika, rzekł:
— Skorzystałem z łaskawego zaproszenia i przywiozłem z sobą Adasia, który przybył do mnie na święta.
— A pan Adam, bardzo miły gość, proszę.
Nastąpiła prezentacya.
Anielcia zarumieniona jak różyczka, podała młodemu człowiekowi obie ręce.
— Serdecznie się cieszę, że pan sobie przypomniał nas — rzekła.
Winterblum przez binokle przyglądał się młodemu człowiekowi.
— Student — rzekł — student... szczęśliwy!
— Dlaczego?
— Najszczęśliwsza to doba życia... wspomnienia na całe życie zostają.
— Pan był na kursach w Warszawie? — spytał Adaś.
— Co za idea! — odrzekł mały człowieczek ramionami wzruszając — ja byłem... spytaj pan raczej, gdzie nie byłem?... Heidelberg, Bonn, Berlin... całe Niemcy przeszedłem... Pan filolog?
— Nie.
— Matematyk?
— Medyk, panie.
— Ah, medyk... Eskulapa dziecię.
— Przybrane — i Hygiei.
— Jest to — rzekł pan Winterblum — wydział na który garnie się dzisiaj większa część młodzieży. Medyk, prawnik; prawnik, medyk, i nie rozchodźcie się! Czysta nauka nikogo już nie nęci, nikt nie ma ochoty poświęcać się studyom matematycznym, lub filozoficznym, bo pokolenie dzisiejsze jest przedewszystkiem praktyczne. Uczy się dlatego, żeby zdobywać pieniądze. Przemęczy się kilka lat na wydziale prawnym, lub medycznym, w nadziei, że zaraz po skończeniu kursów, zaczną mu składać pieniądze bogaci klienci, lub pacyenci. Rubel jest ideałem dzisiejszego wieku, jest bożkiem, któremu wszyscy się kłaniają. Zdaje się, że wracają czasy złotego cielca... ideały zaś są w pogardzie.
— Kto to, szanownemu panu powiedział? — odezwał się student — na jakiej podstawie przychodzi pan do wniosków krzywdzących młode pokolenie?
— Znam ludzi, panie, znam dobrze. Nie od dziś żyję na świecie, chleb z niejednego pieca jadłem, sfera moich obserwacyi była bardzo rozległa.
— Pan Mieczysław jest pessymistą — wtrącił niewidomy.
— O! wolałbym stokrotnie optymistą być... ale to co widzę dokoła usposabia mnie inaczej. Już nie wrócą się dobre dawne czasy, kiedy ludzie żyli nie dla marnego kruszcu, lecz dla idei, kiedy umieli poświęcać się jedni dla drugich, kochać się.
— A czy dziś nie umieją? — zapytał nieśmiało Kaliński.
Pan Winterblum spojrzał na starego leśnika z pewnem zdziwieniem, jak gdyby chciał zapytać, jakiem prawem wtrąca się do rozmowy, wnet jednak przybrał słodko-kwaśną minę i rzekł, przymrużając oczy:
— Łaskawy panie, dyskusya w tym przedmiocie zaprowadziła by nas dalej niżbyśmy chcieli.
— Wszelkie wogóle dyskusye psu na budę się nie zdadzą — rzekł rubaszny zawsze pan Hieronim — i lepiej jest doprawdy, zamiast próżno tracić słowa, zająć się tym oto szczupakiem, który przynosi zaszczyt naszej gospodyni. Co prawda, to prawda, takiej kuchni jak w Magdzinie w całej okolicy nie znajdzie.
— Kochany brat przesadza — odezwała się ciotka Józefa.
— Prawdę mówię szczerą, jak zawsze.
— W samej rzeczy — rzekł Winterblum — tu każda potrawa jest znakomita... Prawda? mój młody sąsiedzie?
Zapytanie to zwrócone było do Adasia. Mały człowieczek postanowił koniecznie wyciągnąć go na dysputę i wywołać gorętszą rozmowę, choćby sprzeczkę. Od pierwszego wejrzenia powziął do studenta szczególną nienawiść i postanowił mu dokuczyć w jakikolwiek bądź sposób. Radby go był ośmieszyć, przedstawić w najgorszym świetle, po prostu uniemożliwić w tym domu. Patrzył uważnie na Anielcię i wyobraził sobie, że w spojrzeniach jej od czasu do czasu na Adasia rzucanych, dostrzega coś, czegoby widziéć nie chciał, jakieś iskierki, z których płomień z czasem powstać może. Wiedział, że z takim rywalem, za którym przemawia uroda, młodość, życie tryskające ze źrenic, porównania wytrzymać nie może, przeczuwał, że pojawienie się jego pod tym dachem, zburzyć może plany, tak szczegółowo, pracowicie obmyślane. Student siedział naprzeciw panny Anieli, mogli patrzéć jedno na drugie, mogli z sobą rozmawiać, jeżeli nie ustami, to wzrokiem, a młodzi bez użycia słów tak wiele powiedziéć sobie potrafią.
Powtórzył zapytanie.
— W kłopocie jestem — odrzekł Adaś — jak mam na to szanownemu panu odpowiedziéć.
— A to dlaczego?
— Nie znam się na tem.
— No, proszę... to dziwne.
— Owszem, zupełnie naturalne. Jestem młody i zdrów, co jem to mi smakuje, bez względu czy to chleb suchy, czy jaka zbytkowna i wykwintna potrawa. Na studyowanie gastronomii, ani czasu, ani sposobności nie miałem.
— Aha, oddasz się więc pan tej sztuce w przyszłości?
— Nie wiem, przyszłości nie przesądzam, ale zdaje mi się, że nie.
— Nie?
— Zawód, któremu poświęcić się pragnę, nie daje wiele swobodnego czasu; kto mu się odda pozostać musi jego niewolnikiem na zawsze.
— Do chwili otrzymania patentu przynajmniej.
— Wcale nie; nauka nie kończy się z chwilą otrzymania dyplomu i w ogóle nie kończy się nigdy.
— Pysznie pan deklamuje.
— Do tego nie mam talentu, odpowiadam tylko na pytania i mówię co myślę.
— Mieczysławie „post pisces” — odezwał się pan Hieronim — już ci raz powiedziałem, że dysputy na nic się nie zdały. Oto masz wino, dobre wino; pozwól będę podczaszym, naleję kieliszki, ty zaś, jako człowiek światowy i uczony wznoś toasty i powiedz coś takiego... już wiesz... uczyć cię przecież nie potrzebuję.
Mały człowieczek uśmiechnął się.
— Masz słuszność — odrzekł. — Wnoszę pierwszy toast, na cześć szanownego i kochanego gospodarza, który zgromadził nas tu przy wspólnym stole w dniu tak dla wszystkich uroczystym. Za zdrowie pana Ludwika!
Wszyscy powstali i trącili swe kieliszki o kieliszek niewidomego. Pan Ludwik dziękował, chciał coś odpowiedziéć, ale mały człowieczek do słowa przyjść mu nie dał.
— Panowie! — zawołał, nalewając kieliszki — dwa toasty odrazu. Jeden za zdrowie gosposi, która z taką umiejętnością, powiem nawet z takiem talentem dogadza naszym podniebieniom... a drugi na cześć młodości, urody, wdzięków, jaśniejących blaskami wiosny, na cześć najpiękniejszego kwiatka całej okolicy... mało powiedziane! całego kraju! wnoszę toast na cześć panny Anieli!
Zerwał się z krzesła i chciał przejść naokoło stołu, ażeby zbliżyć się do Anielci i dopełnić toast jakimś komplementem, lecz zawadził nogą o krzesło i upadł na podłogę. Adaś najbliżej siedzący zerwał się i pomógł powstać niefortunnemu adonisowi. Ten zamiast podziękować, obraził się.
— Dajże pan pokój — rzekł — jeszcze o swoich siłach wstać mogę.
Pan Ludwik usłyszawszy łoskot, zaniepokojony zapytał co się stało.
— Bagatelka — odezwał się pan Hieronim — pan Mieczysław potknął się i upadł. Nic mu złego nie będzie.
Wypadek ten acz drobny, zepsuł jednak humor biesiadnikom. Kaliński, który do pana Hieronima czuł urazę, a Winterbluma cierpiéć nie mógł, radby jak najprędzej wracać do domu, pani Józefa, dość przesądna, poczytywała upadek za złą wróżbę, Anielcia tylko miała wielką ochotę śmiać się.
Mały człowieczek całą złość swoją na Adasiu chciał wywrzéć. Spierał się z nim, i dysputował o różnych kwestyach. W tej szermierce pan Mieczysław unosił się i zapalał. Adaś zachowywał się poważnie i z godnością.
Kiedy wstano od stołu, pan Mieczysław zbliżył się do gospodarza domu, odprowadził go na bok i półgłosem rzekł:
— Badałem tego młodego człowieka, rozmyślnie wyciągałem go na rozmowę, aby się przekonać, co to za jeden.
— I cóż?
— Smutne wnioski, panie Ludwiku, bardzo smutne.
— Nie podobał się panu!
— Nie... otwarcie to panu powiadam, wcale mi do gustu nie przypadł. Pan nie słuchałeś uważnie mojej z nim rozmowy, a ja naumyślnie wszczynałem kwestye zasadnicze. Chciał się wykręcać, zbyć mnie, jak to mówią, ni tem ni owem, ale ze mną sprawa nie tak łatwa. Przyparłem go do muru, musiał powiedziéć co myśli.
— I...
— Przewrócona głowa, nabita najzgubniejszemi teoryami, krótko ci panie Ludwiku powiem, to po prostu jest jakiś nihilista, którego nie radziłbym ci w domu swoim przyjmować.
— Nie spodziewałem się tego po nim. Gniazdo z którego pochodzi dobre jest.
— At, cóż tam gniazdo! może ono zresztą być bardzo dobre, temu nie mam prawa zaprzeczać, ale ptaszek licha wart. Niech go nie znam. Mówiłem panu, że cała dzisiejsza młodzież jest taka, nie chciałeś wierzyć, tymczasem znalazł się zaraz żywy dowód.
— Może za surowo go pan sądzisz.
— Ha! ha! za surowo? Przeciwnie, zdobywam się na najwyższą pobłażliwość, radbym go nawet zwrócić na dobrą drogę, ale zdaje mi się, że nadaremną byłaby wszelka praca w tym celu podjęta. Jest niesłychanie zarozumiały i uparty. Zdaje mu się, że posiadł mądrość całego świata i że wszystko co powiedziéć raczy, powinno być uważane za wyrocznię. Powtarzam moją dobrą i życzliwą radę, panie Ludwiku, nie znęcaj go do swego domu. Taki człowiek jak on wiele złego może zrobić. Rozumiesz pan przecie, że własnego celu w tem nie mam. Moje przekonania są ustalone i nic ich nie wzruszy, a dysputować lubię, ale jest ktoś, komu by jego teorye mogły w główce przewrócić a tej główki szkoda.
— O Anielci pan mówisz?
— Tak... o kimżeby jak nie o niej?
I znów pochylił się do pana Ludwika i szeptał.
Podczas tej rozmowy Adaś zbliżył się do panny Anieli.
— Spodziewałem się — rzekł — że ujrzę panią w Warszawie, że przyjedzie pani z ojcem.
— Niestety, nie mogłam, nie udało mi się.
— A ja myślałem o tem codziennie... byłbym przewodnikiem, zaprowadziłbym państwa wszędzie, a po operacyi pilnowałbym ojca pani.
— Dziękuję serdecznie... wybieram się ciągle.
— A dlaczegóż przyjazd tak się opóźnia?
— Są przeszkody.
— Trzeba je usunąć.
— Nie zawsze można.
— Jeżeli kto ma silną wolę, a zdaje się, że tej pani nie brak.
Anielcia zarumieniła się.
— Zawstydzasz mnie pan — rzekła — właśnie brak silnej woli z mej strony jest przyczyną, że ojciec mój dotychczas znosi swoje ciężkie kalectwo.
Mówiąc to zarumieniła się, wstyd jej było, że nie zwalczyła przeszkód, że nie zdobyła się na tyle silnej woli i energii, ażeby ojca z pod wpływu obcego człowieka wyzwolić. A doszło już do tego, że ten obcy, tak na pozór cichy i spokojny człowieczek, całym Magdzinem rządził. Wszystko działo się według jego woli. Nie objawiał jej wprawdzie głośno, nie manifestował na zewnątrz, jednak wszyscy domownicy wiedzieli, że on tu jest jedynym i absolutnym panem. O najmniejszą rzecz zasięgano jego rady, która właściwie była rozkazem. Pan Hieronim był tych rozkazów najposłuszniejszym wykonawcą, a sam dziedzic nicby nie przedsięwziął bez porady nowego przyjaciela. Kalińskiego prawie zupełnie odsunięto, pozwolono mu wegetować w lesie i patrzano krzywo, gdy się na folwarku pokazał. Bolał nad tem stary oficyalista, tyloletni nie sługa, lecz przyjaciel domu, ubolewał, wzdychał, lecz nic nie mówił.
Ma się rozumiéć, że o wyjeździe pana Ludwika na czas dłuższy, o kuracyi, bez rady, a właściwie bez zezwolenia przyjaciela, mowy być nie mogło, a przyjaciel ów kilkakrotnie dał się słyszéć ze zdaniem, że byłoby czynem barbarzyńskim i nieludzkim dla rezultatów wątpliwych, a nawet zgoła niepewnych, narażać człowieka na straszliwe cierpienia. Pan Ludwik akceptował to zdanie, a choćby nawet sądził inaczej, to nie mógłby posłuchać głosu przekonania własnego. Był w niewoli. Funduszów żadnych w ręku nie miał... a gdyby o nie poprosił, potrafionoby mu wytłomaczyć, że kassa folwarku pusta, kazanoby mu czekać i czekać bez końca.
Anielcia wiedziała o tych przeszkodach doskonale, ale postanowiła nieodwołalnie je zwalczyć. W jaki sposób to uczyni, jak postąpi nie wiedziała jeszcze, ale... postanowiła i ażeby się nie módz już cofnąć, wyciągnęła rękę do Adasia i rzekła:
— Przyrzekam panu, że najdalej za dwa miesiące będę w Warszawie z ojcem.
Na twarzy młodego człowieka ukazał się rumieniec radości.
— Wszak pozwoli mi pani — rzekł — być waszym przewodnikiem i opiekunem. Zaufania we mnie położonego nie zdradzę.
Skinęła tylko główką, gdyż pan Winterblum zbliżył się i dalszej rozmowie przeszkodził.
Był zły, bolało go, że Adaś rozmawia z Anielcią, że z oczu jej padają na niego przychylne spojrzenia. Dzieweczkę tę uważał już za swoją, zazdrosny o nią był.
Aż do chwili odjazdu Kalińskich nie odstępował Anielci, chodził za nią jak cień, zanudzał ją swoją rozmową. Dawała mu poznać, że wcale jej to nadskakiwanie nie uszczęśliwia, udał że nie rozumie; chroniła się do innych pokoi, czatował przy drzwiach dopóki nie wróciła.
Nareszcie doczekał się upragnionej chwili, w której Kaliński z Adasiem, pożegnawszy towarzystwo, opuścili Magdzin, Anielcia uścisnęła serdecznie rękę młodego człowieka i szepnęła mu:
— Do widzenia!
Zaraz po odjeździe Kalińskich, udał się pan Winterblum do pokoju pana Ludwika i do późnej nocy z nim konferował. Postanowił nie zwłóczyć dłużej i wprost do rzeczy przystąpił. Mówił o przyjaźni niewzruszonej, wiernej, o przywiązaniu do Anielci, słowem oświadczył się. Zagadnięty pan Ludwik nie wiedział na razie co odpowiedziéć. Wywijał się z trudnością, nie mogąc się zdobyć na stanowczą odpowiedź, a przyjaciel nalegał, przedstawiał przyszłość Anielci w najświetniejszych barwach, obiecywał zapisy majątkowe, zabezpieczenie losu... złote góry.
— I już, drogi panie Ludwiku — szeptał głosem słodziutkim — z chwilą, gdy w moje ręce los jedynego dziecka złożysz, możesz spać spokojnie, przekonany, że nic mu do szczęścia nie brakuje. Wierzysz mi chyba, że bezinteresowny jestem, żadnego posagu nie żądam, mówić nawet o tem niechcę. Co, nie wymawiając, pożyczyłem na Magdzin, to niech do jakiego czasu, choćby nawet do najdłuższego, wisi. Możesz mi pan procent płacić lub nie płacić, jak twoja wola. Ja nie upomnę się, ani mnie to wiele nie obchodzi. Zamożny jestem, żyć mam z czego, żonę otoczę komfortem, wygodami, panią będzie... a po mojej śmierci zabierze wszystko co mam. Odpowiedz, panie Ludwiku, decyduj się, bo...
— Zaskoczony jestem tak nagle, czasu do namysłu żądam.
— Bój się Boga, człowiecze! Gdybyś w moje serce mógł spojrzyć... co się w niem dzieje! Ja tę dziewczynę kocham, szaleję za nią, żyć bez niej nie mogę. Panie Ludwiku... miej litość, w niepewności nie trzymaj mnie dłużej! Jeżeli to nie odpowiada twoim widokom, powiedz odrazu. Wolę być zmiażdżony jednem uderzeniem, aniżeli żyć tak jak żyję...
Pod wpływem takich gorących prośb i natarczywych nalegań, pan Ludwik odpowiedział w kilku słowach, że w zasadzie przeciwko związkowi temu nic nie ma, ale woli córki krępować nie będzie.
— Niech ona sama o losie swoim decyduje, ale nie zaraz, nie zaraz... Anielcia to dziecko jeszcze, czekać trzeba, nie nalegać, nie spieszyć.
Winterblum udał się na spoczynek, lecz spać nie mógł, trawiła go gorączka wewnętrzna, dręczył niepokój.
Przygryzał wązkie usta i mruczał sam do siebie:
— Zwłóczyć... czekać, na co? I ty, i córeczka twoja jesteście w moich rękach, na łasce i niełasce. Bez chleba, z torbami oboje pójść możecie, jeśli mnie się podoba. Łaskę im chcę wyświadczyć, a oni czekać mi każą!


VIII.

Kaliński bardzo był zadumany, jakaś troska gniotła mu barki, marszczyła czoło.
Wyjeżdżał kilkakrotnie na dni parę, powracał i znowuż odpocząwszy zaledwie, kazał konia do wózka zaprzęgać i wlókł się dalej, od miasteczka do miasteczka.
Widocznie jednak robił te drogi napróżno, bo wciąż był smutny i przygnębiony.
Dnia jednego wreszcie dowlókł się do mieściny małej, brudnej, biednej, w zapadłej okolicy, wśród lasów. Na środku rynku tej mieściny stało wielkie domisko drewniane, z pokrzywionemi ścianami i dachem zapadłym. Wielkie wrota świadczyły, że budowlę tę niegdyś jako oberżę dla wygody podróżnych postawiono. Niegdyś, kiedy jeszcze koleje żelazne nie istniały i ruch na gościńcu bywał znaczny. Wtedy i oberża wrzała życiem, dziś nikt do niej nie zajrzy. Kury gdaczą na pustych żłobach, wróble po stajni fruwają.
Kaliński wprost w otwarte wrota zajechał.
Usłyszawszy turkot, z izby której drzwi wychodziły do stajni, wyjrzał żyd, stary bardzo, z brodą długą, białą i ciekawie przypatrywał się przybyłemu.
— Nie poznaliście mnie, Manasse? — zapytał Kaliński.
Żyd oczy znowuż przymrużył.
— Mało co widzę — odrzekł — pana dobrodzieja, oczy już nie służą, ale głos pański ja już kiedyś słyszałem.
— Kaliński jestem.
— Kaliński, Kaliński — odrzekł żyd czoło marszcząc — ah! już wiem... pan dawno nasze strony opuścił...
— Za chlebem.
— No tak, tak... co pana tu przypędziło? do krewnych zapewne w odwiedziny... pan ma przecież krewnych w tych stronach.
— Mam, ale nie do nich dążę.
— Do kogóż więc?
— Do was umyślnie, mój Manasse.
— Do mnie? Ja się dziwię. Teraz do mnie już nikt nie zagląda. Zapomnieli ludzie, że stary Manasse żyje na świecie. No, a skoro pan do mnie, to proszę do izby. Ile lat ja pana nie widziałem, ile lat!
— Czas bieży.
— To prawda, panie. On bieży jak woda w rzece, przewija jak wiatr w polu i zabiera nam po trochu młodość, zdrowie, siły... bierze to jak swoje, po odrobinie, po kawałku... wciąż bierze.
— Cóż robić? — odrzekł z westchnieniem Kaliński.
— Ma się rozumiéć, co robić? Nic nie robić. Ten porządek od Pana Boga jest, a co od Boga jest to musi być tak jak jest — i nie odmieni się w niczem. Racz pan do izby wejść.
Kaliński wszedł do stancyi ubogiej i brudnej; umeblowanie jej składało się ze stołu sosnowego, kilku krzeseł i szafki oszklonej, pełnej ogromnych książek. W kącie stało łóżko, a z pułapu zwieszał się na grubym sznurze świecznik mosiężny, staroświecki, ozdobiony podobiznami jakichś ptaków drapieżnych. W jednem z ramion świecznika zatknięta była krzywo cienka świeczka łojowa.
Stół przykryty był serwetą, prawdopodobnie niegdyś czerwoną, lecz tak już wypłowiałą, że gdzieniegdzie tylko ślady tej czerwoności znać było, na serwecie leżała księga otwarta, ogromna, wielkie okulary w mosiężnej oprawie i tabakierka. Mieszkaniec tej izby widocznie całe dnie nad tą księgą przepędzał, gdyż karty jej od ciągłego przewracania były mocno zniszczone po rogach.
— Niech pan dobrodziej siada — rzekł żyd — bardzo proszę. Już ja mam teraz widno w oczach, pamięć moja obudziła się, wiem jakiego mam gościa. Siądź pan, bardzo proszę. Czem służyć? Niewiele tu jest w mojej oberży i w domu niewiele, ale przecie coś się znajdzie. Pan zapewne zdrożony i głodny.
— Nie, i zasiadać tu na długo nie mogę, bo przyjechałem do was za interesem, Manasse.
Żyd brodę pogładził.
— Nu, ja o tem wiem dobrze.
— Zkąd wiecie?
— Ha... alboż bez interesu przyjeżdża kto do żyda? My na to jesteśmy, żebyśmy interesa robili... tylko, że jam już stary, wycofałem się ze wszystkiego... teraz już nic nie robię.
— To mnie bardzo martwi, bo interes dla którego przybyłem jest ważny...
— Czy ja powiedziałem panu, że go nie zrobię?
— A no, mówiliście, że...
— Tak, nie robię, ale to nie znaczy, że nie zrobię. Usłyszę czego pan żąda.
— Widzicie — zaczął Kaliński...
— Po co taki pośpiech, mamy czas. Pański koń zmęczony, trzeba mu dać wypoczynek; mamy czas, panie Kaliński, ja już mam teraz całkiem jasno w oczach, moja pamięć obudziła się całkiem... już wiem jakiego mam gościa. Od pańskiego ojca miałem duży zarobek, od pańskich krewnych zawsze dobre słowo... a ile temu lat? Pięćdziesiąt lat. Dużo zmiany zrobiło się na świecie; gdzie kto siedział to już nie siedzi... kto handlował już nie handluje. Zmiana, całkiem zmiana, inny świat. Przy moich oczach, to już z wnuków porobili się dziadki, z bachurów stateczne kupcy i nabożniki. Co było czarne dziś białe... ale ilu tych co byli wcale nie ma!? Człowiek może dużo pamiętać i ja dużo pamiętam, ale nie odrazu sobie przypominam. O panu teraz już wszystko przypomniałem. Wszystko mam przed oczami.
Stary wyszedł do drugiej izby i szepnął kilka słów żydówce. Po chwili ta przyniosła rybę na talerzu i butelkę miodu.
Manasse zapraszał.
— Niech mi pan honor ten zrobi, bardzo proszę, niech pan się posili, interes później. Gdzie pan teraz mieszka? czy zawsze w Magdzinie?
— Tak.
— Znam Magdzin... tam bardzo nieszczęśliwy dziedzic jest, szkoda go, bo dobry człowiek. Ja słyszałem od przejezdnych żydków, że jego jakiś krewniak dobrze skubie i to też słyszałem, że tam teraz jeszcze jakiś pan jest i nietutejszy, bo go nikt przedtem w tych stronach nie widział... pewnie zagraniczny... i to słyszałem, że ten pan dużą sumę zahypotekował na Magdzinie, że jednego żydka spłacił, żeby sam był pierwszy. Podobno to jakiś dziwny człowiek. Powiadają nasi, że z niego słowa nie można wydobyć; nic nie powie i nic o nim dowiedziéć się nie można, bo go nikt tutaj nie zna. Mówił jeden żyd, że ten pan, z owym krewniakiem chcą Magdziński las sprzedać. Ten żyd ma chęć kupić w współce, on się mnie radził czy to można zrobić.
— I cóżeście mu powiedzieli?
— Jakto co? co można było powiedziéć? Kazałem mu ostrożnym być, on też jest ostrożny, on czeka i wspólnicy czekają. Idą na zwłokę, targują się, postępują w cenie po trochu, a jak widzą, że już blizka zgoda, to dają nowy warunek. Nie puszczają interesu, ale go i nie kończą. Po żydowsku... a czas idzie.
— Kiedy tak wiecie dużo, to wiedzcież już wszystko, bo interes w którym tu przybyłem jest z tamtemi w związku.
Kaliński zniżonym głosem opowiedział o niewoli pana Ludwika, pozbawieniu go wszelkich funduszów, o nadziejach Anielci, o konieczności ratunku i zakończył rzecz temi słowy:
— Teraz właśnie trafia się dobra, a może i jedyna sposobność... bo ów krewniak i ten obcy wyjechali na parę tygodni z Magdzina, to też jeżdżę już od kilku dni, szukam na wszystkie strony pieniędzy, ale mnie, oficyaliście biednemu żydzi dać nie chcą, a rozumiecie, że prawdy im też nie mogę powiedziéć. W was moja ostatnia nadzieja, Manasse...
Żyd uśmiechnął się.
— Ja wiem — rzekł — że pan od naszych żydków nic nie dostanie. Oni teraz mają nową modę, oni są mądrzy, bardzo mądrzy, dają tylko na hypotekę, na zboże lub na towar — i często tracą. My dawniej dawaliśmy też trochę i na uczciwość i rzadko kiedy nam przepadło. Oni się z tego śmieją, oni chcą być od nas starych mądrzejsi.
Zamyślił się żyd... patrzył na sufit, po stole bębnił palcami, wzdychał.
— I cóż Manasse? — zapytał z niepokojem Kaliński — jakże będzie?
— Ja, proszę pana, pieniędzy tylko trochę mam, a ta trocha tyle znaczy co i nic... Panu trzeba sporo.
— Więc nie dacie?
— Czy ja powiedziałem, że nie dam? Ja tego nie powiedziałem. Ja się postaram. Panu trzeba przynajmniej tysiąc rubli na taki interes.
— Zapewne.
— Według mego pomiarkowania, tak. Ja wieczorem do szkoły pójdę, tam wszyscy będą, powiem, że potrzebuję na dobry interes. Mnie wierzą. Pan musi zapłacić procent, nawet duży procent, ale pan będzie miał. Ja się im nie potrzebuję tłomaczyć na co chcę, to mój sekret. Ja wiem, że mnie Magdziński dziedzic wszystko odda. Bądź pan dobrej myśli, panie Kaliński.
Stary Manasse dotrzymał słowa, a nazajutrz skoro świt Kaliński dążył już do Magdzina. Jechał dla skrócenia drogi manowcami, przez znane mu dobrze dróżki leśne i przed wieczorem stanął w Magdzinie. Przybycie jego nie zdziwiło nikogo, gdyż zazwyczaj podczas nieobecności pana Hieronima doglądał folwarku.
Anielcia zobaczywszy przybyłego, oczekiwała go w ganku z niepokojem najwyższym. Serce jej uderzało przyspieszonem tętnem, zaledwie oddychać mogła.
— Chodź pan prędzej — szepnęła gdy wszedł — ciocia na folwarku, ojciec drzemie, możemy mówić swobodnie. Z czem powracasz? jedyny nasz przyjacielu.
— Wszystko dobrze dotychczas... pieniądze mamy.
— O dzięki Bogu, że mnie wy słuchał! — zawołała, ręce składając — tak gorąco modliłam się o to!... dzięki Bogu!
— Cóż będzie teraz? — zapytał Kaliński.
— Jakto co? Wyjedziemy z ojcem jak najprędzej, jutro...
— A czy zechce?
Dziewczyna uśmiechnęła się.
— Zechce — odrzekła — ja już obmyśliłam plan.
— Jaki?
— To mój sekret.
— Nie powierzysz mi go pani?
— Ah! cóż ja robić mam biedna? Kłamać będę... kłamać, kłamać i kłamać. To grzech, ja wiem, ale mi Bóg przebaczy... Prawda, panie Kaliński?... przecież ja chcę tylko ojca ratować.
— Ha... jeżeli nie ma innego środka.
— Nie ma, ja wiem, ja obmyśliłam już. Zostaw mi pan to i nie odjeżdżaj już dziś do domu. Przekonasz się pan, że jutro ojczulek pana wezwie i o konie do kolei poprosi. Ja mu powiem, że mam trochę oszczędności swoich, że wuj Hieronim na wszelki wypadek zostawił. Kłamać będę.
— Niech ci Bóg dopomaga, panno Anielo, ratuj ojca, bo inaczej źle będzie i z nim i z tobą.
Uścisnął ją za rękę i wyszedł.
W godzinę później Anielcia zapukała do drzwi gabinetu ojca.
— Czy można? — spytała.
— Chodź, chodź, moje dziecko, właśnie myślałem o tobie.
Weszła, objęła ojca pieszczotliwie za szyję i rzekła:
— Więc ojczulek zawsze o mnie myśli, pomimo że nie mogę zdobyć się na sympatyę dla pana Mieczysława?
— Za co ty go nienawidzisz?
— Nie, ojcze, ja nie nienawidzę go, nawet mu źle nie życzę, ale poprostu jest mi niemiły. Nudny, brzydki...
— Uroda nie stanowi szczęścia. Ja to znów tak się przyzwyczaiłem do niego, że gdy wyjechał, smutno mi jest...
Anielcia zarumieniła się. Wzięła do ręki poprzednio już przygotowany list i podała ojcu, mówiąc:
— Niech się ojczulek pocieszy, przywieziono właśnie z poczty list, zapewne od niego.
Pan Ludwik rzekł z ożywieniem:
— Przeczytaj-że, Anielciu, co pisze poczciwy mój przyjaciel?
Otworzyła czystą kopertę, w której znajdowała się niezapisana ćwiartka papieru, i zaczęła niby to czytać:
— „Kochany panie Ludwiku!” Przepraszam ojczulka, ale muszę pójść do okna, pismo jest bardzo niewyraźne, prawdziwe hieroglify... „Kochany panie Ludwiku! jestem w Warszawie... bardzo ważne interesa mnie tu na dłużej zatrzymają, a ponieważ...” coś tak nabazgrane, że przeczytać niesposób... „ponieważ bardzo mi jest smutno, tak smutno bez państwa, więc proszę, aby pan z panną Anielą raczył przyjechać”...
— Co?
— No, żeby ojczulek raczył przyjechać z panną Anielą, czyli ze mną, bo, pisze dalej pan Mieczysław: „bardzo jestem stęskniony...” On jest stęskniony, proszę!
— A! moje dziecko...
— Ja bo za nim wcale nie tęsknię. Dalej łączy bardzo piękne ukłony i nadmienia, że oczekuje nas z wielką niecierpliwością, oraz że cieszy się nadzieją, iż w naszem towarzystwie będzie przepędzał czas znakomicie. Oto wszystko.
— Widzisz jak to poczciwie z jego strony, że sobie o nas przypomniał, jak on rzeczywiście życzliwy jest dla nas! Nieoceniony przyjaciel. Trzebaby, Anielciu, zastosować się do jego prośby.
— I jechać?...
— Naturalnie. Ciekawym, dlaczegoby nie? Jechać i to jak najprędzej.
— Zdaje mi się, że ojczulek robi temu panu zawiele honoru.
— Anielciu! — rzekł niewidomy tonem wymówki — mówisz doprawdy jak rozkapryszone dziecko; czyż nie wolno mi miéć przyjaciela? Właśnie zrobię to o co prosi i pojadę, a ty towarzyszyć mi będziesz. Zobaczysz miasto, rozweselisz się, rozerwiesz. Chciałbym jutro wyjechać, Anielciu.
— To przecież od woli ojca zależy.
— Pójdź, moje dziecko, do cioci i dowiedz się, jak stoimy z kasą.
— Niepotrzeba. Wuj Hieronim trochę mi zostawił, odjeżdżając, a ja mam także swoje oszczędności, nie zabraknie nam.
— Tem lepiej. Urządź więc kochaneczku ten wyjazd i bądź gotowa na jutro do drogi. Kalińskiego mi też przyślij, chcę się z nim rozmówić, bo do czasu powrotu wuja Hieronima on tu na gospodarstwie zostanie.
Dziewczyna uszczęśliwiona pobiegła do Kalińskiego, który na nią oczekiwał, i opowiedziała mu wszystko.
— Kłamałam, panie — rzekła — szkaradnie kłamałam, ale Bóg mi ten grzech przebaczy. I pan także kłamać musisz. Gdy oni wrócą, powiesz że ojciec wyjechał ze mną do krewnych, daleko, bardzo daleko, do Galicyi... że adresu nie zostawił... że obiecał wrócić niedługo. Nie domyślą się, gdzie jesteśmy.
Cały dom poruszony został z powodu niespodzianego wyjazdu. Ciotka z Anielcią układały rozmaite fatałaszki do waliz, a stangret z wieczora wyszykował powóz, którym pan Ludwik z córką, raniutko nazajutrz, miał do stacyi kolei wyjechać.
Kaliński wysłał do Adasia depeszę, żeby na dworcu oczekiwał.
Wczesnym rankiem pan Ludwik z córką opuścili Magdzin, a w dwa dni później, ekstrapocztą, pan Hieronim z przyjacielem swoim nadjechał.


IX.

Zielona, malowana bryczka pocztowa zatoczyła się przed dwór magdziński; pan Mieczysław i pan Hieronim wysiedli z niej, ale nikt na ich powitanie nie wyszedł. Ciotka Anielci była na folwarku zajęta gospodarstwem, Kaliński do miasteczka za sprawunkami wyjechał i dopiero nad wieczorem miał wrócić.
Pan Mieczysław dość długo do drzwi kołatał, aż wreszcie dziewczyna w kuchni, usłyszawszy łomotanie, pobiegła mu otworzyć.
— Cóż to, pomarli wszyscy w domu?! — zapytał Winterblum.
— Niechże Bóg broni — odrzekła — żyją i w dobrem zdrowiu są.
— Gdzież pan?
— Pana niema.
— Niema?
— Pojechał wczoraj rano.
— Dokąd?
— Albo ja wiem? Pewnie do kolei, a od kolei Bóg go raczy wiedziéć, w świat...
— Co ty pleciesz? Przecież sam pojechać nie mógł, musiał go ktoś odprowadzić.
— Panienka pojechała z panem.
— Nie może być, na długo?
— Zkąd ja to mam wiedziéć? Pojechali i dość. Mnie nie opowiadali się, poco jadą.
— Gdzież jest starsza pani?
— W folwarku, niedługo tu przyjdzie.
— A któż rządzi?
— Pan Kaliński.
— Zawołajże zaraz pana Kalińskiego, moje dziecko.
— Nie zawołam, bo go niema.
— Jakto? pana Kalińskiego niema, czy i ten także wojażuje? Koniec świata, doprawdy!
— Pan Kaliński jest w mieście; maszyna się popsuła, musiał jechać dopasować tryby, czy coś takiego. Fornal Antek powiadał, bo ja tam do tego nie mam nic i o niczem nie wiem.
— Co o tem myślisz, panie Hieronimie? — zapytał mały człowieczek, po odejściu dziewczyny.
Pan Hieronim wąsami ruszył.
— Nic nie myślę — odrzekł — pewnie pojechali gdzie w sąsiedztwo, albo do miasteczka.
— Do kolei.
— To chyba na krótko, przecież Ludwik nie miał zamiaru.
— Nie rozumiem, co to znaczy.
Dopytywał ciotki, ale ta, informowana przez Anielcię, nie wiedziała prawdy. Powiedziano jej tylko, że wyjeżdżają do Galicyi do krewnych i że niedługo tam zabawiwszy, powrócą.
I ciotka Anielci i pan Hieronim wiedzieli, że pan Ludwik rzeczywiście krewnych w Galicyi ma, że jednak nie utrzymywał z nimi nawet listowych relacyj, przeto wyjazd ten obojgu im dość dziwnym się wydawał.
Winterblum nie kładł się spać, postanowił czekać na powrót Kalińskiego i polecił służbie, aby mu dano znać natychmiast, kiedy przyjedzie.
Późno już w nocy zdrożony i zmęczony Kaliński powrócił. Ledwie z bryczki zsiadł, Winterblum już był przy nim.
— Witam z podróży — rzekł — bardzo mi przyjemnie! Używał pan sobie rekreacyi, korzystając z nieobecności pana...
— Nie korzystałem z nieobecności, jeździłem za interesami folwarku.
— Znamy my się na takich interesach!
— Być może, w każdym razie nie widzę najmniejszej zasady tłomaczyć się przed panem z moich postępków.
— Proszę! czy tak?
— Zapewne. Nie jesteś pan właścicielem majątku, ani ja pańskim oficyalistą. Z czynności rachunek zdam memu chlebodawcy, ale nie jego gościom... może niepożądanym i nieproszonym...
Pan Mieczysław uśmiechnął się szydersko.
— Doprawdy — rzekł — nie wiedziałem, że w okolicy tej panowie oficyaliści miewają wybryki złego humoru; gdzieindziej to się niepraktykuje.
— Zwracam uwagę, że oficyalistą pańskim nie jestem i zarazem mam zaszczyt pożegnać pana.
— Proszę! a może raczysz pan przyjść do pana Hieronima, do kancelaryi, może pan uznasz, że pan Hieronim ma niejakie prawo zadać panu kilka pytań...
— To co innego, pan Hieronim w nieobecności właściciela prawo takie ma.
— Więc proszę pofatygować się do niego.
Kaliński rozśmiał się na głos.
— Trzeba było odrazu powiedziéć — rzekł — że pan Hieronim przysłał szanownego pana po mnie... bylibyśmy uniknęli konieczności niemiłych wyjaśnień. Proszę oświadczyć panu Hieronimowi, że za kwadrans przyjdę.
Winterblum pobiegł do przyjaciela swego, wściekły ze złości. W urywanych wyrazach opowiedział mu całą scenę i zakończył temi słowy:
— Ceremonii z nim nie rób... wypędź odrazu na cztery wiatry! Niech się zaraz wynosi ztąd, zaraz, natychmiast! Nie pozwolisz chyba, żebym miał znosić impertynencye od jakiegoś ekonoma.
Pan Hieronim brwi zmarszczył i po namyśle rzekł:
— No, no, co się dzieje, co się dzieje! Zkąd w tobie taka gorączka, a przecież chwalisz się, że masz zawsze zimną krew i rozwagę.
— Mam, ale w tym razie nie! Obrazy honoru nie zniosę.
— Mieciu kochany, przypomnij sobie... nie takie obrazy znosiłeś i przyjmowałeś je z filozoficznym spokojem.
— Proszę mi żadnych wymówek nie robić, a tego łotra wypędzić, bo... gotów jestem posunąć się do ostateczności...
— Uspokój się. Ja ci powiadam, że zwłaszcza teraz nietylko go wypędzać, ale nawet zadzierać z nim nie można. Powtarzam zwłaszcza teraz. Coś tu się zrobiło, położenie jest niewyjaśnione. Kaliński jeden prawdę może wiedziéć i jestem prawie pewny, że wie, a przytem on wogóle dużo wie, nawet zadużo, chociaż tego nie pokazuje po sobie. Drażnić go tedy nie radzę. Przeciwnie, łagodzić raczej trzeba. Złością i gniewem nie zajedziemy daleko... ja ci to mówię, ja prędki, ja gorączka... Znasz mnie i wierzysz zapewne, że z przyjemnością pogruchotałbym kości temu mrukowi, a przecież trzymam ręce przy sobie...
W tej chwili wszedł właśnie Kaliński; pan Winterblum cofnął się do okna.
— Życzył pan sobie — rzekł leśniczy — widziéć się zemną? Otóż jestem.
— Proszę bardzo, niech pan usiądzie. Właściwie nie miałem zamiaru niepokoić pana po nocy ale tak się złożyło... pan wyjeżdżał?
— Tak, sprawunki były potrzebne, więc załatwiłem je. Chodzi panu zapewne o rachunek? możemy go zrobić w tej chwili.
— A cóż pilnego? Jutro będziemy mieli na to czas, lub pojutrze, kiedy panu dogodniej. Jakże tam z gospodarstwem? co słychać?
— Wszystko jako tako... nieszczęścia żadnego nie było, klepiemy biedę podawnemu.
— Powiedz mi pan z łaski swojej, zkąd Ludwikowi przyszła myśl wyjazdu?
— Doprawdy nie wiem. W ostatnich czasach rzadko bywałem we dworze, a z panem dziedzicem prawie nie rozmawiałem. Zawołał mnie, zalecił żebym się postarał o pasport dla niego i dla córki, spełniłem to... potem kazał przygotować pakunki, konie i zabrawszy córkę, pojechał. Podobno do Galicyi, gdzie, o ile wiem, ma krewnych...
— Tak; że ma to wiem, ale i to mi też wiadomo, że żadnych z nimi stosunków nie utrzymywał.
— Mnie bo o tem nic nie wiadomo.
— A czy nie wspominał, kiedy zamierza powrócić?
— Nie.
— Zastanawia mnie w tem wszystkiem jedna okoliczność, którą może pan potrafi wyjaśnić. Taka podróż, bądź-co-bądź, pociąga za sobą pewne koszta, a Ludwik przy pieniądzach nie był. Czy sprzedaliście co?
— Byłaby to zapewne najprostsza droga, gdyby o pieniądze chodziło, ale dziedzic wcale tej kwestyi nie wszczynał i wogóle bardzo mało zemną rozmawiał, tyle tylko, że wydał dyspozycye dotyczące wyjazdu i na pożegnanie powiedział mi: „bądź zdrów.”
— Prawdopodobnie pożyczył sobie na drogę?
— Wątpię. Od czasu wyjazdu panów, nie pokazał się tu ani jeden Żyd. Gdyby tak było, jak pan przypuszcza, to ja wiedziałbym coś o tem.
Kaliński mówił to z miną bardzo dobroduszną, a Winterblum, obserwujący go bacznie, nie dostrzegł ani śladu zakłopotania na jego twarzy.
— No, panie Kaliński — rzekł pan Hieronim — zapewne chce pan udać się na spoczynek. Dziękuję za łaskawe objaśnienie i przepraszam najmocniej, żem pana fatygował.
— Nic to nie szkodzi, bo ja również miałem do pana interes i rad będę załatwić go za jedną drogą.
— Proszę pana; o cóż to idzie?
— Widzi pan, ja odjechać muszę i to na dość długo, na jakieś dwa, a może i na trzy tygodnie.
— Czy także do Galicyi?
— O! w inną zupełnie stronę. Doniesiono mi, że spadła na mnie sukcesyjka. Jest-to drobiazg, tysiąc rubli, ale rozumie pan, że dla biednego oficyalisty ma to swoje znaczenie. Otóż proszę o urlop.
— Kiedyż pan ma zamiar wyjechać?
— Jutro, może pojutrze. Naturalnie, że im prędzej, tem lepiej. Ja bałamucić nie będę, załatwię się, o ile możność pozwoli, jak najprędzej.
— Ha, skoro sukcesya, niechże pan jedzie... życzę, abyś ją pan wywindykował bez trudności.
Kaliński skłonił się i wyszedł.
— I cóż myślisz o tym niedźwiedziu? — zapytał pan Hieronim, — czy wierzysz temu co opowiada?
— Nie wiem. Jeżeli jednak kłamie, to, przyznam się, bardzo zręcznie. Opowiadanie jego ma wszelkie pozory prawdy.
— Wierz mu!
— O, zaraz wierzyć! Ja nie jestem tak łatwowierny, jak ci się zdaje, ale w tym razie dowodów rzeczywistego kłamstwa nie mam. Mogę przypuszczać, mogę podejrzywać.
— No, kochany Mieciu, to ja ci powiem, co myślę. On nam nie powiedział ani jednego wyrazu prawdy. On doskonale wie, dokąd się Ludwik udał, on mu w tem dopomógł, on nie otrzymał żadnej sukcesyi i wcale nie po nią jedzie... i on w ostatecznym rezultacie przystawi nam takiego stołka, co się nazywa... a to wszystko z twojej winy.
— Z mojej?
— Spodziewam się, że nie z mojej. Ja miałem plany dobre. Okoliczności postawiły cię na mej drodze. Pokrzyżowałeś mi je.
— W każdym razie nie z twoją krzywdą i nie bez twego udziału.
— Tak, ale należało trzymać się jednego. Celem naszym były pieniądze i gdyby nie twoja głupota, to prędzej czy później doszlibyśmy do rezultatu. Ludwik ufał ci bardziej, niż mnie... bylibyśmy sprzedali las, pozaciągali pożyczki i drapnęli w świat używać owoców swej pracy... ale tobie mało było pieniędzy, zachciałeś miéć jeszcze śliczną żonę.
— Alboż mi nie wolno się żenić?
— Nonsensa mówisz. Jesteś niemłody i brzydki jak nieszczęście.
— O, tylko bardzo proszę!
— No, więc zwracam honor, jesteś piękny, jak młody krokodyl... i z tą fizyognomią płaza wdzięczyłeś się do szesnastoletniej dziewczynki. Rzecz prosta, że cię znienawidziła i zrobiłeś sobie z niej śmiertelnego wroga.
— Cóż mi ona może uczynić?
— Ja nie wiem... bo dopiero teraz kombinuję wszystkie okoliczności, ale to ci powiadam, że wogóle z kobietami wojować niebezpiecznie...
— Powtarzam ci — mówił pan Hieronim, — że z kobietami niebezpieczna wojna i jestem pewny, że w tem, co się dzieje tutaj, główną sprężyną jest moja siostrzeniczka... ta mała, którą chciałeś uszczęśliwić swoim sentymentem.
— Może i uszczęśliwię — odrzekł.
— Dobrze, i owszem, nic przeciwko temu nie mam, tylko że z tego nic nie będzie, mój zakochany panie. I w naszem położeniu nie o romansach myśleć, ale o zabezpieczeniu swoich interesów.
— Jakże? w jaki sposób? To jest położenie! Mam się zabezpieczać, mam obmyślać środki, nie wiedząc co mi grozi i przeciwko czemu mam się bronić?
— Starzejesz się, panie Mieczysławie, starzejesz — szydził pan Hieronim; — straciłeś zupełnie głowę, ty, taki macher, taki geszefciarz. Tylu ludzi umiałeś wyprowadzić w pole, tyle dowcipnie pomyślanych o...
— Za pozwoleniem.
— Mówię: dowcipnie pomyślanych o...peracyj; wyraz ten nie ubliża ci w niczem. Mówię żeś głowę teraz stracił i ubolewam nad tym faktem... ale że ubolewanie niewiele pomoże, więc muszę myśleć za siebie i za ciebie... zakochany młodzieńcze. Jak myślisz, dokąd się Kaliński wybiera? Mówi że po sukcesyą. Śmiej się z tego! on do Ludwika dąży, do pięknej Anielci z raportem, z wiadomościami, może nawet z radą, w każdym razie dobrego ztąd dla nas nic nie wyniknie.
— No, więc zatrzymaj go pod jakim pozorem, nie pozwól mu się ztąd oddalać, przeszkodź.
— Zabawny jesteś! Przecież nie jest małe dziecko. Owszem, nietylko że go nie zatrzymam, ale dam mu konie dworskie, pieniędzy na drogę. Sam go wyprawię, a za nim, ma się rozumieć, kogoś sprytnego, co go śledzić będzie i donosić nam gdzie jest, co robi, z kim rozmawia. Ja znajdę takiego i będziemy poinformowani najdokładniej o wszystkich ruchach swojego nieprzyjaciela. To jedyna droga, innej nie widzę.
Winterblum tarł blade czoło rękami, chodził niespokojnie po izbie, mierzył ją wzdłuż i wszerz, przygryzał wargi, nareszcie zatrzymał się przed panem Hieronimem i rzekł:
— Masz słuszność, obmyśliłeś dobrze i tak też trzeba zrobić. A masz-że człowieka, któremu możnaby zupełnie zaufać?
— Mam, o to bądź spokojny; nietylko takiego niedźwiedzia jak Kaliński, ale najprzebieglejszego lisa wytropi, bo sam jest chytry jak lis. Jest-to Żydek, niejednokrotnie używałem go do różnych czynności, do których potrzeba dużo sprytu, i zawsze wywiązywał się dobrze... Mam nadzieję, że i teraz nie zawiedzie. Ty radziłeś zpoczątku, żeby Kalińskiego zatrzymać, a ja powiadam wprost przeciwnie, że choćby nie miał nawet zamiaru wyjazdu, to go pod jakimkolwiekbądź pozorem wyprawić należało.
— Wyprawić?
— A tak... tak... nieobecność jego dla nas konieczna. Niewiadomo kiedy Ludwik powróci, a tymczasem... tymczasem ja jestem plenipotentem, a ty kapitalistą. Korzystajmy więc z czasu i urządzajmy tranzakcyą. Aha! trafiłem ci nareszcie do przekonania?
— Każdy głos rozsądny do mego przekonania trafia; wiesz, że mam taką naturę.
— Wiem, wiem.
Obadwaj przyjaciele uznali, że trzeba odpocząć, przespać się, sił nabrać, ale sen długo, długo nie sklejał im powiek.
Pan Hieronim przewracał się na łóżku, wzdychał; tamten drugi zaś oddał się bardzo przykrym myślom. Ciągle miał przed oczami Anielcię, wydawała mu się ona jak ptaszek, to znów jak motyl, a zawsze ze skrzydłami. On czaił się do niej, pełzał, podkradał się i gdy zdało mu się, że już, już ma ją pochwycić, frunęła. Wyciągał ręce przed siebie i ogarniała go bezsilna rozpacz. Usiłował nie myśléć o tem, ale myśl niesforna, nieposłuszna, bez ustanku wracała, coraz nowe, a coraz przykrzejsze roztaczając przed nim obrazy. Byli w nich niewidomy ojciec, Kaliński i nienawistny student, wszyscy trzej groźni, nieubłagani a silni. Czemuż nie posiada dość siły, ażeby ich zniweczyć, w proch zetrzéć, unicestwić? Niby to sen, a nie sen; niby jawa, a przecież nie jawa. Coś pośredniego pomiędzy rzeczywistością a marzeniem, stan nieznośny, okropny...
Jest-to rodzaj czyśca, w którym człowiek męczy się i szarpie z widziadłami, marami niedościgłemi, i czuje przytem swoję niemoc i bezsilność. Winterblum czuł się niesłychanie zmęczonym tą walką i na ranem usnął wyczerpany z sił i obudził się dopiero koło południa.
Pan Hieronim, jak zwykle, wcześnie wstał i zaraz udał się na folwark w przekonaniu, że Kalińskiego tam spotka. Jakoż nie zawiódł się.
— Panie kochany — rzekł, podając mu rękę, — właśnie przyszło mi na myśl, żebyś pan konie wziął wyjazdowe. Obecnie nie mają co robić. Niechby się trochę przeleciały, a panu byłoby wygodniej.
— Dziękuję panu — odrzekł Kaliński — na co? Mam swego konika i wózek... chłopiec mnie do stacyi odwiezie, a ztamtąd koleją żelazną.
— Wygodniejby panu było.
— Ja przyzwyczajony... Zresztą jeżeli takie jest pańskie życzenie, mogę konie wziąć.
— Tak, to rozumiem. Nie jesteś pan młodzik już, a bądźcobądź jazda wózkiem męczy.
Kaliński skłonił się w milczeniu i chciał odejść; pan Hieronim zatrzymał go.
— Panie Kaliński — rzekł.
— Co pan rozkaże?
— Nie mam nic do rozkazywania panu. Chciałem tylko... żebyś pan... żebyś pan był ze mną otwartym.
— Nie wiem o jaką otwartość panu dobrodziejowi idzie.
— Pan masz odebrać spadek.
— Tak jest.
— Widzi pan, nie zawsze przychodzi to łatwo.
— Nie przewiduję nadzwyczajnych trudności.
— Tak... ale... no, są koszta, stemple...
— A jakże, są.
— Może więc pan potrzebuje na to pieniędzy? Proszę być szczerym, służyć będę z całą przyjemnością.
— Dziękuję, najuprzejmiej dziękuję, ale nie trzeba.
— Gardzisz pan memi dobremi chęciami?
— A, panie! Przeciwnie, jestem bardzo szczęśliwy z tego, że pan taki dla mnie łaskaw, ale nacóż mam brać, skoro nie potrzebuję.
— Ja chciałem...
— Proszę pana — odrzekł Kaliński, — przecież bez grosza nie jestem, pensyi nie wydaję, więc co nieco się złoży. Nie majątek to, ale na stemple, koszta i na podróż, choćby nawet dłuższą niż ta, którą zamierzam, wystarczy.
Pan Hieronim odszedł... Kaliński zaś rozmyślał nad tem, co za przyczyna wywołać mogła taką czułość?
Na drugi dzień odjechał wygodną bryczką dworską, zaprzężoną w tęgie trzy konie, a za nim w odległości wiorsty drogi podążał mały, ruchliwy Żydek na biedce. Na stacyi kolei, gdy Kaliński bilet kupował, Żydek stanął tuż za nim i w chwilę później kupił bilet do tej samej stacyi.
Jechał w tym samym wagonie i pilnował Kalińskiego jak cień.


X.

Gdyby kto powiedział więźniowi, na wieczne zamknięcie skazanemu: za kilka dni otworzę drzwi twojej ciemnicy, — gdyby kto powiedział mającemu umrzeć: czeka cię życie, — gdyby kto powiedział nieszczęśliwemu: niedola twoja skończona...
Gdyby!... ani jeden, ani drugi, ani trzeci wierzyćby nie chcieli odrazu.
Panu Ludwikowi powiedziano wprost:
— Za trzy tygodnie będziesz widział...
On przeląkł się tego. Zdawało mu się, że to niemożliwe, że go łudzą, że jest przedmiotem żartów.
Jakto? więc w rzeczy samej on mógłby widzieć słońce, świat, drzewa, kwiaty, wodę, to wszystko co jest najpiękniejszego w przyrodzie? Miałyżby się otworzyć oczy jego, od tylu lat zamknięte? Czy to możliwe? czy podobne do osiągnięcia? Po tylu latach! Miałżeby ujrzeć świat i swoje dziecko ukochane, jedyne?
Tak, Anielcia utrzymuje go w tem przekonaniu, przyznaje się otwarcie do podstępu, całuje po rękach, o przebaczenie prosi. Marzyła o tem oddawna, chciała to uczynić, lecz przeszkadzano jej, musiała uciec się do podejścia, w czem jej stary, tak zawsze życzliwy Kaliński dopomógł.
Uwiozła ojca i ślady zatarła za sobą; niech jej teraz szukają opiekunowie i przyjaciele, w tej chwili nie obchodzi ją nic, nie myśli ani o domu, ani o majątku, ani o narzucającym się jej konkurencie, o nikim i o niczem, tylko o ojcu; oddałaby połowę życia za to, żeby mu przywrócić światło, żeby go wyzwolić z mroków nieustannej nocy. To ją jedynie zajmuje, to, i Adaś Kaliński trochę, ale bo też Adasia nie można z innymi ludźmi równać, tak potrafi wlać ducha i nadzieję w nieszczęśliwego kalekę... Jest na każde zawołanie, cichy, nienarzucający się, dyskretny. O sobie nigdy nie mówi, a spojrzenie ma takie dziwnie pociągające i sympatyczne.
Dzień stanowczy się zbliża. Pan Ludwik jest zdecydowany i napozór zupełnie spokojny.
Jeszcze dziś, jutro, a pojutrze tak, albo tak... Światło lub noc nieskończona, aż do grobu. Zapewniają że będzie światło, a Anielcia modli się o to ze łzami. Codzień raniutko wstaje i biegnie do kościoła, a ukląkłszy w kąciku za filarem, ukryta w cieniu, niewidziana przez nikogo i nawzajem nikogo niewidząca, modli się z całą siłą tej czystej, gorącej wiary, która, jak mówi Pismo św., góry przenosi. Niepodobna, żeby taka modlitwa nie została wysłuchana.
Kaliński tymczasem podróż odbywa, ale wcale nie po sukcesyą. Żadne dziedzictwo go nie czeka, nie miał takich krewnych, którzyby co zostawić mu mogli. Po przybyciu do stacyi kolei, zaraz wsiadł do wagonu, a za nim ów wysłany przez pana Hieronima Żydek. Argus ten wywiązywał się ze swego zadania bardzo sprytnie i zaraz z drogi list jeden, a niebawem i drugi wysłał. Ponieważ pan Hieronim, spodziewając się tej korespondencyi, codzień umyślnego na pocztę posyłał, więc wiadomości o Kalińskim dochodziły do Magdzina względnie szybko. Zaraz po odebraniu pierwszych dwóch listów, które jednocześnie przybyły, pan Hieronim zmarszczył czoło i udał się do swego przyjaciela. Winterblum siedział w fotelu zamyślony, znać było że go troska gniecie i niepokój męczy. Przygryzał wargi, a małe jego oczka biegały wciąż niespokojnie.
Zobaczywszy wchodzącego pana Hieronima, trzymającego listy w ręku, zerwał się z krzesła.
— Wiadomość! — zawołał, — dawajże prędzej. Gdzież są? gdzież się ukryli?...
— Kto?
— A no, pan Ludwik, Anielka!
— To nie jest wiadomość o nich, nie mam pojęcia gdzie się znajdują i w jaki sposób można się o tem dowiedzieć.
— Więc?
— To są listy od Żyda, którego wysłałem za Kalińskim, dość interesujące, słowo daję.
— A cóż mnie ten twój Kaliński może obchodzić? Pojechał po sukcesyą, owszem, niech ją sobie odbiera, skoro podróż jego nie daje wskazówki, gdzie tamci są.
— Jednak przeczytaj — rzekł pan Hieronim.
Winterblum przebiegł oczami jeden i drugi list i oddał je panu Hieronimowi.
— I cóż — rzekł tamten, — co o tem myślisz?
— Nic.
— To źle. Powiedz mi, czyś ty w rzeczy samej tak się zakochał na starość, że ci to szaleństwo zdolność myślenia odbiera? Jakto, więc nie przeraża cię sam kierunek podróży, jaką obrał ten intrygant?
— Nie myślałem o tem.
— Ależ, człowieku, on wykupił bilet do Odessy, on jedzie tą samą drogą, którą ty tylokrotnie jeździłeś, on chce zbadać twoję przeszłość, on przeciwko tobie coś knuje.
— Zkądże?
— Ależ to jasne! Cóż u dyabła mógłby mieć za cel? Pocoby jechał tak daleko. Nie, kochanie, powtarzam ci, coś ci się w głowie popsuło.
Pan Mieczysław patrzył na swego towarzysza wystraszonym wzrokiem.
— Być to może — szeptał, — być może, ale cóż robić?
— Rychło pytasz się o to! Trzeba się było zastanowić dawniej... trzeba było kuć żelazo, póki gorące. Tysiące mogliśmy ztąd wziąć, tysiące, ale należało jednego pilnować, nie udawać Adonisa na starość, nie myśleć o dziewczynie, która, między nami powiedziawszy, wnuczką twoją byćby mogła!
Winterblum spuścił głowę na piersi.
— I cóż — mówił nieubłagany wąsacz, — cóż będzie, jeżeli ten rozmaite twoje sprawki wykryje, jeżeli się w dowody zaopatrzy, o co nietrudno? Co będzie? Zresztą mniejsza o ciebie, jak sobie posłałeś, tak się wyśpisz... zemkniesz ztąd i będziesz dalej broił po świecie, ale ja? za co ja mam cierpieć? Szperania Kalińskiego mogą i na mnie rzucić złe światło i uczynić mi pobyt w Magdzinie niemożliwym. Na dyskrecyą Kalińskiego liczyć nie mogę, przeciwnie, wiem że nienawidzi mnie, w łyżce wodyby mnie chętnie utopił. No, więc cóż będzie teraz?
— Cóż będzie? — powtórzył jak echo Winterblum.
Postanowiono czekać dalszych listów. Potwierdziły one w zupełności domysły pana Hieronima. Żydek, który za Kalińskim chodził jak cień, doniósł, że ten, przyjechawszy do Odessy, udał się zaraz do pewnego agenta i przy jego pomocy zbierał wiadomości, odnoszące się do pana Winterbluma.
— Niema co czekać! — zawołał pan Mieczysław zrozpaczony, — trzeba sumę, jaką zdążyłem na Magdzinie zahypotekować, sprzedać natychmiast, sprzedać też zboże jakie jest, konie, bydło co lepsze i, wziąwszy co się da, uciekać.
W tym celu udali się do miasteczka, ale rzecz dziwna, Żydzi, zwykle tak chętni do kupna, tym razem nie mieli najmniejszej ochoty, nie chcieli zawierać kontraktów. Zaledwie po długich certacyach znalazł się jeden amator na paręset korcy i to nie chciał zapłacić wpierw, nim zboże będzie do miasteczka odstawione.
Pan Hieronim wydał dyspozycye, żeby fornale raniuteczko wybrali się ze zbożem, oraz żeby sześć koni wyjazdowych wyprowadzono na jarmark.
Około godziny 8-ej rano, sądząc że polecenie jego zostało spełnione, udał się na folwark. Spichlerz był zamknięty, a konie, na sprzedaż przeznaczone, chrupały spokojnie siano przy żłobach.
— Co to jest! — krzyknął rozgniewany, — gdzie stangret? dlaczego konie jeszcze nie w drodze?
Stangret, czapkę w ręku trzymając, wyszedł przed stajnię.
— Nie słyszałeś to, bałwanie jeden, com ci wczoraj zapowiedział?
— Słyszałem, wielmożny panie.
— Dlaczegóż więc nie spełniłeś rozkazu? Bierz mi zaraz te konie i prowadź na jarmark.
— Niech się wielmożny pan nie obraża i nie gniewa, ale ja tego nie zrobię.
— Co?
— Nie mogę; na mnie odpowiedzialność za konie, na karbowym za zboże; dopóki dziedzic nie powróci, jednego ziarnka ztąd nikt nie weźmie.
— Proszę! któż to tak rozporządził?
— Sam dziedzic, przez pana Kalińskiego.
— Czyś ty oszalał!? — krzyknął pan Hieronim, przyskakując do chłopa, — czy ci się we łbie przewróciło? Nie wiesz kto ja jestem? nie wiesz kto tu od tylu lat rządzi?
— Wiem, wielmożny panie, ale i to wiem także, że kto wczoraj rządził, dziś może nie rządzić, a dziedzic w swojej własności ma prawo tak czynić, jako chce. Niech się wielmożny pan na mnie nie gniewa, bo ja nie sam z siebie mówię, ale tak, jak mam przykazane, jak cała służba ma przykazane.
— Więc to pan Kaliński takie rozkazy wydał?
— Nie pan Kaliński, tylko przez pana Kalińskiego dziedzic. Każdy ma zapowiedziane, co w jakim wypadku czynić, i ma się rozumieć, każdy musi się słuchać.
— Powiedz-że mi, więc to tak szczegółowo macie określone?
— A juści... powiedział pan Kaliński tak: do roboty, jaką pan rządzca zarządzi, macie iść i podług rozkazania spełnić sumiennie.
— Proszę, co za łaska!
— Inwentarz macie obrządzać jako i zawsze, pilnować dobytku i budowli od złodzieja, od ognia i od każdej przygody, żeby się co złego nie stało i żeby nie było żadnej szkody, ani straty. Wywieźć z folwarku do czasu przyjazdu dziedzica nic nie wolno, ani ziarnka zboża, ani słomki, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Z lasu wolno drzewa brać tyle tylko, co na opał, z pnia nie ważyć się rąbać, jeżeli zaś kto z obcych poważyłby się drzewo brać, to całą hurmą iść i bronić, choćby do bójki miało przyjść. Walić a nie dać, po wójta posłać, chłopów ze wsi do pomocy przywołać... jeżeliby zaś...
Pan Hieronim dość już miał, zgrzytnął zębami i pobiegł do swego przyjaciela, wzburzony do najwyższego stopnia, wściekły z gniewu. Porwała go pasya i gotów był tłuc i druzgotać wszystko, co miał przed sobą. Pan Mieczysław, ujrzawszy go w takim stanie, wymknął się chyłkiem do drugiego pokoju, drzwi na klucz za sobą zamknął i obawiając się, aby ich rozgniewany uderzeniem pięści nie wybił, otworzył okno i cichaczem wymknął się do ogrodu.
Pogoda była szkaradna, deszcz padał, grzęzkie błoto przykrywało ścieżki i uliczki, a pan Winterblum... spacerował, ale i w ogrodzie nie czuł się dość bezpiecznym, wyszedł więc na drogę w stronę lasu, z trudnością wyciągając nogi z błota i poślizgując się na gliniastym gruncie.
Karbowy, który do sąsiedniej wioski konno jechał, aż się przeżegnał ze zdumienia, ujrzawszy go na drodze.
— Chryste Jezu! — zawołał, — a pan tu co robi?!
— Cóż mam robić? — odrzekł opryskliwie; — spaceruję sobie, przechadzki używam.
— W taki czas? po takiem błocie! i w deszcz?
— Głowa mnie boli, chciałem się orzeźwić i wyszedłem... ale istotnie teraz przekonywam się, że spacer taki nie jest bardzo przyjemny. Czuję, że mi chłodno, mogę się zaziębić. — Mówiąc to, podniósł kołnierz od paltota i trząsł się jak w febrze.
Chłopu żal się zrobiło tej małej, skurczonej od zimna kreatury.
— Et — rzekł, — do czego to podobne. Niech się oto pan wróci do domu, bo w tych bucikach niedaleko pan zajdzie. Siadać na mego konia i jechać, ja piechotą pójdę do wsi.
To rzekłszy, chłop zsiadł, pomógł panu Mieczysławowi wgramolić się na siodło i radził dla rozgrzewki prędko jechać.
Koń, rad że do stajni wraca, puścił się z miejsca galopem, co jeszcze bardziej utrudniło położenie małego człowieczka. Nie umiejąc jeździć, ani konia opanować, uchwycił się oburącz za grzywę i krzyczał ratunku; przestraszony tem koń pędził wcwał i nie zatrzymał się aż przed stajnią, gdzie nadbiegli wnet ludzie i zabłoconego, wystraszonego jeźdźca, który z przerażenia słowa wymówić nie mógł, zdjęli z siodła.
Pan Hieronim widział całą tę ostatnią scenę z okna i, pomimo wzburzenia, nie mógł się od śmiechu powstrzymać.
— Cóż to się stało? — zapytał, gdy pan Mieczysław w pokoju się znalazł, — zkąd myśl używania przejażdżki konnej na taki czas?
— Daj mi pokój, chory jestem... położę się... febrę mam, czy co, głowa boli, dreszcze... oto kazałbyś mi herbaty dać.
— Dobrze, bardzo dobrze, w tej chwili... kładźże się, leż... rozgrzej się.
— Słuchaj, panie Hieronimie — rzekł mały człowieczek, — mnie się zdaje, że to już moja ostatnia godzina.
— Co znowuż!
— Od kilku dni już zdrowym się nie czuję, dziś miałem noc niespokojną i gorączkę, rano ledwie z łóżka się zwlokłem... później, obaczywszy ciebie tak okropnie rozgorączkowanego, zlękłem się... doprawdy nie wiem jak to się stać mogło... wyskoczyłem przez okno, brnąłem po kostki w błocie, a później ten koń... przestrach, przeziębienie... ostatecznie to się może bardzo źle skończyć.
— Tak sądzisz?... może więc po regenta poślesz i zapiszesz mi swoje majętności... co? a może lepiej dasz mi ciepłą ręką? Polecam ci ten drugi sposób, jako mniej kosztowny i mniej skomplikowany.
— Ty nie żartuj, regent niepotrzebny, ale po doktora poślij, bo powiadam ci, źle ze mną.
— Nie wierzę ja w ich mądrość i potrzeby sprowadzania nie widzę... Wypij z pięć szklanek gorącej herbaty z arakiem, przykryj się dobrze, prześpij i za parę godzin zdrów będziesz, jak ryba.
Pan Mieczysław zasnął, pan Hieronim zaś bardzo energicznie wziął się do roboty. Wyciągnął zpod łóżka ciężką skrzynkę dębową, bardzo mocno okutą, otworzył ją, wydobył pieniądze, przeliczył i schował do wielkiego pugilaresu. Poczem uporządkował swoje papiery, garderobę, różne rzeczy i te starannie poukładał w tłomokach i walizkach.
— Niema tu co już robić — mruczał przez zęby, — to bydlę wszystko popsuło... trzeba Wólkę w dzierżawę wziąć i znów od początku kawałka chleba się dorabiać.
Rzeczywiście o sześć mil od Magdzina był folwarczek do wzięcia; pan Hieronim projektował niegdyś, że go kupi, lecz teraz, gdy mu się wszystkie plany pokrzyżowały, pomyślał, że lepszy rydz niż nic, i postanowił o dzierżawę układy zacząć. Mógł ją wziąć korzystnie i zaraz, bo właściciel zpowodu interesów rodzinnych potrzebował koniecznie przenieść się na mieszkanie do miasta. Pan Hieronim widział, że tu w Magdzinie zupełnie już grunt pod nogami traci i że cokolwiek się stanie, czy pan Ludwik wróci, czy nie, jemu już tu pozostawać nie wypada. Posłał też zaraz do Wólki konnego posłańca z oznajmieniem, że nazajutrz sam przybędzie, i z prośbą, żeby na niego czekano. Wiedział na pewno, że właściciel z takiego rzeczy obrotu będzie ucieszony i że odda mu folwark bez wielkich targów, byle coprędzej mógł się udać tam, gdzie go pilniejsze sprawy powołują.
Wieczorem dopiero pan Winterblum dał znak życia.
— Cóż, lepiej ci? — zapytał pan Hieronim.
— Istotnie, znacznie rzeźwiejszym się czuję... mogę nawet powiedzieć, że jest mi daleko lepiej, prawie dobrze.
— A widzisz, poco było wzywać lekarza i opasać się łacińską kuchnią. Ja bo znam tylko dwa lekarstwa: arak i koniak.
— Nie wiedziałem, żeś taki doktor.
— A jednak ciebie nie mogłem z waryacyi wyleczyć.
— O! tylko bardzo proszę... dość już żartów.
— To nie żarty, to szczera prawda, jeżeli się człowiek, tak jak ty, zadurzy na starość, lekarstwa na to niema... popełnia głupstwa za głupstwami i w rezultacie ginie. Twoja karyera w Magdzinie już skończona, nie masz tu co robić... daję ci jedyną radę, zabieraj się i jedź.
— Ale dokąd?
— Ha, gdzie cię oczy poniosą. Wszędzie może ci być dobrze, byle tylko nie tu...
— Ja jednak za wygraną nie daję.
— Cóż więc zrobisz?
— Będę siedział tu i czekał powrotu pana Ludwika. Wszystko da się wytłumaczyć i wyjaśnić. Nie byłbym sobą, gdybym go nie potrafił przekonać o swoich najlepszych i bezinteresownych intencyach. Czekam stanowczo powrotu.
Pan Hieronim rozśmiał się.
— Tak — odrzekł, — czekasz powrotu Kalińskiego, który zbiera bardzo ciekawe szczegóły, odnoszące się do twojej biografii.
— O... o! nie strasz mnie napróżno... ja się tak łatwo nie dam zjeść w kaszy, niech spróbuje ze mną wojować, a zobaczymy, kto mocniejszy. Nie z takim miewałem już do czynienia i ostatecznie zawsze wychodziłem zwycięzko. Powiadasz o jakichś tam szczegółach mojej biografii. Zapewne! Szczegóły mogą być nieprawdziwe, mogę im fałsz zarzucić.
Twarz pana Mieczysława wcale tej pewności siebie nie zdradzała; znać było na niej obawę i niepokój, pan Hieronim popatrzył na niego uważnie, wzruszył ramionami i rzekł:
— Jak chcesz. Rób, co ci się podoba. Siedź tu, albo wyjeżdżaj, twoja wola. Co do mnie, już powzięłem postanowienie. Nie będę czekał, aż pan brat powróci po konferencyi z Kalińskim, podziękować mi za pracę w Magdzinie; wolę podziękować pierwszy i wycofam się wpierw niż on powróci, ty zaś, jak powiedziałem, uczynisz jak ci będzie najdogodniej. Zostań, czekaj, konkuruj, a na wesele mnie zaproś, przyjadę. Ja lubię takie widowisko ciekawe.
Tegoż dnia jeszcze, od Żydka, który z polecenia pana Hieronima wszystkie kroki Kalińskiego śledził, nadszedł list, pełen najgorszych dla pana Mieczysława wiadomości. Pokazało się, że cichy i małomówny leśniczy, człowiek który, jak się zdawało, pięciu zliczyć nie potrafił, doskonale radził sobie w dużem i obcem mieście i przy pomocy sprytnego agenta odgrzebywał wszelkie sprawki pana Winterbluma i zaopatrywał się w różne przeciwko niemu świadczące dowody, nie żałując na to pieniędzy i zachodu.
Pan Hieronim, przeczytawszy list, oddał go małemu człowieczkowi.
— Dowiesz się ciekawych rzeczy — rzekł z ironicznym uśmiechem.
Winterblum zgrzytnął zębami i pobladł, przekonał się bowiem, że sprawa jego jest bezpowrotnie stracona, że nie pozostaje mu nic, jak tylko opuścić conajprędzej tę okolicę.
— Pójdę za twoją radą — rzekł cicho.
— Najrozumniej postąpisz — odpowiedział pan Hieronim. — Wszystko zepsułeś, zmarnowałeś... teraz cierp.
— Ależ, człowieku, ja przecież w ten majątek pewien fundusz włożyłem, własne, krwawo zapracowane pieniądze, i bynajmniej nie mam zamiaru dać ich w prezencie twemu kuzynowi.
— Ha... czego to ludzie nie robią z wielkiej miłości — rzekł pan Hieronim, uśmiechając się złośliwie; — ofiaruj je pięknej Anielci.
— Proszę, przestań mnie dręczyć, czy jeszcze mało wycierpiałem w tym szkaradnym kącie? Poco ja przybyłem, poco? poco?
— No, nie rozpaczaj, pieniądze twoje są zahypotekowane; możesz je kiedyś odebrać, możesz egzekwować, w ostateczności możesz komu odstąpić.
— Ale komu?
— O to bądź spokojny, ja sam znajdę ci Żydka, który tę sumę chętnie nabędzie.
— Z moją stratą naturalnie.
— Spodziewam się, że stracisz na tej tranzakcyi, ale na to rady niema. Ratuj co można, jedź w świat i na przyszłość strzeż się wszelkich spraw sercowych. Niezawsze to bezpieczne, a w twoim wieku stanowczo szkodliwe.
Przez kilka dni zrzędu pan Hieronim i jego przyjaciel byli w ciągłych podróżach. Pierwszy dobijał targu o dzierżawę, drugi starał się znaleźć nabywcę na sumę. Udało mu się to wreszcie, przy pomocy licznej rzeszy faktorów, ale ledwie połowę mu dali.
Po załatwieniu tej sprawy, pan Winterblum do Magdzina już nie wrócił, lecz koleją żelazną udał się w dalekie strony. Pan Hieronim zaraz dzierżawę objął, a do pana Ludwika zostawił list, w którym usprawiedliwiał swój postępek:
„Nie weźmiesz mi tego za złe, pisał, ale inaczej zrobić nie mogłem. Ja ci w Magdzinie potrzebny nie jestem. Kaliński, do którego masz wielkie zaufanie, da sobie z gospodarstwem radę. Ja muszę sobie los zabezpieczyć. Trafiła mi się korzystna dzierżawka, więc ją biorę. Nie wiem, gdzie się w tej chwili obracasz, więc żegnam cię listownie. Powodzenia wszelkiego ci życzę.”
Zakończył czułościami i uściskami dla pana Ludwika i dla Anielci. List złożył na ręce pani Józefy i odjechał, pozostawiwszy gospodarstwo na opiece karbowego i służby.
Kaliński, powróciwszy z drogi, wprost do dworu się udał, w przypuszczeniu, że już pana Ludwika i Anielcię zastanie. Przygotowany był do stoczenia utarczek o Winterbluma, odkrycia całej jego przeszłości i położenia tamy dalszym jego rządom. Przygotowany był do walki, a tymczasem nie zastał nieprzyjaciela na placu.
Gdy do dworu wszedł, wybiegła ku niemu ciotka Anielci, prawie zrozpaczona.
— Bogu dzięki! — zawołała, — żeś pan nareszcie przyjechał, bo doprawdy nie rozumiem, co się tutaj wyrabia.
— Cóż takiego?
— Uciekają wszyscy, jak od miejsca zapowietrzonego. Ów pan, którego nazwiska spamiętać nie mogę...
— Winterblum.
— No tak... zniknął jak kamfora, nawet nie był łaskaw pożegnać się ze mną. Hieronim także nas opuścił...
— Chyba tylko chwilowo.
— Ale gdzież tam! na zawsze. Nie chce tu dłużej być, mówi że dość już się nawysługiwał ludziom, że czas o sobie pomyśleć, o zabezpieczeniu kawałka chleba na starość. Perswadowałam, prosiłam, żeby przynajmniej do czasu powrotu Ludwika został, ale gdzietam...
— Czy wolno zapytać, dokąd się udał pan Hieronim?
— Dzierżawę wziął i będzie gospodarował. Bardzo to dobrze, ale dlaczego nie uprzedził, dlaczego zostawił tu cały majątek na łasce losu?... Nie wyobrazi pan sobie, jak się bałam. Nie mogłam sypiać z obawy, zdawało mi się, iż podpalą budynki, napadną, zabiją mnie. Sama jedna kobieta w takiej pustce bez żadnej opieki.
— Przecież, Bogu dzięki, nic się złego nie stało.
— Ale mogło.
— Miejmy nadzieję, pani dobrodziejko, że i nadal nieszczęścia omijać nas będą. Tych, którzy odeszli, nie żałujmy, więcej tu oni złego aniżeli dobrego zrobili, korzystali z kalectwa pana Ludwika. Mniejsza o nich; niech idą dokąd chcą, byle już do nas nie wracali. Czy nie miała pani listu z Warszawy?
— Z Warszawy? od kogóżby, panie, nikogo tam nie znam.
— Od panny Anieli.
— Przecież ona z ojcem w Galicyi jest u krewnych.
— Nie, pani, są oboje w Warszawie. Musieliśmy to trzymać w sekrecie z obawy, aby tamci panowie zamiarów naszych nie sparaliżowali. Teraz, gdy ich już niema, nie widzę potrzeby taić prawdy przed panią dobrodziejką.
— Więc Anielcia z ojcem w Warszawie?
— Tak jest, proszę pani, pojechali tam z nadzieją, że się pan Ludwik wyleczy.
— Co pan mówisz?!
— Z nadzieją pojechali, z czem wrócą, nie wiem.
— Boże... Boże! oby się nie zawiedli!
Nazajutrz telegram przyniósł wiadomość, że się nadzieje ziściły.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Anielcia, gdy jej powiedziano, że ojciec wzrok odzyskał, zawołała z uniesieniem: cud! cud! lecz lekarz, który operacyi dokonał, rzekł, że takie cuda dzieją się niemal codzień w szpitalach i klinikach — i dodał, że co jest nadzwyczajnego w tym wypadku, to to mianowicie, że pozwolono biednemu człowiekowi tak długo znosić ciężkie kalectwo i że przez tyle czasu pozostawiono go bez ratunku.
Pan Ludwik niejeden szczegół sobie przypomniał teraz, niejednę okoliczność, na którą dawniej uwagi nie zwracał. Pan Hieronim sprowadzał mu różnych jakoby lekarzy, którzy definiowali, że cierpienie jest nieuleczalne i że kuracya może jeszcze gorsze następstwa sprowadzić, w ostatnim znów czasie inny przyjaciel, p. Mieczysław, także leczenie uważał za bardzo ryzykowne, a aczkolwiek nie odradzał wprost, jednak namawiał, żeby nie śpieszyć i odłożyć na później. To wszystko wyjaśniło się teraz panu Ludwikowi, i namawianie do udzielania plenipotencyi generalnej, i rzekoma konieczność sprzedaży lasu, i inne wydatki nadzwyczajne i odsuwanie Kalińkiego — wszystko stało się jasnem i zrozumiałem.
— Tyś moja wybawicielka i opiekunka — mówił do córki, — tobie teraz wszystko zawdzięczam.
— Nie mam innej zasługi — odrzekła, — nad szczere pragnienie ratowania cię, ojcze, ale moje najlepsze chęci nie mogłyby nic zdziałać, wobec przeszkód ze strony... tamtych. Sama jedna nicbym nie mogła poradzić, gdyby nie panowie Kalińscy. Młodszy zachęcił mnie, natchnął nadzieją, że można ojcu światło przywrócić, starszy o fundusze na to się postarał. Musieliśmy uciec się do podstępu, bo, biedny ojcze, byłeś tak oplątany, żeś już i energią i wolę własną utracił. Ojciec tak wierzył temu panu... Winterblumowi, że chciał nawet...
— A proszę cię, Anielciu, nie wspominaj już o tem... Wstyd mi, żem się dał tak obałamucić szkaradnie... No, moje dziecko, wykreślmy go z naszej pamięci nazawsze. Wróćmy do domu, ruina tam być musi i spustoszenie.
— Choćby nawet kamień na kamieniu nie został, nie upadniemy jednak, będziemy pracowali. Bóg da siły. Zresztą, ojczulku drogi, tak źle jak sądzisz nie jest.
— Alboż ty się znasz na tych sprawach, moje dziecko?
— Ja nie, ale pan Kaliński się zna, a jestem z nim w ciągłej korespondencyi. Wczoraj list otrzymałam od niego.
— I cóż donosi?
— Ciekawe rzeczy. Panowie tamci chcieli wyprzedać wszystko z folwarku, ale pan Kaliński przewidział i kazał ludziom pilnować, aby ani jednej słomki nikt się nie ważył wziąć. Pomimo gniewu wuja Hieronima, ludzie to polecenie wypełnili, powołując się na rozkaz ojca.
— Na mój? nie wiedziałem przecież o niczem.
— Pan Kaliński to zrobił, a sam odjechał pod jakimś pretekstem. Gdy po dwóch tygodniach powrócił, nie zastał już ani wuja Hieronima, ani naszego gościa.
— Co?
— Wyprowadzili się obadwaj z Magdzina... wuj Hieronim dzierżawę jakąś wziął, a tamten pan czmychnął w świat... uciekł, bo zmiarkował, że Kaliński wiadomości o nim zbierał. To, proszę ojca, jak się pokazało, oszust był, kryminalista... zresztą dowie się ojciec od Kalińskiego.
— I ja takiemu człowiekowi chciałem powierzyć twoję przyszłość, twój los, to okropna rzecz!
— Niech ojciec o tem nie myśli... niebezpieczeństwo usunięte, minęło.
Daremnie siliłby się ktoś opisać wrażenia, jakich doznawał pan Ludwik. Świat się przed nim otworzył, ponętny, piękny, skąpany w blaskach, wspaniały. Wszystkie cuda przyrody, umarłe przez tak długi czas dla niego, zmartwychwstały teraz i stanęły przed jego oczami w całym blasku i uroku.
A ta córka, którą dzieckiem znał tylko, przedstawiła mu się jako piękny, rozwijający się kwiat, jako żywy obraz tej, którą niegdyś kochał nad życie. Nic nie sprawiało mu takiej rozkoszy jak to, że nareszcie córkę widzieć może. Kochał ją zawsze, teraz, zobaczywszy, pokochał bardziej, niż kiedykolwiek. Uczuł w sobie budzące się siły, gotów był do pracy, do walki z losem, z niepowodzeniem.
Kiedy już odjeżdżali z Warszawy, przyszedł, aby ich pożegnać, Adaś Kaliński.
Anielcia spojrzała na ojca, a w oczach jej można było wyczytać niemą prośbę.
Zrozumiał ją pan Ludwik i, wyciągając rękę do młodego człowieka, rzekł:
— Żegnamy pana tutaj, w nadziei, że go powitamy w Magdzinie...
— Powitamy serdecznie — dodała Anielcia, podając mu rękę.
Adaś zdobył się na odwagę, rączkę tę ujął i do ust przycisnął.
Ciotka Józefa łzami się zalała, ujrzawszy pana Ludwika i Anielcię. Ona nie należała do żadnych machinacyj, wierzyła wszystkim, a więc i panu Hieronimowi i gościowi owemu, przekonana, że każdy w najlepszej wierze i najszczerszych intencyach działa. W gołębiem swojem sercu nie przypuszczała, że istnieją na świecie podłość, egoizm, chciwość, nie zastanawiała się nawet nad tem. Rządziła domem ociemniałego kuzyna, rządziła poswojemu, uczciwie, starając się, aby było jaknajwięcej drobiu, nabiału, żeby była pełna spiżarnia, dobre obiady i przysmaczki do stołu. Poza tę granicę umysł jej nie wybiegał. Ujrzawszy pana Ludwika widzącym, gotowa była uznawać w tem cud, gotowa przypisać go swoim modlitwom gorącym. Rzuciła mu się na szyję, winszowała ze łzami.
Kaliński na powitanie rękę wyciągnął, ale pan Ludwik nie dotknął jej, lecz go w objęcia pochwycił i ucałował, mówiąc.
— Tyś mój jedyny przyjaciel, brat, zbawca! Czem wynagrodzę ci tę przychylność, jakąś mi w nieszczęściu okazał?
— Już jestem za nią wynagrodzony aż nadto — odrzekł stary — tem, żeś mnie pan przyjacielem nazwał, całe życie pracowałem na to... Czeka nas, panie, dużo roboty, będziemy musieli pracować ciężko, oszczędzać, żeby wszystkie szczerby naprawić, żeby majątek ocalić i pannie Anieli przyszłość zabezpieczyć.
Uśmiechnęła się na to Anielcia.
— Nie bójcie się o mnie — rzekła, — moja przyszłość zabezpieczona.
— Co? sukcesya na panią spadła, czy może wygrana na loteryi? — zapytał Kaliński.
— Może... może... ach, dziś jeszcze mówić o tem zawcześnie. Czy pamiętasz, ojczulku, jak czytałam ci biblią w ogrodzie, pod staremi lipami?
— Dlaczego o to pytasz?
— A pamiętasz ten wiersz: „wspomnij, o Panie! że wiatrem jest żywot mój, i nie wróci się oko moje, aby widziało rzeczy dobre.” Wspomniał Pan, i dał wrócić oczom twym i jeszcze one rzeczy dobre zobaczą.
— A pamiętasz, Anielciu — rzekł ojciec — jakeś czytała:

„Myślałam sobie, gdyby to skowronki
„Ze skrzydeł swoich dały mi po piórku,
„Poszłabym z niemi i tylko z tej góry
„Chciałabym jeden mały kwiat uszczyknąć,
„Kwiat niezabudki, a potem za chmury
„Lecieć wysoko, wysoko i zniknąć...”

— Pamiętam.
— Otóż ja ci nie dam zniknąć, moja jedyna... Gdzie cię piórka miłości i losów uniosą, pójdę za tobą i nie rozdzielę się z tobą. Panie Kaliński, napisz do Adasia, żeby przyjechał do nas...

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.