Strona:Klemens Junosza - Leśniczy.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Może rybak, może chłop ze wsi, alboż mało ludzi łódki trzyma? Wejdźmy na wzgórze, ja go dojrzę.
— Przestał śpiewać.
— Dostrzegł nas zapewne. Widzę go. Jak ten człowiek szybko płynie... i śmiały, o śmiały! Płynie w małem czółenku stojąc, jak retman przed flisami, ale to nie retman... Teraz jesień, tratwy dawno już przeszły. Ah! to Walek!
— Cóż to za Walek?
— Sierota... po Bartłomieju, co przed dziesięciu laty podczas powodzi utonął...
— Ah! ten... przypominam sobie.
— On teraz na Leśniczówce służy, ojczulku... Płynie wprost ku nam, uczepił łódkę do wierzby, wysiada, idzie tu...
Po pochyłości wzgórza, lekkim, elastycznym krokiem biegł chłopiec młodziutki, prawie jeszcze dziecko. Z pod kapelusza słomianego długie, lśniące i czarne włosy spadały mu aż na ramiona, twarz miał opaloną, prawie bronzową od słońca, oczy duże, wyraziste, piwne, rysy dość regularne i drobne.
Szedł uśmiechnięty, a z po za warg barwy krwistej, błyskał dwoma rzędami zębów białych, drobnych, równiutkich.
Gdy już był blizko ociemniałego i jego córki, zdjął kapelusz i mówić zaczął:
— Wiedział pan Kaliński kogo posłać. Pan Kaliński powiedział: Walek! dymaj duchem do pana, ale żeby cię nikt nie widział, jak i którędy... myszkuj koło ogrodu i pana samego zobacz, a jeśli pana nie zobaczysz, to panienkę zobacz i rzeknij, czy panience, czy panu, żeby pan żadnych papierów nie podpisywał. To słowo powiedz i zmykaj. Ja tak zrobiłem; z Leśniczówki parłem przez las, potem polem, potem do rzeki, złapałem Michałowe czółenko i rzeką tu, aż pod ogród, zobaczyłem panienkę i pana, przybiegłem, rzekłem, żeby pan nic nie podpisywał i zmykam...
— Czekaj — rzekł niewidomy.
— Waluś! — zawołała Anielcia — Waluś! wróćże się, pan cię woła.
Chłopak nie słyszał, czy może udawał że nie słyszy, jak kula stoczył się ze wzgórza, wsiadł w czółenko i w górę rzeki odpłynął.
— Gdzież on jest? gdzie jest? — pytał z niecierpliwością niewidomy. — Anielciu, gdzież ten chłopiec?
— Już odpłynął, ojcze, nie ma go, wołałam, nie chciał słuchać. Jaki on silny, jaki silny, pod prąd płynie tak szybko.
— Głos przyjaciela ostrzega — mówił niewidomy do córki, czy może sam do siebie — głos przyjaciela... w tem coś jest, Anielciu... Czy nie ma na niebie chmur czarnych?
— Ależ, ojcze! — odrzekła — mówiłam, że zachód prześliczny...
— A jednak, ja czuję chmury ciężkie, groźne... Dziecko moje, ty mnie musisz zaprowadzić do Leśniczówki.
— O wschodzie słońca pojedziemy.
— Może lepiej pieszo pójść, bo nas wypatrzą...
— Kto nas wypatrzy?
— Albo ja wiem kto? oni... ci... tamci... przecież ja nie widzę, Anielciu.
Dziewczyna zrobiła minkę poważną.
— Ojczulku! — rzekła — nas nie wypatrzy nikt. My skłamiemy, to jest ja skłamię za nas oboje. Powiem cioci, że pojedziemy do miasteczka. Ojczulek potrzebuje cygar, ja... nie wiem doprawdy czego mi brakuje... ale mniejsza oto, potrzebuję włóczek. Cio-