Strona:Klemens Junosza - Leśniczy.djvu/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
LEŚNICZY.
OBRAZEK WIEJSKI
PRZEZ
Klemensa Junoszę.

(Dalszy ciąg.)
I.

Jesień niekiedy smutna, a niekiedy najpiękniejsza pora roku, tym razem dziwnie jest piękna.
Potroszę liście już więdną, ale dobrotliwe słońce łagodzi im chwile konania, zdejmuje z nich szatę zieleni, a natomiast daje złotą. Róże pospadały z krzewów, ale jaskrawe astry uśmiechają się jeszcze, georginie wspaniałemi kwiatami się pysznią, gdzieniegdzie jabłka się na drzewach rumienią, z rozpiętej na ścianie domu winorośli zwieszają się złote i czarne grona.
Jest najpiękniejsza pora roku, najmilszy czas, zwłaszcza w tym ogrodzie wpół owocowym, wpół dzikim, co się na łagodnej pochyłości wzgórza rozciągnął aż ku rzece.
Na ławce kamiennej, pod jodłą, co jak baldachim gałęzie swoje rozpostarła, siedzi człowiek i szeroko otwartemi oczami patrzy prosto w słońce.
Dziwne oczy! jasne, niebieskie, duże, niby jak zwykłe oczy, ale czegoś im brak. Są nieme. Określenie na pozór niewłaściwe, ale mówi prawdę. Te oczy milczą, nie zdradzają ani zachwytu, ani ożywienia, ani troski, są bez wyrazu, jak martwe.
I naprawdę martwe; patrzą w słońce bezkarnie i znoszą jego blaski bez mrugnięcia, bez spuszczenia powiek. Podobno orły to potrafią, ale te oczy nie są orle, to ludzkie źrenice, tylko nieszczęśliwe i martwe.
Obojętna jest im ciemność nocy i blask dnia, umarło dla nich piękno i brzydota, zniknęły barwy.
To są oczy nieżywe w człowieku żyjącym.
Umarły one przed laty siedmioma i kto wie, jak długo jeszcze poruszać się będą w ciemnicy, bo człowiek do którego należą jest w pełni wieku i sił.
Wśród długich, ciemno blond włosów, gdzieniegdzie przewija się ledwie dostrzegalna nitka siwizny, twarz o rysach regularnych i pięknych, jest czerstwa, długa jedwabista broda dodaje jej pewnego wdzięku i powagi.
Obok niego dzieweczka siedzi, dziecko raczej; także ma oczy jasne, niebieskie i duże, ale jakież inne! Tamte w słońce patrzą, te się pod cień rzęs prześlicznych kryją, a gdy otworzą się, gdy spojrzą, to tyle życia, tyle wyrazu, tyle wdzięków i blasków w sobie mieszczą, że w nie, równie jak w słońce, długo wpatrywać się nie można!
Ładnie zarysowana główka, o klasycznym profilu, dźwiga warkocz jasny, bogaty, ciężki; na białych policzkach rumieniec barwy polnej róży jaśnieje. Lekka sukienka biała uwydatnia rozwijać się zaczynające kształty, a z pod niej wychyla się nóżka zgrabna, maleńka.
Niewidomy posuwa ręką po ławce, poruszając palcami; w ruchu tym natrafił na książkę.