Strona:Klemens Junosza - Leśniczy.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

miar niesumienny zarządzca usiłował zachować w tajemnicy, jednak udać się to nie mogło. Żydzi byli na miejscu i las szczegółowo oglądali, ma się rozumiéć, że nie dla studyów botanicznych. Pachciarz z Magdzina, niekontent, że taki duży interes może bez jego pośrednictwa i udziału przyjść do skutku, postanowił przeszkadzać i Kalińskiemu o układach wspomniał.
Może byłby wolał bezpośrednio panu Ludwikowi wiadomość tę zanieść, ale przystęp do ociemniałego dziedzica łatwy nie był, trzymano go jak pod strażą.
Wysłuchawszy relacyi Kalińskiego, pan Ludwik czoło zasępił.
— Miałem jakieś przeczucie — rzekł — i niepokoje; domyślałem się, że coś niedobrego się dzieje, alem nie sądził, żeby tak dalece zaufania mego nadużyto, nie spodziewałem się. Dziękuję ci, mój przyjacielu. Bóg ci zapłać. Za ręce weźmiemy się teraz, nie damy się. Czyż mogłem przypuszczać nawet, że Hieronim... A! źle się dzieje, bardzo źle, bardzo...
Kaliński pocieszać usiłował.
— Jeszcze czas — mówił — jeszcze nie wszystko stracone. Dobrej myśli tylko... energii.
— Energii, zapewne... ale mnie się zdaje, że może przebiegłość więcej tu potrzebna, aniżeli energia. Ja udawać będę, że o niczem nie wiem, przynajmniej dopóki planu postępowania nie obmyślę. Przyjedź no do Magdzina za parę dni, odwiedź mnie, pomówimy.
Kaliński ramionami ruszył.
— Trudna to sprawa — rzekł — prawie niemożliwa.
— A to dlaczego?
— Nie dopuszczą mnie do pana, jak zwykle. Służba pod tym względem ma wyraźny rozkaz. Powiedzą, że pan chory, że leży, że widziéć nikogo nie chce. Lada pozór wynajdą, byle mnie z kwitkiem odprawić. Alboż raz próbowałem...
— Bądź spokojny, zapowiem, żeby cię natychmiast wpuszczono; więc za parę dni, pamiętaj!
Kaliński przyrzekł, że będzie.
Gdy po skończonej konferencyi przed dom wyszli, zastali młodych ludzi zajętych ożywioną rozmową. Na twarz Anielci wybiegł rumieniec, śmiała się.
Kaliński przyjmował gości swoich czem chata bogata, czas jak na skrzydłach leciał, trzeba było wracać do domu.
Na pożegnanie Anielcia podała studentowi rękę, a pan Ludwik rzekł:
— Niechże nas pan Adam wraz ze stryjem odwiedzi, bardzo proszę.
Odjechali. Ociemniały zamyślił się o swoich troskach, Anielcia rozważała w jaki sposób ojca do jak najrychlejszego wyjazdu i leczenia nakłonić.
Kiedy już byli blizko domu, pan Ludwik zapytał:
— O czem myślisz, Anielciu?
— O twoich biednych oczach, mój ojczulku.
— Otworzono mi je dziś — szepnął kaleka.


IV.

Wczesnym rankiem, zaledwie pan Ludwik wstał, dał się słyszéć odgłos ciężkich kroków: pan Hieronim przyszedł.
— Jak się masz, bracie — rzekł, siadając przy biurku — jak twoje zdrowie przedewszystkiem?
— Dziękuję ci za pamięć, jako tako, a ty?