Awanturnik (Sue)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Awanturnik
Podtytuł Czarcia góra
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Morne-au-diable ou l'Aventurier
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


EUGENJUSZ SUE
Awanturnik
(Czarcia góra)
Bibljoteka Rodzinna logo.jpg
WARSZAWA
NAKŁADEM BIBLJOTEKI RODZINNEJ
1930






W końcu maja 1690 r. trzymasztowiec „Jednorożec“, dowodzony przez kapitana Danielsa, wypłynął z portu La Rochelle ku dalekiej Martynice. Był to okręt handlowy, lecz dźwigający na swym pokładzie sześć dział, co było koniecznością w tych burzliwych czasach wojny o tron angielski, gdy korsarze angielscy i hiszpańscy ustawicznie hulali na wybrzeżach Antyllów, tocząc zawzięte walki z francuskimi flibusjerami.
Nieliczni zaledwie pasażerowie odważyli się wypłynąć w tak niepewnym czasie. Wśród pasażerów tych najbardziej wyróżniała się wyniosła, szacunek budząca postać o. Griffon, misjonarza, powracającego na Martynikę do swej parafji Maconba, którą kierował już kilka lat z wielkiem zadowoleniem zarówno ludności wolnej, jak i czarnych niewolników całej okolicy.
Ciągły stan wojenny w tych kolonjach, wciąż wystawionych na walki z Anglikami, Hiszpanami i z resztkami Karaibów, wkładał na barki ich duchowieństwa niezwykle ciężkie brzemię: proboszcze nie mogli poprzestawać na odprawianiu mszy, prawieniu kazań i udzielaniu Sakramentów św., ale musieli stawać w jednym szeregu ze swemi owieczkami, a nawet obejmować nad niemi kierownictwo w razie nagłego napadu nieprzyjaciół. Plebanje, podobnie jak domostwo każdego zamożniejszego francuza, stały zawsze w warownem miejscu, dobrze ufortyfikowane — i o. Griffon‘owi zdarzało się nieraz, podobnie zresztą jak każdemu martynikańskiemu słudze Bożemu, odpierać na czele paru murzynów atak wroga, kropiąc siarczyście z muszkietów przez strzelnice grubych, dębowych drzwi.
W chwili, której zaczyna się nasza opowieść, misjonarz ten gawędził z kapitanem „Jednorożca“, stojąc na tylnym pokładzie statku. Morze silnie miotało żaglowcem, ksiądz przecież z łatwością zachowywał równowagę — odrazu można było poznać, że nie jest to jego pierwsza podróż morska. Kapitan Daniels był to stary wilk morski — świetny marynarz, ale równie dobry pijak; jak tylko wyprowadził okręt na pełne morze, składał kierownictwo nim w ręce swych podwładnych i zabierał się do kielicha; trzeźwiał jedynie na widok burzy.
W trakcie rozmowy tej zapadła noc; o. Griffon z prawdziwem ukontentowaniem wciągnął zapach wieczerzy, którą właśnie podawano. Cała załoga wraz z pasażerami zasiadła do stołu; kapitan zmówił modlitwę.
Ledwie skończył, drzwi wielkiej kajuty otworzyły się z trzaskiem i rozległy się słowa:
— Spodziewam się, kochany kapitanie, że znajdzie się jeszcze miejsce dla kawalera de Cronstillac?
Wszyscy biesiadnicy zwrócili zdumione spojrzenia ku drzwiom, czekając, co powie kapitan, ten jednak zdumiał się najbardziej ze wszystkich i przerażone oczy wybałuszył na niespodzianego pasażera.
— Coś pan za jeden... nie znam pana... skąd się pan tu wziął, do djabła?
— Gdybym nie zaspokoił pańskiej usprawiedliwionej ciekawości, nie byłbym godzien nosić szlachetnego nazwiska de Cronstillac. Sądzę, że to wyjaśnienie powinno panu wystarczyć; teraz może mnie pan zaprosić do stołu... Nie potrzebuje pan powtarzać zaproszenia dwa razy, bo zdycham z głodu... to też, nie czekając na wyznaczenie mi miejsca, wślizgnę się jakoś pomiędzy tych dwóch czcigodnych obywateli, skurczywszy się tak, aby nikomu nie zawadzać...
I w mgnieniu oka wsunął się między dwóch biesiadników i, nim ktokolwiek zdołał się zorjentować, zeskomotował szklankę jednego, sztuciec drugiego, oraz talerz siedzącego naprzeciwko.
Był to drab chudy, wysoki, lat trzydziestu kilku, o kruczo-czarnych włosach i zaroście; twarz miał kościstą i ogorzałą. Miał na sobie stary frak, z którego, zdaje się, był wielce dumny, niegdyś zielony, i, równie wypłowiałe, spodnie; głowę okrywał mu szary kapelusz filcowy, u boku zaś wlókł na starych rapciach potężnej długości rożen.
Musimy już teraz powiedzieć słów kilka o dotychczasowem jego życiu, burzliwem, jak życie wszystkich jego, włóczących się po całej Francji, współbraci; pochodził bowiem z ubogiej rodzimy gaskońskiej, szczycącej się dość niepewnem szlachectwem i w bardzo młodym wieku przybył do Paryża, szukać tam szczęścia. Zdążył już być podoficerem wojska królewskiego, profesorem akademji fechtunku, właścicielem łaźni, a nawet zwyczajnym handlarzem starzyzny. Kilkakrotnie stwierdzał wobec odnośnych władz, że jest heretykiem-hugonotem i pragnie przejść na łono Kościoła Katolickiego, kilkakrotnie też zgarniając pięćdziesiąt talarów, które wypłacano nawróconym na łono prawdziwej wiary. Jednakże szachrajstwo wyszło na jaw i pomysłowego gaskończyka, po daniu mu tęgiej chłosty, zapakowano do więzienia, skąd jednak prędko umknął, poczem przylepił sobie na oko ogromny plaster, zmieniający jego rysy do niepoznania i został naganiaczem w domu gry, któremu też dostarczył licznych ofiar. Trwało to dość długo, aż razu pewnego zabił w pojedynku jakiegoś podobnego sobie hultaja; ponieważ prawa królewskie srodze karały po jedynkowiczów, dzielny trębacz musiał uciekać. Tym razem postanowił szukać szczęścia w Indjach Zachodnich i w tym celu przedarł się do Rochelli, utrzymującej żywe stosunki z tym burzliwym krajem. Że zaś nie miał ani grosza przy duszy, ani paszportu, nieprędkoby zapewne ujrzał ziemie karaibów, gdyby nie znajomość z pewnym bednarzem, który zaopatrywał odpływające okręty w wodę do picia. Przedsiębiorca ten wpakował go do beczki i w ten sposób przetransportował junaka na pokład „Jednorożca“ — oto też tajemnica, w jaki sposób de Cronstillac pojawił się nagle przed zdumioną załogą.
— Ale, czy mi pan wreszcie wyjaśnisz, skądże się tu wziąłeś? — zapytał kapitan.
De Cronstillac napełnił swój kielich wina, powstał z miejsca i rzekł uroczyście:
— Przedewszystkiem, przypomnę szanownej kompanji, że należy wypić za zdrowie osoby, wszystkim nam drogiej...a mianowicie: Zdrowie wielkiego naszego i sławnego na cały świat monarchy, Ludwika Wielkiego!
Wszyscy na chwilę powstali; nieproszony gość skorzystał z ogólnego ruchu i pozwracał sąsiadom pozabieraną zastawę, prócz talerza do zupy. Gdy na stole ukazała się waza z zupą, odezwał się do o. Griffon‘a z bezczelną uprzejmością:
— Księże kapelanie, czy pozwolisz sobie ofiarować tę zupę?
— No do djabła, to już za wiele! — wrzasnął kapitan. — Rządzisz się pan, jakbyś był u siebie w domu, o ile go wogóle masz!
Gaskończyk gestem przerwał kapitanowi i odezwał się z najgłębszą powagą:
— Kapitanie, zawsze umiałem oddać należytą cześć każdemu, że zaś duchowieństwo stanowi pierwszy stan w królestwie naszem, przeto też postępuję, jak katolikowi dobremu przystało, służąc temu zacnemu kapłanowi.
I po tych słowach, napełnił swój talerz i postawił go przed misjonarzem.
— Ej, mój panie, mówmyż poważnie! — rzekł kapitan. — Bardzo możliwe, żeś szlachcic... jesteś też dobrym katolikiem i kochasz króla, tak, jak my wszyscy, co do jednego, ale powiedzże, do djabła, skądżeś się tu wziął!...
— Niestety... nie mogę tego wyznać... tajemnica ta nie do mnie tylko należy i jeno ten czcigodny kapłan może usłyszeć me wyznanie... to sprawa ważna... bardzo ważna... dodał, błagalnie i pokornie wznosząc oczy ku niebu.
— Co takiego — jestem tu panem, czy nie jestem?...Strzeż się, hultaju, bo mam sposoby pociągnięcia cię za język... wiedz, że mogę kazać cię przywiązać do masztu z kulami armatniemi u nóg... będziesz sobie dyndał, póki nie wyśpiewasz wszystkiego!...
— Kapitanie! — odparł kawaler z niewzruszonym spokojem. — Nigdy jeszcze nie puściłem płazem groźby ani grubijaństwa, ani żadnej wogóle obrazy... znam atoli prawo morskie i wiem, że jesteś na swym okręcie nieograniczonym panem... dlatego też korzę się przed twą władzą i nie mam do ciebie urazy za porywcze słowa... jednakże... jeżeli mię łaskawie dopuściłeś do swego stołu, to jeszcze nie powód, aby mnie traktować, jak złoczyńcę — dodał uniżenie.
Kapitan znalazł się w głupiej sytuacji, zainterwenjował bowiem o. Griffon, który nie mógł nie stanąć w obronie drapichrusta, uciekającego się pod jego opiekuńcze skrzydła i dobry kapitan zmiękł odrazu.
Kawaler, widząc się bezpiecznym, przybrał z powrotem bezczelny ton, wreszcie zaś począł prawić najrozmaitsze kawały i wyprawiać figle, ku wielkiej uciesze niewybrednych słuchaczów. Samego kapitana ubawił do tego stopnia, że pod koniec wieczerzy poklepał gaskończyka poufale po ramieniu, mówiąc:
— No, panie kawalerze, skoro już Bóg wie, jakim cudem wlazłeś na mój okręt, nie mogę cię przecież wrzucić do morza — przytem chłop z pana wcale do rzeczy, to też możesz być zawsze pewny miejsca przy mym stole, i hamak na międzypokładzie się znajdzie.
Wesoły hultaj podziękował serdecznie, poczem udał się do wskazanej kajuty, gdzie zapadł w głęboki sen, nazajutrz zaś rano spełnił przyrzeczenia i wyspowiadał się przed o. Griffon, niecierpliwie oczekującym wtajemniczenia w jakąś ważną, a ciemną sprawę.
Spowiedź jego brzmiała prawdopodobnie i budziła wiarę — jednakże niczego szczególnego spowiednik się nie dowiedział — mógł conajwyżej dociec, że żywot kawalera nie był bynajmniej bez zmazy. Jednakże był to hultaj tak wesoły i beztroski, tak niefrasobliwie znoszący swą nędzę, że poczciwy klecha poczuł doń więcej sympatji, niż na to były naganiacz z szulerni zasługiwał. Zaproponował mu nawet, by się ukrył w jego plebanji na Martynice i siedział tam, póki „jednorożec“ nie odpłynie od brzegu, na co de Cronstillac zgodził się bardzo chętnie.
Okręt płynął spokojnie, dzień mijał za dniem i kapitan wciąż podziwiał zręczność i spryt kawalera, którego nawet począł namawiać do służby na swym statku.
O. Griffon nieraz rozmawiał z nieproszonym pasażerem i jego rozumne, taktowne rady wywierały niemałe wrażenie na hultaju, który wyruszył w tę podróż w nadziei na wesołe życie bez pracy, na koszt kolonistów. Nadzieje te rozwiały się całkowicie pod wpływem chłodnego przyjęcia, z jakiem się spotkał u kilku mieszkańców Martyniki, wracających do domu tym samym okrętem: coraz wyraźniej stawała przed nim alternatywa: albo zostać na całe życie majtkiem kapitalna Daniels, albo wracać do Francji, prosto w łapki policji Jego Królewskiej Mości.
Podróż zbliżała się już ku końcowi, gdy przypadek wzbudził odrazu w zafrasowanem sercu poszukiwacza szczęścia najśmielsze nadzieje. W odległości dwustu mil morskich do Martyniki, minął go inny francuski okręt handlowy podążający do Europy, który też wysłał doń szalupę dla zasięgnięcia najnowszych nowin z ojczyzny. — Jeżeli ten okręt istotnie wiezie towaru na 400.000 liwrów — zauważył de Cronstillac po odjeździe szalupy — dziwię się, że go tak marnie uzbrojono.
— Ho, ho — rzekł jeden z pasażerów — „sinobrodej“ djabli nie wezmą od utraty tego jednego statku.
— Wiadomo! — dodał inny. — Ma jeszcze dosyć w kabzie, aby kupić inny, jeszcze lepszy.
— Co tam! Przecież oprócz ogromnych plantacyj w Ainse-tur-Sables i tajemniczej posiadłości na Czarcim Wzgórzu, mówią, że ma w ukryciu złota i drogich kamieni wartości pięciu do sześciu miljonów dukatów... albo i więcej.
— Ma też opinję skąpej — mówią, że nie wydaje na siebie i swą świtę ponad 10.000 liwrów rocznie — wtrącił jakiś wyspiarz.
— Djabli o tem wiedzą, bo przecież nikt właściwie nie wie nic o jej trybie życia — odparł kapitan. — Nie pochodzi ona z kolonji, a na Czarcim Wzgórzu były conajmniej cztery osoby.
— Powiadają, że ma dom wśród skał wschodniej części wyspy... i że to zamek obronny, zupełnie niedostępny — dodał ktoś.
— No, zrozumiałe zupełnie, skoro kryje w nim takie skarby.
Gaskoński awanturnik przysłuchiwał się tej rozmowie z rosnącem zaciekawieniem; owe ogromne kupy złota i diamentów poczęły już lśnić przed jego oczyma.
— Ależ o kim właściwie, panowie, mówicie? — spytał wreszcie.
O Sinobrodej, o kobiecie — Sinobrodym[1].
— A to co za jedna?
— Sinobroda niby?... Ano, kobieta — Sinobrody.
— Ale dlaczegóż się tak nazywa, u djabła?!
— Bo załatwia się ze swymi mężami, jak ten sławny Sinobrody z żonami.
— Więc to wdowa... wdowa?! — wrzasnął obwieś, omal nie mogąc ukryć radości.
— Wdowa, murowana wdowa od trzech lat... i to po raz trzeci — potwierdził kapitan.
— A stara już, czy młoda? — dopytywał się de Cronstilllac.
— Djabli wiedzą — odparł jeden z pasażerów, wyspiarz.
— Wiadomo tylko — dodał inny — że, gdy przed dwoma laty wróciłem znowu do kolonji po dłuższym pobycie we Francji, miła ta dama pochowała właśnie drugiego swego małżonka i zabrała się do trzeciego, który i roku nie wytrzymał.
No... ten trzeci to nie umarł — zauważył ktoś — tylko gdzieś się zapodział.
— Na jedno wynosi!
— Zresztą, pewne, że nie żyje, bo widziano Sinobrodą w ciężkiej żałobie — odezwał się ktoś znowu.
— Zamordowany!... Własna małżonka go zamordowała! — rozległo się kilka głosów
— Nieprawda! Poco ludzi obmawiać?! To nie ona!
— A któżby taki?! Anglicy?
— Tak, te heretyki przeklęte!
W sercu de Cronstililac‘a budziły się coraz żywsze nadzieje.
— Ale czyż doprawdy nikt nie wie nic o wieku tej Sinobrodej? — zaczął znowu.
— Hm... — odparł kapitan. — Może mieć lat ze dwadzieścia... ale może mieć i ze sześćdziesiąt...
— Więc jej pan ani razu nie widziałeś?
— Skąd?... Oszalałeś pan, czy co? — zawołał stary marynarz.
— Jakto?!...
— Słuchajcie!... Ten obieżyświat pyta mnie czym widział Sinobrodą! — zwrócił się kapitan do kilku pasażerów, którzy wzruszyli ramionami.
— Alboż to pytanie jest tak dziwne? — zapytał de Cronstillac.
Kapitan uśmiechnął się.
— Zaraz panu wytłumaczę... Byłeś pan w Paryżu... to miasto chyba jest mniejsze od Martyniki?
— No, chyba...
— No, a widziałeś pan... kata miasta Paryża?
— Kata?... Hm, nie... Ale cóż to ma wspólnego z mojem pytaniem?
— Widzisz pan... widoku Sinobrodej każdy się wystrzega narówni z widokiem kata. Po pierwsze — mieszka wśród rozpadlin Czarnego Wzgórza, dokąd niełatwo się dostać — po drugie, towarzystwa skrytobójczyni wogóle lepiej unikać... a po trzecie... ta mężobójczyni wogóle zadaje się ze złem towarzystwem...
— Złem towarzystwem? — wypytywał de Cronstillac.
— Tak... ma ona przyjaciół, z którymi się lepiej nie spotykać wieczorem, ani w nocy... na wybrzeżu morskiem, w lesie, ani wśród skał i wąwozów — rzeki kapitan.
— Zwłaszcza wodza flibusierów... Ouragan‘a — dodał jeden z pasażerów z przerażoną miną.
— Ani bukaniera z wyspy Marie-Galaule, zwanego Myśliwym Ludzi — dodał inny.
— Ani Youmalë‘a... karaiba ludożercy — rzekŁ trzeci.
— Co?! zawołał de Cronstillac. — Więc ta tajemnicza kobieta jest jednocześnie kochanką flibustjera, bukamera i ludożercy?... A to co za kobieta znowu?
— Wszyscy ją mają za dobrą złodziejkę, jak mówią hiszpanie.
— Niebywałe te gadki wywołały na de Cronstillac‘u głębokie, piorunujące wrażenie. Po chwili milczenia zagadnął kapitana:
— Cóż to za jeden, ten kapitan Ourugan?
— Podobno mulat z San-Domingo; dzielny człowiek i trzymający z naszymi. Od dwóch lat mieszka sobie spokojnie na Martynice, w samotnym domu, używając niemałych bogactw. Żeglarz znakomity: powiadają, że największy okręt potrafi zaatakować na pirodze.
— I Sinobroda miałaby być istotnie kochanką takiego zucha?
— Wszyscy wiedzą, że całe dnie przesiaduje na Czarcim Wzgórzu, w jej domu.
— A jakże pozwala, żeby ten bukanier?...
— Doprawdy — wtrącił ktoś z pasażerów — nie wiem, z kim wolałbym mieć do czynienia — z tym zawadjaką Ouragan‘em, czy z bukanierem... Myśliwym Ludzi!...
— Czy to rzeczywiście potwór?
— Conajmniej równie dziki i nieokrzesany, jak owe bawoły i dzikie świnie, na które poluje... nawet ryczy, jako ten byk.
— Hm... nic dziwnego... Kto stale przystaje z bydlętami, nabiera ich obyczajów. — Zauważył de Cronstillac. — No, a ten kanibal musi mu pewno nie ustępować.
— O, co do tego zbója — odezwał się jeden z wyspiarzy mogę o nim opowiedzieć coś ciekawego. — Ostatniej zimy płynąłem jego małą pirogą z Anse-stu-Sable do Mervie-Galante. Rzeka Toussaint wylała tak gwałtownie, że wzburzyła morze w pobliżu ujścia i musieliśmy płynąć, znacznie nadrabiając drogi. Płyniemy... aż tu raptem spostrzegamy na dziobie pirogi... wysuszoną, jak mumja głowę i parę również wysuszonych ramion... to ozdoba pirogi tego dzikusa!... Pytam tego szpetnego ludojada, czy słyszał o niedawnem zatonięciu hiszpańskiej brygantyny i czy znał mnicha Simona, który znajdował się na jej pokładzie. O, ojciec Szymon to był dobry człowiek, ja go zjadł!" — odparł kanibal, wielce kontent z siebie.
W tej właśnie chwili na pokładzie pojawił się o. Griffon.
De Cronstillac obrócił się ku niemu:
— Wielebny ojcze... zarzucają nam, Gaskończykom, że łżemy i dziwy prawimy... ale przecież ja tu słyszę o tej Sinobrodej takie dziwy, aż uszy więdną... Alboż to prawda?
— Synu mój — odparł — nie wymawiaj nigdy imienia tej kobiety. .
— Czy to rzeczywiście tak bogata osoba, jak mi prawią?... A czy młoda... piękna?
— Broń mię, Boże, abym się miał tem zaprzątać!...
Nagle de Cronstillac przybrał poważną minę i zawołał:
— Moi panowie — zawołał — powiedzcie mi, który dziś?
— Trzynasty lipca — odpowiedział kapitan.
— A więc dobrze... mruknął pod nosem gaskończyk. Niech djabli wezmą rodzinę de Cronstillac... niech hańba okryje na wieki sławny jej herb... jeśli od dziś za miesiąc Sinobroda nie zostanie małżonką Polifema de Cronstillac, choćby wszyscy bukanierzy, flibusierzy i ludożercy sprzysięgli się przeciw niemu.
Gdy awanturnik schodził wieczorem do swej kajuty, o. Griffon odprowadził go ma stronę i wszystkiemi siłami starał się wybadać, czy gaskończyk nie wie o Sinobrodej czegoś więcej, niż się nasłuchał na statku; po dłuższej atoli indagacji doszedł do wniosku, że przypuszczenia jego były bezzasadne.
— A przecież... pomyślał, gdy gaskończyk już poszedł spać — nie zaszkodzi, jeżeli będę uważał na tego drapichrusta... Ach, po tej ostatniej podróży mam nowe obowiązki w stosunku do mieszkańców Czarciego Wzgórza... teraz dzielę ich tajemnicę... To też muszę pilnować tego gaskończyka... dobrze, że mu ofiarowałem gościnę, bo dzięki temu nie będzie mógł zrobić kroku bez mojej wiedzy... jednakże, na wszelki wypadek, muszę uprzedzić mych przyjaciół z Czarciego Wzgórza, aby się mieli na baczności... bo, nie wiem dlaczego, nagłe pojawienie się tego gaskończyka, wzbudziło we mnie taki niepokój.
Mimo, że jednorożec stał już czwarty dzień na kotwicy u brzegu Martyniki, o. Griffon bawił jeszcze w St. Pièrre, miał bowiem cały szereg spraw do załatwienia przed powrotem do swej parafji Maconba.
De Cronstillac znalazł się nagle w zamorskim kraju aż z trzema talarami w kieszeni — istotnie, pomysł jego ożenku z Sinobrodą był dlań prawdziwą deską ratunku. Mimo całej fantastyczności tego pomysłu, gaskończyk brał go zupełnie na serjo, gdy zaś stanął ma wybrzeżu wyspy, upór jego wzmógł się jeszcze: nie należał on do ludzi, którzy się łatwo wyrzekają nadziei bogatego ożenienia się — mało troszcząc się, czy przedmiot ich marzeń jest stary czy młody, piękny czy brzydki. Liczył, że pomoże mu do urzeczywistniania marzeń jego istotnie urodziwa, męska twarz i postawa, jego przedsiębiorczość i spryt, wykwintne, mimo arogancji maniery i arystokratyczne pretensje. Jak każdy gaskończyk, miał zawsze o sobie jaknajlepsze wyobrażenie, usprawiedliwione poniekąd jego chytrością, wytrwałością, odwagą i zdolnością przystosowania się do każdej sytuacji.
Wreszcie kapłan załatwił wszystko i zawiadomił de Cronstillac‘a, że już czas wyruszać do Maconba, gdzie gaskończyk miał przebywać aż do wyruszenia „jednorożca“ z powrotem. Gaskończyk przystał na tę propozycję tem chętniej, że Maconba była oddalona od Czarciego Wzgórza o pięć lienes zaledwie, on zaś zdążył już wydać swe trzy talary i był bez grosza przy duszy. Jednakże nie wyznał księdzu swych planów, odkładając to do chwili, gdy przystąpi do ich urzeczywistnienia na serjo.
Proboszcz, pożegnawszy się wraz z awanturnikiem, z kapitanem, wsiedli do pirogi i wkrótce wylądowali w małej zatoce, w pobliżu ujścia rzeki, przepływającej najokropniejsze okolice Martyniki. Tam wysiedli; o. Griffon oparł się na ramieniu kawalera i tak szli dość długo wzdłuż skalistego wybrzeża, o które rozbijały się wielkie, zawsze wzburzone fale morskie. Nakoniec dotarli do Maconba, nędznego zbiorowiska około stu drewnianych domków, krytych trzciną i liśćmi palmowemi, otaczających półkolem zatokę Maconba, u której brzegów widniało kilkanaście lichych czółen. Na widok przybyszów, we drzwiach chat ukazało się kilkanaście kreolek i metysek, w krótkich, kolorowych spódniczkach. Gdy poznały proboszcza, rozległy się okrzyki radości i zdumienia; kilka rzuciło się ku kapłanowi, całując ze czcią jego ręce, wołając w dźwięcznem antylskiem narzeczu:
— Chwała i dziękczynienie Bogu za twój powrót, wielebny ojcze — wszyscyśmy za tobą tęsknili!
Po chwili zjawiło się i kilku mężczyzn, witających swego pasterza z równą czcią i przywiązaniem.
nakoniec o. Griffon dotarł wraz ze swym gościem do niewielkiego pagórka, na którym wznosiła się plebanja — skromny, lecz gustowny i schludny domek drewniany, jednopiętrowy, pokryty trzciną.
Obok księdza kroczył de Cronstillac.
— Niestety, mogę panu ofiarować jedynie bardzo skromną, ubogą gościnę — rzekł doń o. Griffon — ale ofiaruję ją ze szczerego serca.
— A ja przyjmuję ją z również szczerą wdzięcznością — odparł de Cronstillac serdecznie i z godnością.
W tejże chwili Monsieur oznajmił swemu panu, że stół już nakryty i pleban wraz ze swym gościem przeszli do jadalni.
Biała, woskowa świeca, zatknięta w wielkim jednoramiennym szklanym lichtarzu, oświetlała pokój, na którego środku stał stół, nakryty białym obrusem. Na półmisku leżały: ryba, ogromna papuga pieczona, wielka, jak bażant i homary, podane w skorupach, z cytrynowym sosem; skromną ucztę dopełniały: sałata, groszek zielony, nakoniec zaś całe kosze ananasów i apetycznych melanów.
— Ależ to prawdziwie królewskie przyjęcie! — zawołał de Cronstillac. — Ta wyspa, to prawdziwa ziemia obiecana!
— To wszystko pochodzi z ogrodu, który sam uprawiam, mój synu, albo też z polowania i rybołóstwa, którem się zajmują moi dwaj murzyni.
Po wieczerzy, Monsieur postawił na stole fajkę, pudełko z tytoniem i butelkę starego wina. Gospodarz napełnił szklanicę gościa i rzekł: — Za twoje zdrowie, synu! Oby ci się wiodło!
— Dziękuję ci, wielebny ojcze! — odrzekł grzecznie de Cronstillac, trącając się z nim szklanicą. — Ale proszę cię także, wypij zdrowie i mojej przyszłej — to będzie dla mnie dobry znak!
— Pańskiej przyszłej... jakto? — spytał zdumiony proboszcz, który już na okręcie słyszał coś niecoś o pomyśle gaskończyka, ale nie brał tego na serjo. — O kim pan mówi?!
— Ano, o Sinobrodej, ojcze duchowny.
Zdumienie misjonarza podwoiło się.
— Co takiego?... żarty chyba... choć już coś o tem słyszałem... Doprawdy, uważałem pańskich rodaków za dowcipniejszych — dodał o. Griffon z kłopotliwym uśmiechem.
— Ależ nigdy jeszcze nie brałem równie poważnie tego, co mówię, księżę proboszczu. W dodatku, złożyłem jeszcze na pokładzie „jednorożca“ przysięgę i teraz...
De Cronstillac mówił z taką powagę, że duchowny, który właśnie zabierał się do wychylenia szklanki wina, odstawił ją szybko i wytrzeszczył na gościa zdumionemi, pełnemi niedowierzania oczyma. Dotychczas sądził, że gaskończyk kpi sobie, albo też, stałym obyczajem swych rodaków, usiłuje zaimponować bezczelnemi przechwałkami.
— Jakto, mój synu?... — spytał. — Więc rzeczywiście traktujesz ten pomysł na serjo?... Ależ to czysta warjacja, ależ...
— Wybacz wielebny ojcze, że ci przerwę, ale zwróć uwagę, że stoi przed tobą człowiek, który wszystkiego już próbował, z rożnem powodzeniem, lecz w ostatecznym wyniku nic mu się nie powiodło i teraz znalazł się w tym dzikim kraju goły, jak bizun. Tymczasem słyszę o Sinobrodej, że jest bogata, jak wszyscy djabli... mogę posiąść wiele, a nie mam nic do stracenia...
— Posłuchaj mnie tedy, synu... Słuchałem spowiedzi poprzedniego gubernatora tej wyspy, pana de Cronosol — urzędnik ten, po śmierci, czy też zniknięciu trzeciego małżonka owej kobiety, miał odwagę udać się na Czarcie Wzgórze — sam jeden, bo żadnego z podwładnych nie sposób było zmusić do towarzyszenia mu.
— No i cóż dalej, ojcze duchowny? Dowiedziałeś się..
— Tajemnica spowiedzi świętej mnie wiąże... mogę jednak... a nawet jestem obowiązany pana uprzedzić, że, jeżeli nie wyrzekniesz się swego szaleńczego postanowienia, grożą ci straszne niebezpieczeństwa i...
Słowa duchownego przerwał dziwny wypadek. Z powodu silnego upału, drzwi jadalni, wychodzące na ogród pozostawiono otwartemi; de Cronstillac siedział tyłem do nich. Nagle rozległ się przeciągły świat i coś huknęło w oparcie jego krzesła...
O. Griffon porwał się od stołu, zerwał ze ściany karabin i wybiegł z pokoju, wołając co sił:
— Jean, Monsieur, do broni!... Do mnie, synkowie, do mnie!... Za broń, za broń!!
Cała ta scena rozegrała się z tak błyskawiczną szybkością, że gaskończyk nawet nie zdążył podnieść się z krzesła.
— Wstań! — krzyknął mu misjonarz — Karaibowie, Karaibowie!!!... Nie siedź w blasku światła... popatrz na oparcie swego krzesła!!
Gaskończyk zerwał się na równe nogi i ujrzał w owem oparciu strzałę pierwotną, długą na trzy stopy; wystarczyło, by padła o dwa cale wyżej, a przeszyłaby mu szyję na wylot. Dobył szpady i pobiegł do ogrodu za proboszczem, który wraz ze swymi murzynami z karabinem w ręku, rozglądał się za napastnikami. Jednakże zapadła już noc i nie uległo wątpliwości, że łucznik, który omal nie zabił de Cronstillac'a, znajdował się już w bezpiecznem ukryciu; o. Griffon tedy przywołał niewolników, którzy zdążyli już daleko się zapędzić.
— Gdzież oni, ojcze?! — zawołał gaskończyk. — Proszę o latarnię... trzeba przeszukać całą okolicę!
— Powoli, synu, powoli!... Tylko nie z latarnią... służyłaby za wyborny cel, a to doskonali strzelcy!
Chwilę nadsłuchiwali; wreszcie misjonarz rzekł:
— Wracajmy do domu i podziękujmy Bogu... zdaje mi się, że to nie było nic groźnego...
— Ale co za powód... cóż za pretensję mogą mieć, ojcze do ciebie, te dzikusy?
— Doprawdy, żadnej... nieraz przecież przebywałem między nimi i traktowali mnie życzliwie... pod moim wpływem zaniechali nawet zupełnie napadów na moich parafjan... A może... trzeba zobaczyć czy to istotnie strzała.
Z temi słowami wszedł do jadalni i wyrwał z poręczy strzałę. Nagle zawołał:
— Przecież do tej strzały jest przywiązany papier!
Rozwinął kartkę i przeczytał:

„Pierwsze ostrzeżenie dla de Cronstillac'a. Czcigodnemu ojcu Griffon zasyłamy słowa najgłębszej czci”.

Proboszcz w milczeniu spojrzał na gaskończyka.
— Co to znaczy? — spytał tenże zdumiony.
O. Griffon myślał długo, wreszcie uderzył się w czoło.
Pierwsze ostrzeżenie dla de Cronstillac'a!
— Ale co to znaczy?
— Musiałeś wygadać się komuś na pokładzie „jednorożca“... koloniści, wysiadłszy na ląd, musieli plotkować o tem i bardzo możliwe, że wieści te dotarły już do uszu Sinobrodej, lub jej zaufanych.
— Muszę powiedzieć, że ta Sinobroda w oryginalny sposób uprzedza, że o kimś wie...
— Spodziewam się, mój synu, że ta nauczka wyjdzie ci na dobre.
Po tych sławach zwrócił się do negrów, którzy tymczasem przywlekli wielką belkę i chcieli nią zatarasować drzwi do ogrodu.
— Nie potrzeba, drogie dzieci, nie potrzeba — rzekł do nich — nie mamy się już czego obawiać.
De Cronstillac spojrzał na gospodarza ze zdumieniem.
— Niema żadnych obaw — rzekł tenże na widok jego zaniepokojenia. — Mieszkańcy Czarciego Wzgórza dotrzymują słowa święcie... ani ja, ani ty nie mamy się czego obawiać... o ile, oczywiście, zaniechasz niedorzecznego przedsięwzięcia.
— Ja, mój ojcze?
— Jakto... jeszcze masz jakieś wątpliwości?
— Prędzej sczernieję, jak ci murzyni, nim wyrzeknę się swego zamiaru i złamię przysięgę na swój herb!
— Ha, skoro się tak uparłeś, to rób, co chcesz, ale niechże ja przynajmniej nie ponoszę odpowiedzialności za twój obłęd... Nie znasz położenia owego Czarciego Wzgórza, a bądź pewien, że, ani ja, ani moi murzyni nie pokażemy ci drogi.
Na takie dictum gaskończyk zafrasował się.
— Hm... no, ale wiem o tem wzgórzu tyle, że wznosi się gdzieś na północnem wybrzeżu wyspy. Serce posłuży mi za kompas i doprowadzi mnie do pani mego serca!
— Nieszczęsny zawadjako! — zawołał o. Griffon. — Zabłądzisz, bo przecież na wyspie niema ani jednej drogi.
— Będę szedł wprost przed siebie, kierując się podług słońca, wreszcie więc gdzieś dojdę.
Na taki upór ksiądz nie miał już żadnej rady, dał tedy pokój perswazjom i zaprowadził gościa do przeznaczonej dlań izby, poczem pogrążył się w łamaniu głowy, jakby nie dopuścić awanturnikowi robić głupstwa. Tymczasem de Cronstillac zasnął twardo, coraz uporczywiej trwając przy swym planie wzbogacenia się.
O świcie obudził się, podszedł na palcach do drzwi pokoju swego gospodarza i, przekonawszy się, że ten jeszcze śpi, postanowił zaraz wziąć się do rzeczy, aby uniknąć gadania z plebanem. Przypasał szpadę, kapelusz nasunął na czoło, wziął do ręki długi pręt dla odpędzania węży, o których już się nasłuchał, poczem, z bijącem sercem, opuścił gościnną plebanję, kierując się ku północy.
Opuśćmy na chwilę de Cronstillac’a, który z trudem przebija się krok za krokiem, przez dziewiczą puszczę, ku północy, ku kryjącemu skarby Czarciemu Wzgórzu — i udajmy się na północne wybrzeże Martyniki.
Morze było spokojne, ciemno-błękitne i gładkie, jak zwierciadło, tylko o brzeg rozbijały się wiecznie wzburzone fale. Po tej gładkiej tafli posuwał się w kierunku wybrzeża Cabes jakiś przedmiot, początkowo ledwo dostrzegalny, który za zbliżaniem się przybrał kształt długiej i wąskiej pirogi, lekkiej, o ostrych końcach, bez żagli, poruszanej zapomocą samych wioseł. Długi szereg ławek zajęty był przez pracujących z całych sił wioślarzy-krajowców.
Żeglarze ci musieli znać dokładnie wybrzeże, gdyż płynęli szybko i wprost do miejsca wśród skal, gdzie fale wyżłobiły wielką, naturalną pieczarę. Pod kamiennem sklepieniem huczały i miotały się fale, spadając dalej do nisko położonej, głębokiej kotliny.
Gdy piroga dobiła do brzegu małego jeziorka, wysiedli zeń dwaj biali ludzie i rozłożyli się na wybrzeżu. Wyższy z nich i starszy był to pułkownik Ruttler, Anglik, stronnik nowego króla Wilhelma III ks. Oranji, któremu służył jeszcze w czasach, gdy bohater ten był statuderem[2] Niderlandów.
Byt to wysoki, silny, rudowłosy mężczyzna, o twarzy, znamionującej męstwo, energję i okrucieństwo. Towarzyszył mu majtek, niski, drobny, lecz zwinny, energiczny i ruchliwy.
Po chwili milczenia pułkownik przemówił doń po angielsku:
— Czy jesteś pewny, John, że tędy można się dostać?
— Tak jest, panie pułkowniku — jestem przekonany.
— Ale to strasznie niewygodna droga!
— Cóż robić, panie pułkowniku... innej niema.
— A dokąd ona prowadzi?
— Na dno przepaści, broniącej Czarcie Wzgórze z jednej strony... z trzech innych ma skały zupełnie pionowe, tak, że wdarcie się na nie jest zupełnie niemożliwe; tymczasem zbocze przepaści nie jest zupełnie niedostępne: po wystających głazach można dotrzeć aż do łatwego już do przebycia muru, okalającego park... tam właśnie wznosi się dom Sinobrodej.
— Rozumiem. Teraz więc dostaniemy się tym korytarzem na dno przepaści, nad którą piętrzy się Czarcie Wybrzeże?
— Tak jest, panie pułkowniku... wtedy będziemy jeszcze musieli wdrapać się na szczyt skały i wślizgnąć się do parku, gdzie już łatwo nam przyjdzie ukryć się w jakiejś dziurze, gdzie będziemy czekali odpowiedniejszej do działania chwili...
— Która nadejdzie wkrótce... Ale, widzę, że orjentujesz się świetnie w terenie — musiałeś chyba być na służbie u Sinobrodej.
— Mówiłem już przecież o tem panu pułkownikowi. Przybyłem wraz z nią i jej pierwszym małżonkiem prosto z wybrzeża. Nie minęły trzy miesiące, a uwolnili mnie; wówczas odjechałem na San-Domingo i od tego czasu nic o nich nie słyszałem.
— A poznasz ją?
— Tylko z postaci, ale nie z twarzy, gdyż statek ich przybił do wybrzeża wśród nocy i wyniesiono ją w lektyce, w której dotarła aż na szczyt Czarciego Wzgórza. Potem, jeżeli ją czasami widywałem, to zawsze w masce; usługiwały jej mulatki, z których nigdy nie można było słowa wydobyć.
— A jak wyglądał ten jej mąż?
— Smukły i wysoki, o pięknej twarzy, ogorzałej, brunatnej; nos miał orli, oczy, włosy i zarost czarne... mógł mieć ze trzydzieści sześć lat.
— Tak, to niewątpliwie on — mruknął pułkownik pod wąsem — tak go zawsze opisują. — A nie słyszałeś, w jaki sposób zginął?
— Powiadają, że umarł podczas podróży.
— I nikt nie wątpi w jego śmierć?
— Nikomu się i nie śniło, panie pułkowniku... przecież Sinobroda od tego czasu dwukrotnie już wyszła za mąż.
— A widziałeś tych jej następnych mężów?
— Nie, panie pułkowniku, bo powróciłem z San-Domingo dopiero przed tygodniem, zwerbowany tam przez pana pułkownika do tej ekspedycji. Pan pułkownik — dodał z ukłonem — raczył mi obiecać pięćdziesiąt gwinei za szczęśliwe przeprowadzenie go przez łańcuch francuskich statków strażniczych... to wyspa bardzo ważna i Francuzi pilnują ją od początku wojny, jak oka w głowie.
Zapanowało krótkie milczenie; po chwili pułkownik rzekł znowu do Johna, patrząc nań badawczo:
— John, mam ci coś jeszcze do powiedzenia.
— Słucham, panie pułkowniku.
— Gdy już będziemy na szczycie Czarciego Wzgórza.. trzeba będzie obezwładnić pewnego człowieka... i zakneblować mu usta... przytem, chociaż pewne, że będzie się bronił, włos z głowy spaść mu nie może... chyba... że już nasze życie będzie w niebezpieczeństwie... No, a potem... — dodał pułkownik z dziwnym uśmiechem — możesz liczyć na dwieście gwinei, bez względu, czy nam się uda w całości, czy częściowo...
— Do stu tysięcy djabłów, bodajem wiedział o tem wcześniej... to jakaś ciemna robota... No, ale trudno: kto sobie piwa nawarzył, musi je do końca wypić...
— O, to mi się podoba!... Widzę, że mam do czynienia z odważnym człowiekiem.
— No, a co pan pułkownik myślał? Ale czy ten człowiek, z którym mamy mieć do czynienia, to jakiś chłop na schwał, czy nie?
Pułkownik Ruttler, po krótkim namyśle, odrzekł:
— Pamiętasz pierwszego męża Sinobrodej... tego wysokiego, wysmukłego... o to w jego rodzaju.
Majtek podrapał się w głowę.
— A, do djabła! To był junak, jak się patrzy, mocny, zwinny... a równie dobrze władał mieczem, jak muszkietem... Jeżeli tedy ów człowiek, z którym mamy się zmierzyć dorównywa jemu, to... panie pułkowniku... źle możemy wyjść na tej awanturze!
— Wynajdź tylko najgłębsze zarośla, bo będziemy musieli czekać, aż ten człowiek się zbliży.
— To, panie pułkowniku, bardzo łatwe, bo zarośla są bardzo gęste, a park mały — przytem możemy ukryć się w marmurowym basenie, który znam doskonale. Każdy przechadzający się po parku musi przejść obok niego.
— No, a gdyby ów człowiek wogóle nie wyszedł, musimy przeczekać aż do nocy... i napadniemy nań, gdy będzie spał.
— Rozkaz, panie pułkowniku.
— A więc w drogę! — zerwał się z piasku Ruttler. — Naprzód!
— Rozkaz, panie pułkowniku... ale uprzedzam, że będziemy musieli pełząć. Muszę się tylko przekonać — dodał John — czy widać jeszcze światło dzienne w tej szczelinie. — O, widać, ale już bardzo słabo...
— Worek masz w porządku? — spytał pułkownik.
— Wedle rozkazu, panie pułkowniku... broń wewnątrz jest tak sucha, jakby cały czas wisiała na ścianie.
— No, to w drogę, John — idź przodem, a ja za tobą — poczekajmy tylko, aż nam odzież wyschnie.
— To niedługo potrwa, panie pułkowniku, bo jak tylko znajdziemy się na dnie tej przepaści, poczujemy upał, jakby już było niedaleko do piekła.
Majtek położył się na brzuchu i jął pełzać na dnie kamiennego lochu, w którym panował gęsty mrok; za nim posuwał się pułkownik. W ten sposób czołgali się czas jakiś na rękach i brzuchach wśród ponurych ciemności, aż nagle John zatrzymał się i krzyknął z przerażeniem:
— Panie pułkowniku?
— Czego?
— Czuje pan, co za smród?
— Czuję... aż trudno oddychać...
— Proszę się nie ruszać... to znak, że gdzieś tu jest ogromny wąż... jesteśmy zgubieni...
— Wąż!! — krzyknął przerażony pułkownik.
I obaj mężczyźni zaparli dech w śmiertelnej trwodze... nagle w odległości kilku kroków usłyszeli dziwmy odgłos, jakby bicia kijem w ziemię. Jednocześnie z każdą chwilą wzmagał się straszny odór, właściwy wielkim wężom.
Obaj wędrowcy przeżywali straszliwą chwilę. Powietrze, przesycone straszliwym smrodem, stało się wprost nie do zniesienia... Nagle John wrzasnął nieludzkim, przerażonym głosem:
— Na pomoc, na pomoc!... Ratunku... umieram!...
Osłupiały z przerażenia Ruttler chciał już uciekać, lecz nie mógł nawet zwrócić się ku wylotowi lochu. Tymczasem John wydawał okrzyki bólu i trwogi, beznadziejnie usiłując pokonać węża nożem. Jęki jego stawały się coraz cichsze, aż wreszcie umilkł... Rozwścieczony wąż, pogryzłszy w ciemnościach ręce, szyję i twarz John‘a, wsadził swój ohydny, plaski łeb w usta nieszczęśliwego i ukąsił go jeszcze w język i w wargi. Nasyciwszy nieco swą wściekłość, ociężale wycofał się w głąb lochu.
Pułkownik poznał na swym policzku dotknięcie zimnego, śliskiego cielska gada... przywarł do ziemi i tkwił bez ruchu. Choć niebezpieczeństwo minęło, leżał dalej, jak skamieniały; słyszał straszliwe rzężenie swego przewodnika, czuł, jak koło niego wije się w drgawkach człowiek, lecz nic nie mógł mu pomóc... Jeszcze chwila i John wydał ostatnie tchnienie. Ruttler przyczołgał się doń i dotknął go — był już zimny i sztywny. Jad węża działał szybko.
Pułkownik znowu zmartwiał z przestrachu: drogę do ucieczki miał zamkniętą!... Zwłoki John‘a zabarykadowały wąskie przejście; Ruttler chwycił trupa za nogi i począł go pchać ku wejściu, lecz napróżno. Wreszcie musiał zdecydować się na marsz ku drugiemu wylotowi kotliny; z wielkim trudem odebrał martwemu towarzyszowi nieprzemakalny worek z bronią i począł się czołgać, aż istotnie dotarł do przepaści wśród poszarpanych złomów skalnych. Nad nim piętrzyło się Czarcie Wzgórze. Dzień miał się ku schyłkowi.
Świeże powietrze przywróciło mu siły, zupełnie wyczerpane w straszliwym lochu. Nie myślał już o wężu.. gdy nagle usłyszał za sobą syk. Podniósł głowę i ujrzał obmierzłego gada, który czołgał się za nim i był już o kilka stóp odeń, w zagłębieniu skalnem.
Świadomość niebezpieczeństwa przywróciła pułkownikowi wrodzoną zimną krew, błyskawicznym ruchem wydobył z worka nabity pistolet i, w chwili, gdy wąż miał już się nań rzucić, wypalił tak celnie, że jadowita gadzina osunęła się martwa.
Pozostawmy go samego i udajmy się na szczyt Czarciego Wzgórza.
Była właśnie pełnia, księżyc świecił niemal tak, jak w Europie słońce i w blasku jego na szczycie skały zarysował się wyraźnie dom mieszkalny, ładnej budowy, z cegły, otoczony gęstym parkiem. Prowadzi tam jedna tylko, wąska ścieżyna, wijąca się ślimakiem po zboczu dzikiej, poszarpanej skały, kształtu ogromnego, ściętego stożka. Z jednej strony okalały ścieżkę potwornej wielkości skały granitowe, zupełnie prostopadłe, z drugiej zaś otwierała się niezgłębiona przepaść, której dno nawet przy najjaśniejszym dniu tonęło w mroku. Karkołomna ta droga prowadziła na platformę, na której wznosił się jeszcze gruby, warowny mur z blankami i strzelnicami; po za nim dopiero wznosił się pałacyk. Jedna tylko, wąska brama z grubych pni drzewnych wiodła na obszerny, prostokątny dziedziniec, otoczony oficynami dla służby, licznej, jak — wogóle w kolonjach, oraz zabudowania gospodarskie. Sklepiona brama, jeszcze warowniejsza, prowadziła z tego dziedzińca do pawilonu, zajętego przez Sinobrodą.
Nigdy, ani jeden z niewolników — negrów, ani z mulatów, piastujących wyższe stanowiska w hjerarchji służby domowej, nie przekroczył tej sklepionej bramy; jedynie kilka mulatek, stanowiących fraucymer Sinobrodej miało dostęp do swej pani.
Dom był parterowy, bardzo, jak na Martynikę wytwornej budowy. Otaczała go galerja drewniana, z nieociosanych pni, podtrzymująca stromy dach bambusowy.
Wysokie banany i palmy kokosowe parku stanowiły wspaniałe obramowanie domu; ich gąszcz ciągnął się aż do przepaści, do której dna wiodło owe przejście podziemne, znane nam już, w którem tak straszne przejścia spotkały pułkownika...
Wchodzący do pawilonu mógł ujrzeć odrazu młodą kobietę, prawie dziewczynę, mającą conajwyżej od lat dwudziestu, do dwudziestu trzech — rysy twarzy miała tak delikatne i prawie dziecinne, a kibić tak wiotką, że możnaby ją wziąć za dziewicę szesnastoletnią. Ubrana była w płaszcz szeroki, z białego muślinu, z rękawami.
Leżąc niedbale na miękkiej sofie, oparła białe czoło na drobnych rączkach, prawie niewidocznych w gęstej powodzi cudnych, złotych loków i pogrążyła się w czytaniu sporej książki w czerwonej, safianowej oprawie, leżącej na krawędzi. Czytelnik domyśla się zapewne że owem uroczem zjawiskiem była we własnej osobie straszliwa Sinobroda, a raczej jak brzmi prawdziwe jej imię — Angelika.
Nagle usłyszała w pobliżu szelest: podniosła swą śliczną główkę i usiadła na brzegu sofy, wdzięcznym ruchem odrzucając wtył bujne włosy. W chwili, gdy zerwała się z lekkim, radosnym okrzykiem: to on, kotara we drzwiach rozchyliła się i do komnaty wszedł jakiś mężczyzna. Sinobroda rzuciła mu się ma szyję, okrywając go namiętnemi pocałunkami, z okrzykiem:
— Mój drogi, mój kochamy, mój dobry Jakób!!
Gość objął Angelikę wpół i zaniósł ją na sofę, gdzie usiadła mu ma kolanach, uplotła jego szyję pięknemi, toczonemi ramionami i jakiś czas wpatrywała się weń oczyma, błyszczącemi radością.
Mężczyzna, który pieścił tę cudną kobietę, był wysoki i smukły; twarz miał czerwoną, jak miedź, ale o rysach szlachetnych, nie mających w sobie nic murzyńskiego. Miał ma sobie szaty flibustjera.
Angelika ujęła w dłonie głowę mulata, głaskała jego czarne, gęste, a przecież nie kędzierzawe, jak u murzyna włosy, wreszcie przytuliła się do niego i zawołała:
— Widzisz pan, panie Ouragam, jak ja pana kocham!
Flibustjer patrzył na nią wzrokiem pełnym miłości; po chwili rzekł głośno, jakby mu szło o to, by kręcąca się pod drzwiami służba słyszała dokładnie:
— Któżby pomyślał, widząc tę różową, szczerą i otwartą twarzyczkę, że na mych kolanach kołysze się najbardziej rozwięzła i krwiożercza kobieta całych Indyj Zachodnich!
— A któżby pomyślał, że ten mężczyzna o słodkim głosie, to ów nieludzki kapitan Ouragan, bicz Boży Hiszpanów! — zawołała z głośnym śmiechem Angelika.
— No, jest różnica! — roześmiał się korsarz. — Mnie nikt nie nazywa jeszcze Sinobrodym!
Na te słowa, zalotna wdówka dała srogiemu kapitanowi psztyka w nos i rzekła, mrugając nań porozumiewawczo i wskazując na drzwi, za któremi pilnie nadsłuchiwała mulatka, jej pokojowa.
— Zabraniam panu wspominać o umarłych!
— Fe, co za potwór! — roześmiał się ironicznie korsarz. — Czyż w pani serduszku niema już miejsca na skruchę i wyrzuty sumienia?
— Nie... miłość ku tobie wypełnia je całkowicie... ucałuj mnie, a moje wyrzuty sumienia zmilkną do reszty i wszystko będzie dobrze!
— No, tak przewrotną i bezecną może być tylko kobieta... nawet ja niemieję od zgrozy!... No, ale gdzież się podziała kolacja?!
Morderczyni trzech mężów uderzyła w gong: weszła pokojówka.
— Miretto, znowu nas podsłuchiwałaś?
— Ależ, broń Boże, pani!
— Hm... zresztą nie dbam o to. Każ podać wieczerzę.
Zwróciła się do kochanka:
— Jakie wino sobie życzysz:
— Xerez, ale mrożone.
Miretta wyszła; po chwili wróciła, aby nakryć do stołu.
— Aha — rzekł Ouragan — przypomniałem sobie coś ważnego... Przecież przyszedłem do ciebie z ciekawą nowiną.
— Cóż znowu?... Czyżby który z moich truposzów wstał z grobu?
— No... to nie upiór... Wyobraź sobie pojawił się... kandydat do twej ręki,
— Co?!... Chce zostać moim mężem?
— Ano, tak.
— Nieszczęsny!!... Chyba mu życie niemiłe! — cynicznie roześmiała się Angelika.
Przerażona Miretta, pilnie przysłuchująca się wszystkiemu, przeżegnała się pobożnie.
— Skądże więc djabli przygnali tego straceńca?
— Z Francji.
— Z Francji?... Więc aż tak daleko sięga sława mej piękności... Dzielny musi być z niego człowiek...
— No, no, niech cię pycha nie unosi... Nasłuchał się na pokładzie „Jednorożca“, okrętu, na którym przyjechał, o twych bogactwach... no i o cnocie... a że dla miłego grosza gotów iść samemu Belzebubowi w paszczę, więc się zaraz w tobie zakochał. Odwagi mu istotnie nie brak.
— Co za bezczelność!... Jakże się tan zuchwalec nazywa.
— De Cronstillac.
— Ach, więc to gaskończyk, teraz rozumiem wszystko... ha — ha — ha!! — zaniosła się od śmiechu Angelika.
Pokojówka, widząc rozbawienie swej pani, poczęła jej wtórować i obie śmiały się przez dobrą chwilę; uspokoiły się nieco, dopiero, gdy dwie niewolnice murzynki czystej krwi, wniosły stół z potrawami.
— No, jedzmy — musisz, Jakóbie, być porządnie głodny — a i ja zjadłabym wołu z rogami! — Angeliko! — upomniał ją kapitan — jak ty się wyrażasz?! Nie pojmuję, jak kobieta tak piękna może być tak ordynarna!
Angelika obraziła się.
— Miretto — wrzasnęła — jeżeli ten gbur jeszcze raz pozwoli sobie tak mnie traktować, masz go nie wpuszczać do mnie.
Miretta skinęła głową, nie wiedząc copowiedzieć. Miejsce jego zajmie ten bukanier, Myśliwy ludzi... znasz go?
— Znam, pani...
— Lub ten karaib, ludożerca, Youmalë — znasz go?
— Znam, pani...
— Słyszysz, nieustraszony kapitanie?
— Słyszę... wiesz przecież, że tak cię kocham, że wcale nie jestem zazdrosny.
— No, to dobrze, bo w przeciwnym razie, nie wiem czy długo byś ze mną wytrzymał... No, ale tak pasujesz do mnie, że ci wszystko wybaczam... Nałóż mi na talerz trochę tego mięsiwa, które masz przed sobą... Ale, wracając do tego durnia — czy to przynajmniej przystojny mężczyzna... czy zasługuje na los owych?...
— Widziałeś tego kawalera? — zwróciła się do swego kochanka.
— Nie... lecz ponieważ doniesiono mi o jego zamiarach, a ponieważ mam miękkie serce i nie zniosę, by coraz to nowe ofiary wpadały ci w ręce, poprosiłem tego durnia Youmalë‘a, by mu posłał małe ostrzeżenie... Udało mi się wzbudzić w tym ludojadzie zazdrość...
— Co?... Bez porozumienia ze mną?... A jeżeli ja zechcę go mieć... przecież mógł się przestraszyć... No i jaki skutek miało to ostrzeżenie?
— Żadnego. Nie masz wyobrażenia, do jakiego bohaterstwa staje się zdolny gaskończyk dla złota. Dziś o samym świcie ruszył w drogę i teraz przedziera się przez puszczę — będzie pewno brnął dość długo, bo nie zna drogi do miejsca swej zguby.
— Jakóbie, mam myśl!... — zawołała straszliwa wdowa. — Wpuśćmy go tu... nawet zwabmy sami, dla uciechy... będziemy mogli go podręczyć.., Przecież on zakochał się nie we mnie, a w mojem złocie i brylantach!
Zamiast się zgodzić z radością, jak na takiego okrutnika przystało, Ouragan głęboko się zamyślił.
— Jakóbie, Jakóbie... nie słyszysz mnie, czy co?... zawołała ze zniecierpliwieniem Angelika. — Chcę, mieć tego gaskończyka... chcę koniecznie!... Słyszysz?!
Lecz mulat zamiast odpowiedzi, zakreślił ponad swą głową wskazującym palcem prawej ręki, kolo nad swą głową i posłał kochance znaczące spojrzenie. Widocznie znak ten oznaczał coś straszliwego, bo na twarzyczce młodej kobiety odrazu odmalowała się trwoga. Zerwała się z miejsca, podbiegła do kochanka i ukląkłszy przy nim zawołała słodkim głosem, którego wyraz stanowił dziwny kontrast z dotychczasowym jej wesołym i swobodnym cynizmem:
— Masz słuszność... doprawdy, jak coś podobnego mogło mi w głowie postać!... Rozumiem cię...
Ouragan ucałował ją gorąco, mówiąc:
— Uspokój się... doprawdy, jestem zły na siebie, że obudziłem w tobie te wspomnienia... Poprostu, myślałem przez chwilę, czy przyprowadzenie tu tego durnia dla twojej zabawy nie pociągnie za sobą jakich niebezpieczeństw, a przytem...
— Ależ Jakóbie drogi! — zawołała Angelika — co ci do głowy przyszło?... Dla zaspokojenia mego kaprysu, miałbyś narażać to, co ci jest najdroższe!
— Bądź spokojna — roześmiał się mulat — z tego gaskończyka, to zdaje się, poprostu błazen, jak wogóle z jego rodaków; zresztą robi wrażenie dzielnego i miłego. Zobaczysz sama...
Angelika, widząc, że korsarz skończył już wieczerzę, podniosła się; Ouragan poszedł za jej przykładem i rzekł:
— Jeszcze raz mówię ci, Angeliko, uspokój się — niema czego się bać. Chodźmy lepiej do ogrodu — zaśpiewam ci którą z ulubionych twych ballad.
Objął kibić kochanki i sprowadził ją po marmurowych schodach, wiodących do parku. Schodząc, Angelika zwróciła się do pokojówki:
— Miretto, przynieś do ogrodu lutnię i zapal w sypialni alabastrową lampę. Potem jesteś wolna.
I zniknęła w zmroku, zwieszona na ramieniu korsarza. Po chwili rozległ się w parku dźwięczny, silny i melancholijny głos flibusiera, śpiewającego balladę. Śpiew początkowo głośny, stopniowo milkł, aż wreszcie zapadła cisza. Miretta odeszła do sypialni Sinobrodej, zapaliła tam lampę i poszła spać.
Mimo, że de Cronstillac po raz pierwszy w życiu ujrzał, co to jest dziewicza puszcza zachodnio — indyjska, dzielnie brnął przez nieprzebytą gęstwinę, kpiąc sobie z czyhających na każdym kroku niebezpieczeństw. Za zapadnięciem nocy, domyślając się, że do kresu wędrówki jeszcze daleko, wdrapał się na konar rozłożystego drzewa, chcąc się tam przespać; całą noc atoli niepokoiły go tam całe zgraje krwiożerczych żbików i rysiów — żarłoczne bestje te napadały go kilkakrotnie. One to pożarły trupa John‘a w lochu, z tak piorunującą szybkością, że Ruttler nawet nie domyślił się przyczyn nagłego zniknięcia, przejmującego go strachem, trupa; jednakże żer ten podniecił jedynie żarłoczność i okrucieństwo dzikich kotów. Dzielny gaskończyk raz po raz musiał dobywać szpady przeciwko tak nierycerskiemu przeciwnikowi, udało mu się też kilkanaście tych stworzeń położyć trupem, sam zaś raz tylko został drapnięty potężnie w kolano. Oczywiście, ubiór jego bynajmniej nie zyskał wśród tych bojów na okazałości i dobrym stanie.
Zaraz o świcie zlazł z drzewa i ruszył dalej, wciąż wyglądając Czarciego Wzgórza, czy wogóle jakiejkolwiek góry; wreszcie kiszki porządnie zagrały mu marsza i przypomniał sobie, że całą tę uciążliwą pielgrzymkę odbywa od początku na czczo.
Jakże mile się zadziwił, gdy morski wiatr przyniósł mu zapach świetnej pieczeni. Przyśpieszył kroku — nakoniec dotarł do jakiejś ludzkiej siedziby! Nie widział dokoła żadnego śladu człowieka, jakże jednak wytłumaczyć sobie tak miły zapach wśród takiej dziczy.
Pocichu i ostrożnie posuwając się naprzód, dotarł nakoniec, przez nikogo nie niepokojony, do leśnej polany. Tam zatrzymał się na niespodziewany, a osobliwy widok.
Polana ta była obszerną wyraźnie wykarczowaną ręką ludzką przestrzenią, w kształcie podłużnego czworoboku. Na jednym końcu karczowiska sterczała nędzna „ujonpa“ z gałęzi, oparta o pień palmy, ocieniającej ją swemi długiemi liśćmi. Pod tą budą, zaledwie godną miana szałasu, spoczywał jakiś mężczyzna, u jego nóg zaś, ze dwadzieścia conajmniej psów myśliwskich, straszliwie powalanych krwią.
De Cronstillac nie mógł już zapanować nad sobą, dręczony głodem, przekroczył ogrodzenie. Gałązki zatrzeszczały mu pod stopami; na odgłos ten zerwały się dwa wielkie psy i rzuciły mu się zajadle do łydek, lecz prędko nauczył je moresu. Na powstały hałas, śpiący mężczyzna zerwał się na równe nogi i zdumiony spojrzał na przybysza. — Hej tam, kto niepokoi moje psy?!... A tyś co za jeden? — zawołał.
Nieustraszony gaskończyk, z dłonią na rękojeści szpady, grzecznie skłonił się bukanierowi.
— Psy pańskie chciały mnie pogryźć — odrzekł na niezbyt grzeczne i przyjazne powitanie — więc musiałam je odpędzić tym prętem... Chciały mi dać wypróbować na mnie swe zęby, jak ja swoje na tym oto dzikim prosiaku, od wczoraj bowiem błąkam się po tej puszczy i jestem już cholernie głodny.
Bukanier w milczącem zdumieniu przyglądał się osobliwemu strojowi wędrowca. Wędrować przez puszczę w jedwabnym fraczku, w różowych pończoszkach, z pręcikiem w ręku i ze szpadą, jako jedyną bronią — musiało mu się wydawać czemś osobliwem. I de Cronstillac, mimo wielkiego głodu, z niemniejszem zaciekawieniem oglądał pierwszego spotkanego w życiu bukaniera.
— No, kamracie — rzekł de Cronstillac — nie odmówisz chyba kawałka pieczeni głodnemu porządnemu człowiekowi.
— Ta pieczeń nie jest do mnie — odparł zepsutym francuskim językiem bukanier.
— Jakto, a czyjaż?
— Ona jest u mistrza Myśliwego ludzi.... a on ma na Krokodylem Wzgórzu siedzibę, w której u niego są wielki zapas suszonego mięsa od bawoły i skóry.
W tejże chwili rozległ się wystrzał, aż się cała puszcza zatrzęsła.
— Mistrz idzie! — rzekł giermek.
Psy widać zwietrzyły bliskość pana, bo z radosnem szczekaniem i wyciem pobiegły w zarośla i po chwili w ich otoczeniu ukazał się sam mistrz Myśliwy Ludzi.
Stanąwszy przed szałasem, nawet nie zwrócił uwagi na przybysza i rzucił upolowane ptaki swemu giermkowi, który zaraz wziął się do ich skubania.
De Cronstillac stał wciąż w miejscu z ręką na gardzie szpady. Obojętność z jaką przyjął go Myśliwy Ludzi, wzbudziła w nim poprostu gniew — pomyślał atoli, że, skoro Sinobroda wie już o jego zamiarach, mogła nakazać swemu kochankowi przyjęcie gościa w ten sposób. Bukanier nie odzywał się ani słowem — gaskończyk był w głupiem położeniu, aż wreszcie zdecydował się przemówić pierwszy — zbliżył się tedy do dzikusa i zagadnął:
— Ślepy jesteś, kamracie, czy co?
— E, Piotr! — obojętnie zwrócił się Myśliwy Ludzi do swego parobka. — Odpowiadaj, przecież ten mówi do ciebie!
— Ależ nie, przecież mówię do pana! — wyrwał się ze zniecierpliwieniem awanturnik.
— Powiedziałeś pan: kamracie — a co ja tobie za kamrat... chyba mój czeladnik.
— Do djabła, cóż pan sobie myślisz?
— Nic sobie nie myślę, ale jestem bukanier, mistrz — a ty co? Pierwszego lepszego za swego kamrata przecież nie uznam. Świnie z tobą pasałem, czy co?
Chociaż mistrz wyrażał się po francusku znacznie poprawniej od swego czeladnika, pasażer z „Jednorożca“, który opowiadał de Cronstillac‘owi o tym gburze, miał pełną rację, że Myśliwy Ludzi niewiele różnił się manierami od swoich dzikich świń i bawołów.
— Jakże więc mam pana tytułować, by pan raczył mi odpowiedzieć? — z irytacją zawołał gaskończyk.
— Jak przychodzisz, żeby kupić ode mnie skór, czy mięsa, tytułuj mnie sobie, jak chcesz, jeżeli przyszedłeś po to tylko, żeby zobaczyć bukaniera — to się pogap — i tak nic nie wyszpiegujesz... Jeżeliś głodny, to żryj, ile wlezie, o ile ten prosiak już gotów.
Konkurent o rękę Sinobrodej był tak wygłodzony, że przestał już zwracać uwagę na grubiaństwa jej kochanka i niecierpliwie oczekiwał chwili, kiedy dziki prosiak będzie gotów. Nakoniec drab, zwany Piotrem, odezwał się do pana:
— Mistrzu, pieczeń już jest.
— No, to się bierzmy do jedzenia! — odrzekł bukanier.
Giermek wbił najpierw na drewniany widelec pieczonego gołębia, położył go na liściu i podał swemu panu, poczem zabrał się do ćwiartowania pieczonego dzika.
De Cronstillac, widząc że gospodarz pałaszuje, zgoła się o niego nie troszcząc, wziął nakoniec drugiego gołębia i, usiadłszy na ziemi, spożył wyśmienitego ptaka, poczem odezwał się do grubijanina.
— Ależ, mistrzu, wiesz, że ty lepiej jadasz od paryżan!
— Każdy je, co ma. Nam, bukanierom, niebrak dzikich świń, ani bawołów, handel też nam idzie niezgorzej — odparł Myśliwy Ludzi, napychając fajkę wyśmienitym tytoniem.
Im dłużej de Cronstillac przyglądał się Myśliwemu Ludzi, tem mniej chciało mu się wierzyć, aby podobne chamidło mogło się cieszyć względami bogatej, a, zdaje się i pięknej wdowy.
Bukanier, zakurzywszy wielką fajkę, odezwał się do gościa:
— Takiego pana w czerwonych pończoszkach, to tu chyba służący w lektyce przynieśli, hę?
— O, mylisz się, przyjacielu; przyszedłem pieszo... umyślnie, aby zobaczyć najsławniejszego na całe Antylle bukaniera.
— No, to już mnie zobaczyłeś... teraz możesz szykować się do drogi...
— Ba, żebym to znał jakąś drogę — przecież idę na chybił trafił, żadnej drogi nie znając.
— A skądże pana djabli przynieśli?
— Z Maconba, gdzie nocowałem u o. Griffon‘a.
— Zaraz każę memu czeladnikowi, żeby odprowadził tam pana z powrotem.
— Ależ zgoła nie mam zamiaru wracać — idę dalej, w zupełnie przeciwnym kierunku.
— A to znowu dokąd?
— Do Czarciego Wzgórza.
Bukanier zamyślił się głęboko.
— Hę, do Czarciego Wzgórza droga krótka, ale z Czarciego Wzgórza długa... Ale... wiesz pan co, ja jestem dobry człowiek: jedliśmy przy jednem ognisku, razem fajkę kurzyliśmy i nie chcę pańskiej śmierci....
— No, to co: decydujesz się pan pokazać mi tam drogę, czy też zabić mnie na miejscu, jakby to z pańskich słów wynikało?
— Jedno i drugie na jedno by wyniosło.
— Czy to rzeczywiście tak niebezpieczne miejsce?
— Ho, ho — wszelkie możliwe do wyobrażenia niebezpieczeństwa zwaliłyby się tam panu na kark!
Lecz de Cronstillac odparł:
— Ze szpadą w ręku nie ulęknę się niczego!
— Miau, miau!! — wrzasnął pachołek, a pan jego roześmiał się głośno. Widocznie musieli już wiedzieć o nocnej batalji gaskończyka z miauczącym i drapieżnym wrogiem.
Rozgniewany szlachciura dobył swego rożna i ruszył, na bukaniera ze słowami:
— Broń się pan, jeżeli potrafisz walczyć ze szlachcicem, nietylko z bawołami!... To zniewaga...
Na te słowa, bukanier rzucił się na awanturniika, chwytając go za kołnierz:
— Życie twoje w mej mocy!... Rozbiję ci łeb, jak psu!!...
De Cronstillac odparł z zimną krwią:
— Przyznać muszę panu zupełne prawo do tego — jestem bowiem potrójnym zdrajcą. Byłem głodny — ugościłeś mnie; byłem spragniony — napoiłeś mnie, a ja ciebie bezbronnego zaatakowałem. Tak, masz pełne prawo zabić mnie jak psa.
Bukanier z pewnem zdziwieniem spojrzał ma gaskończyka.
— No, no... — wyrzekł, jakby mimowoli — szpicel, ani skrytobójca tak by nie przemawiał...
Chwilę patrzeli sobie w oczy. Wreszcie dzikus pierwszy wyciągnął rękę do przeciwnika:
— Daj łapę... jesteśmy braćmi!
De Cronstillac zawahał się.
— Nie wiem, czy będziemy mogli podać sobie dłonie... — zaczął poważnym tonem. — Widzisz pan... muszę pana uprzedzić o celu mego przybycia. Oto... jestem pańskim rywalem, bo kocham Sinobrodę i zdobędę się na wszystko, aby ją posiąść...
— A ja ci mówię: daj mi łapę, bracie?
— Jakto... mimo moich zamiarów?
— Mimo!
— Ale ja chcę dostać się na Czarcie Wzgórze!...
— Sam pana tam zaprowadzę!
Po czterech godzinach drogi, gaskończyk i bukanier dotarli aż do szczytu Czarciego Wzgórza. Na hasło kochanka Sinobrodej, spuszczono z przed warownej bramy drabinę i obaj przybysze dostali się na dziedziniec.
Bukanier wszedł pierwszy.
Doprowadził go do sklepionej bramy, wiodącej do mieszkania straszliwej wdowy; tam szepnął coś do ucha jednej z przechodzących mulatek; ta wzięła gaskończyka za rękę i poprowadziła ku schodkom z boku bramy. Bukanier, widząc pytające spojrzenie gaskończyka, wyjaśnił mu:
— Idź pan się przebrać, a ja tymczasem uprzedzę swą lubę o pańskiem przybyciu.
Po tych słowach zniknął w sklepianym korytarzu, zaś mulatka zaprowadziła de Cronstillac‘a do pięknie urządzonej komnaty, do której po chwili weszło kilku murzynów. Jeden z nich niósł spory pakiet, drugi zaś mięsiwa i dwie flaszki czerwonego wina na srebrnej tacy. W łazience, przylegającej do komnaty, przyszykowano kąpiel; de Cronstillac wykąpał się, poczem jeden z murzynów rozpakował pakiet, wydobywając wytworne czarne ubranie i jedwabne czerwone pończochy. Ukończywszy przy pomocy niewolnika toaletę, gaskończyk rzucił raz jeszcze spojrzenie w weneckie zwierciadło, które przed nim trzymał niewolnik, poczem poprawił fryzurę, włożył kapelusz z białem piórem i z niecierpliwością oczekiwał chwili prezentacji wdowie.
Nakoniec upragniona chwila nadeszła. Weszła mulatka i przeprowadziła awanturnika krętemi schodkami do salonu, gdzie chwilę musiał czekać.
Jakież było jego zdumienie i zachwyt i zmieszanie, gdy weszła Angelika, poprostu oślepiając gościa blaskiem swej urody. De Crotnstillac aż się cofnął mimowoli, nigdy bowiem w życiu nie widział podobnej piękności. Po chwili dopiero odzyskał przytomność i złożył gospodyni dworny ukłon. Obmyślał właśnie jakiś komplement, któryby przy tej okazji należało powiedzieć, gdy nagle Sinobroda, nie mogąc dłużej wytrzymać, wybuchnęła głośnym, srebrnym śmiechem. Stropiony gaskończyk stał chwilę w milczeniu przed roześmianą mężobójczynią, gdy zaś uspokoiła się nieco, przemówił z najwyższą uprzejmością:
— Jestem głęboko przekonany, pani, że wesołość pani spowodowało moje biedne serce, nad ktorem daremnie staram się zapanować, tak wielką miłością bije dla pani!
Sinobroda spojrzała nań ironicznie:
— Och, mój drogi panie, mylisz się pan! Wybacz mi mój niewczesny śmiech... ale rozbawiło mnie okropnie nadzwyczajne pańskie podobieństwo do mego drugiego męża... Na pana widok wydało mi się, że ten biedny chłopczyk wylazł z grobu z pretensjami do mnie o swój przedwczesny, a straszliwy zgon...
Gaskończyk zdumiał się. Więc ta cudowna istota aż tak daleko posuwa swój cynizm morderczyni...
— Jakże rad jestem — rzekł poważnie i grzecznie, poprostu, żeby coś powiedzieć — że moja osoba budzi w pani miłe wspomnienia...
— No, przystąpmy zaraz, do rzeczy — rzekła wdowa — Chcesz mnie pan poślubić — czy tak?... Słyszałam już o tem od Myśliwego.
— Pani, proszę mi wybaczyć, jeżeli milczę... Zbyt jestem wzruszony widokiem...
— Ech, tylko bez ceregieli... Więc to prawda, że chcesz mnie pan poślubić? — powtórzyła Angelika.
— Prawda murowana... równa prawda, jak to, że pani jesteś największą pięknością świata.
— Doprawdy?... Więc decydujesz się pan na małżeństwo ze mną... no, bo, widzi pan, chyba, bo pan powinien rozumieć... że miałam już trzech mężów, o których zgonie różnie mówią... zwłaszcza o tajemniczym losie trzeciego... Nie wiem, czyś pan już słyszał wszystko, o co mnie pomawiają... ludzie wogóle są plotkarzami, ale zawsze plotki mają pewien podkład. No, ale przeciwko pańskiej propozycji nic nie mam... z kolei sama panu ofiaruję swą rękę... Jeżeli pan, doprawdy, tak przystępny, że trudno byłoby mi znaleźć kogoś innego zamiast pana... przy opinji, jaką się cieszę...
— Przystaję! Poświadczając miłość pani, drwię sobie z wszelkich niebezpieczeństw!
— Widzę, że mam przed sobą prawdziwego rycerza! — zawołała Angelika. — Muszę jednak pana uprzedzić, że ślub mój z panem, ozy z kimkolwiek nie może wpłynąć na zmianę mego stosunku do Myśliwego ludzi... O, ale właśnie on się zbliża... Opowiemy mu wszystko i spożyjemy wieczerzę, jak troje najlepszych przyjaciół...
De Cronstillac zaledwie poznał boukaniera, który zdążył zrzucić myśliwskie ubranie i przywdziać piękny kaftan i szerokie spodnie. Kędzierzawe włosy, poprzednio rozczochrane, teraz spadały mu w pięknie zaczesanych lokach na ramiona. Gdy gaskończyk ze zdumieniem przyglądał się tak zmienionemu leśnemu człowiekowi, Angelika z cyniczną szczerością zwróciła się do swego amanta:
— Wyobraź sobie — ten oto kawaler zdążył już oświadczyć się o moją rękę! Oczywiście, bez wahania przyjęłam jego propozycję...
Myśliwy Ludzi rozsiadł się wygodnie w fotelu i rzekł:
— Moja piękna, wychodź sobie zamąż, ile chcesz... jeżeli tylko znajdziesz gotowego do przyjęcia twej ręki, bo zdaje się, coraz trudniej o takich... Napewno nie zestarzeją się przy tobie... są napoje, które uchronią ich od tego...
De Cronstillac uczuł, że jakiś straszliwy ciężar tłoczy mu piersi — poczynał już żałować swego warjackiego pomysłu — jednakże nie chcąc jeszcze pokazać tego po sobie, rzekł do Sinobrodej:
— Doprawdy, nie mogę uwierzyć, by pani była tak okrutną... pani chyba pozuje... no, ale, mam nadzieję, że do jutra przeniknę tę osobliwą tajemnicę...
Na te słowa Angelika rzuciła swemu kochankowi spojrzenie, pełne przerażenia. Po chwili, zwróciła się do gaskończyka:
— A więc... ofiaruję panu swoją rękę; jeżeli pan przyjmuje bez zastrzeżeń moje warunki, załatwimy całą sprawę w ciągu tygodnia...

Cronstillac czuł, że ulega jakiejś mistyfikacji, lecz nie mógł jej przeniknąć; nie wiedział przytem, o ile cała ta przygoda jest mistyfikacją. Wreszcie zawołał:
— Nie, tu kryje się coś strasznego, niezrozumiałego!
— A któż panu, mój panie, powiedział, że to wszystko, co się dzieje na Czarciem Wzórzu ma być czemś naturalnem i zwykłem? Alboż pan wiesz, dlaczego zdecydowałam się oddać panu swą rękę... czy wiesz, z kim masz do czynienia... kto ja jestem?... Kto panu dał prawo uważania tego wszystkiego za komedję?... A co będzie, jeżeli pan przekona się, że wiele rzeczy należało brać na serjo... ale przekona się pan zapóźno dla siebie?!
— A skądże masz pan taką pewność, że się kiedykolwiek stąd wydostaniesz? — z zimnym uśmiechem dodał kochanek wdowy.
De Cronstillac zerwał się, cofnął się o jeden krok i odparł wyniośle i stanowczo:
— No... spodziewam się, że nie dojdzie do żadnych gwałtów wobec mej osoby, albo...
— Co za albo?... Cóżby nam mogło grozić z pańskiej strony? — drwiąco spytała Sinobroda.
Gaskończyk nie znalazł na to ani słowa odpowiedzi; po niewczasie począł żałować swego zuchwalstwa; był człowiekiem odważnym, ale te pogróżki i straszliwe napomknienia rzeczywiście nań podziałały. Chwilę stali w milczeniu, gdy wtem weszła mulatka, oznajmiając, że wieczerza już podana.
— No, do roboty, szlachetny rycerzu! — zwróciła się wesoło Sinobroda do nowej ofiary. — Tylko bez obaw... sądzę, że przyjmiesz zaproszenie ubogiej wdowy i nie pogardzisz skromnym posiłkiem w jej domu.
Gaskończyk nie znalazł nic stosowniejszego, niż podanie jej ramienia. Pokój jadalny, do którego go wprowadzano, był jeszcze wspanialszy, niż salon; wieczerza odznaczała się wprost przepychem, cała zastawa była ze złota, srebra i kryształów — i ubogi szlachciura coraz bardziej podziwiał bogactwo Sinobrodej. Mężobójczyni była najmilszą i najwytworniejszą w świecie gospodynią, w całem swem zachowaniu się nie przejawiając nic podejrzanego.
Po wieczerzy rzekła doń pani pałacu:
— Jutro usłyszysz pan warunki, jakie łączę z ofiarowaniem panu mej ręki, teraz zaś Myśliwy Ludzi odprowadzi pana do przeznaczonej dla pana komnaty.
Po tych słowach opuściła jadalny pokój.
Bukanier przeprowadził swego rywala przez wielki krużganek do wytwornie urządzonej komnaty, której okna wychodziły na wspaniały ogród.
— Żołnierz z zawodu obejdzie się chyba baz usługi... zostawiam pana samego... niechże pana Bóg, albo wszyscy djabli strzegą!
I bukanier wyszedł z pokoju, starannie zamykając drzwi za sobą na klucz.
De Cronstillac, obawiając się pułapki, chciał czuwać całą noc, lecz niebawem, przemęczony tyloma przygodami i wrażeniami, zapadł w kamienny sen. Wbrew obawom, noc spędził wybornie, w zupełnym spokoju. Słońce wzniosło się już wysoko, gdy się obudził, podniósł się i rozchylił firanki przy oknie.
Jakież było jego zdumienie i zgorszenie, gdy ujrzał Sinobrodę, przechadzającą się wzdłuż jednej z alei... z karaibem, o którym już słyszał! Był to wysoki muskularny chłop, prawie nagi; puszył się jak paw w obszernym białym płaszczu z bawełnianej materji; na ramionach błyszczały mu złote bransolety, nogi zaś miał obute w rodzaj sandałów skórzanych, rzeczywiście gustownej roboty.
Zbrodnicza para zwolna zbliżała się do okna, za którem ukrywał się gaskończyk.
Na ten widok wdówki, jaśniejącej w świetle uroczego poranku, pięknością i wdziękami, w sercu de Cronstillac‘a zbudziła się nagle prawdziwa miłość... a wraz z nią i męczarnie zazdrości... Przecież musiał być niemym widzem spokojnej i poufałej pogawędki swego bóstwa z jednym z jego trzech posiadaczy; para ta podeszła tak blisko do okna, z którego śledził ich de Cronstillac, że ten ostatni mógł słyszeć ich co do słowa, przewrotna zaś kobieta zachowywała się tak, jakby jej szło o doprowadzenie gaskończyka do szczytu cierpień.
— Youmalë — mówiła, rzucając dzikusowi słodkie i kuszące spojrzenie — Youmalë... jesteś moim panem... jestem tobie posłuszna... ale czyż to nie jest dla mnie rozkoszą?...
— A przede wszystkim jest to twoim obowiązkiem — wyniośle odparł karaib.
— Youmalë... ja żyję tylko dla ciebie... — ciągnęła rozkochana wdowa. — Jeżeli rozkażesz mi wypić puhar soku z owoców manrinelli, uczynię to bez wahania, byle ci dowieść, że wszystko poświęcę dla zrobienia ci przyjemności.
Zbliżyli się do okna gaskończyka tak, że musiał cofnąć się w głąb pokoju, aby nie spostrzegli, że ich podsłuchiwał.
— A, do djabła ciężkiego! — medytował strapiony — że kobieta kocha jednego mężczyznę, choćby ta miłość była i występna... to rozumiem... że kocha dwóch, no, to gorzej, ale zdarza się nieraz... ale, żeby kochała odrazu aż trzech, no, to... własnym oczom i uszom zaledwie wierzę! I przy tem wszystkiem jeszcze ofiaruje mi swą rękę!... Nie, tu można oszaleć... nie... niepodobna, bym pozostał dużej w tym zbrodniczym domu!... Na gwałt muszę stąd się wynosić... żebym tylko jeszcze zdołał odszukać kapitana „jednorożca“...
Nagle weszła mulatka, oznajmiając gościowi, że czeka nań kamerdyner. De Cronstillac ubrał się i uczesał przy pomocy czarnego niewolnika, poczem zeszedł do salonu dla powitania swej przyszłej małżonki, która niebawem nadeszła.
Na widok Sinobrodej, gaskończyk spiekł raka, jak żak.
Zawiniłam wczoraj wobec pana, pozwalając temu brutalowi, Myśliwemu Ludzi, pleść przy panu takie bzdury? — zwróciła się doń Angelika z uśmiechem. No, ale dajmy już temu pokój... Ale: muszę pana uprzedzić: przybył do mnie karaib Youmalë.
— A, już go widziałem... wraz z panią... pod memi oknami... przypadkowo... — z zakłopotaną miną odpowiedział de Cronstillac.
— Nieprawda, jaki to piękny mężczyzna? — spytała wdówka z triumfującą miną.
— Hm... jak na dzikusa... to nawet wspaniale wygląda... ludojad!! — odparł kwaśno gaskończyk — jednego tylko nie rozumiem... wybacz, pani, ale jesteśmy sami... więc chyba mogę mówić o tem szczerze: do czego to podobne tak zmieniać kochanków z dnia na dzień?
— Ależ co znowu... albo ja ich zmieniam? Stale mam trzech i na tem poprzestaję... jeden przychodzi, drugi odchodzi; wszyscy trzej bardzo mnie kochają, nie rozumiem więc, dlaczego nie miałabym ich trzech kochać?
De Cronstillac zgłupiał do reszty.
— Hm... przecież ta bezwstydnica doszła już do zupełnej zatraty wszelkiego poczucia cnoty i moralności... ładną żonę sobie wybrałem...
— Proszę pani... — dodał głośno — nietylko dziś panią z nim widziałem, ale i słyszałem... Czyż to możliwe, aby pani na jedno jego życzenie połknęła truciznę?
— Gdyby ten ludożerca rzekł mi: „Umrzyj!“ — spełniłabym jego rozkaz w mgnieniu oka! — z żarem zawołała Angelika.
— A gdyby tego zażądał karaib?
— Och, Boże!... Mówiłam panu przecież, że tak samo...
— Więc kochasz, pani, wszystkich trzech odrazu?
— Oczywiście.
— Pozwól mi, pani, na jeszcze jedno pytanie... Słyszałem baśnie na temat owych potrutych małżonków pani... Nie posądzi mnie pani chyba, abym uwierzył w podobne brednie.
Wdowa przyjrzała mu się bacznie.
— To nie są wcale baśnie! — odparła, ostro.
— Ależ... niepodobna, bym w coś podobnego uwierzył!
— No, no... przyjdzie jeszcze chwila kiedy pan będzie musiał w to uwierzyć... byle ta chwila nie przyszła zapóźno dla pana. W wiele innych rzeczy będziesz pan musiał uwierzyć... przekonasz się naocznie...
— No, to kiedy dowiem się dokładnie tych wszystkich okropności?
— Wtedy, gdy panu powiem, za jaką cenę ofiaruję panu swą rękę.
— Czy to już dziś?
— Tak.
— O której godzinie?
— Dziś wieczorem, o wschodzie księżyca.
— Więc osobiście nie czuje pani do mnie żadnej nienawiści?
Przy tych ostatnich zapytaniach, wyraz twarzy Sinobrodej uległ nagłej zmianie. Spoważniała i posmutniała, jakby dręczyła ją jakaś straszliwa tajemnica, od której zależał również smutny los jej nowego wybrańca. Wreszcie odpowiedziała z powagą i godnością:
— Pyta mnie pan, czy pana nienawidzę?... Nie znamy się jeszcze tak gruntownie, by mogły się między nami nawiązać aż tak silne uczucia... przyjazne, czy wrogie... daleko mi jeszcze do nienawidzenia pana... O ile pana poznałam, jesteś pan niewątpliwie bardzo płodny, bardzo próżny i bardzo zuchwały.
— Pani!...
— Z drugiej strony atoli, robisz wrażenie człowieka dobrego, naprawdę mężnego i... już jestem najmocniej przekonana, że można po panu spodziewać się największych poświęceń... A przytem, jesteś pan ubogi i niepewnego pochodzenia...
— Pani! — obraził się szlachciura — nazwisko de Cronstillac warte jest więcej, niż wszystkie skarby świata i niż niejeden tytuł książęcy!
— Nie wątpię też — ciągnęła dalej wdówka, nie zwracając uwagi na ten wybuch arystokratycznych pretensyj gaskończyka — że — gdybyś pan odziedziczył po przodkach majątek, użyłbyś go pan w jakim szlachetnym celu... Przytem, gdyby suma pańskich cnót i zalet, nie przewyższała znaczenia pańskich wad i błędów młodości to, bądź pan pewien, podwoje tego domu nie otworzyłyby się przed panem... jeżeli pan nie uzna za dogodne dla siebie przyjęcie propozycji, jaką panu przedłożę dziś wieczorem, to... jestem przekonana, że przynajmniej nie uniesie pan stąd złych wspomnień o Sinobrodej... No, a teraz, jeżeli panu to nie sprawia trudności, bądź pan łaskaw na mnie poczekać, bo muszę zobaczyć co robi Youmalë...
I wdówka wyszła z salonu.

Tymczasem w St. Pièrre zaszedł wypadek, ważny dla całej ludności wyspy: oto do portu zbliżyła się francuska fregata wojenna; nie wpłynęła atoli do zatoki Fort Royal[3] przeznaczonej dla okrętów wojennych, lecz zatrzymała się na otwartem morzu; po chwili odbiła od niej szalupa, w której siedział jakiś pan o poważnym wyglądzie. Jegomość ten, najwyraźniej jakiś dostojnik, udał się w towarzystwie podporucznika fregaty do domu gubernatora, barona de Rupinelle. Podporuczik wręczył gubernatorowi list kapitana, poczem pozostawił delegata królewskiego — p. de Chemerant — ów poważny pan bowiem był delegatem królewskim — sam ma sam z gubernatorem.
— Panie baronie — zwrócił się wysłannik władz centralnych do gubernatora — czy możemy tu rozmawiać bez obawy podsłuchania?
— O bądź pan spokojny, panie wicehrabio — zapewnił go gubernator.
— A zatem — najpierwszym mym obowiązkiem jest przedłożenie panu pełnomocnictw Jego Królewskiej Mości — rzekł p. de Chemerant; wydobył z kieszonki małe masywne puzderko, z niego zaś obszerne pismo.
Gubernator przeczytał uważnie pismo, podane mu przez wicehrabiego i rzekł z ukłonem.
— Panie wicehrabio, pełnomocnictwa pańskie są najzupełniej wystarczające. Jestem całkowicie do dyspozycji pana wicehrabiego.
Po wymianie kilku grzeczności, wysłannik przystąpił do rzeczy.
— Panie baronie — zaczął — może pan będzie tak grzeczny, wyjaśnić mi kilka rzeczy... Czy to prawda, że w pobliżu plebanji Maconba wznosi się w bardzo niedostępnej, skalistej okolicy, mała forteczka, zwana Czarciem Wzgórzem?
— Tak jest, panie wicehrabio. Siedziba ta nie cieszy się dobrą sławą... poprzednik mój na urzędzie, pan de Crussol udał się tam nawet osobiście dla zbadania, czy istotnie mnóstwo straszliwych pogłosek o niej i o jej właścicielu, nie zawiera jakiego jądra prawdy... Jednakże wśród papierów, jakie pozostawił po sobie, nie znalazłem ani śladu materjałów obciążających ową damę...
— Damę... ach, tak, słyszałem, że zamieszkuje tam jakaś dama, wdowa?
— Tak jest, wdowa... Mieszkańcy Martyniki przezwali ją Sinobrodą, ponieważ miała już trzech mężów i wszyscy trzej zmarli po kolei z przerażającą szybkością.
— I pański poprzednik, pan de Crussol, wszczął w tej sprawie śledztwo?
— Tak jest... słyszałem o tem, lecz, powtarzam panu, że nie znalazłem nigdy najmniejszych śladów, by pan de Crussol stwierdził coś podejrzanego...
— I komendant fortu Saint-Simon wręczył panu poufny list pana de Crussol?
Gubernator spojrzał na gościa ze zdumieniem.
— Tak jest... odparł z wahaniem.
— I w liście tym pan de Crussol ręczył panu słowem honoru, że kobieta, zwana Sinobrodą, zgoła nie jest winna zarzucanych jej zbrodni.
— Tak jest... Ale skądże pan wiesz o tem wszystkiem?
— Jego Królewska Mość rozkazał mi zadawać panu pytania, a panu odpowiadać na nie, nic zaś nie wspomniał o pańskich pytaniach — z naciskiem i stanowczo, acz grzecznym tonem, odparł wicehrabia. — A zatem, pan de Crussol zaręczył słowem szlacheckiem, że niema żadnych powodów do podejrzewania o cokolwiek tej kobiety i niepokojenia jej — nieprawdaż?.
— Tak jest.
— Za co poręczył również proboszcz z Maconba, ojciec Griffon, misjonarz?
— Tak jest... poręczył podczas poufnej rozmowy ze mną.
— Owa dama, zwana Sinobrodą, prowadziła dom handlowy w St. Pièrre?
— Tak jest.
— Czy plenipotent owej damy otrzymał rozkaz rządowy uzbrojenia okrętów, płynących do Francji?
— Tak jest — i wykonał go bez zarzutu. Można to sprawdzić w każdej chwili w rejestrach, dotyczących ruchu okrętów w porcie St. Pièrre?
Gubernator zerwał się, wydobył z jednej z kancelaryjnych szaf grubą księgę, otworzył ją, znalazł odpowiednią stronicę i, przesuwając końcem wskazującego palca wzdłuż tabeli, objaśniał: — O... do La Rochelle.. do Hawru... do Bordeaux..
Widzi pan, że okręty odpływały do Francji regularnie... a to adnotacja o uzbrojeniu.
— Doskonale, panie baronie.
Wicehrabia chwilę wpatrywał się w szeregi cyfr.
— Można wywnioskować — rzekł po chwili — że Sinobroda rozporządza znaczną flotyllą i w prawie każdym czasie rozporządza statkiem, gotowym do wyruszenia.
— Niewątpliwie, panie wicehrabio.
— Czy wśród swych statków nie ma brygantyny, zdolnej w każdej chwili do rozpięcia żagli i do płynięcia nawet pod wiatr.
— A jakże, panie wicehrabio! Znam tę brygantynę — nazywa się „Kameleon“.
Po chwili milczenia, wysłannik króla spytał znowu:
— Powiedz mi, panie baronie, jak dużo czasu potrzeba na dostanie się stąd na Czarcie Wzgórze?
— Hm... teraz mamy jedenastą rano... drogi, są tak fatalne, że nie sposób dostać się tam przed zapadnięciem nocy.
— Dobrze, panie baronie. Bądź pan łaskaw wydać rozkaz trzydziestu najodważniejszym i najlepiej wyćwiczonym ludziom z załogi Fort Royal, aby w przeciągu dwóch godzin byli uzbrojeni, zaopatrzeni w dobrą drabinę i gotowi do drogi pod moją komendą.
— Rozkazy pańskie są dla mnie rozkazami Jego Królewskiej Mości.
I w dwie godzimy później p. de Chemerlant dążył na czele trzydziestu żołnierzy w kierunku Czarciego Wzgórza.
Zaledwie zbrojny oddział opuścił Fort Royal, jakiś młody mulat poczołgał się za nim w pewnej odległości i szedł wśród wysokiej trawy, aż mógł ustalić, że zbrojni dążą w kierunku Czarciego Wzgórza; wówczas zawrócił, gdzieś znikł... po niejakim zaś czasie wpadł do Maconba, kierując się prosto na plebanję.
Była to właśnie popołudniowa, najgorętsza pora dnia i proboszcz drzemał w hamaku. Młodzieńcowi z trudem udało się nakłonić murzynów do obudzenia pana; nakoniec Monsieur zdecydował się na ten krok.
— Co się stało? — zawołał, zrywając się, proboszcz.
— Panie... przybiegł jakiś mulat z Fort Royal...
— Z Fort Royal? — zawołał proboszcz. — Niech wejdzie natychmiast!... — Przysyła cię pan Morsis? — zwrócił się do posłańca.
— Tak jest, ojcze — Oto jest list od niego, z którego się dowiesz o wszystkiem.
O. Griffon otworzył list; przeczytawszy go, mocno się zafrasował.
Nagle zawołał:
— Monsieur, żywo — osiodłaj mi zaraz konia!

I po chwili proboszcz wskoczył zręcznie na konia i pomkną} galopem ku Czarciemu Wzgórzu, wciąż drżąc, że przybędzie zapóźno...

Czytelnik przypomina sobie zapewne, jak pułkownik Rulttler zdołał wydobyć się z podziemnego lochu, dzięki żarłoczności żbików i rysiów, które wprost w mgnieniu oka pożarły trupa jego przewodnika. Zbadawszy dobrze ten loch, pułkownik przystąpił do zbadania przepaści i istotnie stwierdził, że będzie mógł w ciągu jakiejś godziny wspiąć się po pionowem uboczu skalnem na sam szczyt tajemniczego Czarciego Wzgórza. Wolał przecież czekać na zachód słońca, chciał bowiem zakraść się do parku już całkowicie zabezpieczony nocnemi ciemnościami. Gdy słońce zapadło wreszcie, pułkownik ruszył w drogę; był to najtrudniejszy jej etap, wśród głazów granitowych potwornych rozmiarów. Mrok gęsty już panował, gdy stanął na szczycie; był, tak wyczerpany i wygłodzony, że runąłby w przepaść omdlały, gdyby nie był na szczęście znalazł u stóp drzew kilku ogromnych orzechów kokosowych; resztkami sił rozbił jeden z nich, jego orzeźwiającem, chłodnem mlekiem ugasił pragnienie, smacznem zaś jądrzem zaspokoił głód.
Posiliwszy się nieco i wypocząwszy, wślizgnął się w zarośla, gdzie dłuższy czas myszkował w różnych kierunkach, aż wreszcie dosłyszał szmer wodospadu i po chwili dostrzegł przy blasku gwiazd piękny basen z białego marmuru, ukryty w gęstwinie. Rozsunął ostrożnie gałęzie i trzcinę i ukrył się tuż przy basenie.
Opuściliśmy naszego gaskończyka w chwili, gdy w sercu jego zbudziła się miłość. Pełen niepokoju i słodkich nadziei, wyczekiwał z niecierpliwością chwili, gdy Sinobroda spełni swe przyrzeczenie i poda swe warunki. Wreszcie, gdy już zbliżał się wieczór, przyszła doń Miretta, zawiadamiając go, że jej pani czeka nań z wieczerzą. De Cronstillac pośpieszył tam natychmiast; jadł sam ma sam z wdówką, bo karaiba tym razem nie było. Angelika była zamyślona i małomówna.
— Co pani jest? — spytał gaskończyk.
— Nie wiem... mam jakieś dziwne przeczucia... Może pan mnie jakoś zabawi...
— Jakimże sposobem, jeżeli ja sam cierpię? Jeżeli mnie żre zgryzota, trudno, żebym zrobił z siebie błazna!
Gaskończyk mówił z takim smutkiem i goryczą, że Angelice zrobiło się przykro na myśl, że istotnie zrobiła z tego człowieka błazna. Szybko podniosła się i rzekła:
— No, chodźmy stąd... przejdziemy się po ogrodzie i porozmawiamy... Może Youmalë nadejdzie... Nie wiem, dlaczego, ale czuję jakiś dziwny lęk...
Gaskończyk podał jej ramię i zeszli po marmurowych schodach do ogrodu.
— Pani... — zaczął nieśmiało de Cronstillac — miała mi pani dać pewne wyjaśnienia...
— Wybacz mi pan... ale to wszystko było tylko żartem... Wybacz, że zachciało mi się zabawiać twoim kosztem.... pozwól mi pan tylko, że oferuję panu na pamiątkę tych kilka djamentów, które pan musiał zauważyć zapewne...
Gaskończyk nawet nie okazał zdziwienia; pomyślał nawet, że może to i najlepsze rozwiązanie całej tej dziwacznej przygody.
— Pani — rzekł dumnie — jutro z samego rana wyjeżdżam. Proszę tylko o jedno, o przewodnika: to jedyna rzecz, którą od pani przyjmę... Szczerze pani powiem, że ten, jak pani go teraz nazywa, żart, zranił mnie głęboko.
Odpowiedź ta wzruszyła młodą kobietę, zaczęła żałować swych lekkomyślnych słów.
— Jestem panu winna pewne zadośćuczynienie — przemówiła. — Wybacz pan, że cię na chwilę opuszczę, poczekaj na mnie koło tego basenu. Boże... na samą myśl, żem złudziła pana, że możesz zostać moim małżonkiem... ach! A zatem: czekaj pan tutaj, a ja zaraz przyjdę.
Po tych słowach doprowadziła go do wielkiego basenu marmurowego, sama zaś odeszła ku domowi.
Gaskończyk był oczarowany do reszty; teraz już naprawdę kochał Sinobrodą, wciąż jednak nie mógł dojść do żadnego wniosku, co się z nim właściwie dzieje i jak się ta niesamowita awantura skończy.
Rozmyślał długo, aż jego rozmyślania przerwano nagle i brutalnie.
Pułkownik Ruttler widział ze swej kryjówki w krzakach przechadzkę de Cronstilac‘a z Sinobrodą; wśród strzępów rozmowy usłyszał też frazes „mój małżonek“; upewnił się tedy, że Angelika przechadza się z mężem. Jak tylko pani domu się oddaliła, Anglik wysunął się ostrożnie z krzaków, rzucił się znienacka na gaskończyka. zarzucił mu na głowę przygotowany zawczasu worek, obalił go na ziemię i, po krótkiej walce, skrępowawszy mu ręce, przyłożył mu sztylet do gardła i wyszeptał zdławionym głosem:
— Mylordzie, książę!... Jeżeli się ruszysz, lub krzykniesz — śmierć!... W imieniu króla Anglji i Irlandji, Wilhelma III, aresztuję cię, jako oskarżonego o zdradę stanu!
Po chwili pułkownik pochylił się nad swym więźniem i szepnął po angielsku:
— Mylordzie, mogę zwolnić cię z więzów, lecz strzeż się wzywać pomocy!
Nieszczęśliwy awanturnik rozumiał zaledwie parę słów po angielsku, więc wykrztusił:
— Mów pan po francusku... mów pan po francusku!...
Pułkownik odjął mu od gardła sztylet i rzekł:
— Najzupełniej zdaję sobie sprawę z tego, że wasza wysokość przyzwyczajona jest do używania tego pięknego języka, proszę mi jednak wybaczyć, że nie wyrażam się nim dostatecznie poprawnie.
Najbardziej zdumiał gaskończyka ton, pełen szacunku, przyjęty wobec niego przez człowieka, mającego go przecież w swej mocy.
— Posłuchaj, mylordzie — rzekł Ruttler. — Zwalniam cię z więzów, lecz za najmniejszym okrzykiem lub w razie próby ucieczki, zadam ci śmierć! Przyrzekłem Jego Królewskiej Mości dostawić mu Waszą Wysokość żywego, lub umarłego!
Napastnik zwolnił gaskończyka z worka i teraz dopiero ujrzał jego twarz, lecz nie dostrzegł swej pomyłki.
De Cronstillac głowił się nad zagadnieniem, dlaczego właściwie uzyskał raptem tytuł księcia. Pomyślał jednak, że nic nie straci, a może i zarobi, na tej nowej roli — może też, dzięki nowemu wypadkowi, przeniknie nakoniec tajemnicę Czarciego Wzgórza i wdowy.
— Czy jesteś pewny, mój panie, że jestem tym właśnie, kogo szukasz? — spytał pułkownika po chwili milczenia.
— Ho, ho, nie dam się nabrać waszej wysokości! Któż inny mógłby o tej godzinie spacerować z księżną panią?!... No, ale czas drogi... muszę jaknajprędzej oznajmić księciu panu rozkazy Jego Królewskiej Mości, króla Anglji, któremu służę.
— Słucham pana.
— Otrzymałem rozkaz odstawienia księcia pana do Barbados, a stamtąd do Anglji... musisz, książę, przygotować się do więzienia w Londynie...
— A do djabła!... — pomyślał sobie de Cronstillac. — Więzienie, to już mniej przyjemna konsekwencja tytułów mylorda i księcia...
— I sądzisz pan, że zdołasz o własnych siłach, sam jeden, odtransportować mnie do Barbados? — zapytał.
— Bez najmniejszego trudu, mylordzie.
— Ciekawym, w jaki sposób?... Zdaje się, żeś pan nie zwrócił uwagi, że nie jestem tu sam.
— Wiem o tem, doskonale. Wiem, że lada chwila może tu nadejść księżna pani... mam nadzieję jednak, że pan pójdziesz ze mną, nim ona nadejdzie...
— Mówisz pan niejasno, mój panie...
— A więc... posłuchaj mnie, mylordzie. Wszyscy wiedzą, że książę pan poślubił przed czterema laty właścicielkę tego domu... we Francji... czy małżeństwo to było legalne — nie wiem... zresztą nie moja to rzecz... Widzisz więc, mylordzie, że jestem dokładnie o tobie poinformowany...
— Najdokładniej, najdokładniej... — wybełkotał awanturnik.
— Na tej wyspie zaś, mylordzie, osiedliłeś się przed trzema laty... przy pomocy wynajętych ludzi rozpuszczałeś najrozmaitsze pogłoski dla trzymania zdała od tego domostwa ciekawych...
— No do djabła... teraz już nie rozumiem — mruknął de Cronstillac. — Więc Sinobroda jest rzeczywiście księżną... a łajdaczy się z takimi okropnymi chamami!
— Odkryliśmy pana dzięki cudownemu przypadkowi — ciągnął dalej Ruttler — jednocześnie zaś dowiedzieliśmy się, że chcą z pana zrobić bardzo niebezpieczne narzędzie...
— Ze mnie?
— Tak... przybywam tu, aby pokrzyżować działania pewnego agenta, wysłanego przez króla francuskiego... agent ten lada chwila może się tu pojawić...
— I co pan ze mną zrobisz, jeżeli się zgodzę pójść z panem bez oporu? — spytał de Cronstillac.
— Poproszę księcia pana, aby wydał rozkaz swym niewolnikom przewiezienia nas barką do Barbados, gdzie czeka już okręt wojenny, który ma nas przewieźć do Londynu.
— A jeżeli się na to nie zgodzę?
W takim razie, zmuszony byłbym księcia pana zasztyletować... Mam nakaz dostawienia królowi, księcia pana żywego lub umarłego.
De Cronstillac wywnioskował, że Sinobroda musi być żoną jakiegoś wielkiego pana, którego zapewne kocha nie mniej, niż owych szkaradnych drabów, których widział. Postanowił tedy poświęcić się dla niej, choć nie wiedział, jak z tego wszystkiego wybrnie.
Nie zastanawiając się długo, rzekł do pułkownika:
— Mój panie, żeby stąd się wydostać, musimy przejść przez ten gmach.
— Ale, czy książę pan nie wezwie służby na pomoc?
— Dałem już panu słowo. No, chodźmy.
Ruszyli obaj przez park ku pawilonowi Sinobrodej; o parę kroków od marmurowych schodów, ujrzeli w ciemnej alei białą postać kobiecą, idącą w ich kierunku. Pułkownik zatrzymał się i szepnął jeńcowi:
— Uwaga, książę!... Uprzedź tę kobietę, aby nie robiła krzyku.
— To Sinobroda! — pomyślał z przerażeniem gaskończyk. — Narobi gwałtu i ten łotr mnie zarżnie!
Lecz ku największemu jego zdziwieniu, Angelika zatrzymała się w milczeniu.
— Kto to? — zawołał.
— Wasza wysokość nie poznaje Miretty? — spytała Sinobroda.
De Cronstillac był zdumiony, lecz milczał.
— Chciałam zawiadomić waszą wysokość — mówiła
mniemana Miretta — że jaśnie wielmożna pani czuje się niedobrze i położyła się...
Nagle Angelika oofnęła się z przestrachem, jakby teraz dopiero spostrzegła pułkownika.
— Ach, Boże!... Wasza wysokość nie jest sam!
— Nie bój się, Miretto... ten pan przybył z Fort Royal w pilnej sprawie... muszę z nim natychmiast wyjechać.
— Zaraz obudzę panią.
— Nie, nie... zabraniam ci. Idź zato i każ murzynom, aby natychmiast przygotowali łódź.
— Ale co mam powiedzieć jaśnie wielmożnej pani? — spytała Sinobroda.
— Powiedz jej, żeby się nie niepokoiła... zresztą musi już o tej podróży wiedzieć, bo jadę w sprawie, która jej właśnie dotyczy. Zanieś jej pozdrowienia ode mnie... niech czasem pomyśli o mnie.
— Och, jaśnie wielmożna pani będzie cały czas o waszej wysokości myślała. Ale, pozwoli wasza wysokość, że przyniosę panu płaszcz i szpadę?
I nie czekając na odpowiedź, w mgnieniu oka przyniosła mu wspaniałą szpadę i elegancki płaszcz z doskonałego sukna.
— Aha! — pomyślał gaskończyk — Sinobroda przebiera mnie za księcia, żeby utwierdzić tego gbura w błędzie... Lecz niech się dzieje, co chce... postanowiłem poświęcić — się dla niej i jej małżonka... i poświęcę się do końca.
Angelika wybiegła znowu, po chwili zaś wiróciła i rzekła:
— Wielmożny panie, murzyni już są gotowi... stoją przy bramie z latarniami, aby panom poświecić w drodze.
Ukradkiem uścisnęła gaskończykowi dłoń i szepnęła:
— Po moim mężu kocham pana najbardziej na świecie... bo pan jesteś jego wybawcą!
— Do djabła! — pomyślał kochany przez Sinobrodę — ta piękna księżna może kochać z tuzin mężczyzn!
W chwilę potem ciężka brama zatrzasnęła się za gaskończykiem i jego stróżem, którzy ruszyli ze szczytu wzgórza, prowadzeni przez sześciu rosłych murzynów.

W ukrytej komnacie obok sypialni Angeliki, siedział wytworny mężczyzna, zatopiony w czytaniu angielskiej gazety. Był to mąż Angeliki, Jakób, książę Monmouth[4].
Jeżeli przyjrzymy się dobrze temu panu, spostrzeżemy, że on, Ouragan, Myśliwy Ludzi i Youmalë byli tą samą osobą.
Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem, wpadła Angelika i rzuciła się mężowi na szyję z okrzykiem:
— Jesteś ocalony!
Naprzemian śmiała się i płakała, całowała jego oczy, jego ręce, wciąż powtarzając:
— Jesteś ocalony, jesteś ocalony! Już ci nic nie grozi, mój Jakóbie drogi!... Ale ile ja wycierpiałam!!
Ks. Monmouith spytał ze zdziwieniem i niepokojem:
— Cóż się takiego stało, moja droga? O co ci chodzi?
Angelika, pozostawiając to pytanie bez odpowiedzi, zawołała:
— Ale mimo tego, musisz czemprędzej uciekać!... Szpiedzy Wilhelma są już na naszym tropie! Ks. Monmouth uszom własnym nie wierzył.
— Co mówisz? — zawołał. — Ten holender wie już, gdzie ja się ukryłem?
— Tak!
Angelika opisała mężowi całe zajście, szczególnie obszernie opowiadając o szlachetnem męstwie gaskończyka, który, wzięty przez pomyłkę za księcia, zgodził się bez wahania na odgrywanie jego roli, czem go odrazu uratował.
Książę aż się porwał za głowę.
— Co słyszę?... Dał się uprowadzić pod mojem nazwiskiem?!... Przecież te psy Wilhelma, spostrzegłszy swój błąd, zamordują go! Nie, to byłoby plamą na mym honorze... nie pozwolę na to! Natychmiast ruszę sam za nimi w pogoń!!
I wypadł do drugiego pokoju, by się przebrać. Angelika pozostała sama, bliską zemdlenia z trwogi i wzburzenia, gdy nagłe rozległo się kołatanie do bramy, tak gwałtowne, że dosłyszała je nawet pani domu ze swego pawilonu. Po chwili wpadła Miretta, oznajmiając księżnej, że to o. Griffon tak się dobija, przybywając z jakiemiś ważnemi wiadomościami. Angelika natychmiast kazała prosić plebana do salonu. Jednocześnie powrócił jej mąż, tak świetnie przebrany za herszta korsarzy, że najlepiej znający go nie zdołałby go poznać.
— Mój drogi — rzekła Angelika — przybył ten poczciwy Griffon z jakiemiś ważnemi nowinami! Chodźmy go razem przyjąć.
Wyszli do salonu, gdzie oczekiwał na nich misjonarz, blady, wzburzony i przemęczony.
— Za pół godziny wpadną tutaj! — zawołał.
— Kto, ojcze? — spytał syn królewski.
— Ten gaskończyk, kanalja!
— Ach, Jakóbie, wszystko odkryte! — zawołała Angelika, wcale zresztą nie rozumiejąc, co pleban mówi i dlaczego tak szpetnie wyraża się o gaskończyku. — Uciekajmy, póki czas! — dodała, rzucając się w objęcia mniemanego flibusjera.
— Uciekać... którędy... dokąd?!... — załamał ręce duchowny. — Z Czarciego Wzgórza prowadzi tylko jedna droga... a przytem, powiadam wam, że lecą tuż za mną... Ale przedewszystkiem spokoju... jeszcze nie wszystko stracone!
— Mów jaśniej, miły ojcze! — zwróciła się doń Angelika. — Co się stało... co się właściwie dzieje?
— Ten gaskończyk... łotr... zdrajca przeklęty!... Wybacz mi Boże, żem się na tym Judaszu plugawym nie poznał!... Bodaj ziemia tego nikczemnika pochłonęła!!
— Ale co ty, księżę, wygadujesz? Toż to najszlachetniejszy człowiek pod słońcem! Podał się za mego męża i teraz przyjdzie mu jaszcze ponieść śmierć skrytobójczą za nas.
— A tak, wiem już... podszył się pod nazwisko księcia pana ale, wiecie państwo, w jakim brudnym celu?
— Mów, mów, księże proboszczu... — wyksztusiła Angelika. — Co się dzieje... umieram z trwogi.
— Posłuchajcie mnie tedy — zaczął kapłan — muszę się śpieszyć, bo niebezpieczeństwo za pasem. Dziś rano otrzymałem list od pana Morris, który zawsze uprzedza mnie o wszelkich ważniejszych wypadkach w stolicy wyspy... otóż list ten zawiadamiał mnie, że obok portu zatrzymała się francuska fregata wojenna, z której wysiadł jakiś nieznany pan, wyglądający na wielkiego dostojnika, udał się do gubernatora, a po rozmowie z nim ruszył na czele zbrojnego oddziału ku Czarciemu Wzgórzu... Mają broń, drabiny... niebawem tu będą!
— Boże, Boże, zmiłuj się nad nami! — zawołała Angelika.
— Słuchajcie dalej! Natychmiast pomknąłem tu, co koń wyskoczy, aby was ostrzec, miałem bowiem nadzieję, że wpadnę tu jeszcze przed tym człowiekiem... bo oddział straży gubernatora ma liche konie i posuwa się dość wolno. Istotnie, dopadłem ich u samych stóp góry. Dostojnik ten potraktował mnie życzliwie; oznajmił, że jest wysłannikiem do szczególnych poleceń króla Francji i prosił mnie, bym go tu zaprowadził, bo znam mieszkańców tego domu... okazało się, że zna moje nazwisko i pewne szczegóły... Nie mogłem mu odmówić, bojąc się wzbudzić w nim jakie podejrzenia... wolałam też zostać przy nim... W drodze zadał mi kilka pytań odnośnie pana i pana małżonki...
Nagle usłyszeliśmy donośny głos: „Kto tam!“„“ „Wysłannik Jego Królewskiej Mości, króla arcy–chrześcijańskiego“! — odpowiedział pan Chemerand — tak bowiem nazywa się ów agent. — „Zdrada!“ — ryknął tenże głos, poczem usłyszeliśmy głuchy jęk i okrzyk: „Umieram!“ „Do broni!“ — huknął pan de Chemerand, dobywając szpady i rzucił się naprzód, a za nim żołnierze i ja. Po chwili ujrzeliśmy gaskończyka, leżącego bez ruchu na drodze, pod ścianą skalną. Czterej murzyni drżąc z przerażenia, padli przed nami na kolana, gdy tymczasem czterej żołnierze gubernatora rozbrajali i obezwładniali jakiegoś tęgiego draba w mundurze angielskiej marynarki...
— Co... więc ten dobry gaskończyk śmierć poniósł? — zapytał z bólem i żalem książę.
— Ależ nic podobnego, książę!... Ow drab w angielskim mundurze sądził na nasz widok, że to jakaś odsiecz dla księcia pana — i pchnął gaskończyka sztyletem... zabiłby go niechybnie, gdyby ostrze nie pękło na klamrze jago skórzanego pasa. Gaskończyk runął na złomy skalne z takim impetem, że chwilę leżał bez ruchu... wtedy to zawrzasnął: „Umieram“!
Okrążyliśmy niedoszłego mordercę.
— Ha-ha-ha, pan dyplomata! — zawołał łamaną francusczyzną z dzikim śmiechem, ujrzawszy się w naszych rękach. — Ja poznał, pan poseł, pana zamiary i uniemożliwił je! Przyjechał pan po Jakóba książę Monmouth aby go zrobić narzędziem nowego buntu ale ja z niego zrobił trup... o możesz go sobie wziąć! Ja go zabił, ja, Ruttler, pułkownik Jego Królewskiej Mości króla Anglji!...
— Nędzniku! — zawołał pan Chemerand ze wstrętem.
— To wielki czyn i chwała dla mnie! — odparł zbir.
— W ciągu dwudziestu czterech godzin będziesz rozstrzelany! — rzekł pan Chemerand — splamiłeś mundur oficerski skrytobójstwem i jesteś wyjęty z pod prawa o jeńcach wojennych.
— Ja wiedział co robić — odparł niewzruszony pułkownik...
— Ale co się stało z gaskończykiem? — przerwał książę.....
— Gdyśmy go okrążyli, poruszył się i jęknął. Żołnierze skrępowali pułkownika i zakneblowali mu gębę, jak zwykłemu zbójowi, pan de Chemerand zaś zbliżył się do tego hultaja i zapytał uniżenie:
Wasza książęca wysokość, czy jesteś ranny ciężko?
Odrazu zrozumiałem, że ten gaskończyk jakimś niepojętym sposobem zaczął uchodzić za pana.
— Nie... sztylet ześlizgnął się po mym pasie, jestem tylko ogłuszony i potłuczony — słabym głosem odrzekł ten awanturnik, gdy go podnoszono z ziemi.
— Uczyń mi, wasza wysokość, tę łaskę i oprzyj się na mnie — zwrócił się doń królewski emisarjusz. Chwilę rozmawiali ze sobą po cichu... potem zdołałem dosłyszeć:
— Zgoda, jeżeli tak, mój panie, ale ja nie mogę rozstać się z moją małżonką... przedewszystkiem musimy udać się na Czarcie Wzgórze i zabrać ją... oczywiście, przystanie bez wahania na towarzyszenie mi w tej wyprawie...
— Co za plątanina wyszła! — jęknęła Angelika.
— Jestem mocno potłuczony i muszę odpocząć w mym domu — mówił dalej gaskończyk, zaś pan de Chemerand zwrócił się do mnie ze słowami:
— Mój ojcze, bądź łaskaw uprzedzić księżnę panią, że Jego Wysokość zaraz wraca i żeby się szykowała do drogi, bo czas nagli... jutro o świcie musimy być w Port Royal...
— Zrozumieliście mnie, państwo? — zakończył o. Griffon. — Zamiary tego judasza leżą, jak na dłoni: w jakiś chytry sposób przywłaszczywszy sobie pańskie nazwisko, chce teraz zapomocą tego oszustwa, porwać pańską małżonkę... W takim razie, musisz pan albo wyjaśnić czemprędzej, że jesteś prawdziwym księciem Monmonth, albo dopuścić do wyjazdu księżnej djabeł wie dokąd z tym nędznym obwiesiem!
Powróćmy teraz do gaskończyka, który tymczasem, wsparty na ramieniu p. de Chemerand, wspina się z wysiłkiem po stromych zboczach Czarciego Wzgórza. Za nim dwaj żołnierze wiodą krępowanego pułkownika Ruttlera, pogrążonego w posępnej zadumie.
P. de Chemerand nie miał pojęcia o wyglądzie ks. Monmonth, na podstawie więc słów pułkownika Ruttlera bez wahania uznał gaskońskiego szlachciurę za królewskiego bastarda.
Gaskończyk dziwował się wielce, zdążył już jednak otrzaskać się z niesamowitemi przygodami, ścigającemi go na tej zaczarowanej górze, widząc zaś, że obecnie zaczynają one przybierać zgoła niezły dlań obrót, w dalszym ciągu grał rolę męża Angeliki. Nie było to dlań rzeczą łatwą, — wiedział już wprawdzie, jak się nazywa i jakiej jest narodowości — pozatem jednak nic o człowieku za którego się podawał, nie wiedział; jednak, dzięki wrodzonemu sprytowi, przedewszystkiem zaś dzięki niepojętemu wprost brakowi rozwagi wszystkich aktorów tej warjackiej awantury, pokonywał szczęśliwie wszystkie trudności. Dla umocnienia królewskiego wysłańca w wierze, że ma przed sobą istotnie angielskiego księcia, kaleczył szkaradnie swą ojczystą mowę, p. zaś de Chemerand ani przez myśl nie przeszło, że przecież jeden z największych panów Anglji nie popisywałby się taką francusczyzną.
— Gdy już wejdziemy do pałacu waszej książęcej mości — mówił p. de Chemerand — przedłożę księciu panu pełnomocnictwa, w jakie mnie zaopatrzył Jego Królewska Mość król arcychrześcijański — oprócz tego mam dla waszej wysokości mnóstwo listów z Anglji, z których dowiesz się, książę, że nigdy nie było tak odpowiedniej chwili do wywołania powstania, jak obecnie.
— Czy pan ma mi do przedstawienia jaki plan?
— Tak... wasza wysokość stanie na czele zwolenników swego królewskiego stryja[5]... chodzi tylko o to, by wasza wysokość puściła teraz w niepamięć wszelkie dawne niesnaski; co do jego królewskiej mości, prawowitego króla Anglji, to nigdy nie był on tak dobrze usposobiony do swego wiernego synowca.
— Nie zawiodę pokładanych we mnie nadziei.
— Po przeczytaniu owych listów przekona się wasza wysokość, jak pomyślną jest chwila obecna... wszyscy starzy towarzysze broni waszej wysokości twierdzą to samo... Zresztą, wasza wysokość spotka się z niektórymi z nich na pokładzie mojej fregaty.
— Pańskiej fregaty? — zawołał mimowoli de Cronstillac. Z trudem zdołał ukryć zaniepokojenie.
— Dzielni ci rycerze przypłynęli wraz ze mną w celu, który nie powinien być zatajany przed waszą wysokością...
— Słucham.
— Na moim okręcie znajduje się, oprócz całego zastępu tych walecznych lludzi, duży zapas broni i amunicji. Z papierów, jakie zaraz pokażę waszej wysokości, zobaczysz zaraz, że zwolennicy twoi nawiązali już kontakt z wybrzeżami Konwalji, w której już setki spiskowców czeka tylko na hasło, aby wybuchnąć, jawnem powstaniem w obronie prawowitego monarchy. Wystarczy wylądowanie waszej wysokości i dostarczenie korwalijczykom broni, a fala powstania rozleje się aż po sam Londyn; kilka tygodni wystarczy dla przepędzenia uzurpatora na cztery wiatry i do osadzenia na tronie w Londynie z powrotem stryja waszej wysokości.
Po chwili namysłu, gaskończyk odpowiedział:
— Sądzę, że musimy raz jeszcze rozważyć wszystko, zanim przystąpimy do walki.
— Pozwoli wasza wysokość, że sytuacja zmusza do szybkiego działania. Widzieliśmy, że szpiedzy Wilhelma Orańskiego wytropili już waszą wysokość; widać, jak ten uzurpator lęka się waszej wysokości. Lada chwila i nasi sprzymierzeńcy w Konwalji mogą być wykryci — to też musimy działać z całym pośpiechem, by jeszcze przed końcem tego roku na tronie Wielkiej Brytanji zasiadł znowu prawowity monarcha. Dla waszej wysokości już jest przeznaczona godność wicekróla Szkocji i Irlandji.
Gdy gaskończyk zdawał się jeszcze wahać, p. de Chemerand uciekł się do ostatecznego środka:
— Muszę wyznać pewną rzecz waszej wysokości... — zaczął z szacunkiem. — W razie, gdyby wasza książęca wysokość odrzuciła propozycję króla, mego pana, jeżeli wasza wysokość, odmawiając poświęcenia swych sił sprawie jego królewskiej mości króla Anglji, która, jest sprawą i mego króla... okaże tem samem, że nie pragnie wymazać z pamięci swego stryja złych i smutnych wspomnień...
— To?...
— W takim razie, Jego Królewska Mość, ze względu na dobro państwa i swego kuzyna, zmuszony byłby oddać pana pod straż... dlatego właśnie towarzyszy mi oddział zbrojny.
Gaskończyk medytował chwilę, przekonał się, że z jednej głupiej sytuacji przebrnął w drugą. Wreszcie jednak odparł majestatycznie:
— Mój panie, po namyśle zdecydowałem się przyjąć godność wicekróla Szkocji, i Irlandji. Nie sądź pan atoli, żem to uczynił z obawy przed uwięzieniem.
De Chemerand był w siódmem niebie.
— Jeśli tak — zawołał — w takim razie... niech żyje Jakób II, król Aniglji, Irlandji i Szkocji!! Niech żyje książę Monmonth, wicekról Szkocji i Irlandji.
Żołnierze trzykrotnie powtórzyli ten okrzyk.
— Powiedz mi, drogi panie — spytał go po chwili gaskończyk — czy dużo moich zwolenników wsiadło na pańską fregatę?
— Jedenastu, wasza wysokość.
— Musi im zapewne być ciasno... a i dla pana niewygodnie...
— No, to żołnierze, przyzwyczajeni do obozowego życia.
— Jednakże... czy nie byłoby wygodniej przenieść ich na jaki inny okręt, na fregacie zaś odbyłbym podróż sam z żoną... zwłaszcza, że z pewnych względów wolałbym objawić się najbliższym nawet przyjaciołom dopiero po wylądowaniu na angielskiej ziemi.
Ta chęć konspirowania się nie wydała się p. de Chemerand niczem dziwnem, jednakże począł wyjaśniać mniemanemu księciu, że ma do dyspozycji tylko jeden okręt. Wreszcie gaskończyk cofnął swe żądanie.
Przez jakiś czas gaskończyk i p. de Chemerand w milczeniu posuwali się ku szczytowi urwistego wzgórza; niebawem zbliżyli się doń o tyle, że już mogli rozróżnić wyraźnie mury oraz bramę. Na widok tych fortyfikacyj p. de Chemerand odezwał się:
— Świetne schronienie obrałeś sobie, książę... Przytem pogłoski, jakie rozpuszczałeś o tem wzgórzu przy pomocy swych chytrych powierników nie zachęcały nikogo do węszenia tutaj... dziwne nawet, jak tem pies mógł tu pana wytropić...
— A mówisz pan o moich przyjaciołach: flibusierze, bukanierze i kairaibie? — uśmiechnął się gaskończyk.
— Tak, drogi książę; chętniebym ich poznał, bom już słyszał o ich dzielności, sprycie, a przede wszystkiem o nadzwyczajnem oddaniu dla waszej książęcej wysokości.
— To prawda, jak tylko osiągnę swój cel, wynagrodzę ich po królewsku. Ale... jedno pytanie: skąd w Wersalu odkryto, gdzie ja się ukrywam?
— Widzisz pan... poprzedni gubernator Martyniki, pan de Crussol, świętej pamięci, znał waszą wysokość z Holandji, gdzie uratowałeś mu życie o czem zapewne zapomniałeś....trudno, byś, książę, spamiętał wszystkie swe szlachetne czyny. Gdy gubernator ten, zaniepokojony dzikiemi pogłoskami o bezeceństwach wdowy, zwanej Sinobrodą, zamieszkującej ten zamek, udał się dla zbadania, o ile są one prawdziwe, ujrzał tu pana. Pan de Crussol poznał waszą książęcą mość odrazu.
— Ach... naturalnie... przypominam sobie! — odezwał się gaskończyk, coraz lepiej orjentując się w swej roli.
— Gubernator przysiągł waszej książęcej mości zachowanie tajemnicy, jednakże, gdy wkrótce potem powaliła go śmiertelna febra, nie chciał tak ważnej tajemnicy zabierać ze sobą do grobu i powierzył ją na spowiedzi przedśmiertnej ojcu Griffon. Ten ostatni czuł skrupuły, czy godzi się osobie zakonnej obciążać swą duszę tak ważną tajemnicą i, przy pierwszym swym pobycie w Europie, wyjawił ją na spowiedzi swemu zwierzchnikowi, ojcu Sancher, generałowi zakonu. Hiszpański klecha okazał się niegodnym zaufania: postanowił tajemnicę, zwierzoną sobie na świętej spowiedzi, wyzyskać dla swych ambitnych celów — zabiegał właśnie bowiem o kapelusz kardynalski — i wygadał ją paru podobnym sobie intrygantom; tą drogą zwęszyli ją szpiedzy uzurpatora Wilhelma... szczęściem, w ostatniej chwili dowiedzieli się o wszystkiem i ministrowie naszego wielkiego monarchy... Płynąc tu, całą drogę drżałem, że zbiry Orańczyka mogą mnie uprzedzić... i niewiele się pomyliłem...
W ciągu tej rozmowy, oddział dotarł wreszcie do platformy u stóp murów warowni. Postanowiono Ruttlera, wciąż związanego, pozostawić na zewnątrz pod opieką kilku żołnierzy; do środka ruszyli jedynie gaskończyk i p. de Chemerand, w asyście sześciu żołnierzy i dwóch marynarzy. Doszedłszy do stóp murów, de Cronstiilac zawołał:
— Hej, służba, otworzyć!
Po chwili spuszczono drabinę i mały oddział wszedł do środka; Miretta otworzyła odrazu bramę, wiodącą do pawilonu Sinobrodej; sześciu żołnierzy zatrzymało się na zewnątrz.
Miretta, której pani dała już pewne polecenia, zawołała z radością na widok gaskończyka:
— O, to wielmożny pan!
— Nie spodziewałaś się mnie tak prędko z powrotem?... Co porabia ojciec Griiffon?
— Jakto?... To już jesteś z powrotem, wielmożny panie?
— No, chyba, że ja... alboż mnie nie poznajesz?... Ale gdzie ojciec Griffon, pytam?
— Pani, dowiedziawszy się o pana wyjeździe, kazała nikogo nie przyjmować.
— Ależ ten świętobliwy mąż przybył z mojego polecenia!
— Pani kazała go zaprowadzić do jednego z salonów w zewnętrznym budynku.
— A więc pani nie spodziewała się, że tak prędko wrócę?
— Nie, wielmożny panie, ale...
— Dobrze już... możesz odejść.
— Przybycie waszej wielmożności będzie prawdziwą niespodzianką dla księżnej pani, która spodziewała się powrotu jaśnie pana dopiero po kilku dniach.
— Radziłbym waszej wysokości wyjeżdżać wraz z żoną jaknajprędzej... jeżeli możliwe, to jeszcze tej nocy... bo niewiadomo, czy ten łotr, którego złapaliśmy, nie ma jakich wspólników; wogóle zaś musimy działać z największym pośpiechem — wtrącił po cichu p. de Chemerand.
I, wraz z mniemanym księciem, ruszyli do małego westibulu, poprzedzającego ulubiony salon Angeliki, od którego oddzielała go jedynie kosztowna kotara. Dzięki tureckim kobiercom, zaściełającym podłogę, obaj panowie mogli dotrzeć bez szelestu do kotary. Nagle usłyszeli hałaśliwy śmiech.
Gaskończyk poznał głos Angeliki... zdębiał... Szybko chwycił rękę p. de Chemerand i szepnął:
— To moja żona... słuchajmy!
— Księżna pani wydaje się mniej smutną, niż wasza wysokość się obawiał... — szepnął emisarjusz, jakby z lekką ironją; coś nie coś obiły mu się już o uszy wieści o skandalicznem prowadzeniu się „Sinobrodej“...
— Możliwe, mój panie... ale, posłuchaj pan, to raczej łkanie... skutkiem gwałtowności, przypominające brzmieniem konwulsyjny śmiech... Zachowaj się pan jaknajciszej... nie chcę swem pojawieniem się wywoływać jej wstrząsu... w tak gwałtownej boleści... — bełkotał gaskończyk, domyślając się już, jak skandaliczną scenę ujrzy...
De Cronstillac — zatrzymawszy p. de Chemerant na środku salonu, rozchylił nieco kotarę i ujrzał widowisko tak bezecne, że, nie panując nad sobą, odwrócił się do stojącego z dość głupią miną emisarjusza i rzekł z gniewem:
— Zobacz pan, jeżeli masz ochotę... A niechże djabli wezmą... nawet tego się nie domyślałem!... Roztropny małżonek zawsze winien posyłać przed sobą nie klechę, ale dobosza, któryby uprzedzał o ich przybyciu o pół mili...
P. de Chemerant spojrzał do wnętrza, i zbaraniał...
Na sofie rozwalił się niedbale kapitan Ouragan z fajką na długim cybuchu, którą klęcząca przy nim Angelika poprawiała co chwila zapomocą złotej szpilki.
— Dobrze — rzekł korsarz — teraz wartoby się napić.
Angelika napełniła winem stojącą na stole kryształową czarę i podała ją kochankowi, który wypił ją duszkiem, poczem bez ceremonji objął Angelikę wpół, całując ją w szyję.
— Wino dobre — rzekł — oboje się kochamy, niema co się troszczyć o tego rogatego durnia!
De Chemerant chciał się cofnąć — najchętniej dałby wogóle nura aż na swą fregatę — lecz de Cronstillac powstrzymał go ze słowami:
— Zaczekaj pan... chcę złapać tę nikczemną parę na gorącym uczynku!
Istotnie, gaskończyk był wściekły. Zobaczymy zaraz, w jak szlachetnej intencji, podjął się uprowadzenia „Sinobrodej“; o jego poświęceniu dla jej męża, którego nawet nie znał, mogliśmy się już przekonać. Możemy też wyobrazić sobie, co się w nim działo na widok nowych dowodów rozwięzłego prowadzenia się ukochanej.
— Ani słowa! — zwrócił się do p. de Chemerant. — Chcę widzieć wszystko do końca... wówczas postąpię bez miłosierdzia i łaski!...
— Ależ, wasza wysokość...
Lecz stanowczy ruch ręki zmusił p. de Chemerand do milczenia.
— Nakoniec jesteś wolna na jakiś czas, moja piękna! — rzekł Ouragan.
— Jeżeli nie na zawsze — dodała Sinobroda.
— Wasza wysokość... jedno słowo, a moi żołnierze rozprawią się należycie z tym drabem... — szepnął p. de Chemerant.
— Sam na siebie biorę zemstę... i, proszę pana, pozostaw mnie samego z tą parą — wyrzekł gaskończyk.
— Jednakże... szczerze radzę waszej wysokości... najlepiej będzie odejść stąd i pozostawić tę bezecną kobietę na pastwę wyrzutów sumienia.
— Opuścić ją... bez kary?... Nie, ona musi pójść za mną...honor mój wymaga zemsty!... Mój panie — dodał niecierpliwym tonem — pragnę pomówić sam na sam ze swoją żoną.
Na tak kategoryczne słowa, p. de Chemerant zgoła już nie wiedział, co gadać; z niewyraźną miną wszedł do bocznego pokoju, wskazanego mu przez gaskończyka, który zamknął za nim drzwi, poczem szybkim i pewnym krokiem wszedł do buduaru cudzołożnicy.
— Pani! — wrzasnął — jesteś pani bezwstydnicą!
Korsarz zerwał się z sofy, jakoby chciał zaraz brać się do burdy z nieproszonym przybyszem, lecz Angelika błagalnem spojrzeniem nakazała mu milczenie.
— Mój panie — przemówiła zimno do gaskończyka — ten Francuz może nas usłyszeć... przejdźmy tedy do głębszej komnaty.
Otworzyła ukryte w ścianie drzwiczki i weszła do tajnego pokoju, tego samego, w którym widzieliśmy ks. Monmouth‘a we właściwym stroju. Gaskończyk i rzekomy flibusier weszli za nią.
Gdy zamknęła drzwi, de Cronstillac zawołał z gniewem:
— Powtarzam pani raz jeszcze: jesteś bezwstydną i nadużyłaś mego poświęcenia w haniebny sposób!
— Mów pan raczej o własnym, niegodnym szlachcica zamiarze! — dumnie odparła Angelika.
Mąż jej tymczasem przechadzał się w głębokiej zadumie po komnacie. Ten gaskończyk zrobił na nim wrażenie hultaja, ale poczciwego; był pewien jego szlachetnych zamiarów, domyślając się, że w całej sprawie powstał jakiś galimatjas.
— Zaraz wyłożę pani całą ohydę pani postępku... proszę mnie wysłuchać. Kochałem panią i ta miłość uczyniła mnie zdolnym do najwznioślejszych czynów... nazwałaś mnie, pani, swym przyjacielem — tedy rzuciłbym się w ogień dla pani... I oto szybko natrafiłem na sposobność ofiary za panią... zbir, nasłany na małżonka pani, wziął mnie w ciemności za niego... bez wahania, z radością przyjąłem jego rolę, aby w ten sposób uratować jednego z tych, których kochasz. W chwili, gdy mnie sprowadzał na dół, dla przewiezienia do turmy w Barbados, napotykamy się na agenta króla francuskiego z oddziałem zbrojnym... Ten drab omal mnie nie zadżgał... został jednak obezwładniony, a ja wpadłem w ręce swych rodaków... Poczynam głowić się, w jaki sposób mam uprzedzić panią o tem nowem niebezpieczeństwie... nagle wpadam na szczęśliwy pomysł... „Pragnę wziąść ze sobą swą żonę — powiadam do tego agenta — był to jedyny sposób porozumienia się z panią i uratowania księcia, którego ten drab chce zmusić do udziału w jakiejś karkołomnej wyprawie.
Angelika słuchała go ze zdumieniem — że gaskończyk mówi prawdę, nie miała najlżejszej wątpliwości — nie przeszkadzało to jednak, że cała heca wikłała się coraz gorzej.
— Jakto, mój panie? — zawołał — Więc pan działał w tak szlachetnym celu... pan chciałeś?... Ach, a ja pana posądzałam...
Lecz gaskończyk nawet jej nie słyszał. Z szyderczym śmiechem zawołał:
— Ale oczy mi się otworzyły nakoniec. Gdy ja karku za pani męża nadstawiam, gdy nad mężem pani wisi śmiertelne niebezpieczeństwo, pani zabawia się z tym nędznym zbójem morskim!!
Angelika poprostu nie wiedziała co począć; de Cronstillac był tak rozzłoszczony, że trudno było z nim w ogóle gadać, a cóż dopiero odsłaniać mu tajemnicę ks. Monmouth. Wreszcie rzekła z widocznem zakłopotaniem:
— Drogi panie... moje postępki ukrywają tajemnicę, której panu wyjaśnić nie mogę.
Lecz de Cronstillac miał już dość tych tajemnic.
— Co, znowu jakaś tajemnica? Nie mam zamiaru być do nieskończoności błaznem pani! Pani musi iść za mną!
— Ależ, panie!
— Tak, pani... jeżeli przyjąłem na swą głowę niebezpieczeństwa i trudy, wypływające z roli męża pani to teraz pragnę użyć także i jego praw!! Tego zaś nędznego mulata i zbója wydam w ręce pana de Chemerant, który już chciał się z nim rozprawić!
Angelika zamieniła z mężem porozumiewawcze spojrzenie; oboje głowili się nad tem, jakby gaskończykowi wszystko wytłumaczyć, gdyż gniew jego zaczynał być niebezpieczny. Nakoniec Angelika rzekła z drżeniem w głosie:
— Drogi panie, wszystko się wyjaśni... Największym mym błędem było, że nie doceniałam szlachetności i uczciwości pańskiej... obawiając się, że chcesz mnie pan uprowadzić w złych zamiarach, chciałam w jakiś sposób zniweczyć pańskie plany... nie mogłam przecież pana prosić... Miałam nadzieję, że widok mej poufałości z kapitanem..
— Więc to pani urządziła tę scenę specjalnie dla mnie? — z pasją przerwał de Cronstillac. — Ależ w jakim celu chciałaś mi pani pokazać, że jesteś kochanką tego opryszka... tak, jakbym o tem nie wiedział?
Stanowczo, dyplomacja zaczynała Angelikę zawodzić.
— Poto, by uniemożliwić panu zabranie mnie ze sobą. Przecież, jeżeli i ten Francuz przekonał się naocznie o mym stosunku z tym kapitanem, wówczas niepodobna przecież, abyś pan w roli księcia, zabierał ze sobą żonę, prowadzącą się w ten sposób... A teraz, drogi panie, zdobądź się na wspaniałomyślność... cóż pana obchodzi, że darzę względami jakiegoś tam chama?
— Co mnie obchodzi?... A to w jakim że celu mam grać rolę męża pani, którego pani oszukuje tak niegodnie?... Ale gdzież, u djabła, jest on sam? Czy już się ukorzył?... Czy on wogóle istnieje, czy nie?... Pokaż mi go, pani... nie mogę być dłużej błaznem pani! Jeśli pani w przeciągu pięciu minut nie zdecyduje się na odsłonięcie mi tych wszystkich tajemnic, wołam pana de Chemerant i robię z tym łobuzem porządek!
— Co robić, Jakóbie? — spytała szeptem Angelika.
— Niema rady, trzeba mu zaufać — zadecydował mąż.
I z poważną miną zbliżył się do gaskończyka.
— Mój panie — zaczął — chcę panu okazać mój szacunek...
— Twój szacunek, zbóju zatracony!... Szacunek takiego łobuza!... Każę cię w dyby zakuć!
— Ależ, wysłuchaj mnie drogi panie... — Stul pysk, obwiesiu! Pani, już się pani zdecydowała?
I gaskończyk ruszył ku drzwiom, aby.zawołać de Chemerand’a, gdy młoda kobieta poczęła go błagać:
— Decyduj? się iść z panem... ale... zaczekaj pan chwilę... decyduję się powiedzieć panu o wszystikiem.. Dowiedz się pan, ze flibusier, bukanier i karaib są tą samą osobą!
— Ta znowu zaczynia swoje kawały — wrzasnął gaskonozyk. — Do mnie, panie, de Chemerant!
Nie zdążył jeszcze wypowiedzieć do końca tych słów gdy książę przyskoczył do niego i szepnął:
— To ja jestem księciem Monmonth, mężem tej pani.
Szybkim ruchem wydobył z kieszeni jakiś flakonik i potarł sobie dłoń, jakimś płynem, który w mgnieniu oka przywrócił jej naturalną barwę.
Gaskończyk w lot zrozumiał wszystko...
Na nieszczęście byto już zapóźno... Emisarjusz usłyszał już jego krzyk i wpadł do komnaty z dobytą szpadą.
— Co się stało? — zawołał.
Gaskończyk, nie tracąc przytomności umysłu, odpowiedział:
— Zawołałem pana abyś mi był łaskaw pomóc.
— Ach rozumiem... jedno słowo, wasza wysokość, a eskorta odstawi tego hultaja do więzienia.
— Nie mam własny sposób na ukaranie tego łotra... Przywołałem pana, aby mieć jakiegoś świadka... bo nie chcę, aby mój gniew zadaleko się posunął... zresztą byłeś już pan świadkiem wyrządzonego mi dyshonoru... Teraz ta nędznica usiłuje wykpić się łzami!...
— Wasza wysokość, możesz być święcie pewny mej dyskrecji... nie wątpisz chyba że pojmuję, jaka przepaść dzieli waszą wysokość od tej wiarołomczyni...
— I to jeszcze z kim zdradza? Z mulatem!... Widziałeś pan przecież ich karesy na własne oczy!... Dobrze, żem pana zawołał, bo nie wiem, jeszcze, cobym z tą ladacznicą zrobił!
— Wasza wysokość... pogarda waszej wysokości będzie dla niej najdotkliwszą karą...
— Pogarda?... Nie... czyż taka bezwstydnica zdolna jest silnie odaczuć pogardę?... Wymyśliłem coś lepszego.. chce mieć mulata... dobrze... będzie się z nim mogła pieścić aż do głodowej śmierci!... Jutro o świcie — z powagą zakończył gaskończyk — każę ją umieścić na jednym z mych okrętów!
I, groźnie zbliżając się do Angeliki, zawołał:
— Tak, sikoro ci się zachciało być kochanką miulata?... A ty, nędzny wyzwoleńcze, wyciągasz ręce po żonę książęcą?... Dobrze... będziecie mogli pieścić się aż do śmierci!.. Każę was wysadzić na jakięj pustej wyspie!
Nawet p. de Chemerant przeraziła zemsta zdradzonego męża.
— Wasza wysokość... nie karz jej tak, srodze!... zawołał. — Ten pies, to co innego, ale ona!
Angelika odzyskała już swój spryt i przytomność umysłu — rozumiejąc, że i ona musi grać swą rolę, padła z płaczem mniemanemu mężowi do nóg, błagając:
— Ach, panie, zmiłuj się, drogi lordzie... przebacz...
Rolę ułatwiło jej to, że p. de Chemerant słyszał już o nierządnem prowadzeniu się pani Czarciego Wzgórza i podobna scena zgoła go nie zdziwiła. Wiedział też, że żona Monmontha jest francuską i rozmowa ich w tym języku nie mogła nasunąć mu żadnych podejrzeń.
— Moja pani... nie jestem już dla pani drogim lordem! — ostro przerwał błagania Angeliki de Cronstillac.
— Łaskawy panie, Ukarz minie jaknajsrożej... ale nie w ten sposób!... Na bezludną wyspę!...
Kapitan Ouragan milczał ponuro; twarz jego była zupełnie nieruchoma. De Chemerant, z ręką na szpadzie, bacznie go obserwował, bojąc się jakiegoś zamachu z jego strony.
De Cronstillac dalej grał rozwścieczonego męża.
— Nie spodziewaj się po mnie, nędznico żadnej litości!... zaraz skończę ze wszystkiem!
I uderzył w gong.
— Gdy przyjdzie Miretta, pani sama wyda jej rozkaz, aby kapitan Rulf był gotów do rozwinięcia żagli „Kameleona“ zaraz o świcie!
Weszła Miretta; Angelika, ze spuszczonemi oczyma i miną, mającą znamionować wstyd i rozpacz, wydała jej stosowny rozkaz.
— Spełniłam rozkaz pana... rzekła pokornie Angelika — teraz jednak, pozwól mi powiedzieć...
— Nie mamy ze sobą nic do gadania!
— Ale jeżeli ona chce prosić waszą wysokość o przebaczenie? — wtrącił pokornie p. de Chemerant.
— Dobrze niech prosi, ale w obecności swego wspólnika... to będzie jeszcze większa kara i dla niej i dla tego łotra... Nie mam też nic przeciwko pańskiej, panie de Chemerant, obecności przy tej rozmowie.
— P. de Chemerant był na tyle delikatny, że wymówiwszy się jakoś przed gaskończykiem, opuścił pokój. Gdy już był za drzwiami, ks. Monmonth serdecznie uścisnął dłoń gaskończyka.
— Mój panie — rzekł — jesteś człowiekiem odważnym i sprytnym. Dziękuję panu z całego serca, i proszę nam wybaczyć, żeśmy pana niegodnie podejrzewali...
— Ach, wasza wysokość, mniejsza o to... niema się czemu dziwić... A teraz pomówmy o pilnych sprawach...
Ks Monmonth słuchał ze smutkiem i niezadowoleniem, opowiadania de Cronstillac‘a o jego rozmowie, z agentem.
— Nie pragnę dostojeństw! — zawołał. — Dość drogo już, zapłaciłem za te wszystkie rachunki... a, i stryjowi memu niezbyt ufam...
— Ależ, wasza wysokość... ten agent grozi, że w razie odmowy waszej wysokości staniecie na czele powstania, grozi panu dożywotnie więzienie!... Ja też, udając waszą wysokość, mówiłam początkowo, że uważam ten plan za niepewny...
— Tak... jeżeli jednak zmusza mnie to do tem większej troski o ratowanie się... nie mogę przecież ratować się pana kosztem... Mówiłeś o fregacie, na której wszakże poznanoby podstęp i zdemaskowanoby cię. Widzisz pan... już raz w życiu przyjąłem ofiarę mężnego człowieka, który poświęcił się za mnie i dotąd sumienie mnie dręczy... Wywołałem przed pięciu laty, powstanie przeciwko memu stryjowi, królowi Jakubowi II, lecz zostałem pokonany, schwytany i skazany na ścięcie. W wilję egzekucji zjawił się w mem więzieniu lord Sichney, ojczym mej Angeliki, dawny mój towarzysz broni i oświadczył mi, że król chce mnie ułaskawić, lecz dla przykładu, zmuszany jestem trzymać jego, zamiast mnie, jakiś czas w więzieniu... zaznaczyć muszę, że był on uderzająco do mnie podobny. Ja miałem uciec, jego zaś miano wypuścić po pewnym czasie. Niebardzo rozumiałem sens tego podstępu, lecz zgodziłem się, zamieniłem się z nim na ubrania i zbiegłem. Nazajutrz dopiero poznałem, jak lekkomyślnie przyjąłem bohaterskie poświęcenie; Sidney‘a ścięto...
De Cronstillac był głęboko wzruszony — jego hultajska lecz rycerska dusza poczuła chęć dorównania temu bohaterowi.
— Ach, czyżbyś pan sądził, że swem opowiadaniem odbierzesz mi zapał do dalszej służby dla pana i pańskiej małżonki? — spytał po chwili — czy sądzisz też, książę, że brak mi sprytu? O nie, dam ja sobie radę.
Zamieniwszy porozumiewawcze spojrzenia z Angelika, de Cronstillac wrzasnął nagle:
— Ależ to nie do zniesienia!.. To ty, chamie jeden, śmiesz się do minie odzywać w ten sposób?!... Hej, do mnie na pomoc!
Pochylił się do ucha księcia i szepnął:
— Wasza wysokość proszę mi wybaczyć... ale niemia innej rady... Sam mnie zmuszasz do tego kroku... muszę ratować cię wbrew twej woli....
Na ten krzyk, sześciu żołnierzy, oczekujących w przedsionku, wpadło do komnaty.
— Zakneblować temu obwiesiowi gębę! — zakomenderował de Cronstillac. Żołnierze, mając rozkaz słuchać ślepo mniemanego księcia, bez wahania rzucili się ma kapitana Ouragan, mimo, że się bronił z nadludzkim wysiłkiem. Zrozumiał już, o co gaskończykowi chodzi, nie chcąc tedy dopuścić do jego dobrowlnej zguby, zawołał:
— Ja jestem... to ja jestem książę... Monmouth!...
Lecz gaskończyk robił taki hałas, że nikt księcia nie dosłyszał. Jednemu z żołnierzy udało się wreszcie wtłoczyć w usta mniemanemu flibusterowi kawał sukna, po chwili zaś obezwładniono go zupełnie.
Niebawem zjawił się i p. de Chemerant, zwabiony hałasem: odrazu zwróciły jego uwagę bladość i wzburzenie Angeliki.
— Co się dzieje, wasza wysokość? — spytał.
— Ten opryszek przemawiał w tak bezczelny sposób — odparł de Cronstillac — że wreszcie musiałem kazać zakneblować mu gębę. Zbyt długo byłem słaby i niezdecydowany. Teraz nie będę miał cienia litości... wyrok na skazańców jest bezapelacyjny... Wyruszamy natychmiast do zatoki Krokodyli... wysłałem już rozkazy jednemu z kapitanów; nie uspokoję się, aż ujrzę tę parę na miejscu przeznaczenia... Potem udamy się w swoją drogę.
— A więc stanowczo nie zmieni pan swego postanowienia? — przeraził się de Chemerant.
— Tak; skończone; panie de Chemerant! — ostro odparł de Cronstillac. — Nie lubię powtarzać swych rozkazów... zrobisz więc pan dobrze, jeżeli się pan zaraz zabierzesz do przygotowań do odjazdu. Jeżeli ten nędznik nie będzie chciał iść, trzeba będzie go zanieść... przedewszystkiem zaś. żołnierze, zakneblujcie mu dobrze gębę, bo gada rzeczy sprośne i bezczelne, tak, że wcale nie mam ochoty tego słuchać.
Żołnierze sprawdzili, czy kapitan Ouragan jest należycie zakneblowany, poczem wyprowadzono go pod strażą, z wykręconemi wtył i związanemi rękoma.
— Panie de Chemerant, czy już pan gotów? — spytał gaskończyk.
— Jestem na rozkazy waszej wysokości... muszę tylko dać dyspozycje żołnierzom, którędy iść mają.
— No, to załatw pan to prędzej. Oczekuję pana, a tymczasem dam pewne dyspozycje służbie.
Emisarjusz ukłonił się: wyszedł. Angelika i gaskończyk zostali sami.
— Uratowany... uratowany... dzięki panu!... — zawołała Sinobroda.
Gaskończyk był nieco zafrasowany swem brutalnem potraktowaniem księcia.
— Chętnie zastosowałbym inne, łagodniejsze środki... — zaczął tłumaczyć się — lecz, księżno... mówiąc otwarcie... jego książęca mość uporam dorównywa mnie... Jeżeli dwuch ludzi, jak my, łudzi, spotyka się, ze sobą, zawsze któryś z nich musi w ten sposób dać sobie radę z drugim.
— I nie mam do pana żalu. A teraz, gdy nam pozostaje chwila tylko do powrotu pana de Chemerant, musimy, pomówić najważniejsze sprawy — rzekła Angelika.
— Ach, tak!... Gdzie pani ma swe brylanty?.. Wyjmij je, pani, jaknaprędzej i zabiera ze sobą, bo ten sprzymierzeniec pani męża i jego waleczni żołnierze gotowi wszystko zabrać na pamiątkę.
Na głos dzwonka zjawiła się mulatka, gdy tymczasem pani jej udała się do ukrytego pokoju męża.
— Moje dziecko — zwrócił się do niej de Cronstillac — przynieś zaraz kosz karaibki takiej wielkości, żeby się w nim mogło zmieścić wszystko, czegoby twoja pani potrzebowała w ciągu krótkiej nieobecności.
Miretta pochyliła głowę; gaskończyk miał wrażenie, że ta dziewczyna zdaje sobie sprawę z rozgrywającej się komedji.
— Acha — dodał — wyszukaj też jaki kosz... ale taki, żeby w nim można było ulokować i szpadę.
To mówiąc, podniósł ze stołu szpadę na pendancie, odebraną kapitanowi Ouragan.
— W tej chwili wielmożny panie.
— Potem odbierz od tej starej mulatki, która mnie wczoraj przyjęła, moje rzeczy: szpadę, kaftan, czerwone pończochy i szary kapelusz — wszystko to leży zapewne w pokoju, w którym się przebierałem. Wszystko to, prócz szpady, którą tu przyniesiesz, zapakujesz do tego kosza i oddasz moim żołnierzom.
Miretta skłoniła silę i wyszła.
Może to dzieciństwo — pomyślał gaskończyk — ale zależy mi rzeczywiście na tych starych łachach... Choćbym żył odtąd w większym dostatku, chętnie przebiorę się w nie czasem, żeby sobie przypomnieć te awantury na Czarciem Wzgórzu... Ach, otóż i księżna!...
Istotnie, weszła Angelika ze szkatułką w ręku.
— Przez całe trzy lata stale byliśmy gotowi do ucieczki i dlatego stale trzymaliśmy te klejnoty pod ręką — rzekła. — Ach, ale pan musi uważać mnie za wyjątkowo tchórzliwą i podłą... tak bez skrupułów przyjęłam pańską zdumiewającą ofiarę... No, ale pan jest wyrozumiały... i chyba osądzi mnie wyrozumiałe... Wszak chodzi mi o uratowanie człowieka, droższego mi nad życie!...
— Ani słowa więcej o tem, zaklinam panią!... — zawołał de Gronstillac. — Oto szpada pani małżonka, oto jakaś mała miniatura, jakaś relilkwja zapewne... trzeba tego pilnować.
— Nie widziałam równie wielkodusznego człowieka! — zawołała Angelika.
De Cronstillac nic nie odpowiedział... odwrócił się na chwilę, aby księżna nie spostrzegła łez, spływających mu po policzkach. Potem podał dłoń „Sinobrodej“ i rzekł przerywanym ze wzruszenia głosem:
— Żegnaj mi, księżno... żegnaj... na zawsze... Nie prawdaż, że pani nie będzie zwracała uwagi na to, że jestem tylko mizernym chudego rodu szlachciurą, i przypomni sobie mnie czasem...
— Ach, do śmierci będę wspominała pana, jako najlepszego z ludzi, z którymi mnie los zetknął... jako najlepszego mego przyjaciela... — wśród serdecznego, płaczu rzekła Angelika — poczem, wydobywając ze szkatułki mały kosztowny medaljon, dodała:
— Tę drobną pamiątkę zamierzałam dać panu dziś wieczorem, po rozmowie... po tej rozmowie, którą nam przerwał pułkownik Ruttler... Przyjmij pan ten skromny upominek...
— Dziękuję, pani! — zawołał gaskończyk, przyklękając przed nią na jedno kolano i przyciskając medaljon do ust. — Ten medaljon, z wyrytem imieniem pani, będzie dla mnie dostateczną nagrodą za wszystko com uczynił dla pani i dla księcia!
— Psst!... — szepnęła Angelika — już idzie...
Istotnie, do pokoju wszedł p de Chemerant, mówiąc:
— Wasza wysokość, wszystko gotowe!
— Dobrze, panie de Chemerant — odrzekł gaskończyk z poważną miną. — A teraz — dodał — bądź pan łaskaw podać ramie tej... pani.
— Wasza wysokość... o jedno tylko jeszcze chciałabym prosić... czy pozwolisz mi, panie, zamienić kilka słów na osobności z ojcem Griffon?
— Ach, wasza wysokość!... — wtrącił de Chemerant — właśnie ksiądz proboszcz kazał zapytać, czy może pomówić z małżonką waszej wysokości.
Wśród rozgardjaszu, gaskończyk zapomniał o plebanie.
— Niech wejdzie — rzekł.
Bo chwili zjawił się w pokoju o. Griffon z poważną i posępną miną.
— Księże proboszczu, proszę mnie posłuchać — rzekła Angelika; przeszła z nim do przyległego pokoju.
— Wasza wysokość — zwrócił się p. de Chemerant do mniemanego księcia — oto listy, znalezione przy pułkowniku Ruittlerze... list od Wilhelma Orońskiego, o... Niema żadnych wątpliwości, że ten nikczemnik podjął się skrytobójczo zamordować pana. Pójdzie on na szubienicę, jak tylko przybędziemy do Fort Royall.
— Pomówimy o tem jeszcze... z pewnych względów radbym okazać temu zbirowi pewną łaskę... nie ze słabości, ale z pewnego politycznego wyrachowania... No, ale pomówimy o tem jeszcze...
— Czy nic pan nie bierze ze sobą, wasza wysokość?
— Jeden z żołnierzy poniesie moje kosztowności, papiery i ubranie. Księżna odbędzie drogę w lektyce, pan i ja pojedziemy konno, tego zaś mulata... najlepiej też wpakować do lektyki, tylko dobrze krytej, żeby jakich awantur nie narobił.
— Rozkaz, wasza wysokość.
— A, oto i moja cnotliwa małżonka!
Istotnie, z przyległego pokoju wyszła zapłakana Angelika w towarzystwie o. Griffon‘a. Misjonarz, nie odezwawszy się do gaskończyka, szybko opuścił pałac.
— Poczciwy księżulo ma zapewne do mnie pretensję o tak surowe postąpienie z żoną — szepnął emisarjuszowi de Cronstillac — lecz wstyd mu przecież otwarcie stanąć po jej stronie i zacząć kłócić się ze mną... woli też wymknąć się cichaczem.
De Chemerant podziwiał wszystko z głębokiem zgorszeniem.
Bądź pan łaskaw podać ramię tej pani — dodał gaskończyk.
I mniemany ks.Monmonth, z żoną, wraz z p de Chemerant, opuścili Czarcie Wzgórze, kierując się ku małej zatoce, w której właśnie zarzucił kotwicę „Kameleon“. Było to niezbyt daleko; mały orszak dotarł do wybrzeża, w chwili, gdy ma widnokręgu zaczynała różowić się jutrzenka.
Nakoniec zatrzymali się na płaskim wybrzeżu: po chwili, dogoniły ich dwie lektyki, niosące Angelikę i rzeczywistego księcia. Żołnierze ustawili się w dwa szeregi.
De Cronstillac odezwał się do księżnej wzruszonym, acz jednocześnie grubowatym i gniewnym tonem:
— No, siadaj pani wraz z tym drabem. Oto koperta z ostatniemi memi rozkazami dla kapitana.
Angelika rzuciła mu ostatnie spojrzenie. Mąż jej szarpnął się, ledwo więzów nie pozrywał, a nawet zdołał ryknąć, lecz straż wiedząc już, z jak srogim, a sławnym korsarzem ma do czynienia, czemprędzej zepchnęła go do szalupy. Na znak de Cronstillac‘a majtkowie karaibscy rzucili się do wioseł i szalupa poczęła szybko przybliżać się do „Kameleona“.
— Wasza wysokość, jesteś już zadowolony? — spytał go z uniżonością de Chemerant.
— Nie, nie... chcę widzieć jeszcze, jak okręt z tą dziewką rozwinie żagle... Szkoda, że nie będę mógł widzieć tej pary, w chwili wysadzania jej na pusty brzeg, rojący się od krokodyli!
— Straszny człowiek!... — pomyślał de Chemerand. — Jeszcze trzęsie się z gniewu, choć zemsty dokonał!.. Ale to i lepiej... jest równie srogi, jak waleczny... Wilhelm Orański będzie się miał zpyszna!...
Nagłe słońce podniosło się prawie w jednej chwili, z łona oceanu, odrazu oblewając potokami światła wybrzeże, skały i bezmiar morza. Jakby na dane hasło, „Kameleon“ odrazu rozwinął białe żagle.
De Cronstillac stał nieruchomy, z oczyma, utkwionemi w okręt, uwożący kobietę, którą tak pokochał, choć zetknął się z nią tylko przez chwilę... i wiedział, że nigdy nie będzie do niego należała... Bystre jego oczy dojrzały u rafy statku powiewającą białą chusteczkę — to „Sinobroda“ przesyła mu ostatnie pożegnanie...
Szybki, jak strzała statek zniknął mu wkrótce z oczu.
— A teraz, wasza wysokość — odezwał się doń p. de Chemerant — śpieszmy do stronników waszej wysokości, którzy nas niecierpliwie oczekują. Najdalej za godzinę będziemy na pokładzie naszej fregaty.
Dopóki de Cronstillac stale miał przed oczyma ludzi, dla których się poświęcił, jak długo podniecała jego zapał obecność Angeliki — dopóty istotnie nie myślał, na jakie niebezpieczeństwo się naraża... Gdyby jednak znalazł się sam, ze swym osobistym sprzymierzeńcem, który ofiarował mu nieledwie tron, grożąc uwięzieniem w razie odrzucania tego skromnego podarunku — rój czarnych myśli opadł awanturnika.
— Wasza wysokość, czas już w drogę! — powtórnie przypomniał mu p. de Chemerant.
De Cronstillac odwrócił się ku niemu z niecierpliwym ruchem.
— Do djabła, czego pan chcesz?!
Na twarzy posła odbiło się zakłopotanie. Wiedział, że książę niezupełnie chętnie decyduje się na tę wyprawę; przytem, skandaliczne przejście z żoną musiało wstrząsnąć nim mocno. Stał tedy bez machu i sława, aż gaskończyk, opanowawszy się i pomyślawszy, że nie należy przeciągać struny, odezwał się spokojnym tonem:
— No, ruszamy!
Dosiadłszy konia, wszyscy ruszyli w kierunku Fort Royal.
Tak de Cronstillac znalazł się w pułapce. Nie należał on jednak do ludzi, tracących ducha na widok prawie beznadziejnej sytuacji. Całą drogę, odbywaną w ponurem milczeniu, obmyśliwał sposoby ratunku.
Nagle, prawie bezwiednie, spiął konia i ruszył przyśpieszonym biegiem przed siebie. Jechał tak parę minut, nie zastanawiając się, dokąd, aż ujrzał za sobą p. de Chemerant, który w pierwszej chwili spojrzał nań z niepokojem, poczem również ruszył za nim szybko.
— Co się stało waszej wysokości?... Wasza wysokość wydaje się być mocno wzburzonym — zawołał emisarjusz.
— Tak... śpieszę się... — odparł gaskończyk, przychodząc do siebie. — Chcę jaknajprędzej powitać mych dawnych przyjaciół... A przytem... dręczą minie złe myśli... to skutek tej przygody z moją żoną... pragnę też wprost uciec przed niemi...
— Rozumiem waszą wysokość... — ze współczuciem odrzekł p. de Chemerant, poczem spytał przewodnika:
— Czy daleko jeszcze do Fort Royall?
— Wiorsta będzie, nie więcej, wielmożny panie.
P. de Chemerant wydobył zegarek i rzekł do mniemanego księcia:
— Jeżeli wiatr się nie zmieni, będziemy mogli już o jedenastej wypłynąć na pełne morze. Wasza wysokość >zapomni prędko o tej niegodnej... wszak już za kilka tygodni ujrzymy brzegi Kornwalji, gdzie waszą wysokość czeka sława i zaszczyty!
— Spodziewam się, mój panie... początkowo wahałem się, lecz teraz zrozumiałem, że byłbym głupcem, gdybym nie skorzystał z tej propozycji Jego Królewskiej Mości... Jednakże: jeszcze jedno... nie chciałbym, abyśmy nasze przedsięwzięcie rozpoczynali od rozlewu krwi ludzkiej...
— O czem wasza wysokość mówi?
— Widzi pan... z odrazą widziałbym kaźń pułkownika Ruttlera... Jestem trochę przesądny i śmierć, nawet takiego łotra, byłaby dla mnie złą wróżbą... Człowiek ten targnął się na moją osobę... chyba tedy przysługuje mi prawo wyjednania dlań ułaskawienia, lub przynajmniej złagodzenia wyroku. Sądzę, że wystarczy więzienie...
Emisarjusz pomyślał, że księcia dręczą wyrzuty sumienia z powodu nieludzkiej pomsty nad żoną i pragnie uspokoić je nieco jakimś miłosiernym uczynkiem.
— Stanie się zgodnie z wolą waszej wysokości...
— A teraz jeszcze jedno, drogi panie... Jak już panu powiedziałem, jestem zabobonny... mocno wierzę w dni szczęśliwe i nieszczęśliwe. Dzień dzisiejszy stanowczo zaczął się dla mnie źle, to też za żadną cenę nie rozpocznę w nim wyprawy, mającej zadecydować o całej mej przyszłości. Czy nie można byłoby odłożyć udanie się na pokład pańskiej fregaty do jutra... dziś jestem tak zmęczony, że wołałbym położyć się na cały dzień... Zrozumie mnie pan chyba?...
— Oczywiście!... Cóż tedy zamierza wasza wysokość?
— To, co właśnie powiedziałem: udać się na pokład fregaty dopiero jutro, a dzień dzisiejszy spędzić w Fort Royal.
P. de Chemerant, acz z niechęcią, poddał się woli de Cronstillac‘a; tym sposobem ten ostatni zyskał cały dzień na czasie — przy sprzyjających okolicznościach i sprycie było to dosyć czasu, by się jeszcze uratować.
Po godzinie drogi dotarli do Fort Royal, zmierzając do pałacu gubernatora, leżącego na samym krańcu obszernej cydateli. P. de Chemerant wysłał przodem żołnierza dla uprzedzenia kolonjalnego dostojnika o powrocie gościa; i po chwili gaskończyk stanął przed obliczem barona de Rupinelle.
Gubernator z wiellkiem zaciekawieniem przyglądał się awanturnikowi; szczególny podziw i admiracje budził w nim jego bogaty strój aksamitny z porpurowemi rękawami. Przy swej rycerskiej postawie i rzeczywiście przystojnej, junackiej twarzy, gaskończyk wyglądał doskonale w roli wielkiego pana.
— Upał musiał panu dobrze dokuczyć — odezwał się gubernator do p. de Chemerant.
— O, rzeczywiście straszny upał...
— I pański towarzysz zapewne zmęczył się również... pomyślałem już o tem i kazałem przygotować trzy nakrycia — rzekł gubernator.
— Ale, przepraszam... — odrzekł de Chemerant, składając gaskończykowi ukłon — nie wiem, czy jego wysokość raczy dopuścić mnie do stołu.
Gubernator nie okazał żadnego zdziwienia, spojrzał łydko ma przybysza z czerwonemi rękawami z jeszcze żywszem zaciekawieniem.
— A zatem mam zaszczyt gościć u siebie dostojnika, równego książętom krwi królewskiej? — spytał również schylając się przed gaskończykiem w ukłonie.
— Nie mam upoważnienia do odpowiedzi na pańskie pytonie, panie baranie — wtrącił się de Cronstillac.
Gubernator poczuł jeszcze żywszy szacunek dla nieznajomego.
— Rozumiem, panie wicehrabio... A zatem, może pan będzie łaskaw zapytać dostojnego gościa, czy raczy przyjąć łaskawie śniadanie w mym skromnym domu.
P. de Chemerant, zgodnie z etykietą, obowiązującą wobec najwyższych dostojników, powtórzył to pytanie rzekomemu księciu, który jednak wielce grzecznie wymówił się znużeniem, oświadczając, że chętnie zje co później sam, w przeznaczonym dla siebie pokoju.
P. de Chemerant szepnął baronowi kilka słów, poczem ten ostatni zaprowadził gaskończyka do pięknego pokoju. De Cronstillac poprosił jeszcze barona, by kazał tam przenieść wielki kosz karaibski, przyniesiony przez żołnierzy; zawierał on niezbyt bogaty ubiór naszego bohatera. Kosztowności ks. Monmouth dawno już odpłynęły wraz z nim na Kameleonie.
P. de Chemerant asystował przy przenoszeniu kosza.
— Ktoby pomyślał, patrząc na tę barbarzyńską plecionkę, że mieszczą się w niej kosztowności i zastawy stołowe przeszło trzech miljonów liwrów wartości! — zauważył mimochodem de Cronstillac.
— Co za nieroztropność, wasza książęca mość! — przeraził się de Chemerant. — Gwardzistom można wprawdzie ufać, lecz...
— Nie mieli pojęcia, jakie skarby dźwigają, to też można im było ufać...
Obaj roześmieli się.
— Jednakże, wasza wysokość, byłoby niegodne najpotężniejszego monarchy Europy, by pan nadwyrężał własną szkatułę na koszta tej wyprawy. Mam do swej dyspozycji znaczne fundusze, pod strażą kasjera fregaty.
— Od przybytku głowa nie boli — odparł gaskończyk — a na wojnie pieniędzy nigdy nie bywa za dużo. Nie przewidziałem, że przyjaźń wielkiego monarchy Francji dla naszego rodu posuwa się aż tak daleko, chciałem tedy ofiarować stryjowi nietylko wszystkie me siły, ale i cały majątek.
Po chwili p. de Chemerant pozostawił gościa samego.
Po odejściu swego nietyle sprzymierzeńca, co dozorcy, de Cronstillac zasiadł do podanego sobie śniadania, poczem położył się do łóżka, licząc, że sen uspokoi go nieco. Widział już jasno, że ucieczka przez okno jest niemożliwością: przed pałacem stale przechadzało się kilku wartowników. Pogrążył się w ponurej zadumie...
Tymczasem p. de Chemerant, zostawszy sam, począł zastanawiać się nad osobliwościami, które zaobserwował. Ani chwili nie wątpił, że ma w swych rękach prawdziwego syna Karola II, nie mógł jedynie wyjść z podziwu nad awanturą z jego żoną; zresztą i maniery, jak i sposób mówienia samego „księcia“ wydały mu się prawie podejrzanami: po takim wodzu wyprawy, ożenionym z taką kobietą, można było się różnych rzeczy spodziewać... Emisarjusz postanowił raz jeszcze zbadać Ruttlera i pomówić — z gubernatorem. Ruttler nie umiał mu powiedzieć nic ponad to, że człowiek, którego chciał zabić, jest najautentyczniejszym księciem Monmouth; wiadomość, że książę go ułaskawił, przyjął bez wrażenia. Baron powtórzył gościowi wszystkie duby smalone, plecione przez pospólstwo i niepospólstwo Martyniki o Sinobrodej, jasnem byłe, że aczkolwiek świadectwo czcigodnych ludzi oczyszczało ją z zarzutów bezecnych zbrodni, nie musiała to być nawet osóbka zbyt surowej moralności. Okazało się nawet, że baron zna kapitana Ouragan‘a osobiście; zdziwił się też wielce, gdy usłyszał, że książę dopiero teraz dowiedział się o romansie swej żony z tym znanym hultajem. Skądinąd p. de Chemerant miał informacje, że kapitan flibusierów był bliskim przyjacielem męża swej kochanki. Słowem ks. Monmouth coraz bardziej tracił w opinji człowieka, który z takim trudem wydobył go z ukrycia.
Gdy emisarjusz, trapiony temi myślami, przechadzał się po tarasie pałacu, zbliżył się doń gubernator.
— Panie wicehrabio — odezwał się — pewien kapitan statku handlowego, kierujący żaglowcem „Jednorożec“, nazwiskiem Daniels, przybył do mnie w jakimś interesie do pana wicehrabiego.
— Czy pozwoli mi pan przyjąć go na tym tarasie?
— Ależ proszę bardzo.
Baron wyszedł, dając jednemu z gwardzistów polecenie wprowadzenia interesanta na taras i po chwili przed obliczem królewskiego pełnomocnika stanął zaambarasowany kapitan Daniels, ze zmieszaniem obracając w dłoni kapelusz.
— Czego pan sobie życzy? — zapytał dostojnik.
— Wasza ekscelencjo, wicehrabio... właśnie przypłynąłem do Saint Pièrre i wypływam z wielkim ładunkiem cukru, kawy i pieprzu...
— Naturalnie... było do przewidzenia — chodzi mu o zmniejszenie opłat celnych — pomyślał dyplomata, głośno zaś rzekł z niecierpliwością:
— Ale cóż mnie to, u djabła, może obchodzić? Gadaj pan, o co panu chodzi!
— Widzi jaśnie wielmożny pan wicehrabia... mam wprawdzie na pokładzie kilka, armatek... wedle instrukcji... ale teraz czasy tak niebezpieczne, że przyszedłem tu prosić pokornie, aby mi pan łaskawie pozwolił płynąć w pobliżu fregaty pana wicehrabiego, którą widziałem w porcie... bo korsarze...
— Co takiego... Przecież fregata płynie za szybko, by pańskie pudło mogło za nią nadążyć!
— Ależ, wasza wysokość... jeżeli to jedyna trudność, to nie mam czego się obawiać. Podejmuję się płynąć z „Jednorożcem“ obok fregaty, choćby ta ostatnia rozwinęła wszystkie żagle.
— Hm... tak... no, ale, w razie jakiego napadu, nie mam przecież czasu wstrzymywać podróży dla walki w pańskiej obronie... przytem, statek mój ma misję, wykluczającą jakiekolwiek uboczne cele.
— Ależ wystarczy, że będę żeglował w pobliżu fregaty waszej ekscelencji, a żaden korsarz nie ośmieli się mnie zaczepić! Zmiłuj się pan, czyż godzi się, by królewski okręt linjowy odmówił pomocy ubogiemu kapitanowi statku handlowego, który prosi go pokornie o opiekę?...
— Nie mogę przecież być niańką niczyich kapitanów!... Przytem, masz pan przecież armaty.
— Atoli, wasza wysokość...
— Skończone — przerwał mu szorstko p. de Chemerant.
Niefortunny kapitan ukłonił się i, zdesperowany, wyszedł.

De Cronstillac‘a rozkwaterowano w najpiękniejszej komnacie gubernatorskiego pałacu.
Obudził się już dobrze po północy; cały pokój zalany był jasnemi promieniami księżyca. Awanturnik zbliżył się do kna i... znowu ujrzał dwóch wartowników, przechodzących się po dziedzińcu.
Cicho, na palcach, przysunął się wtedy do drzwi, lecz po odblasku w dziurce od klucza poznał, że i przyległy pokój jest oświetlony i zapewne także obstawiony przez straż. Mimo to zapalił świecę woskową, ubrał się i otworzył cicho drzwi i... z przerażeniem ujrzał dwóch gwardzistów, którzy na jego widok zerwali się, z szacunkiem, poczem jeden z nich pobiegł do gubernatora uprzedzić go o obudzeniu się jego wysokości.
— Pan gubernator zabronił nam wchodzić do pokoju waszej wysokości — rzekł drogi — chyba, że nas wasza wysokość sam raczy wezwać. Pan baron zaraz przybędzie.
Istotnie, w tejże chwili zjawił się gubernator wraz z p. de Chemerant.
— Jakże dobrze się złożyło, że wasza wysokość się obudził — rzeki ten ostatni — bo właśnie szykowaliśmy się budzić pana.
— O tej porze... a to poco?
— Przypływ morza, wasza wysokość, zaczyna się o trzeciej rano... teraz mamy już wpół do trzeciej... do bulwaru mamy pół godziny drogi, szalupa zaś już czeka... czas w drogę...
— Jestem gotów — rzekł spokojnie gaskończyk, narzucając płaszcz na mamiona.
Księżyc nie zaszedł jeszcze i jasno oświecał całą zatokę Fort Royal, gdy szalupa, niosąca gaskończyka, przybywała ku fregacie „Fulminante“. Rzekomy książę, owinięty w szeroki płaszcz, rozsiadł się na honorowem miejscu szalupy.
— Drogi panie — zwrócił się do p. de Chemerant — muszę opracować starannie mowę, z którą wystąpię wobec mych zwolenników... dlatego też będę mógł udzielić im posłuchania dopiero jutro przed południem... Obciąłbym też dostać się na pokład fregaty o ile możności bez hałasu.
— Sądzę, wasza wysokość, że druhowie waszej wysokości, spoczywają jeszcze w głębokim śnie, są bowiem bardzo pomęczeni podróżą, a zgoła nie wiedzą, o której godzinie wasza wysokość się zjawi.
— No, ten bałwan... przepraszam... ten dzielny Mortinier, może całą noc czeka na mnie — z niepokojem rzekł de Cronstillac, który przypadkowo podsłuchał kilka nazwisk bawiących na fregacie Anglików i teraz popisywał się tą znajomością.
— Bardzo możliwe, wasza wysokość, rycerz ten bowiem najbardziej chyba ze wszystkich oddany jest waszej wysokości i wszyscy wiedzą, z jaką niecierpliwością oczekuje pańskiego powrotu.
— Widzi pan... — podjął awanturnik — znam dobrze usposobienie mego zacnego Mortiniera... i wiem, jak łatwo się unosi... przytem najbłahszy chociażby drobiazg robi na nim wstrząsające wrażenie... Obawiam się też, że radość z powodu mojego nieoczekiwanego przybycia, może mu poprostu zaszkodzić... to też, życzyłbym sobie wejść na pokład niepostrzeżenie...
— Ach, bądź zupełnie spokojny, Wasza wysokość...
Ale gaskończyk zmienił nagle przedmiot rozmowy:
— Co to za statek o, tam... stoi w pobliżu fregaty?
— To Statek kupiecki, wasza wysokość — odrzekłstarszy marynarz, pokornie zdejmując czapkę — Właśnie powrócił wczoraj z Saint-Piérre.
— Ach, tak... już wiem! — rzekł de Chemerant. — Jakiś zapity głupiec, kierujący nim prosił minie wczoraj... by moja fregata eskortowała to pudło!... Ale, o to już i pokład... no, na całym okręcie światła pogaszone... widocznie nie spodziewano się waszej wysokości o tej porze.
Dobili do burty fregaty i p. de Chemerant usunął się na bok, przepuszczając rzekomego księcia pierwszego na drabinkę sznurową. Awanturnik odetchnął z ulgą ujrzawszy na pokładzie jednego tylko służbowego oficera, który powitał go z całą galą; krótko, lecz z godnością i powagą, odpowiedział na jego pytanie, wciąż rozglądając się ukradkiem czy nie ujrzy kogo ze swych „starych przyjaciół“, lecz, na szczęście dojrzał tylko paru majtków. Oficer, zamieniwszy kilka słów z p. de Chemerant‘em, powtórnie złożył gaskończykowi głęboki ukłon ze słowami:
— Skoro wasza wysokość nie życzy sobie, bym budził kapitana, tedy pozostaje mi jedynie mieć zaszozyt odprowadzić waszą wysokość do przeznaczonej dlań kajuty.
De Cronstillac skinieniem stwierdził, że się zgadza.
— A zatem, do jutra, wasza wysokość — rzekł p. de Chemerant.
— Do jutra — odparł gaskończyk.
Oficer wprowadził go pod pokład, otworzył przed nim drzwi pięknej kajuty, rzęsiście oświetlonej i rzekł:
— Oto kajuta waszej wysokości... przylegają do niej z obu stron jeszcze dwie mniejsze.
— Doskonale, drogi panie! Teraz rozkazuję, aby nikt nie przychodził do mnie bez wezwania. Słyszy pan: nikt... przywiązuję do tego wielką wagę!
— Rozkaz, wasza wysokość!
W pół godziny zaledwie po przybyciu gaskończyka na pokład, „Fulminante“ rozwinęła żagle. De Cronstillac spał spokojnie, licząc, że w jakiś sposób wybrnie z sytuacji.

Była już dziesiąta rano; wicher był dość ostry i morze falowało silnie, pogoda jednak była wspaniała i okręt szybko oddalał się od Martyniki; na horyzoncie nie widać było kawałka lądu.
Nagle uwagę dyżurnego oficera zwrócił dość znacznych rozmiarów trójmasztowiec, oddalony mniej więcej o dwa wystrzały armatnie, zdający się płynąć dokładnie w tym samym kierunku, co fregata, którą przewyższał szybkością, mimo mniejszej ilości żagli. Na samym krańcu widnokręgu zamajaczył jeszcze jeden statek, prawie niewidoczny jeszcze, też płynący jakby za trójmasztowcem. Oficer zaniepokoił się nieco i baczniej począł wypatrywać morze przez lunetę...
— Nagle na pokładzie pojawił się mężczyzna, lat około pięćdziesięciu, wysoki i atletycznej budowy, o rudych włosach i brodzie, ciemnej cery i jasno niebieskich oczach; odziany był w skórzany kaftan, bufiaste spodnie i wysokie buty z brunatnej skóry. Był to lord Perey Mortinier, jeden z większych panów Szkocji, znany ze swego przywiązania do lorda Monmouth, przytem zaś znany zabijaka. Temperament miał tak ruchliwy i niespokojny, że chwili nie mógł ustać spokojnie.
Ze dwadzieścia razy chyba stawał «pod drzwiami kajuty gaiskońazyka, nadsłuchując i wypytując wszystkich, czy go książę nie wzywa, lecz daremnie. Nap różno też ¡błagał oficera, by zawiadomił księcia, że jego najlepszy druh i stary towarzysz broni pragnie rzucić mu się do nóg; rozkazy rzekomego księcia wykonywano ze ślepą dokładnością. W ten sposób mógł on zyskać na czasie.
Po chwili zjawił się na pokładzie p. de Chemerant z miną triumfatora. Lord Mortinier rzucił się ku niemu.
— Kiedyż książę nas przyjmie... kiedyż dowiem się, o której godzinie nas powita? — zawołał.
— Chwilowo jego wysokość jest tak zmęczony, że zabronił wpuszczać kogokolwiek do swej kajuty.
— Stoję, jak na rozżarzonych węglach — mówił Mortinier. — Nigdybym sobie nie darował, gdybym dziś nie wziął pierwszy w objęcia naszego Jakóba i nie ucałował jego monarszej ręki! Niedawno wraz z mym najlepszym przyjacielem, lordem Wudley‘em, zapytywaliśmy się jeden drugiego, czy nam sił starczy do zniesienia chwili, w której ujrzymy tego bohatera, którego od lat pięciu opłakiwaliśmy, jako straconego!
— Książę miał słuszność — pomyślał de Chemerant — to już nie przywiązanie, a szał jakiś. No, ale tem lepiej... z takimi junakami można dać radę i temu holenderskiemu gburowi.
W tejże chwili ukazał się na pokładzie lord Wudley — też chłop na schwał, wzrostem i szerokością barów równy swemu przyjacielowi — Był to ciemny brunet, zlekka już szpakowaty.
— Co słychać, Percy? — spytał kamrata lord Wudley.
— Nieprawdaż? czyż jest na świecie rycerz i wódz, któregoby można porównać z naszym Jakóbem?
— Ho, ho! nasi szkoci rozsiekaliby na sztuki każdego, ktoby poważył się coś podobnego twierdzić! — zawołał zapytany, poczem zwrócił się do p. de Chemerant:
— Och, więc pan dostąpił szczęścia poznania go... i pan dzielił z nim niebezpieczeństwa i trudy! Podajże mi pan swą dzielną prawicę, która dała naszemu bohaterowi pomoc!
I z zapałem uścisnął rękę Francuzowi, gdy jednocześnie Mortnier chwycił go równie gorąco za lewą rękę. Tymczasem na pokład zaczęli wylęgać inni panowie szkoccy i wszyscy z radością i respektem obiegli emisarjusza, który miał zaszczyt odszukania ich księcia.
— Słowo daję, panowie! — rzekł rozpromieniony p. de Chemerant — nie grzeszę, jeżeli powiem, że jestem dumny ze swego sukcesu, który, wierzajcie mi, wcale mi tak łatwo nie przyszedł!
Na pokładzie ukazał się jeszcze jeden ze starych kamratów księcia; był to człowiek młody jeszcze, lecz przedwcześnie postarzały; szedł oparty na dwóch giermkach — zniszczyły go ustawiczne boje i liczne rany. Był to lord Rothsay, również jeden z najdzielniejszych rycerzy swego kraju; nie mógł on już walczyć przy boku swego księcia, lecz przyłączył się do starych kamratów, by móc przynajmniej powitać swego wodza i przysłużyć mu się dobrą radą, był to bowiem oficer równie wytrawny, jak waleczny.
— O! — zwrócił się lord Wudley do de Chemerant’a — zbliża się ów dzielny Rothsay, który już ma tyle ran na ciele, co włosów na głowie, a mimo to, na pierwszą wieść, że się szykuje powstanie pod wodzą naszego Jakóba, zlazł z barłogu.
— Spodziewam się, że djabli poczekają z zabraniem mnie, nim zdążę uścisnąć naszego księcia — rzekł, śmiejąc się, inwalida.
W tajże chwili huknęły bębny, ¡zagrzmiały trąby i przeraźliwe dźwięki piszczałek okrętowych — i cała załoga fregaty, w odświętnych mundurach wysypała się na pokład i zaczęła się ustawiać z oficerami na przedzie.
Do grupy szkotów zbliżył się kapitan fregaty i rzekł:
— Wielmożni lordowie, otrzymałem właśnie rozkazy jego wysokości... Jego wysokość ukaże się na pokładzie punktualnie o jedenastej... a zatem już za pięć minut!!
Niepodobna opisać okrzyku radości, jaki wyrwał się ze wszystkich piersi.
— Uważaj, Dik... aż mi słabo... — szepnął Montinier.
Wreszcie wybiła jedenasta.
Pokład fregaty wyglądał wspaniałe. Żołnierze i majtkowie stali w długich szeregach, oficerowie zaś, w galowych mundurach, z odkrytemi głowami, ruszyli wraz ze Szkotami ku kajutom księcia. Wudley i Mortinier szli na końcu i gdy reszta ich kamratów zapełniła już schodki, oba te piękne wzory przywiązania i wierności dla swego wodza, pozostały jeszcze na pokładzie.
— Słuchajmy... może usłyszymy głos Jakóba... — szepnął Wudlay i obaj ruszyli powoli po schodkach.
Początkowo panowała głęboka cisza, szybko jednak przerwały ją entuzjastyczne okrzyki. Lordowie i oficerowie wkroczyli do obszernej kajuty, w której de Cronstillac udzielał posłuchania. Panował w niej prawie półmrok, ta też postać naszego bohatera, stojącego w głębi kajuty w dumnej postawie, z podniesioną głową, w zielonym kaftanie i czerwonych spodniach, w pierwszej chwili nie wywołał żadnego zdziwienia. P. de Chemerant stał obok niego z coraz bardziej triumfującą miną, za nimi zaś błyszczały mundury kapitana fregaty i jego pomocników.
Gaskończyk okazywał zupełny spokój i pewność siebie.
— Moi panowie — przemówił pierwszy, wskazując na p. de Chemerant — ten oto szlachetny rycerz wyraził mi życzenia panów i dopamógł mi dostać się na pokład tej fregaty....
W tejże chwili do kajuty zeszli lordwie Wudley i Mortinier...
— Teraz, książę, nie rozstaniemy się aż do śmierci!
— Niech żyje, miech żyje!!
— Na pohybel Orańczykowi!
— Liczę na to, moi drodzy towarzysze... serdecznie dziękuję wam za zapał. Co do mnie, jedynem mem hasłem: wszystko dla Ojczyzny i...
— A to bezczelność... do kroćset stu tysięcy djabłów... bodaj cię!... — zaryczał nagle wołowym głosem lord Mortinier, rzucając się z zaciśniętemi pięściami ku samozwańcowi.
Nastąpiło straszne zamieszanie; zebrani lordowie szybko zwrócili się ku swemu towarzyszowi, sądząc, że zbytnie wzruszenie odebrało mu rozum. P. de Chemerant i francuscy oficerowie zbaranieli — co gorsze, Mortinier ryknął w swem ojczystem narzeczu, z którego Francuzi nie rozumieli ani słowa.
Lord, ze skrzyżowanemi ramionami i gorączkowo błyszczącemi oczyma stanął przed gaskończykiem, spojrzał mu w oczy i ryknął znowu, tym razem już po francusku:
— Ha... łotrze!... Więc śmiesz, hultaju, twierdzić, żeś Jakób Monmouth?!... I komu... mnie... mnie Mortinierowi?!!!...
De Cronstillac nie stracił fantazji; pełnem ubolewania tonem rzekł cicho do p. de Chemerant:
— O, Boże... smutne me przewidywania sprawdziły się!... Radość z powodu mego zjawienia się, odebrała temu zacnemu rycerzowi rozum!
De Cronstillac zachowywał się z tak bezczelnym spokojem, że de Chemerant jeszcze nie połapał się, jakiego oszustwa ordynarnego padł ofiarą. Jednakże bomba, musiała pęknąć i wkrótce cały zastęp szkockich panów zwalił się na nieszczęsnego blagiera, wśród przekleństw i wymysłów, zgoła nie pasujących do ich godności i tytułów.
— Obwieś, kanalja!!!...
— Powiesić go! Zabić, jak psa!
— Ten nędzny hultaj śmie tytułować się księciem Jakóbem Monmouth!... Naszym drogim wodzem!
— Zdrajca, szpieg!... Przecież go pewno ten łotr Orańczyk nasłał!
— Ty kpie jeden! — wsiadł któryś z magnatów na zgłupiałego kompletnie de Chemerant‘a — alboż jeszcze nie widzisz, że cię jakiś filut w pole wywiódł?... Jakżeś mógł tak dać się nabrać?!!...
— Panowie, ten łotr mnie oszukał bezczelnie! — jęknął niefortunny emisarjusz.
— Teraz się tłumacz, bo pójdziesz w dyby z nim razem!
— Podszedł mnie sromotnie... Wierzajcie mi, panowie, każdy z was w mojem położeniu nie znalazłby się mądrzej...
— Ty kpie!... Powinieneś wisieć z tym łotrem razem!
Wszczął się taki szum i łoskot, że dalszego tłumaczenia się p. de Chemerant‘a nikt nie słyszał, ani słyszeć nie chciał. Biedny emisarjusz gadał coś o Ruttler’ze, oszukanym narówni z nim, lecz nikt ani słowa, z tego nie zrozumiał. Wreszcie, przybity i bliski wprost płaczu wicehrabia wycofał się ku oficerom fregaty, którzy przecież nie mogli dopuścić do rozsiekania, a conajmniej obicia po pysku swego rodaka i królewskiego urzędnika. Wszyscy położyli dłonie na rękojeściach szpad. Wszyscy klęli sprośnie; szlachta szkocka lżyła Francuzów, Francuzi Szkotów, jedni zaś i drudzy sprawcę tego nieładu, stojącego w pośrodku dwóch hałasujących grup, wyprostowanego, bladego, lecz spokojnego.
Nakoniec przez dziki rwetes przebił się stentorowy głos lorda Mortimier:
— Panie de Chemerant, domagamy się, aby pan powiesił tego nędznika własnemi rękoma! Tylko w ten sposób zdołasz nam dowieść, że nie jesteś jego wspólnikiem!
Lecz gaskończyk nie tracił miny.
— Będę bardzo wdzięczny panom, jeżeli mi pozwolicie na jedno małe wyjaśnienie... — zaczął.
— Co takiego?!...
— Ten jeszcze śmie szczekać?!! — ryknęła cała kajuta.
— Do kroćset djabłów! — huknął de Cronstillac. — A któż ma gadać w mej obronie, jeżeli nie ja sam?!
— Panowie!... — wybełkotał de Chemerant. — Lord Montinier ma rację... Powiesić... tego łotra... powiesić!
— Powiesić bez żadnego gadania!
— A ja twierdzę, że lord nie ma racji! — rzekł spokojnie gaskończyk — Stul pysk, kundlu! — ryknął Mortinier, chwytając go za obie ręce.
— Do djabła, nie dotykaj pan szlachcica, bo słono za to zapłacisz! — krzyknął wzburzonym głosem gaskończyk, wyrywając się gwałtownie i sięgając do rękojeści szpady.
— Co, to ma być szlachcic?!...
Bezczelność gaskończyka wprawiła wszystkich w takie osłupienie, że lordowie miniowali się cofnęli.
— Oddaj szpadę, łotrze! — zawołał p. de Chemerant i na czele oficerów postąpił ku oszustowi.
— Zgoda!... Cóż może lew wobec całej psiarni! — westchnął de Cronstillac i z godnością oddał szpadę kapitanowi.
— A teraz, moi panowie — zaczął de Chemerant — powtarzam raz jeszcze, że czcigodny Iord Montinier ma zupełną słuszność: należy tego hultaja obwiesić bez żadnego gadania... jednakże przedtem musi nam wszystko wyśpiewać!
— Racja, racja! — rozległo się kilka głosów. — To może być jakiś szpieg!
— Na tortury go!
— Ech, do djabła! — zaoponował Mortinier. — Nie warto się trudzić z racji jakiegoś włóczęgi! Powiesić i koniec!...
— Rozumujesz pan, jak kundel, który skacze niedźwiedziowi do gardła! — odciął się de Cronstillac.
— Panowie! — przerwał de Chemerant — proponuję, byśmy jednak przesłuchali tego łotra. Jeżeli nie będzie gadał, tortury zmuszą go do tego. Na statku są narzędzia do tego.
— Mylord przejawia doprawdy niezwykłą wielkoduszność! — zauważył gaskończyk.
Powoli całe zgomadzenie uspokoiło się nieco. Wkrótce w kajucie kapitana zasiadło za stołem czterech lordów; kapitan fregaty przewodniczył temu sądowi. Po prawicy zasiadł p. de Chemerant, po lewicy zaś stał ze skrępowanemi rękoma gaskończyk.
P. de Chemerant zaczął gniewnym tonem:
— Oskarżam podsądnego o bezecne podszycie się pod nazwisko i tytuł księcia Jakóba Monmouth... którem to oszustwem pokrzyżował zamiary mego monarchy, mnie zaś skompromitował sromotnie... wobec czego wnoszę, by uznano go za winnego zdrady stanu i skazano na śmierć przez powieszenie.
— Powiesić go! — ryknęli czterej sędziowie.
— Ho, ho, mój panie! — spokojnie zwrócił się de Cronstillac do zaimprowizowanego prokuratora. — Za bardzo się śpieszy... tak się nie robi! Niebardzo, widzę, znasz się na przewodzie sądowym.
Kapitan, przewodniczący sądowi, człowiek rozumny i sprawiedliwy, przytem zgoła nie kierujący się żądzą zemsty nad podsądnym, jak reszta obecnych przemówił, by uspokoić awanturujących się asesorów sądu:
— Dostojni panowie, nie można wyrokować, przed przesłuchaniem podsądnego; zawsze trzeba zbadać; czy nie ma on czego na swą obronę. Nie zapominajmy, żeśmy sędziowie i przed Bogiem zdawać będziemy rachunek ze swych czynności.
Mądre i szlachetne te słowa podziałały na lordów.
— Tak, tak... ten łotr zasługuje na powróz, ale wysłuchać go należy... Niech się broni, jak umie — co sąd, to sąd.
— Oskarżony! — Pańskie nazwisko?
— Polifem de Cronstillac, szlachcic.
— Zajęcie pańskie?
— Chwilowo — podsądny w sądzie, w którem pan, panie kapitalnie, godnie przewodniczysz... Nigdy nie zapomnę panu, żeś się pan sprzeciwił wieszaniu mnie bez przesłuchania.
— Czy oskarżony przyznaje się do zbrodni fałszywego podania się za księcia Jakóba Monmouth i, sromotnego oszukania pana wicehrabiego de Chemerant, będącego pełnomocnikiem Jego Królewskiej Mości króla Francji?
— Ten cymbał sam się oszukał! Zgoła nie proszony zaczął mnie tytułować: wasza wysokość... a ja dobrodusznie zgodziłem się na ten tytuł...
— To ci dobroduszność! — wrzasnął rozwścieczony p. de Chemerant. — Alboś, także, nie nadużył mego zaufania wyciągnąwszy ode mnie nikczemnym podstępem szereg najważniejszych tajemnic państwowych?!
— Pan gadałeś, ja słuchałem. Odrazu zresztą, prawdę mówiąc, zwróciłem mą uwagę, że dziwne, by takiego gadułę robiono dyplomatą.
Kapitan grzecznie zrobił uwagę p. de Chemeramt, aby się nie rzucał i nie wymyślał podsądnemu, poczem sam zapytał gaskończyka:
— Czy złożył pan zeznania, w jakim celu przywłaszczyłeś sobie nazwisko i tytuł Jakóba księcia Monmouth, tudzież ci i skąd wiesz o tym dostojniku.
De Cronstillac doskonale zdawał sobie sprawę, że jest w położeniu stokroć gorszem nawet, niż wtedy, gdy pachołkowie miejscy ciągnęli go do urzędu za wyłudzenie pięćdziesięciu talarów rzekomem porzuceniem herezji. Przez chwilę przemknęło mu się przez myśl, czy nie wyznać szczerze wszystkiego: przyjaciele księcia odrazu stanęliby po jego stronie, wdzięczni za ocalenie ich wodza i wierną służbę temuż. Jednakże w tym awanturniku honor szlachecki tkwił mocno: przecież tajemnica ta nie była wyłącznie jego własnością i nie wolno mu było jej wypaplać, choćby miał ją ponieść za sobą na szubienicę. Przytem, mogła ona i nadal obronić księcia przed niebezpieczeństwem.
Kapitan powtórzył pytanie, podsądny odparł z godnością:
— Tego, panie kapitanie, wyznać nie mogę — tajemnica ta nie do mnie należy!
— Muszę uprzedzić pana — zabrał znów bez złości, ale i z powagą głos kapitan — że w razie dalszego odmawiania przez pana zeznań, wzgląd na interes państwowy zmusi nas do użycia najsurowszych środków celem wydobycia tychże.
— Proszę mi wybaczyć, panie kapitanie, lecz nie, powiedzieć nie mogę — odpowiedział z godnością gaskończyk.
— Panie kapitanie! — począł wreszcie p. de Chemerant. — W imieniu Jego Królewskiej Mości, który udzielił mi rozległych pełnomocnictw, mam zaszczyt oświadczyć, że samo milczenie podsądnego jest zdradą stanu! Zbrodniarza tego wykryłem w pałacu, będącym niewątpliwie własnością księcia Manmauth; cała służba i jakaś kobieta, sprawiająca zresztą wrażenie mocno podejrzane, a podająca się za jego żonę, nadawali mu ten tytuł; w rękach jego znajduje się szereg przedmiotów, takich, jak szpada Karola II, tabakierka, z portretem tego ś. p. monarchy... wszystko to wygląda tak podejrzanie, że w imieniu Jego Królewskiej Mości domagam się użycia wszelkich środków do wydobycia z podsądnego zeznań... Niewątpliwie jest on tylko jednym członkiem całego spisku!
— Tak, tak, tortury, tortury! — tortury — wrzeszczeli lordowie.
Twarz kapitana przybrała wyraz głębokiego smutku.
— Zastanów się pan nad swym losem — rzekł do oskarżonego — nie zmuszaj nas pan do poddawania ciebie strasznym mękom; widzisz, że nie jestem twym wrogiem, ale jako sługa królewski muszę spełnić swój obowiązek. Jeżeli pan powiesz szczerą prawdę, możesz pan być pewien, że wszelkiemi siłami będę się starał o najłagodniejszy wymiar kary.
— Niestety, panie kapitanie — widzę, że jesteś człowiekiem.poczciwym i chodzi ci też i o moje dobro, lecz szlachcic gaskoński tajemnicy, powierzonej sobie i na mękach nie wyda.
Kapitan zadzwonił na dyżurującego przed drzwiami majtka.
— Powiedz profesorowi — rzek! mu, gdy się zjawił — by się stawił tu natychmiast z czterema ludźmi z przedniej baterji, okrętowej; powiedz też bombardjerowi, by przygotował siarczane lonty.
Ordynans wyszedł... lordom aż oczy zaświeciły z uciechy, kapitan ze smutkiem patrzył na podsądnego, którego mimo całej odwagi, dreszcz przeniknął, wiedział bowiem o metodach śledztwa sądowego swej epoki. Po chwili wszedł profesor; gaskończyka przeniknął dreszcz jeszcze silniejszy, lecz spojrzenie ani na chwilę nie zdradziło strachu...
Nagle, w oddali rozległy się trzy wystrzały armatnie jeden po drugim... Cały sąd zerwał się z miejsca i zrobiło się straszne zamieszanie; kapitan pobiegł do okna i krzyknął, że przerywa posiedzenie. Rozległy się dwa nowe wystrzały; wówczas wszyscy rzucili się na pokład, zapominając o oskarżonym, który z łatwością zrzucił z rąk powróz i pobiegł za nimi.
Jak wzmiankowaliśmy, już w pierwszych godzinach żeglugi, oficer, pełniący wartę na „Fulminante“, zauważył, że w ślad za nią płynie jakiś szybki trójmasztowiec; był to „Jednorożec“. Wspominaliśmy też o okręcie, zaledwie majaczącym na horyzoncie; Okręt ten szybkością górował nawet nad „Jednorożcem“. Po awanturze z gaskończykiem, kapitan wydał rozkaz, by fregata zwolniła bieg aż do chwili ukończenia posiedzenia sądu. Wówczas tajemniczy okręt począł doganiać ją bardzo szybko, tak że już po paru gadzinach można było dostrzec, że jest to lekka brygantyna o niezwykle wysokich masztach, ogromnem ożaglowaniu i czarnym, ostrym i wąskim kadłubie, zaledwie wynurzającym się, z wody — słowem, był to typowy lotny okręt korsarzy zachodnio-indyjskiego morza. W pewnej chwili „Jednorożec“ zbliżył się do niego; widać byłą, że oba statki pozostają pod wspólnem kierownictwem.
Cała załoga fregaty była pewna, że jest to napad korsarzy i zaczęła gotować się do boju.
Niebawem brygantyna zbliżyła się jeszcze bardziej, zaś na jej dziobie zatrzepotała biała chorągiewka, na znak że jej dowódca chce wejść w pertraktacje.
— Panie Seinal! — huknął kapitan do jednego z oficerów. — Kanonierowie do dział! Zapalić lonty! Ta flaga może być jakimś podstępem i w każdej chwili musimy być gotowi do kanonady.
Jakież było zdziwienie de Cronstillac‘a i de Chemerant‘a, gdy w brygantynie poznali „Kameleona“, statek, który uwiózł księżnę Monmouth wraz z kochankiem. Serce gaskończyka zabiło gwałtownie — a więc przyjaciele nie zapomnieli o nim i przybywają w chwili, gdy już stał na krawędzi zguby!
„Kameleon“ zbliżył się tak, że z jego pokładu można było rozmawiać z załogą fregaty. Na rufie brygantyny ukazał się wysoki mężczyzna we wspaniałym stroju.
— Jakób, Jakób!... Książę de Monmouth!... — rozległy się w jednej chwili frenetyczne okrzyki kilku lordów, którzy, przechyleni przez burtę fregaty, poznali odrazu, kogo mają przed sobą: „Kameleon“ zbliżył się do fregaty na odległość panu zaledwie sążniu .
— Co takiego?!... — wrzasnął zdumiony p. de Chemerant, który odrazu poznał w owym wysokim mężczyźnie kapitana Ouragan, kochanka księżnej. — Więc pan jesteś... księciem Monmouth?!...
— Ano, tak, drogi panie — uśmiechnął się książę — spytaj o to zresztą mych przyjaciół.
— Wasza wysokość... — zaczął de Chemerant, gdy się hałas nieco uciszył — podszedł mnie jakiś nikczemny filut, który podszył się pod nazwisko waszej wysokości!
— Lecz powiesimy go na chwałę tobie, drogi książę! — Zawołał Wudley.
— Nie czyńcie tego! — odparł książę. — Człowiek, którego nazywacie łotrem, uratował mnie z narażeniem własnego życia. Panie de Chemerant, w razie, gdyby temu junakowi groziło jakieś niebezpieczeństwo, gotów jestem zająć jego miejsce ma waszym pokładzie!
Emisarjusz omal nie podskoczył z radości — wydało mu się, że natrafił raz jeszcze na sposobność uchwycenia księcia w swe szpony.
— Oczywiście — odparł — wasza wysokość musi przejść na nasz pokład... tylko w takim razie będziemy mogli pomówić o darowaniu kary, na jaką ten nędznik oszust zasłużył.
— Chyba, że ten nędzny oszust sam się uratuje! — zawołał nagle de Cronstillac i — zanim obecni zdołali obrócić się ku niemu, skoczył w morze.
Zaraz dał głębokiego nurka i wypłynął na powierzchnię wody dopiero już w pobliżu brygantyny, na której odrazu spostrzeżono jego skok. Kadłub „Kameleona“ nieznacznie tylko unosił się ponad fale i gaskończyk z łatwością wdrapał się nań przy pomocy księcia i paru majtków, zanim załoga fregaty i p. de Chemerant zdołali ochłonąć ze zdumienia.
Gdy awanturnik stanął na pokładzie, książę szepnął mu kilka słów, poczem kapitan Ralf odprowadził niespodziewanego gościa pod pokład. Książę tymczasem przeszedł z powrotem na dziób brygantyny i znowu przemówił do p. de Chemerant:
— Znam dobrze, mój panie wicehrabio, zamiary mego wuja, króla Anglji, jak i zamiary pańskiego władcy — wiem też że ta garść dzielnych rycerzy przybyła aż na ten kraniec świata, aby pod moją wodzą obalić znienawidzonego Wilhelma...
— Tak, to też przypływaj do nas! — zawoła! Mortinier — bo pójdziemy za przykładem tego hultaja w zielonym kaftanie i ruszymy wpław ku tobie!
— Tylko bez warjactw, moi starzy przyjaciele! — krzyknął książę, który, po zniknięciu gaskończyka z pokładu co chwila oglądał się na drzwiczki, wiodące pod ten ostatni. Po chwili ukazał się w nich kapitan Ralf i coś szepnął do ucha swemu panu, któremu twarz rozjaśniła się odrazu. Szybko wydał żeglarzowi jakiś nowy rozkaz.
— No, wasza wysokość, — spuszczamy szalupę! — zawołał — p. de Chemerant, pewny, że już za chwilę ujrzy księcia na fregacie.
— Niestety to niemożliwe! — odparł książę.
I, zwracając się do lordów, przemówił z głębokiem wzruszeniem.
— Moi starzy przyjaciele, moi wierni kamraci, żegnajcie mi na zawsze!... Przez pamięć bohaterskiego poświęcenia mego teścia, który ocalił mnie kosztem własnego życia, poprzysiągłem sobie, że nigdy już nie podniosę oręża w wojnach domowych. Nie sprzeniewierzę się swej przysiędze, żegnajcie mi, dzielni przyjaciele! Serce krwawi mi się z żalu, że nie mogę was po raz ostatni uściskać!... Zapomnijcie o mem istnieniu — niechaj Jakób Monmouth będzie od tej chwili umarły dla was, jak już od lat pięciu umarły jest dla świata! Jeszcze raz przyjmijcie me pożegnanie i już na zawsze!
Zwrócił się do swego kapitana i krzyknął donośnie:
— Ralf, rozwinąć wszystkie żagle!
Żeglarz chwycił za koło sterowe; ponieważ żagle brygantyny były już trzymane w pogotowiu, więc rozwinięto je w mgnieniu oka i „Kameleon“ ruszył z miejsca. Wiatr mu sprzyjał, więc oddalał się szybko ku zdumieniu całej załogi fregaty. Niepodobna opisać rozpaczy lordów i wściekłości p. de Chemerant.
— Kapitanie! — wrzeszczał. — Rozwijajcie wszystkie żagle — musimy dopędzić tę przeklętą brygantynę — przecież „Fulminante“ należy podobno do najszybszych statków naszej floty!
— Tak, tak! — wołali lordowie. — Musimy ścigać brygantynę — i zmusimy księcia, by stanął na naszem czele! Szanujemy jego zacne postanowienie, ale przecież niepodobna, by oparł się prośbom starych towarzyszów!
Lecz „Kameleon“ oddalał się z błyskawiczną szybkością, co gorsze zaś, począł zręcznie manewrować i krążyć tak, że marynarzom „Fulminante“ pozostało tylko kląć. Pośród tego polowania nikomu nie śniło się nawet zwracać uwagę na „Jednorożca“, który cały czas trzymał się w pobliżu brygantyny księcia.
Tymczasem de Cronstillac znajdował się już na pokładzie „Jednorożca“, gdzie natrafił na o. Griffona, który wsiadł na tan statek poprzedniego dnia wieczorem.
Opisaliśmy już, jak gaskończyk wdrapał się na pokład „Kameleona“. Tam, przedewszystkiem począł otrząsać się z wody; książę uściskał go serdecznie i rzekł:
— Teraz uda się pan na pokład „Jednorożca“ — czekaj tam pan na mnie. Kalif pana zaprowadzi...
De Canstillac, ogłuszony jeszcze swą warjacką przeprawą z fregaty na brygantynę, ale szczęśliwy, że się wymknął ze szponów p. de Chemerant, udał się niezwłocznie za kapitanem, który kazał go spuścić do łódki z drugiej strony statku, tak, że z pokładu „Fulminante“ nikt me mógł tego zauważyć; łódka z piorunującą szybkością przetransportowała go na „Jednorożca“. Książę kazał powstrzymać się z rozwinięciem żagli na „Kameleonie“ do chwili, gdy już był pewien, że de Cronstillac‘owi nic nie grozi — bał się bowiem, by de Chemerant, zauważywszy, że gaskończyk schronił się na trójmasztowiec, nie zaatakował tego ostatniego, gdy tymczasem obecnie, p. de Chemerant myślał tylko o pościgu za brygantyną.
Kapitan Daniels nie posiadał się ze zdumienia na widok gaskończyka.
— Co za przeznaczenie, doprawdy — zawołał — każę panu zawsze w jakiś niezwykły sposób dostawać się nu mój okręt! Poprzednim razem, gdyśmy żeglowali, z Francji spadłeś na „Jednorożca“ z obłoków — teraz znowu wynurzasz się z łona fali, jakoby sam Neptun.
De Cronstillac był niemniej zdumiony — teraz dopiero spostrzegł, że znalazł się na pokładzie znanego sobie statku. Zdumienie jego doszło do szczytu, ma widok o. Griffon‘a, bacznie śledzącego ruchy obu innych statków.
— A to znów co, do djabła — skądże się tu ksiądz proboszcz wżziął?... Ale i pan, panie kapitanie, jakim cudem zjawił się pan tutaj?
— Jak Boga kocham, sam tego nie wiem! — odparł stary wilk morski.
— Jakto, panie kapitanie?
— Ano... wczoraj rano właściciel mego okrętu pyta mnie czy okręt już naładowany — gdy odpowiedziałem, że tak, rozkazał mi przepłynąć do Fort-Royal, i tam wywiedzieć się, czy fregata „Fulminante“ jest już gotowa do drogi; miałem też prosić pana de Chemerant, by mi udzielił osłony ze strony swej fregaty. W razie odmowy — z którą rzeczywiście się spotkałem — miałem rozkaz płynąć w jej pobliżu, choćby mi chciano w tem przeszkodzić. Rozkazy te wypełniłem co do joty i wówczas otrzymałem nowy rozkaz: płynąć za fregatą tak długo dopóki nie spostrzegą brygantyny... wówczas mam się zatrzymać w jej pobliżu i czekać, aż z niej przyślą ma mój statek pasażera — okazuje się, że tym pasażerem jesteś — pan!... Otrzymałem też rozkaz przyjęcia tego pasażera na statek — teraz zaś niezwłocznie mam pożeglować do Francji, chyba z brygantyny otrzymam inne, zmienione rozkazy. Wypełniałem wszystkie te rozkazy co do joty — teraz tedy walę prosto do Francji.
— Więc książę nie przesiądzie się na maisz statek? — spytał de Cronstillac.
Kapitan wybałuszył oczy.
— Książę... co za książę?... Właściciel okrętu dał mi dyspozycję tylko co do jednego pasażera, którym, jak się okazuje, pan jesteś... Ale, popatrz pan — fregata rozpoczyna pościg za naszą brygantyną! Przecież to wspaniałe!
— Jakto — więc pan nie pośpieszy brygantynie z pomocą, gdyby doszło do walki — zawołał gaskończyk.
— Broń Boże —’nie mam żadnego rozkazu, któryby mnie do tego zmuszał... przeciwnie, kazano mi wiać stąd czemprędzęj.
„Fulminante“ zażarcie ścigał „Kameleona“ i kilkakrotnie zdołała się doń zbliżać, lecz za każdym razem stateczek o lekkiej budowie flibusiarskich statków, wymykał się w ostatniej chwili znacznie cięższemu przeciwnikowi.
Pośród tych ewdolucyj, brygantyna niespodziewanym zwrotem zbliżyła się do „Jednorożca“ tak, że z obu okrętów można się było porozumieć. Jakaż radość, a zarazem smutek ogarnął gaskończyka, gdy na pokładzie „Kameleona“ ujrzał postać „Sinobrodej“ w białej sukni, wspartej na ramieniu męża. W chwili, gdy brygantyna prześlizgiwała się tuż obok burty „Jednorożca“, młoda kobieta wzruszonym głosem zawołała:
— Życzę panu szczęścia! Niech Bóg ma pana w swej opiece... a my nigdy nie zapomnimy o panu!
— Żegnaj, przyjacielu drogi, żegnaj! — dodał książę.
I „Kameleon“ oddalił się szybko, jak delfin. Angelika jeszcze posyłała swemu wybawcy znaki pożegnalne białą chusteczką, a mąż jej dłonią. Krótko, niestety trwał ten czarowny i wzruszający dla gaskończyka moment, brygantyna dosłownie zakręciła się na morzu, przez chwilę płynęła tu za „Jednorożcem“, a potem ruszyła ostro w kierunku fregaty i przemknęła się wzdłuż niej na odległość strzału armatniego. Kapitan „Fulminante“ klął od ostatnich; chciał jeszcze kontynuować pościg, mimo, że już stracił wszelką nadzieję, lecz tym razem „Kameleon“ miał już dosyć zabawy i rozwinął najwyższą szybkość, pędzą.c w kierunku otwartego morza. „Fulminante“ ruszyła za nim: po pewnym czasie oba okręty zniknęły.
Tymczasem „Jednorożec“ skierował się ku Francji, ku północnemu zachodowi, że zaś płynął doskonale, więc niezadługo znalazł się daleko od obu innych statków. De Cronstillac długo patrzył w kierunku niknącego „Kameleona“, który unosił „Sinobrodą“ — ścigał go smutnem, beznadziejnym spojrzeniem, aż dwie łzy spłynęły po jego policzkach i ukrył twarz w dłoniach.
Smutne jego rozmyślania przerwał kapitan Daniels, który poufale poklepał go po plecach ze słowami:
— No drogi mój gościu — teraz już jesteśmy bezpieczni — djabła zje, kto zechce przeszkadzać „Jednorożcowi“ w dalszej żegludze!... Możebyśmy zeszli do kajuty i napili się dobrej madery — szklankę, albo i dwie, albo grogu...
— Dziękuję panu, palnie kapitanie! Nie chcę palna obrażać, ale cóż, kiedy naprawdę nie mam humoru do picia.
— Do djabła, co się, z panem dzieje — co panu dolega?... Wyglądasz pan, jak zmyty. Może się panu co nie powiodło?... Ach, prawda... przecież przed miesiącem chwaliłeś się pan, że poślubisz Sinobrodą — no i figa z tego, wyszła... Zapewne nawet się pan nie dostałeś na Czarcie Wzgórze?
— Masz pan rację, panie kapitanie! Przegrałem zakład...
— No, nie przejmuj się pan tak — o nic się pan nie zdążył założyć, więc nie wielka przegrana... Ale w jaki sposób znalazł się pan na tej fregacie i dla czegoś pan z niej tak dał nura — wszyscyśmy podziwiali, jaki z pana pływak?!... I dlaczego kapitan brygantyny przyjął pana z takiemi honorami?... I co to za jedni — ten dostojny pan i ta dama — to jakieś niebylejakie osoby!... Co się działo właściwie?
— Niestety, panie kapitanie — nic panu powiedzieć nie mogę...
Kapitan uczuł jeszcze większy szacunek dla swego pasażera, którego niegdyś miał za sympatycznego i wesołego hultaja.
— No, to w takim razie — rzekł po chwili — uznajmy, żem o nic pana nie pytał... i — precz ze smutkiem!... No, chodźże pan na szklaneczkę wina!...
— Zdaje mi się, że pan de Cnonstillac nie ma wielkiej ochoty do zabawienia pana — rozległ się jakiś poważny głos. Gaskończyk i kapitan obejrzeli się — było to o. Griffon, również płynący do Francji.
— Co tam! Ma jakieś zmartwienie, ale prędko odzyska, bo to chwacki chłopak i zgoła bez skłonności do melancholji! Na wszelki wypadek wyciągnę butelczynę najlepszego winią i każę nagrzać grogu! — odrzekł kapitan i ruszył do swej kajuty.
Po chwili milczenia, pleban rzekł do gaskończyka:
— A więc znowu jesteś pan gościem kapitana Daniels‘a... i równie biednym jak przed dziesięciu dniami...
— A dlaczegóż miałbym być bogaty? — spytał zuchowato awanturnik i serce w nim rosło na myśl, że jedyną nagrodą jego poświęcenia był medaljon, dany mu przez Sinobrodę.
— A ja myślę... — rzekł o. Griffon — że książę Monmouth nie będzie mógł sobie darować, że nie wynagrodził pańskich zasług tak, jak królewskiemu synowi przystało... No, ale to nie jego winią — nie on odpowiada za zbieg okoliczności...
— Wielebny ojcze, żartujesz chyba... Dlaczegóż książę miałby posądzać o interesowność człowieka, który uczynił wszystko, by go uratować?
— Tak... postąpiłeś pan wobec księcia, jak brat rodzony — dlaczegóż więc on, wiedząc o pańskim ubóstwie, nie miałby panu pomóc, też, jak bratu rodzonemu?
— O, dużo by się złożyło na to, że podobna okoliczność uczyniłaby mnie bardzo nieszczęśliwym, drogi ojcze... Liczę zresztą, że rzuciwszy się znów w wir ruchliwego, awanturniczego życia, że powoli...
Nagle przerwał i znów ukrył twarz w dłoniach. Pleban zrozumiał — i szanując jego milczenie, oddalił się...

Nakoniec, po czterdziestodniowej prawie żegludze, „Jednorożec“ zbliżył się db portu La Rochelie.
W ciągu podróży, smutek naszego bohatera rozpraszał się powoli: w samotności tylko snuł słodkie i bolesne wspomnienia o „Sinobrodej“; w obecności swych przyjaciół nie chciał nawet myśleć o tych swoich przeżyciach, by ich nie profanował kapitan Daniels trywjalnemi żartami, a o. Griffon morałami, też nieraz, przy swej poczciwości, trywjalnemi.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy dotarli do kresu podróży, więc ostrożny kapitan wołał przeczekać z wpłynięciem do portu do świta, na noc zaś zarzucił kotwicę przed jego wejściem.
Na krótko przed wieczerzą, o. Griffon poprosił gaskończyka do swego pokoju; twarz jego wyrażała taką powagę, namaszczenie niemal, aż się nasz bohater prawie zaniepokoił.
Zamknąwszy starannie drzwi, z załzawionemi oczyma, wyciągnął ramiona ku awanturnikowi.
— Pójdź, niechże cię uściskam, synu; pójdź, szlachetny człowieku, mój dobry i drogi przyjacielu!
Zdziwiony i wzruszony gaskończyk uścisnął serdecznie plebana i zapytał:
— Czemże zasłużyłem, ojcze, byś mnie nazywał swym przyjacielem?
— Czem?... Uratowałeś życie królewskiemu synowi z narażeniem własnego... a teraz, gdy twoi przyjaciele, dzięki tobie są już w bezpiecznem miejscu, ty teraz wracasz do swego nędznego, ubogiego bytu... stajesz na swej ojczystej ziemi, nie wiedząc gdzie jutro swą zmęczoną głowę do snu skłonisz... A na wszystko to nie odpowiadasz ani słowem skargi na niewdzięczność tych, którzy ci zawdzięczają może nawet i życie!...
— Ależ, ojcze...
— O, mój synu... zwracałem na ciebie baczną uwagę w ciągu tej podróży... Ani jedno gorzkie słowo nie wymknęło ci się z ust... a jednak widziałem, żeś stracił jedyne swe dobro, beztroskę, wesołość, która tyle lat umożliwiała ci znoszenie ciężkiego losu...
— Ależ zapewniam cię, drogi ojcze, że się mylisz...
— Nie mylę się. Nie, no ale dość już tej próby — gniewam się nawet na ciebie, żem cię tej próbie poddał...
— Jakiej próbie, ojcze?
Pleban zmieszał się.
— Nie, nie — jestem z niej kontent — bo dzięki tej próbie poznałem całą wartość twej szlachetnej duszy.
Rozmowę ich przerwano pukaniem do drzwi.
— Kto tam?
— Wieczerza na stole, ojcze!
— A więc pójdź, mój synu — zakończył o. Griffon z dziwnym uśmiechem. — Nie wiem czemu, ale mam jakieś przeczucie, że ten wieczór zakończy się dla ciebie wyjątkowo szczęśliwie...
Zdziwiony awanturnik udał się za plebanem na pokład i... osłupiał.
Cała załoga zgromadziła się w paradnych mundurach na pokładzie; na masztach i linach pozawieszano zapalone latarnie. Zaledwie postawił nogę na pokładzie, rozległ się huk dwunastu ośmiofuntowych dział.
— A to co, do djabła, mój ojcze? — wrzasnął. — Atakują nas... kto?!...
Pleban nie miał nawet czasu odpowiedzieć gaskończykowi, bo zbliżył się doń kapitan otoczony oficerami.
— Panie de Cronstillac — zaczął ze źle ukrywanem wzruszeniem — jesteś pan właścicielem tęgo okrętu z całym ładunkiem... i melduję panu...
Gaskończyk myślał, że stary opój dostał białej gorączki.
— Do djalbła!... — wrzasnął. — Co pan wygadujesz i to jeszcze przed wieczerzą?... Ładnych pan rzeczy narobisz po paru kieliszkach!!
Kapitan skłonił mu się z szacunkiem, wcale nie zwracając uwagi na niezbyt pochlebne przypuszczenie swego nowego pryncypała.
— Mój ojcze — zwrócił się gaskończyik do o. Griffon‘a. — Co to wszystko znaczy?...
— A, proboszcz dobrodziej najlepiej to panu wyjaśni — zaczął znowu kapitan — tem lepiej, że on to właśnie doręczył mi list jednego z kupców w Fort Royal, z którym jestem w stałych stosunkach... w liście tym donosi mi, że, na podstawie plenipotencji właściciela „Jednorożca“, sprzedał go z całym ładunkiem panu de Cronstillac. Jak tylko wpłyniemy do portu, będzie mi pan łaskaw pokwitować odbiór tego okrętu, bo chcę zaraz przesłać to pokwitowanie byłemu właścicielowi, dla pokazania, żem jego rozkazy wypełnił z całą punktualnością.
De Cronstillac nic nie odpowiedział, aż kapitna zląkł się, że nowy właściciel jest zeń niezadowolony.
— Ależ niechże o. Griffon, który zna mnie już od szeregu lat, poświadczy, że naprawdę nic nie wiedziałem o tem, że pan ma być właścicielem tego okrętu...
— Rozumiesz już chyba, co nastąpiło, mój synu — zwrócił się pocichu o. Griffon do awanturnika. — Nasi przyjaciele, dowiedziawszy się, że bardzo ważne sprawy zmuszają minie do ponownej podróży do Francji, poprosili mnie, bym nakłonił cię do przyjęcia tego podarunku... Wybacz mi, mój synu, że dopiero teraz wyjaśniłem tę wolę księcia... uczyniłem to, chcąc wypróbować zalety twego charakteru...
— Ach, mój ojcze! — z goryczą odparł gaskończyk, wydobywając medaljon — dar księżnej, który stale nosił na szyi na nędznym rzemyku. — O to czem nagrodzono mnie, jako rycerza... czemuż traktują mnie teraz, jak najemnika, rzucając mi tak hojną jałmużnę?!...

Nazajutrz o świcie „Jednorożec“ wpłynął do portu. De Cronstillac pożyczył od kapitana dwadzieścia pięć luidorów na rachunek swych bogactw i zakazał mu wysiadać na ląd przed upływem doby.

O. Griffon udał się do seminarjum duchownego, gdzie zamieszkał. De Cronstillac umówił się z nim, że przyjdzie doń nazajutrz w południe. Jednakże pleban napróżno czekał, i wyglądał o oznaczonej porze; natomiast tegoż dnia wieczorem otrzymał od miejscowego notarjusza następujący list od De Cronstillac’a. Mój dobry Ojcze! Niepodobna, bym przyjął ofiarowany mi podarunek, przesyłam Ci tedy akt formaliny, mocą którego przelewam na Ciebie wszelkie prawa me do, Jednorożca.“ i jego ładunku. Proszę Cię, byś wszelkie dochody z tego źródła obrócił na cele dobroczynne wedle swego uznania. Notarjusz, za pośrednictwem, którego przesyłam ci ten bilecik, załatwi wszelkie formalności; koszta już opłacane i dałem mu jaknajszersze pełnomocnictwa.

Ściska. Cię serdecznie
Polifem de Cronstillac.

O. Griffon nie słyszał już nic przez długie lata o bohaterskim awanturniku...
Opactwo Saint-Quentin, w pobliżu Abbevilile, tuż przy ujściu Somme, władało w owym czasie olbrzymiemi dobrami w całej Pikanelji; dzień w dzień niemal tłoczyli się do jego bram dzierżawcy, znosząc czynsze w pieniądzach i naturze.
W samym końcu listopada 1708 r., w osiemnaście więc lat po opisanych przez nas awanturach, tłum dzierżawców zalegał jeden z mniejszych dziedzińców klasztoru, w pobliżu celi furtjana.
Rozległ się dzwonek i wszyscy jęli się cisnąć ku kamiennym schodom, wiodącym do szopy, odgraniczającej z jednej strony dziedziniec; za tą szopą dopiero rozpoczynały się właściwe zabudowania klasztorne. Pod lukiem skupienia, wznoszącego się ponad schodami, ukazał się o. Gwardjan w asyście dwóch braciszków. Jeden z nich miał za pasem potężny kałamarz, za uchem gęsie pióro, a pod pachą grubą księgę rachunkową. Pisarz ten rozsiadł się na stopniach schodów i jął przygotowywać się do spisywania ilości dziesięcin i czynszów, znoszonych przez poddanych. Towarzysz jego nadzorował pachołków.
Nakoniec pisarz, wywołujący z listy poddanych po kolei, zbliżył się do jej końca.
Zbliżyło się już południe; o. Gwardjanowi przyniósł braciszek smaczną, gorącą zupę w srebrnej czarze, gdy zaś klasztorny dostojnik ją wypił i oblizał się, przystąpił doń pisarz z raportem, że dwukrotnie już wywoływał bezskutecznie Jakóba, zagrodnika z Blanville, winnego klasztorowi sześć tuczonych kur, trzy worki pszenicy i sto talarów w gotówce.
— Gdzież się ten chłop podziewa? — zmarszczył brwi o. Gwardjan. — To jeden z najsumienniejszych naszych ludzi; piętnaście lat już siedzi na tej zagrodzie, a ani razu jeszcze nie spóźnił się z wypłatą należnej dzierżawy.
Raz jeszcze wywołano spóźniającego się czynszownika, lecz napróżno. Natomiast z tłumu wysunęło się dwoje dzieci: chłopiec i dziewczynka, w wieku trzynastu do czternastu lat; dzieci te, zmieszane i drżące, zbliżyły się do schodów, składając gwardjanowi głęboki ukłon.
— To są właśnie dzieci tego Jakóba — wyjaśnił pisarz.
— Gdzież są owe trzy korce pszenicy, sześć tuczonych kur i sto talarów w gotowiźnie, które ma zapłacić wasz ojciec? — surowo «pytał sługa Boży.
Biedne dzieci przytuliły się do siebie, jakby starając się nabrać odwagi do odpowiedzenia potężnej osobistości, aż wreszcie chłopiec podniósł swą twarzyczkę, dziwnie piękną i szlachetną, z wyrazem odwagi i samodzielność, i rzekł smutnym głosem:
— Nasz tatuś jest chory od dwóch miesięcy, mamusia go pielęgnuje... nie mamy już w domu ani grosza... zboże, przeznaczone na czynsz, wyszło nam na wyżywienie parobka i jego żony, których musieliśmy zgodzić... kury zaś musieliśmy sprzedać, by móc opłacić lekarza i aptekę...
Twarz zakonnika stała się jeszcze surowszą.
— Każdy czynszownik, jak się chce wykręcić od spełnienia swego obowiązku, śpiewa tak samo — zaczął szorstko. — Jakób był zawsze dobrym i skrupulatnym sługą opactwa, nigdy też nie pił, ani próżnował, widzę jednak, że już poczyna naśladować innych... Lecz w interesie opactwa, jak i jego własnym, nie pozwolę mu zejść na drogę niedbalstwa.
I, zwróciwszy się do dzieci, dodał jeszcze surowiej:
— O, skarbnik zakomunikuje wam decyzję władzy klasztornej — tymczasem czekać na nią tam!
I wskazał im ciasny kąt szopy; dzieci ukryły się tam; dziewczynka usiadła na kamieniu i ukryła ‘twarzyczkę w dłoniach, plącząc cicho, gdy braciszek jej oparł się o mur obok niej, spoglądając smutnie na siostrzyczkę.
Nakoniec przyjmowanie czynszów ukończono i gwardjan ze swymi abrolitami powrócił do klasztoru, chłopi zaś rozjechali się i na podwórzu pozostały jedynie dzieci z bolesnym niepokojem, oczekując na decyzję władzy klasztornej.
Nagle w bramie dziedzińca ukazała się nowa postać. Był to wysoki, chudy, czerstwy starzec, o rzeźkich jeszcze, jakby żołnierskich ruchach, choć poruszał się z trudem, mając jedną nogę drewnianą. Odziany był w stary mundur zielony, w każdym razie nie francuski, z pomarszczonym kołnierzem; na głowie miał wytartą czapkę skórzaną, siwe włosy spadały mu aż na barki.
Nieproszony gość, najwyraźniej jakiś stary wiarus, wszedł na dziedziniec; nie zauważywszy zrazu ukrytych w ciemnym kącie dzieci, rozglądał się dokoła, aż wreszcie, spostrzegłszy chłopczyka, i dziewczynkę, ruszył ku nim.
Dziewczynka przestraszyła się na widok tej nastraszonej postaci, aż krzyknęła z przestrachu. Braciszek zaczął ją uspokajać i, mimo, że wystraszone dziecię usiłowało go powstrzymać, odważnie posunął się ku starcowi.
Ten ostatni zatrzymałsię, uderzony niezwykłą pięknością obojga dzieci, a zwłaszcza dziewczynki, której czarodziejska twarzyczka, o delikatnych rysach, okolona złotemi puklami bujnych włosów dziwnie odbijała od prostackiej, chłopskiej odzieży.
— Boicie się mnie... nie chcecie powiedzieć staremu żołnierzowi, gdzie jest opactwo St. Quentin? — dobrotliwie spytał czerstwy starzec.
— Kubusiu! — zawołała dziewczynka i ze strachem przytuliła się do brata, a ten rzekł poważnie:
— Nie bój się, Anielko! — a zwracając się do starca, odparł:
— Ten gmach, panie, to właśnie opactwo St. Quentin... jeżeli pan chce wejść, musi pan pójść do celi ojca furtjana, po drugiej stronie, za tym dziedzińcem.
Na dźwięk tych imion: Kubuś i Anielka, starzec aż się cofnął ze zdumienia; kosztur wypadł mu z dłoni: musiał się oprzeć o mur, nie mogąc pohamować wzruszenia.
— Więc ci na imię... Kubuś... a tobie Anielka? — spytał drżącym głosem.
— Tak, panie — odparł chłopiec, zdziwiony tem zmieszaniem przybysza.
— Kimże są wasi rodzice?
— Jesteśmy dziećmi czynszownika tego opactwa.
— Ach... — rzekł stary żołnierz — ach, co za stary dureń ze minie!... No, ale też dziwny zbieg okoliczności, niech go djabli wezmą: Kubuś i Anielka... Angelika... No, ale pójdźże, stary Polifemie, po rozum do głowy... jeżeli wróciłeś z Moskwy po to, aby robić takie odkrycia, to doprawdy lepiej byłoby zostać tam i jeść spokojnie chleb wielkiego cara, który dba o swych starych żołnierzy...
W czasie tego monologu de Cronstillac‘a — on to był bowiem — dziewczynka przyglądała mu się z zaciekawieniem, prawie nie rozumiejąc jego słów, choćby dlatego, że monologował w rodzinnem swem, południowo-francuskiem narzeczu.
— A przytem te rysy! — mruczał do siebie stary obieżyświat, czując, jak serce bije mu gwałtownie w piersiach od nadziei, zwątpienia, radości i trwogi. — Te cudownie rysy tak mi przypominają... ale nie, nie, to niemożliwe, jakiś dziwny przypadek... przypadkowe podobieństwo... Kiep stary ze mnie i tyle. A może to cięcie szablą w łeb pod Połtawą nadwyrężyło mi mózg... Zresztą, na świecie zdarza się tyle dziwnych rzeczy... — Powiedzcie mi, moje dziatki, jak się zowie wasz ojciec:
— Jakób.
— Jakób... no a dalej?
— No, Jakób.
— Jakób....i nic więcej?... A czy długo już tu prowadzi gospodarstwo?
— Od początku życia.
— W takim razie we łbie mi się coś nie klei... A czy wasz ojciec, moje dziatki, służył kiedy w wojsku?
Anielka i Kubuś spojrzeli na siebie ze zdumieniem.
— Nie, panie, tatuś całe życie był rolnikiem.
W tejże chwili otworzyły się drzwi, wiodące w głąb opactwa i na schodach ukazał się braciszek. Skinął na dzieci, które zbliżyły się doń, drżąc na całem ciele.
— Pójdź, mała — rzekł.
Biedne dziecię rzuciło na brata trwożne spojrzenie, nie mając odwagi oderwać się od jego boku. Dopiero, gdy mnich powtórzył swe słowa, poczęła z obawą wchodzić na schody. Mnich pogłaskał ją po twarzyczce i rzekł:
— Moje piękne dziecię, powiedz ojczulkowi, że jeżeli w przeciągu tygodnia nie zapłaci sto talarów czynszu w naturze, który nam jest winien, zmuszeni będziemy odstąpić jego zagrodę komu innemu... I tak postępujemy bardzo łagodnie: jedynie przez wzgląd na jego dotychczasową sumienność dajemy mu zwłokę siedmiodniową, bo kogo innego wyrzucilibyśmy na łeb, na szyję dziś jeszcze.
— Boże mój, Boże! — jęknęły dzieci, plącząc rzewnie i błagalnie składając ręce. — Przecież w domu nie mamy ani grosza... nasz biedny tatuś jest chory... Ach, cóż my teraz poczniemy?
— Hm... nic wam nie poradzę — odparł mnich, wzruszając ramionami. — Tak brzmi rozkaz ojca przeora.
Gdy mnich zmilkł za drzwiami, dzieci padły sobie w ramiona, łkając boleśnie.
— Nasz tatuś umrze... gdy się o tem dowie... O, Boże, on umrze... on umrze...
De Cronstillac przyglądał się tej scenie, nawpół ukryty za jednym z filarów, wzruszony, a zarazem oburzony do pasji. Gdy mnich wychylił się na chwilę, by zamknąć drzwi, przystąpił doń i rzekł:
— Przepraszam bardzo... słówko do ojca dobrodzieja... Czy mam przed sobą wielebnego ojca z St. Quentin?... Nieprawdaż, wielebny ojciec pozwoli mi przenocować tu do jutra?
Sługi Boży obrzucił go bazyliszkowym wzrokiem.
— Hm... niepodobna się opędzić od różnych żebraków i włóczęgów... — mruknął. — A no, zadzwoń do bramy ojca furtjana, to ci dadzą trochę słomy na posłanie w szopie i miskę zupy...
A po chwili dodał, jakby do siebie:
— Te włóczęgi, to najgorsza plaga klasztorów.
Stary wiarus aż poczerwieniał z gniewu, wyprostował swą zgrabną jeszcze postać, zasunął futrzaną czapkę aż na oczy, stuknął kijem o kamienne stopnie schodów i huknął groźnie:
— A, do kroćset!!... Czcigodny ojczulku, mógłbyś trochę więcej uważać, z kim masz do czynienia!!
— A to co takiego?... — wrzasnął oburzony mnich. — Oberwaniec jakiś!
— Z tego, że mam na grzbiecie łachmany, nie wynika jeszcze, beczko łoju, bym cię prosił o jałmużnę! — zawołał de Cronstillac.
— A więc, o co ci chodzi?
— Żądam wieczerzy i noclegu... chyba wasz klasztor nie zbankrutuje, jeżeli da biednemu wędrowcowi kawał chleba i jaki barłóg. Brak dobroczynności duchownym nie przystoi: dając przytułek chrześcijanom, żadnej łaski nie robicie, spłacacie tylko dług... Dość już wam brzuchy od dziesięcin urosły!
Mnicha omal apopleksja nie raziła.
— Stul pysk, ty stary heretyku! — wrzasnął w złości.
— Oho, już do heretyków sięgasz?... No, dobrze... mam w węzełku niejednego talara i mogę obejść się bez waszej zupy i słomy, świętobliwi mężowie.
Mnich miał przez chwilę ochotę rzucić się z pięściami na zuchwalca, lecz pomyślał, że mógłby na tem źle wyjść, więc pohamował się i rzekł tylko:
— Jeżeli ci jaszcze starczy bezczelności na pójście do ojca furtjana, to, bądź pewny, że oberwiesz baty; wogóle nie spodziewaj się w St. Quentin innego poczęstunku...
A, obracając się ku dzieciom, dodał:
— A wy powiedzcie swemu ojcu, żeby się śpieszył z wypłatą daniny, bo już mamy kandydata na jego miejsce, który nam może zapłacić za parę miesięcy zgóry.
I z hukiem zatrzasnął drzwi.
— Słuchajcie, dzieci — zaczął de Cronstillac. — A więc wasz ojciec jest człowiekiem ubogim, a przytem teraz jest chory?... No, to spodziewam się, że zarobek, choć mały, ale uczciwy i pewny, a przytem zgoła niespodziewany, nie sprawi mu przykrości. Chociaż marnie się prezentuję, ale uciułałem sobie trochę grosza. No, dalej, w drogę!... Nie będziecie mieli ze mną kłopotu... nie wymagam wiele, byłem żołnierzem; wystarczy mi kawałek słoniny, szklanka cydru i garść słomy w ciepłej stajni, a przybędzie wam za to osiemdziesiąt sous tygodniowo... Hę, cóż wy na to?
— Nasz tatuś nie jest oberżystą... — zafrasował się chłopiec.
— Dziecko, jeżeli twój tatuś ma rozum, a mama zna się na gospodarstwie, to napewno z radością przyjmą mą propozycję. No, w drogę! Prowadźcie mnie do swej chałupy, dziatki; jestem pewien, że ojciec was nie złaje za to, żeście przyprowadziły na nocleg starego weterana!
Mimo pozornej szorstkości i osobliwego wyglądu, de Cronstillac zdołał już wzbudzić w dzieciach zaufanie wziąwszy się za ręce, szły przed inwalidą, który, pogrążony w głębokiem zamyśleniu, kroczył za niemi.
Po jakiejś godzinie dragi, weszli w długą aleję jabłoni, wiodącą do gospodarstwa.
Kubuś i Anielka weszli pierwsi do zagrody, spytać, czy ojciec zgadza się na wpuszczenie starego wojaka. De Cronstilllac, w oczekiwaniu na ich powrót, rozglądał się dokoła i podziwiał panującą w calem gospodarstwie czystość i niezwykły u chłopów francuskich porządek.
Pośród zabudowań gospodarskich stał dom zagrodnika.
Nagle stary wiarus spostrzegł zbliżającą się kobietę w średnim wieku, w zwykłym ubiorze wieśniaczek pikardyjskich, osobliwie jednak schludnym. Towarzyszył jej synek, gdy córeczka zatrzymała się na progu.
— Przykro mi bardzo mój panie... lecz...
Zaledwie to przemówiła, de Cronstillac zbladł nagle śmiertelnie, wyciągnął ku niej ręce, kosztur upuścił na ziemię, zachwiał się i padł nawznak na kupę suchych liści, która na szczęście była zmieciona właśnie tuż za nim zemdlał.
W pierwszej chwili księżna Monmouth — ona to była bowiem — nie poznała dawnego swego adoratora; sądziła, że stary inwalida, poprostu osłabł ze znużenia, lub głodu, pośpieszyła mu więc, wraz z dziećmi, z pomocą. Gdy chłopczyk rozpiął mundur żołnierski, by ułatwić zemdlonemu oddech, nu piersiach weterana zabłysnął złoty medalijon na rzemyku.
— Patrz, patrz, mamusiu! — zawołał — jaki piękny medaljon! Pewno król mu go dał za odwagę!
Księżna skamieniała ze zdumienia...
Odrazu poznała medaljon, który niegdyś dała gaskończykowi. Przypatrzywszy się żołnierzowi uważnie, zawołała z głębokiem wzruszeniem:
— Dzieci, dzieci — przecież to szlachetny człowiek, który mnie niegdyś uratował!
Wkrótce żołnierz odzyskał przytomność. Gdy otworzył oczy, błyszczały w nich łzy. Niepodobna opisać szczęścia i radości poczciwego obieżyświata; śmiał się, i płakał na przemian. Dzieci pobiegły do mieszkania przynieść dlań jakiś posiłek.
— Pani... pani... w tej odzieży... wasza wysokość!... — zawołał gaskończyk. — Więc nakoniec, po tylu latach, spotkałem panią przecież!... Już na dźwięk imion tych dzieci: Kubuś i Anielka, serce silnie mi zabiło... lecz wprost uwierzyć nie obciąłem... nie śmiałem... No, a gdzież małżonek pani?
Księżna położyła palec na ustach, ze smutkiem pokiwała głową i rzekła:
— Zaraz pana zaprowadzę do męża... Ach... dlaczegóż choroba Jakóba zatruwa smutkiem radość, jaka mnie ogarnia na pana widok! Jakże pięknym byłby dla mnie ten dzień!...
— Ależ, doprawdy, nie rozumiem, wasza wysokość... Pani, w tej odzieży... w tak okropnem położeniu...
— Cicho, cicho... nie chcę, żeby moje dzieci co usłyszały... one nie wiedzą o niczem... Ale’zaczekaj pan tu chwilę... muszę uprzędzić męża, co za gość dziś do nas zawitał...
Po paru chwilach, de Cronstillac wkroczył do schludnej izby mieszkalnej księstwa Monmouth. Syn Karola II leżał w łóżku z kotarą i baldachimem, jaki do dzisiejszego dnia spotyka się jeszcze w chłopskich chatach. Mimo osłabienia i mizernego wyglądu, nie posiadał się z radości na widok starego znajomego.
Serdecznie uściskał mu dłoń, wskazał mu stołek przy łóżku i rzekł z głębokiem wzruszeniem:
— Siadaj, stary przyjacielu! Jakże dziwnemu, a sprzyjającemu trafowi zawdzięczamy spotkanie znowu po tylu latach!... Oczom swoim wprost nie wierzę... nakoniec, szlachetny rycerzu, jesteśmy znów razem po osiemnastoletniej rozłące!... Ach, jakże często wspominaliśmy z Angeliką o tobie, o twem bezprzykładnem poświęceniu!
— A teraz, wielmożny panie — przerwał de Cronstillac — weźmy się do tego, co najpilniejsze...
Dobył noża, rozpiął mundur i rozpruł podszewkę.
— Co robisz? — zdziwił się książę.
Żołnierz wydobył ze skrytki pod podszewką sakiewkę skórzaną, podniósł ją i, pokazując księciu, rzekł:
— Mam w niej sto luidorów; w dwóch jeszcze woreczkach mam dwa razy też po sto... to wszystko oszczędności z mego żołdu i wynagrodzenia za nogę, którą straciłem latem tego roku przy przechodzeniu Berezyny. Każdy chyba przyzna, że Piotr Wielki opłaca swych wysłużonych żołnierzy, jak na prawdziwego monarchę przystało! Wielki i hojny to mocarz!...
— Ależ, mój przyjacielu, nie rozumiem cię... — rzekł książę, lekko odsuwając sakiewkę, którą gaskończyk chciał mu podać.
— Powiem ci wszystko, drogi panie... Jesteś, książę, winien tym z St. Quentin sto talarów czynszu i grożą ci, że, jeżeli w przeciągu tygodnia nie zapłacisz wszystkiego, wypędzą cię stąd...
— Ach, Jakóbie, i ja się tego obawiam! — ze smutkiem wtrąciła księżna.
— Wiem o tem, niestety — rzekł książę — lecz z tego nie wynika przecież, mój przyjacielu drogi, bym miał cię prosić o pieniądze... Raczej ja jestem winien tobie, niż ty mnie...
— Wasza wysokość, pamiętasz chyba, jak po królewsku obdarzyłeś mnie przed laty, teraz śmiało mogę się zań w drobnej cząstce przynajmniej odwdzięczyć... Skoro już potrąciliśmy o przeszłość, muszę waszej książęcej mości opowiedzieć o moich losach... Gdy zawinęliśmy do portu La Rochelle, ojciec Griffon oznajmił mi, że wasza książęca mość raczył mi ofiarować „Jednorożca“ z całym ładunkiem... Do djabła, poprostu się zmartwiłem...
— Ależ, przyjacielu...
— Nie, nie mówmy już o tem, medaljon wszystko mi wynagrodził... a zresztą, nie chcę waszej książęcej mości martwić... Przekazałem tedy okręt ten wraz z ładunkiem ojcu Griffon z poleceniem, aby dały ten majątek poświęcił ubogim, klechom, lub djabłu...
— Co?... Więc go pan nie przyjąłeś?... — zawołała jednocześnie para książęca.
Gaskończyk zmiesza się.
— Tak, nie przyjąłem... mogę sobie zresztą pochlebić, że, na mojem miejscu postąpiłbyś, wasza wysokość, tak samo... Chciałem, by wspomnienie Czarciego Wzgórza pozostało czystem i nienaruszonem w mem sercu... Przez dwadzieścia cztery godziny byłem Jakóbem Monmouth i coś z tej roli pozostało we mnie na zawsze...
— Szlachetne i zacne serce!... — zawołała Angelika.
— Więc powróciłeś dobrowolnie do swego ubóstwa? — zdumiewał się jej mąż.
— Właśnie dlatego, że byłem przyzwyczajony do ubóstwa i awanturniczego życia, nawet nie chciało mi się zostawać bogaczem... Częściowo zresztą skorzystałem z pańskiej wspaniałomyślności; ponieważ byłem bez grosza, pożyczyłem od kapitana „Jednorożca“ dwadzieścia pięć luidorów na rachunek ładunku okrętowego i za te pieniądze puściłem się na szwedzkim okręcie do Rewla, a stamtąd dobrnąłem do Moskwy, gdzie właśnie admirał Lefort zbierał pod carskie sztandary marnotrawnych synów z całej Europy... No, a teraz mam zamiar... nie wiem, czy wasza wysokość nań się zgodzi... Rodzice moi dawno już rozstali się z tym światem, rodzeństwo i krewni rozproszyli się po święcie, pragnąłbym więc gorąco osiąść tu wraz z wami... Mogę jeszcze pracować, mimo mego kalectwa, więc tu i owdzie przydam się jeszcze do czego, choćby jako strach na wróble... dla waszych dzieci będę dalekim wujaszkiem, dobrotliwym ojcem Polifemem; będę im opowiadał o dalekich krajach, które widziałem. o bojach, w których krew przelewałem i tak dni nasze będą płynęły szczęśliwie.
— O, tak, zgadzamy się, zgadzamy się chętnie... już się nigdy nie rozstaniemy!... — zawołali oboje małżonkowie ze łzami w oczach.
— Dobrze, ale pod jednym małym warunkiem — odrzekł gaskończyk, ocierając łzę szczerego wzruszenia: — oto musicie się zgodzić, że zapłacę wam za me utrzymanie za lat dwanaście zgory, po 50! liwrów rocznie, czyli 300 luidorów, po upływie 12 lat musimy zawrzeć nową umowę.
— Ależ, przyjacielu...
— Ależ, wasza wysokość, decyduj się... Jeżeli pan się zgodzi, będę na stare lata najszczęśliwszym z ludzi, szczęśliwszym, niż na to zasługuję... jeżeli nieb — biorę mój kosztur dziadowski i idę do ojczystej wioski, zdechnąć gdzie pod płotem, jak pies, co stracił pana...
Gaskończyk mówił to takim tonem, że przyjaciele jego nie mieli serca odrzucić jego żądania.
— Hurra! — krzyknął awanturnik, usłyszawszy, że przyjmują jego Oofertę; wyrzucił kaszkiet w górę i usiłował podskoczyć na drewnianej nodze.
— Tak, zgadzam się, stary przyjacielu — ze wzruszeniem rzekł książę. — Ta niespodziewana pomoc, szczerze mówię, raatuje mi wprost życie, ratuje mą żonę i dzieci od nędzy... te trzysta luidorów umożliwiła nam wydobycie się z tarapatów, w jakie wpadamy coraz głębiej od dwóch lat, aż mnie wtrąciły w chorobę, z której teraz, gdy już jestem spokojny o los swych najdroższych, wyliżę się z całą pewnością.
Na twarzy gaskończyka malowało się zdziwienie.
— Ależ, wasza wysokość, jednego wprost nie rozumiem, w jaki sposób popadłeś w taką biedę, przecież zdołałeś wywieźć z Martyniki klejnoty ogromnej wartości?
— Angeliko, opowiedz o tem...
— Widzi pan, gdyśmy rozstali się z panem — zaczęła Angelika — „Kameleon“ popłynął szybko ku Brazylji, gdzie zatrzymaliśmy się na parę tygodni, poczem wyruszyliśmy na portugalskim okręcie do Indyj, gdzie żyliśmy spokojnie całe trzy lata, aż zachorowałam niebezpiecznie i jeden z najlepszych lekarzy w Bombaju oświadczył, że klimat tego kraju jest dla mnie zabójczy i że powrót do Europy jest dla mnie koniecznością. Wiesz pan dobrze, jak mnie Jakób kocha, to też, bez względu na możliwość niebezpieczeństw, odrazu postanowił wywieźć mnie do Francji; sprzedaliśmy znaczną część klejnotów i z kilkunastu tysiącami liwrów wsiedliśmy na holenderski statek. Już przy samem wybrzeżu Francji spotkała nas straszliwa burza; okręt nasz, straciwszy maszty i żagle, całe trzy dni tłukł się po morzu, aż rozbił się na piaszczystem wybrzeżu o parę mil stąd. Całe nasze bogactwo pochłonęło morze; pozostał nam jedynie kosztowny pierścień, który w chwili rozbicia okrętu miałam na palcu; udało się nam go sprzedać za całe cztery tysiące liwrów. Jakób obawiał się pokazywać w miejscach, bliższych wielkiemu światu, z obawy, by znów jaki szpieg króla Francji, czy Anglji go nie wyśledził, moje zaś zdrowie było mocno nadszarpnięte, pozostaliśmy tedy w tem ustroniu. Byliśmy jeszcze młodzi, nieszczęścia wzmogły jeszcze naszą miłość, więc, choć pozbawieni majątku, z ufnością patrzeliśmy w przyszłość, zwłaszcza, że zmiana klimatu szybko powracała mi zdrowie. Podobało się nam proste i spokojne życie chłopów pikardyjskich, u których zamieszkaliśmy, że zaś byli to ludzie starzy i bezdzietni, zaproponowaliśmy im, że odkupimy od nich połowę ich dzierżawy. Poczciwi ci ludzie sprzyjali nam bardzo; początkowo chcieli nas odwieść od tego zamiaru, przedstawiając nam ciężki los dzierżawców, jednakże postawiliśmy na swojem. Z biegiem czasu wyrobiliśmy się na niezłych rolników; mająteczek nasz powiększył się. Nakoniec skarbnik opactwa uznał nas za prawowitych dzierżawców.
Nie potrzebowałam już lękać się o las Jakóba: komuby przyszło do głowy szukać księcia Monmouth w zapadłym kącie Pilkandji?
— Ach, pani, co za zaparcie się siebie, co za moc ducha! — zawołał gaskończyk.
— Ach, gdybyś wiedział, mój przyjacielu — wtrącił książę — z jakim godnym uwielbienia stoicyzmem znosiła Angelika to twarde życie!
— Mój drogi — rzekła Angelika z prostotą do męża — czyż Bóg nie po to nas doświadczał, by wreszcie zesłać nam spokojne życie, w którem obowiązki nasze będą niszą radością?... Ale... na czem skończyłam? — zwróciła się znowu do gaskończyka. — Aha... Otóż w tym cichym zakątku upłynęło nam szesnaście lat bez żadnych zgryzot... dopiero w ostatnich dwóch latach zaczęły spadać na nas różne cięgi; przyszedł nieurodzaj, który dla ubogich dzierżawców jest zawsze ciosem okropnym... i nie wiem doprawdy, na czemby się to skończyło, gdyby nie niespodziewana pojawienie się pana, bo opat z St. Quentin znany jest z okrucieństwa i chciwości. Dotychczas szczyciliśmy się tem, żeśmy mu płacili zawsze przed terminem, ale da tego nielitościwego człowieka nie jest to żadna okoliczność łagodząca, a nie tak to łatwo zarobić sto talarów!
— Sto talarów! Więcej kosztował niegdyś haft u rękojeści mej szpady! — Wtrącił książę z melancholijnym uśmiechem. — Ach, jakże nieraz rozmyślałem nad znikomością wszelakich bogactw, gdym nocami widział mą żonę i córeczkę, pochylone nad kądzielą dla zarobienia paru groszy!
Gaskończyk zdawał się zastanawiać nad czemś głęboko.
— Posłuchaj mnie, panie — zaczął po chwili — przyszła mi do głowy jedna myśl... chyba rozsądna... Co też mogło się stać z o. Griffon’em?
— Nie wiemy; nigdy już nie mieliśmy łączności z Martyniką — rzekła Angelika.
— W dodatku jest to misjonarz i od tego czasu mógł zawędrować na drugi koniec świata — dodał książę.
— I ja nic nie wiem o nim, ale, proszę posłuchać... Jak już mówiłem, oddałem „Jednorożca“ do jego dyspozycji; jest to człek poczciwy, jeżeli więc jeszcze żyje, musiał utrzymać trochę pieniędzy ze sprzedaży ładunku „Jednorożca“, zwłaszcza, że i obracać groszem umie. Trzeba się dowiedzieć, gdzie ten zacny kapłan obecnie przebywa, przecież suma takowa, choćby i skromna, byłaby szczęściem dla dzieci waszej książęcej mości.
— Niestety, przyjacielu, twoja nadzieja jest płonna. Jestem pewny, że zacny ten człowiek oddawna rozstał się z tym światem, a majątek powierzony sobie, rozdał ubogim.
— Może zapisał opactwu S»t. Quentin? — spytała z uśmiechem Angelika.
— A, niech ich djabli, zdzierusów, porwą! Chybabym tę budę lichwiarską podpalił! — wrzasnął gaskończyk.
— Fe, co też pan wygadujesz! — upomniała go Angelika, aczkolwiek sama niezbyt przejęta nabożeństwem dla chciwych klechów.
— Jestem wściekły sam na siebie, żem mądrzej nie rozrządził się waszemi pieniędzmi. No... ale, czyż mogłem przewidywać, że królewskiego syna spotkam po latach w chłopskiej sukmanie?... Teraz pozostaje mi tylko szukać ojca Griffon.
— W jaki sposób? — zdziwił się książę.
— Ano, kto szuka, ten znajdzie, wasza wysokość. Teraz nie mam już powodów do ukrywania się, więc zaraz od jutra zabiorę się do tego. Najpierw pójdę do superjora misyj kolonjalnych... te sto talarów, które zaniosę za waszą wysokość, otworzą mi drogę i do papieża Samego...

Nazajutrz rano de Cronstillac wkroczył do opactwa; na widok rulona nowiutkich talarów, odrazu wprowadzono go z całym szacunkiem do celi o. skarbnika.
— Wielebny ojcze — rzeki gaskończyk — załatwiwszy sprawę czynszu mam bardzo ważną sprawę do jednego z ojców misjonarzy, o którym jednak nic nie wiem... Kto mógłby mi udzielić o nim informacyj?
— A, mój synu — doskonale się składa, bo właśnie osiadł na starość w naszem opactwie pewien, świętobliwy misjonarz sterany trudami.
— Czy mógłbym pomówić z tym świętym mężem?
— Ależ oczywiście!... Jak tylko pan zejdzie na dziedziniec, niech pan poprosi którego z braciszków, by pana poprowadził do ojca Griffon’a i...
De Cronstiillac z rozmachem cisnął o ziemię czapkę i koszturem wywinął na jedynej nodze pirueta i ryknął donośnie z ruska:
— Ura, ura!!! — aż się wielebny skarbnik przestraszył, że ma przed sobą warjata i zadzwonił. Do celi wpadł wystraszony mnich. Były wiarus Piotra Wielkiego odzyskał przytomność.
— Wybacz mi, wielebny ojcze — tłumaczył się ze spuszczonemi oczyma — ale narobiłem wrzasku z wielkiej uciechy, bo właśnie szukam świętobliwego ojca Griffon’a...
— A więc proszę zaprowadzić tego pana do ojca Griffon — rzekł skarbnik...
Zacny misjonarz nie zawiódł nadziei, jakich w nim pokładał gaskończyk. Okazzało się, że, mimo posiadania plenipotencji właściciela, obracał na dobroczynne cele tylko procenty od majątku awanturnika, będąę pewny, że kiedyś jeszcze przyda się temu ostatniemu. Zawczasu też ulokował go, zakupiwszy wspaniałe dobra Chateauvieux w Pikardji, uśmiechając się na myśl, że hultaj, który niegdyś przemycił się na „Jednorożca“ w beczce, spędzi w tej posiadłości koniec swego życia, jako dziedzic. Dobrami temi zarządzał osobiście i dlatego też osiadł w opactwie St. Quentin. Dziwnym trafem przecież nigdy nie natknął się na małą wiosczynę, w której żył ks. Monmouth.
Tegoż dnia jeszcze o. Griffon odwiedził książęcą parę. Po głębszej rozwadze postanowiono, że dobra Chateauvieux mają należeć po połowie do księcia i do gaskończyka, nominalnie nie przestając być w całości własnością tego ostatniego. Zaraz też de Cronstill’ac spisał testament, w którym spadkobiercami ustanowił dzieci księcia, chłopcu zaś nakazywał przybranie nazwiska de Chateauvieux. Aby uczynić to nagłe wzbogacenie się ubogich chłopków zrozumiałem dla ich sąsiadów, rozpuszczono wieść, że de Cronsitllac jest wujaszkiem Angeliki, który dorobił się straszliwie w Rosji i teraz powrócił incognito, by wystawić swych krewnych na próbę...
Para książęca, jej dzicai i de Cronstillac żyli jeszcze długo i szczęśliwie w Chateauvieux. Jakób Monmouth junior nigdy się nie dowiedział, że w żyłach jego płynie krew dawnych królów Anglji. Nieliczni wtajemniczeni zachowywali w tym względzie zupełne milczenie i wnuk Karola II całe życie uważał się za francuskiego szlachcica.
Ojca jego do końca życia żaden szpieg już nie niepokoi w ciągu tylu lat zmienił się o tyle, że nikt nie podejrzewał, kto ukrywa się pod maską dziedzica z Chateauvieux.

KONIEC.

Przypisy

  1. Sinobrody — postać ze średniowiecznych legend francuskich: bogaty baron — okrutnik, mordujący po kolei siedem swych żon.
  2. Statuder — prezydent republiki Holenderskiej.
  3. Cytadela St. Pièrre
  4. Jakób Sturt Monmouth (1649 — 1685) — nieślubny syn króla Karola II i aktorki Walters, wychowany na francuskim dworze królewskim. Po śmierci ojca usiłował odebrać tron bratu, Jakóbowi II, lecz został pokonany i stracony. Dłuższy czas chłopstwo angielskie wierzyło że Monmoulth zdołał zbiec, co właśnie posłużyło Sué'mu za temat do napisania niniejszej powieści.
  5. Jakóba II


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.