Tryumf (nowela)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Tryumf
Pochodzenie Tryumf. Nowele
Data wydania 1916
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TRYUMF.



Był przedemną las, ogromny i otwarty.
Kolosalne góry, porosłe lasem, huczące strumieniami wodospadów, pełne zdradnych zapadłych jarów, ziejące urwiskami i czeluściami, gdzie zdawała się mieszkać śmierć.
Ludzie moi i maszyny wyrywali otwór w tym lesie i w tych górach ogromnych. Sto toporów podnosiło się i cięło drzewa, a te sto toporów dźwigała jedna moja dłoń. W huczących i tętniących maszynach huczała moja wola, tętniło moje serce. Setki ludzi czuły, działały, żyły przeze mnie. Moje życie, moja wola była w tych minach dynamitowych, od których pękały złomy i zawały skalne. Na wysoko wystrzelającą jodłę, na jodłę, która znała dotąd tylko wiatr i pazury kołyszącego się na jej konarach orła, na jej wierzchołek kiedy padł mój wzrok: jodła drżała i przyginała się dumna ku ziemi. Olbrzymie odwieczne buki ochylały smutno ramiona, czekając śmierci. Strumienie ustawały szemrać, kiedy stanąłem nad niemi, nim zapadły się w wyrwaną pod ich stopami otchłań kamienną. Wicher, któremu odbierałem drzewa, gdzie szumiał dziko i przeraźliwie, głosząc sławę puszczy, albo gdzie przylegał cicho śpiący, jak ryś syty obłowu: bił w moją twarz z wściekłością, okradany i krzywdzony. Jelenie, którym wydzierałem las, pochylały na mój widok rogi i ryczały złowrogo. Albowiem w dziewiczą wiekuistą puszczę wniosłem zniszczenie, wniosłem klęskę, trwogę i śmierć zagładną.
Ale tam!...
Oto tam niosłem życie! Tam, za góry, ze świstem lokomotyw i turkotem wagonów, spłynąć miało światło, spłynąć miał chleb, spłynąć miało nowe, świeże, promienne życie. Ze świstem lokomotyw i turkotem wagonów spłynąć tam miała kultura, spłynąć miał nieznany dotąd dobrobyt, spłynąć miała nowa epoka, odrodzenie zapadłych, pleśniejących miejsc. Wydawało mi się, że niosę coś boskiego w sobie, że sam Bóg błogosławił mię na drogę i swe ręce nademną trzyma, rozchylone, potężne i święte. Z gromnym okrzykiem: Życie! Życie!... szedłem naprzód, darłem się przez krze, załomy, lasy, wikle, rzeki, jary i przepaści, rozbijałem i kruszyłem skały, płosząc orły, wilki i jelenie skalne, a setki dłoni podnosiły topory przez moją dłoń, w huczących i tętniących maszynach huczała moja wola, tętniło moje serce.
Tak szedłem naprzód! naprzód! naprzód!
Byliśmy już głęboko zaszyci w puszczę. Ogniska nasze w nocy promieniały czerwono i biły dymem w górę; już głuche wieści musiały o nas dochodzić za góry i las, bo się czasem podkradały ku nam zdumione i wystraszone twarze i patrzały z gąszczów i haszcz na naszą robotę. Ludzie moi nazywali ich leśnymi dyabłami.
A mnie było tak dobrze! Naokoło miałem dziką, rozkiełzaną, pierwotną naturę i przed sobą piękny, wielki, święty cel!
W tem fizycznem życiu nie miałem czasu wątpić, nie miałem czasu wahać się, nie miałem czasu truć sobie myśli najokropniejszem z wszystkich pytań: po co? Bo zapewne, zapewne: po co tam szedłem, po co budowałem tę kolej? Czy to dobre, co niosę, nie wywoła nowego zła, które może będzie większe, niż zło dotychczasowe? Zapewne — ale nie pytałem się o to. Miarowy stuk toporów i głośne ich echo odpędzały mi wszelką refleksyjną, krytyczną myśl, czułem, że tworzę, że tworzę, że dążę, że praca sama dla siebie może być celem, szczęściem, upojeniem, jak wszystka rozkosz, której się szuka tylko dla rozkoszy, jak gimnastyka umysłowa przy księgach trudnych, ciężkich i zawiłych. Człowiek zresztą podobny jest do dziecka, które skacze i biega, nie zastanawiając się nad tem, czemu to robi, bo jego siły młode do tego prą. Tak samo akcya potrzebna jest dla tych ludzi, którzy są do niej zdolni, dosyć na nią silni, śmiali i przedsiębiorczy.
Kiedy wypracowałem plan mojej budowy, zdawało mi się, że nie wytrzymam w biurze, nad stołem, mapami i cyrklem. W wyobraźni mojej widziałem to, co teraz widzę, zanurzałem się w las, topiłem się w tej topieli pierwotnego prabytu i nieraz, kreśląc linie, porywałem się od stołu z wniesionemi w górę rękami, z rozdętą piersią, z tłumionym krzykiem w ustach, ja, człowiek pierwotny, którego dusza rwała się do swojej ojczyzny, do swego domu! Tylko, że nie szedłem tam już tylko po to, aby tam żyć: miałem cel, szedłem z myślą, z wolą, z zamiarem, dziesiątkami tysięcy lat, całemi warstwami cywilizacyi odległy od swego ja z przed dziesiątek tysięcy lat.
Puszcza ustępowała nam zwolna i z oporem. Zdawało mi się nieraz, kiedy patrzałem w jary, zasypane rumem, pogruchotanemi pniami jodeł i buków, powydzieranemi z ziemi korzeniami, że gwałcona woła o jakąś karę i pomstę na mnie, i te sterczące ku górze gałęzie i korzenie wydawały mi się podobne do rozpaczliwie ku niebu wygiętych ramion jakichś tytanów i gigantów, które swawolny bóg wyłamał i pogruchotał. A tam w górze była przecież jakaś Nemezys, jakieś Fatum, wyższe nad bogów i ludzi.
I czasem zdejmował mnie lęk.
Bo cóż mogło obchodzić tę puszczę, te odwieczne drzewa i nieruchome skały, jakieś światło, jacyś ludzie, jakieś życie, jakiś człowieczy cel? Zimna, niewzruszona i obojętna natura jakiż związek ma z istnieniem człowieka, co między nią, a nim jest wspólnego? Jak gwiazdy na niebie, tak drzewa na ziemi nie wiedzą o człowieku nic. Fizycznie jest tylko jedna wspólna ogromna materya, jeden wspólny, pierwotny początek, jedna pierwoegzystencya, jeden wspólny pierwiastek, do którego wszystko się da ściągnąć i z którego wszystko się da wyprowadzić — ale po za tem:

„jesteśmy łódką na szalonej fali,
bo niema żadnej miłości w naturze...“

Gdzie niema miłości, niema i nienawiści, ale jedynem uczuciem, jakieby między człowiekiem a naturą mogło być, gdyby wogóle jakie być mogło, byłaby nienawiść. Tam w górze nad ziemią

„wieczysta trwania
straszliwa obojętność z gwiazd się wyotchłania“;

tu w dole, nizko, na ziemi, gdzie walka wre, byłaby nienawiść, sprzeczność.
Wieczorem, znużony, zasypiałem, jak kamień, ale nieraz rano, kiedy chmury zaścielały widnokrąg, wrzosy i maliny dzikie, pozaczepiane o kosodrzewinę, widniały smutne i niknące we mgle, kiedy rosa ociekała z drzew, albo deszcz padał i stosy pościnanego drzewa, porżniętych tramów i desek szkliły się od wody i pachniały przejmującą, zatęchłą wonią: zdejmował mię jakiś strach.
Miałem wówczas ochotę rozkrzyżować ręce i krzyczeć tej puszczy: zrozum to, że ja, człowiek, ja muszę tak działać! Zrozum to, że ja nie idę przeciw tobie dla niczego, dla samej z tobą walki i samego nad tobą zwycięstwa, ale że wiedzie mnie wyższa moc, ten duch, którego ani ty, ani ja nie pojmujemy, który w człowieka tchnął Bóg, Sobie tylko zostawiając jego widzialność i pojęcie. Bóg skazał cię na to, abyś grodziła nam drogę i abyśmy ją torowali przez ciebie — musisz ustąpić, musisz ulec, jesteś ślepą, bezwolną siłą, jak trzoda bawołów, musisz być zwyciężona przez ludzki rozum. Dlaczegóż oto nie rzucasz na nas głazów z twoich skalnych uboczy, dlaczegóż nie zatopisz nas powodzią, dlaczego nie dasz roznieść stadu rozhukanych piorunów?! Martwa jesteś, bezmyślna, bezwolna, trzoda bawołów, którą jeden pasterz biczem gna, a ona kroczy, gdzie każe.
Ale czasem wydawało mi się, że idzie z tej puszczy jakiś głos, że jakiś duch natury, kolosalny i straszny podnosi się przeciw mnie i spogląda mi twarzą w twarz, dźwigając się z wądołów, z za pagórów leśnych, tak, iż go widzę po piersi. Patrzy na mnie i zasępia mię oczyma, podobnemi do chmur gradowych o kolorze groźnego granatu, i ramion swych szerokością, jak turnie skalne; ale nie podnosi przeciw mnie swych rąk, których nie widzę za wzgórzem zarosłem. I wydaje mi się, że uśmiecha się z jakąś spokojną, potwornego bożyszcza ironią. Więc nie uderzysz we mnie piorunem, ani nie strącisz mnie w przepaść, ale dasz mnie ukąsić żmii nędznej, co się czołga po ziemi i którą butem zgnieść mogę, albo skorpionowi, który ucieka przedemną? A ów straszny duch uśmiechał się cały, aby położyć się na wodnym mchu i rozpleść brodę po wrzosach i dzikich malinach.
Nie wiem, jak długo byliśmy już w puszczy, bom prawie stracił rachubę dni i nocy. Ale zeszły nam pewno ze dwa miesiące. Zrazu spotykaliśmy pasterzy i leśników; potem nikogo, oprócz od czasu do czasu pojawiających się w zaroślach mieszkańców z tamtej strony lasu.
Wtem pewnego dnia, o zachodzie słońca, kiedyśmy kończyli robotę i zabierali się do legowiska, dobiegło nas szczekanie psa.
Uśmiechnęliśmy się niemal wszyscy i mimowoli z tych i owych ust wyrwał się okrzyk radosny: a! a! — bośmy już byli zupełnie zdziczeli w puszczy i odwykli od ludzkich osad i chowanych zwierząt. Może po raz pierwszy od długich tygodni spojrzeliśmy po sobie: byliśmy prawie czarni od dymu, smoły, wichru i słońca, oberwani, zarośli, raczej banda opryszków, niż ludzie cywilizowanego świata.
Pies szczekał: po głosie poznałem, że to był gończy pies myśliwski i że nas zwęszył. Niezadługo zaszeleścił w zaroślach, a potem wysunął się ku nam w pół ciała, ujadając mocno. A potem — zupełnie jak w romantycznej bajce — w zaroślach pokazała się głowa sarny i z sokołem w kapturku na berle jakaś zaczarowana księżniczka, czy nimfa leśna, coś, o czem się mówi: nie, ciebie niema wcale, ty jesteś jeden cud.
I zaraz las począł szumieć dziwnie jakoś i niezwyczajnie, jakaś łagodna, słodka melodya poczęła płynąć po gałęziach, dalej i dalej, i rozpływać się, rozlewać po ciemni.
— Otom jest zaczarowany las — puszcza przepastna... — szumiało w bukach i jodłach.
Puszcza, gdzie nikt nie stąpał, bór dziewiczy, żywiczny...
Pójdź, a zaprzepaść się, zanurz się we mnie, jako w krynicę chłodną, jako w źródło wonne, które jest w środku ogrodu...
Jako w źródło wonne, które obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, a niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy...
Trwało to zapewne sekundę; kiedy spojrzałem znowu, już jej nie było.

∗             ∗

Nie poszedłem, jak zwykle, na wspólną z robotnikami przy ogniu wieczerzę. Zamknąłem się w moim namiocie i rzuciłem na posłanie na wznak. Przez dwa miesiące nie widziałem kobiety; zapomniałem o niej, odwykłem od niej.
W tej puszczy, wśród ciągłej walki i ciągłego trudu, z myślą, jaka mi grała w głowie, niemiałem poprostu czasu pamiętać o kobiecie. Nie przywodziło mi jej na myśl nic, nic nie przypominało. Jakaś była taka groza świata, przez któryśmy szli, jakaś taka powaga w naszej pracy, że nikt nie śpiewał wesołych, lub hulaszczych piosenek, nie było mowy o rozpuście, lub swawoli. Twardy trud i majestat natury przemieniał nas w jakieś duchy o żelaznych mięśniach i żelaznej woli. Ludzkie, codzienne instynkty i namiętności, odpadły od nas, jak liście uwiędłe z drzewa, które ścisnął mróz. Było mi tak dobrze, tak swobodnie, miałem taką jasną, trzeźwą, bujną myśl, tyle spokojnej, pewnej, niegorączkowej, zdrowej energii...
Kto ona była, ta kobieta? Zkąd się wzięła w tym lesie? Po co przyszła?
Spokojny mój, rzeźwy sen pierzchł.
Czułem się jak zatruty. Przewracałem się po posłaniu, nie mogąc, nie chcąc zresztą zasnąć. Zgubione instynkty poczęły się we mnie budzić. Niewidna, zamglona, cienista postać kobiety poczęła mi się uplastyczniać, ujawniać, urzeczywistniać. Widziadło, które trwało sekundę i majaczyło mi tylko w oczach, poczęło się zamieniać w kształt. Już widziałem ciało kobiety, czułem je, przypominałem sobie.
Więc tak! Jeżeli to jest jakaś dziewczyna z lasu, jakaś córka odludka, lub leśnika, dlaczegóż niemam jej wziąść, dlaczegóż niemam się z nią naprzykład ożenić, jeżeli tylko za mnie wyjść zechce. Wówczas będziemy razem wspólnie pracowali, ona dopomoże mi do dokonania mego dzieła, razem wybudujemy tę kolej, poniesiemy doliną za lasem światło i chleb. Razem — ręka w rękę, dusza z duszą...
Hahaha! Porwał mię pusty, głośny śmiech. Odwieczne kłamstwo, odwieczna blaga, której kobiety żądają od mężczyzn, którą mężczyźni pozują sami przed sobą.
Jestem młody, nie mam lat trzydziestu, dwa miesiące nie widziałem kobiety, jem dobrze i piję, jestem zdrów i chce mi się jej uścisku, jej ust, nie jej duszy i wspólnej pracy. Wspólnej pracy dla ideału... Hahaha! śmiałem się znowu. Śmieszny i zabawny frazes. Gdyby ona tu ze mną była i gdyby miała włochatą brodawkę na ramieniu, niezawodnie bym jutro rano nie myślał o braterstwie dusz i wspólnej pracy dla ideału. Kłamstwo i blaga! Ojcowie naszych dusz wiedzieli dobrze, co o tem sądzić.
Ale jeżeli jest piękna i jest piękna cała, jak Wenus florencka...
Właściwie, to co mi do tych ludzi z za lasu? Żyję tak krótko i tylko raz....
Porwałem się z posłania i wylałem sobie kubeł zimnej wody na głowę. Poczem nalałem pełną miednicę i z jakąś gorączkową zapalczywością począłem maczać głowę w wodzie. Potem ogarnął mię śmiech, że taki jest fizyczny rezultat mego moralnego wrażenia, uwidoczniła mi się niesłychana śmieszność funkcyi fizycznych, wywołanych pobudkami moralnemi, otarłem głowę, zapaliłem cygaro i wyszedłem przed namiot na dwór.
Cisza była i noc. Nad drzewami świeciły gwiazdy na zupełnie czystem, pogodnem, ciemnogranatowem niebie. Kiedy bytem dzieckiem, wiele takich nocy spędziłem gdzieindziej w górach.
Była noc, noc gwieździsta...
— Pójdź — szeptał las. — Otom jest las zaczarowany, puszcza przepastna...
Źródło jest we mnie, źródło wonne, które obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Pójdź, niechaj szumi woda na karku twym, niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy, gdy zamoczysz twą głowę w krynicę, gdy zanurzysz twe serce w wodę, którą obrosły lilie i tulipany o liściach czerwonych...
Piękna, piękna! pragnę cię, chcę cię, szukam cię!... — począłem wołać na las, na ciszę na ciemność i na gwiazdy rozsiane nad puszczą.

∗             ∗


Nazajutrz wstałem z głową ciężką, późno. Po raz pierwszy nie budziłem moich podwładnych. Stary Szymon, mój główny pomocnik i specyalista od zakładania min dynamitowych, zbliżył się ku mnie, popatrzał na mnie niespokojnie i spytał, uchylając czapki:
— Czy pan inżynier nie słaby?
— Nie. Zaspałem tylko trochę.
— I sen pan inżynier miał niespokojny. Ja nadsłuchiwałem trochę przed namiotem. Bośmy się zwykle witali o czwartej, a teraz to już ósma dochodzi.
— Zaspałem. Późnom się położył. Ale robota idzie?
— Idzie. Ale tu na lewo, tylko się zniżyć trochę i za wodę, jest mieszkanie ludzkie.
Drgnąłem, ale usiłowałem nie zdradzić wzruszenia.
— Któż tam mieszka?
— Leśniczy królewski.
— Sam?
— Nie. Jest mała osada. Służba, krowy, konie. Gospodarstwo, jak zwykle.
— A w domu?
— Jego niema teraz, pojechał do stolicy. Została tylko żona.
— Zkądże to wszystko wiecie?
— To jest dwa kilometry ztąd. Ludzie nasi już tam byli, ci, co drzewo spuszczają.
Podałem Szymonowi cygaro i chciałem odejść, stary rzekł jeszcze do mnie:
— Panu inżynierowi toby się przydało choć tę parę dni, co tu będziemy jeszcze pracowali, przemieszkać nie w namiocie, ale w uczciwym domu. Bo to i o chorobę nie trudno.
— Ale my tu przecie nie będziemy już długo. Trzeba się nam będzie przenieść za rzekę i tam na czas rozłożyć.
— Ale tymczasem.
Odszedłem. Jest to więc zapewne córka królewskiego leśniczego...
Patrzałem na robotę, nie widząc jej; przez machinalną wprawę tylko nie zdradzałem się przed robotnikami, że jestem nieprzytomny.

∗             ∗


Uciekłem do mego namiotu i udałem, że mam listy pisać. Właściwie chciałem się zdobyć na odwagę pójścia do leśniczówki. Zacząłem się ubierać; wyszukałem zwierciadło, ubrałem się do pół. Potem zacząłem nie ściągać, ale zrywać z siebie ubranie z furyą. Potem zacząłem się znowu ubierać, wolno, systematycznie, zagryzając usta i wiążąc krawatę spokojnie, ale ściskając ją tak w palcach, jakbym ją chciał udusić. Ubrałem się. Wziąłem rewolwer do kieszeni, szpicrutę w rękę, kazałem sobie podać konia i pojechałem we wprost przeciwną stronę leśniczówce, aby, zrobiwszy łuk, nawrócić ku niej. Ale jechałem i jechałem coraz dalej. Począł mię w siebie wciągać las. Jest to wciąganie w siebie, jakie mają w sobie mrok, przestrzeń wodna i las — tonie się w czemś głębokiem, dlatego, że głębokie.
Jechałem i jechałem dalej, przez gąszcze, przez mchy, wrzosy i dzikie maliny. Już nie dochodził mię stuk toporów, ani kilofów. Raz tylko słyszałem huk; to mina rozerwała skałę. Rzucimy przez rzekę most tymczasowy i będziemy robili po prawym brzegu tunel.
Jechałem dalej.
Miałem na sobie piękny nowy ciemny garnitur, łosiowe spodnie, lakierowane buty i piękną, secesyonistyczną krawatę z perłą. Po cóż tak wystrojony jechałem w puszczę, gdzie dotąd oglądały mię tylko wiewiórki, kuny, żbiki i drozdy skalne? Zawróciłem konia i począłem się zniżać ku dołowi. Otwarła się leśna droga, zielona i miękka. Począłem pędzić z góry na łeb na szyję galopem; nagle lekkie wzniesienie, a poza niem, o kilkaset kroków, dom i zabudowania gospodarskie.
Leśniczówka.
Poczęło mi serce bić i zmięszałem się bardzo, bo co ja powiem i po co jadę? Stęskniłem się za ludźmi? Co ich to może obchodzić. Pragnę kilka dni pomieszkać w ich domu? Mogą mię tak przyjąć, że mi to przez gardło nie przejdzie. Powiem, że przyjeżdżam przestrzec, że będziemy bardzo dużo huku robili, rozsadzając skały, a ponieważ widziałem kobietę...
Już nie myślałem nic, tylko jechałem naprzód. Koń, znudzony wybojami leśnemi, grzmiał po miękkiej drodze, jak wiatr. Myśliwskie psy poczęły ujadać z za parkanu. Wkrótce jednak ktoś gwizdnął i kazał im być cicho. Podjechałem pod bramę. Ku bramie wyszedł parobek.
— Kto taki?
— Inżynier królewski.
Zdjął czapkę.
— Co pan każe?
— Czy jest kto w domu?
— Jest pani.
A panienka? — chciałem się spytać i zrobiło mi się bardzo przykro.
Wyjąłem bilet i kazałem się zameldować, wjechawszy w podwórze.
Po chwili parobek wrócił z odpowiedzią, że pani jest w ogrodzie i tam prosi.
Zły i zawiedzony oddałem konia i poszedłem za służącym, który wyszedł po mnie; powiem tej babie, że będą strzelać i niech ją zresztą dyabli porwą!
Będę minutę, powiem i odjadę.
Nawet się nie spytam o córkę, co mi tam! Przeszliśmy przez sień do ogrodu. I znowu jak w romantycznej bajce: na gałęzi chowany sokół, sarna i gończy pies u jej stóp, a na darniowej ławce z książką w ręku, ona, ta, której niema, ale jest tylko jeden cud...
— Jesteście panowie kolegami z moim mężem, ponieważ obaj służycie królowi — rzekła wstając i wyciągając ku mnie rękę — przyjmuję więc pana, mimo że męża mego niema w domu. Proszę niech pan siada. Pan w okolicy buduje kolej — nieprawdaż?
Żadnych:
— Co pana sprowadza i t. d.
Usiadłem i rozmawialiśmy — nie wiem o czem.
Kiedy mówiła, zdawało mi się, że za kwiatem rośnie kwiat. Tymczasem jej duże, ciemnoszafirowe oczy snuły mi się po twarzy i zupełnie niezależnie od ust, swoją miały wymowę.
Pytały.
Pytały mię o mnóstwo rzeczy najtajniejszych, najskrytszych, najbardziej nie do wymówienia. Pytały ciągle, uporczywie, rozkazująco. Musiałem zdawać jakiś egzamin, który mnie mieszał i drażnił, a razem sprawiał mi niewysłowioną rozkosz. Odpowiem ci na wszystko, wszystko — mówiłem jej nawzajem oczyma — bo cię kocham!...
A oczy jej, wybadawszy mię i skończywszy egzamin, poczęły potem dźwięczeć i dzwonić:
— Oto zaczarowany las, puszcza, gdzie nikt nie stąpał, bór dziewiczy, żywiczny...
Pójdź, a zaprzepaść się, zanurz się, jako w krynicę chłodną, jako w źródło wonne, które jest w środku ogrodu...
Pójdź, niech jako gwiazdy cieką krople w twe oczy, krople wody, którą obrosły lilie i tulipany o liściu czerwonym...
Poszliśmy potem na kawę do pokoju. Tu było mnóstwo strzelb, fajek, łbów dziczych, niedźwiedzich skór i orłów wypchanych z rozpiętemi skrzydłami.
Na ścianie widniał portret starca.
— Mój mąż — wskazała mi portret ręką.
Mimowoli wyrwało mi się trochę nagle:
— Mąż pani?!
Uśmiechnęła się i odparła:
— Tak, panie inżynierze.
Kiedym ją żegnał, uścisnęła mi mocno rękę i powiedziała:
— Mam nadzieję, że pan mnie często odwiedzać będzie. Mąż mój wyjechał na długie tygodnie do stolicy i okropnie się nudzę sama jedna. Proszę pana jutro na obiad.
— Dziękuję pani, ale na obiad nie mogę; jestem zajęty.
— Więc na kolacyę.
Wolałem tak.
Pocałowałem ją w rękę. Byłbym ją tak całował wiecznie. Wsiadłem na konia i wyjechałem na wzgórze. Obejrzałem się. Stała w ogrodzie.
Nim uchyliłem kapelusza, wyciągnęła ku mnie rękę z chustką.
Nie wiedząc prawie sam co robię, posłałem jej od ust pocałunek. Odwróciła się szybko.
Wtenczas spiąłem konia i krzycząc: palnę sobie w łeb! — poleciałem, jak furyat, do obozu.
Nazajutrz od czwartej rano kułem kilofem, jak prosty robotnik. Powiedziałem, że się trochę czuję niezdrów, że chcę wypędzić zaziębienie.
Przyszła pora wieczoru, a jeszcze kułem. W wieczór oświadczyłem, że kto chce na ochotnika i za osobnem wynagrodzeniem, to będziemy kuli przy pochodniach w nocy, gdyż obawiam się deszczów i że nam woda zaleje roboty i zasypie glina. Znalazło się kilkunastu ochotników. Rano, wyczerpany, znużony, bezsilny, runąłem jak kłoda na moje polowe łóżko w namiocie.
Kiedym się obudził, chłopiec służący zameldował mi, iż jest człowiek z listem.
Serce uderzyło mi, jak młot. Wypowiada mi dom, co sam zrozumiałem...

— Daj list i odpraw człowieka.
— Powiada, że będzie odpowiedź.
— Daj list.
„Dlaczego pan nie przyszedł wczoraj i proszę donieść, kiedy pan przyjdzie. Wygląda pan na to, że pan lubi krem i był krem. W braku pana zjedli go Remus, Zagraj i Polot. To jest Polot, o tyle, że wsadził w niego dziób i szpony. Był bardzo dobry; proszę żałować i przyjść na drugi.
Do widzenia
Myrta X...“
Napisałem: „Boję się“ — dałem posłańcowi dukata, wyrzuciłem chłopca z namiotu i całowałem list, każde słowo, każdą kreskę. Potem porwałem się znowu do kilofa.
Około południa przyszedł drugi list: „Od tego jest miłosierdzie, żeby były grzechy. Czekam wieczorem“.
Przyrządziłem sam minę dynamitową, wyprawiwszy Szymona pod jakimś pozorem. Straszny huk, który rozdarł powietrze, poobalał ludzi z nóg i zatrząsł całą puszczą.
Był to okrzyk mojego tryumfu, „mina à la crème de cafè...
Hurrra!!!...

∗             ∗


I tak chodziliśmy po lesie, jakbyśmy nie żyli na ziemi.
Zaczarowane państwo znów otwarło przed nami bramy. To, co młody człowiek może śnić, może marzyć, to, za czem miliony tęsknią, czego miliardy pragną i co nie jest im dane nigdy: to miałem urzeczywistnione.
Chodziliśmy po lesie, jakbyśmy nie żyli na ziemi.
Było źródło błękitne, jasne, obrosłe przez lilie i tulipany czerwone. Sama je tam Myrta posiała na wiosnę. Kwitły i odbijały się w wodzie. Tym była nasza najulubieńsza wycieczka.
Tam, kiedy odeszła raz, aby wydać podwieczorek czeladzi, leżałem twarzą ku ziemi, patrząc w wodę i odbite w niej kwiaty i wierzchołki drzew. Myślałem o niej, jak jest piękna. Nagle uczułem na oczach dwie dłonie.
— Kto? — spytał mię zmieniony głos.
Nie wiem dlaczego odpowiedziałem:
— Żona.
Chwila milczenia i naturalny głos Myrty odpowiada mi:
— Ja nie jestem żona.
Wykręciłem kark i spojrzałem jej bystro w oczy. Była różowa cała od rumieńca.
— Ja nie jestem żona — powtórzyła.
Nie pytałem się naturalnie o nic.
— Ja wyszłam za mego męża — mówiła dalej — byłam biedną dziewczyną i wydali mię za niego. Miałam lat ośmnaście, a on miał blizko siedmdziesiąt. Cztery lata temu.
Upoważniony przez nią spytałem:
— Czy pani jest dobrze?
Pomilczała chwilę i odpowiedziała mi:
— Bardzo jest dla mnie dobry i mam pewny byt — —
...Wydało mi się, że lilie i tulipany pochyliły głowę...
— Ale — mówiła dalej — ja jestem raczej jego córką, niż żoną. Nie mamy przecież dzieci.
...Wydało mi się, że lilie i tulipany znowu pochyliły głowy ku ziemi...
— Nie macie dzieci — powtórzyłem machinalnie.
— Bardzo przykro niemieć dzieci — westchnęła.
— Porwałem jej ręce do ust i zacząłem całować, namiętnie, gorąco, bez pamięci. Czułem się w prawie, w pełnem, zupełnem prawie. Nie broniła mi rąk. Nieruchome leżały one w moich rękach przy ustach.
— Moja, moja — szeptałem.
Nie odpowiadała mi nic.
Pies Zagraj i młody koziołek Remus patrzyły na nas jakby zdziwione, potem pies szczeknął, koziołek nastawił ku niemu rogi, pies począł, ogon podwinąwszy pod siebie, na złamanie karku biegać wkoło, przeskakując strumyki i rowki, koziołek pędził za nim.
Roześmiała się.
— Myrto — rzekłem, patrząc jej w oczy, klęczącej nademną.
— Prawda, jak ładnie — powiedziała.
— Myrto — powtórzyłem.
— Popatrzała na mnie i wydało mi się, że jej oczy widzą niezmiernie wiele.
— Tak, — uśmiechnęła się — miłosierdzie jest na to, aby przebaczać grzechy.

∗             ∗


Wszystkie jej słowa wydawały mi się cudowne, nadzwyczajne, niepospolite i nigdy nie słyszane.
Roboty nasze po lewym brzegu rzeki były już na ukończeniu. Stary Szymon przyszedł do mnie pewnego wieczoru w sprawie budowy tymczasowego mostu, co mogło być w przeciągu jednego dnia gotowe.
Jakto?! Jutro więc miałbym opuścić to miejsce?
Począłem wynajdywać tysiączne przyczyny, dla których trzeba było jeszcze zostać. Poszedłem raz jeszcze oglądać drogę i wynalazłem mnóstwo niedokładności i poprawek, na które stary Szymon kręcił głową i przypatrywał mi się ze zdumieniem. Nakoniec zmarszczył brwi i rzekł surowo:
— Panie, trzeba naprzód iść, albo robotę oddać innemu.
I patrzał na mnie przymrużonemi oczyma.
Krew uderzyła mi na twarz; ogarnął mię wstyd. Stary Szymon wiedział naturalnie doskonale, dlaczego ubieram się teraz inaczej i dokąd jeżdżę wieczorami konno. Nie mówił nic, bo nie śmiał, zresztą robota szła po swojemu; ale teraz powiedział mi wprost: trzeba naprzód iść, albo robotę oddać innemu.
Stałem przed nim zakłopotany. Jego olbrzymia postać wznosiła się nade mną. Z nabrzmiałemi na piersiach muskułami podobny był do odłamu skały; szpakowate włosy spadały mu ku ramionom, siwe wąsy, przycięte ku ustom.
Czułem, że tu nie mogę grać w zakryte karty.
— Cóżbyście wy zrobili na mojem miejscu? — spytałem.
Myślałem, że odpowie mi coś o grzechu, o cudzej własności, o starym nieobecnym mężu, o szóstem przykazaniu i sumieniu, ale on powiedział mi tylko:
— Albo bym naprzód szedł, albo robotę oddał.
— I poszlibyście naprzód?
— Jakbym się zawziął na początku, że pójdę, tobym poszedł.
— A jakbyście nie mogli iść?
— Niema musu, gdzie jest wola.
— Wola czasem nie wystarcza.
— Niema takiej woli, co nie wystarcza, chyba taka, co jej niema.
— Będziemy jutro nocowali za rzeką.
Wyciągnął ku mnie twardą starą rękę, potrząsnął moją dłonią i odszedł, pykając z fajki.

∗             ∗

Będziemy jutro nocowali za rzeką...
To znaczy — —
Wcisnąłem pięści w oczy i upadłem czołem na kraj stołu.
To znaczy rozstać się z Myrtą, rzucić wszystko, ją i ten ogród zaczarowany, i to zaczarowane źródło w lesie, orosłe przez lilie i tulipany, które ona sadziła na wiosnę.
Nie była moja, a ja byłem jej cały, ciałem i duszą, cały jej oddany, poświęcony, zgubiony w niej do szczętu.
Tego wieczora poszedłem do niej piechotą.
— Co panu jest? — spytała mię w progu.
— Przychodzę się pożegnać; jutro przenosimy się na drugą stronę rzeki.
— Dlaczego?
— Skończyliśmy tu roboty.
Popatrzyła na mnie pytająco.
— Jakto? Przenosisz się pan?
— Tak. Muszę.
— Niema musu tam, gdzie jest wola.
Spojrzałem na nią zdumiony.
— Przed chwilą te same słowa słyszałem od mego minera.
— A widzisz pan!
— Tak, ale on mówił dlatego, żem się ociągał z budową mostu.
— I zaczniesz pan budować?
— Zacznę.
— I przeniesiesz się pan?
— Tak.
Jej oczy — pierwszy raz — błysnęły, jakby się w nich proch zatlił.
— A gdybym... — urwała; pons ją oblał.
— Myrto — rzekłem przytłumionym głosem, chwytając ją za rękę — Myrto, ty wiesz przecie, że ja tam muszę iść, wiesz, dlaczego opuszczam to miejsce. Tam przecież krocie, miliony ludzi czekają na światło i chleb. I to ja im je dam.
— Boże! — krzyknęła, marszcząc twarz i podnosząc ramiona. — Czy jedna godzina szczęścia nie jest więcej warta, niż te wszystkie ideały, jakie osiągnąć zamierzasz?! Nie zrobisz ty, to zrobią inni.
— Ale to ja chcę zrobić.
Zmierzyła mnie wzrokiem.
— Ty powiesz, że to miłość, idea prowadzi cię, a ja ci powiem, że pycha i ambicya.
Miała taki wyraz oczu i ust, żem nie śmiał zaprzeczyć, bo czy może być śmieszniejsza pozycya, jak człowieka, który dowodzi, że jest cnotliwszy, niż o nim sądzą.
— Zostań tu. Ja chcę, żebyś został — — ja — — proszę...
Głowa jej po raz pierwszy pochyliła się ku mnie; głos po raz pierwszy stał się podobnym do błękitnego wschodu jutrzni rannej.
Pochyliła się ku mnie jeszcze więcej; uczułem gorąco jej ust.
Potem cofnęła się miękko i osłable i wyciągając ku mnie rękę, rzekła cicho:
— Więc ostatni raz?
— Przyjdę się jutro pożegnać.
— Kiedy?
— Rano. O świcie.

∗             ∗

Był przedświt cichy i szary, jak to źródło w ogrodzie, orosłe przez lilie i tulipany, w wieczorną porę. Czekałem na nią.
Nie spałem całą noc. Czułem, że tę kobietę kocham do szału, do obłędu, że jej pragnę, jak więzień powietrza, jak nędzarz chleba, jak wędrowiec wody. To już nie było moich lat dwadzieścia ośm, gorąco letnie, miesiące całe spędzone zdala od kobiety: to była miłość. Kochałem ją tak, jak się kocha, kiedy się kocha.
Ale tam czekał na mnie most, czekała budowa drogi żelaznej i ludzie za lasem, głodni, nędzni i ciemni. Czułem, że bez tej kobiety żyć nie będę mógł, póki albo ja, albo ona będziemy istnieli. Jedno z nas musi ustąpić: albo ja z moją miłością, albo ona ze swoim czarem, który mi ręce i nogi związał.
Jeżeli się tak nieszczęśliwie złoży, że kobieta staje na drodze mężczyzny i przeszkadza mu w spełnieniu dzieła, które jest jego ideą i obowiązkiem, jeżeli się tak nieszczęśliwie złoży: miliony mężczyzn łamią się i opętam przez anioła śmierci, lecą w otchłań. Tysiące, miliony mężczyzn... Jeżeli się tak nieszczęśliwie złoży, że kobieta, zamiast być wiatrem popychającym żagiel, staje się rafą podwodną, albo mielizną; zamiast być gwiazdą przewodnią, staje się obłąkaniem burzy, zamiast być krynicą krzepiącą, staje się odbierającem siły opium: wtedy tysiące, miliony mężczyzn, którzy powinni naprzód iść, kruszą się i łamią, a powinni kruszyć i złamać kobietę; giną, a powinni poświęcić kobietę. Jeżeli się nie ma sił, aby od niej odejść, póki istnieje, a czuje się, że się będzie miało siły dalej iść, kiedy przestanie istnieć: powinna przestać istnieć.
O charakterze, znaczeniu i wartości czynu świadczą warunki.
Jeżeli Myrta nie stanie mi na przeszkodzie w mojej drodze: dobrze, dobrze dla niej. Ale jeżeli stanie — biada jej!
Tak jest: biada jej! Nie dam się złamać i zniweczyć ani jej, ani mojej namiętności, jeżeli złoży się tak nieszczęśliwie, że mi stanie na drodze, jak złe przeznaczenie.
Nie będę z liczby tych, którzy obłąkanem rozpaczą okiem patrzą za swem dziełem unicestwionem w otchłań, w którą runęło, jeżeli los nie przeznaczył mi, aby kobieta przeszła koło mnie obojętnie, albo podała mi rękę do wspólnej pracy.
Nie będę igraszką losu, kołem, które się tam toczy, dokąd je pchną.
Gdybym miał nawet zrobić coś strasznego: wyrwę się i pójdę naprzód.
Był przedświt cichy i szary, słońce zaczynało się dopiero dobywać z za krawędzi ziemnej. Wtedy nagle i niespodziewanie stanęła przy mnie. Nie miała na sobie sukni, tylko na bieliznę rzucony płaszcz, miękki i wolny. Ciało jej całe modelowało się, jak gips pod wilgotną draperyą.
Przeszła koło mnie, rzucając mi jedno słowo:
— Pójdziesz?
Odparłem:
— Pójdę.
— Bądź w wieczór nad urwiskiem, koło kapliczki.
I poszła dalej, nie odwracając się wcale, cudowny posąg, którego każdy ruch odbierał zmysły.

∗             ∗
Nadszedł szalenie upalny, parny, duszący dzień. Pot lał się z robotników, którzy stawiali tymczasowy most. Mnie krew biła do głowy i gorączka paliła mi oczy i wargi.

Co będzie w ten wieczór, w dzisiejszy wieczór?...
Cokolwiek bądź: pójdę dalej!
Przerzucenie mostu jest niczem, wrócić można i o tysiąc mil, ale ulec, dać się uwięzić tej kobiecie, która nie rozumie nic poza sobą: to jest wyrzec się siebie.
Nie jest winną. Niczego jej nie nauczono, nic jej nie powiedziano — nic nie myśli i nic nie czuje; ale jest piękna, piękna do oszalenia, do śmierci...
Gdybym ją miał zabić: wydrę się z jej uścisku!
Gdybym ją miał zabić!... Niech to sądzi Bóg. Podług mego sądu moje życie jest więcej warte, niż dziesięć takich żywotów, jak jej.
Kwitnie w tym lesie, jak błękitna goryczka w ustroniu leśnem, którędy przechodzi tylko wiatr i deszcz; podobna jest do palmy w puszczy, która wyrosła na skrawku ziemi zbyt szczupłym na oazę. Tamować mi drogi niema prawa.
Jeżeli będę czuł, że mię urzeka, że ginę: zabiję ją, jak szkodliwe zwierzę.

Po upalnym, duszącym dniu nadszedł wieczór równie parny i duszny. Zdawało się, że ziemia pęka od gorąca, że drzewa schną i więdną zioła leśne.
Woda wydawała się jak gdyby zmęczona w łożysku.
Poszedłem na miejsce wskazane.
Było to urwisko skalne nad rzeką, wysokie i strome, w miejscu, gdzie ktoś kiedyś, bardzo dawno, na starej jodle przybił małą kapliczkę, w której już nie było żadnego wizerunku. Chodziliśmy tam czasem z Myrtą na spacer.
Usiadłem na kamieniu, mając pod nogami przepaść z huczącą górską rzeką, oparłem czoło na dłoniach i zamknąłem oczy.
Mogłoby być tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze...
Moglibyśmy być przecie tacy szczęśliwi...
Moglibyśmy na ten kamień przychodzić po to, aby mówić sobie o wiecznej miłości i kochać się aż do śmierci...
Co pędzi mnie tam naprzód w świat?!...
Myrta nie opuści swego męża, nie pójdzie ze mną. Skazać się na to życie, jakieby trzeba wieść, to znaczy złamać szpadę na swoim własnym grobie. Koniec...
A mogłoby być tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze...
Dotknęła mi ramienia ręka: ocknąłem się z myśli.
— Odejdziesz? — spytała.
— Most już gotów. Odchodzę jutro.
— I nie wrócisz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Lękam się.
— Mnie?
— Raczej siebie.
— Myślisz, że nie pójdę z tobą, prawda?
— Tak, ty ze mną pójść nie zechcesz.
— Więc zostań tu! zostań, zostań!
Jej głos zmienił się w szept, przyklękła przy mnie i mówiła mi ustami w usta.
— A tam? — wskazałem ręką przed siebie.
— Tam?! — rzuciła się w tył. — Tam?! Tam, co cię to obchodzi? Czy wolisz ludzi, których nigdy nie widziałeś, niż mnie? Czy myślisz, że tam będziesz szczęśliwszy, niż ze mną? Po co ty tam idziesz? Nie pójdziesz ty, to pójdą inni, jeden, drugi, dziesięciu innych! Czy ty tylko jeden umiesz kolej budować? Ale tylko ciebie jednego ja chcę kochać! Rozumiesz, słyszę?! Ciebie, ciebie tylko jednego! Ja nie chcę, abyś ty odchodził odemnie! Ty musisz zostać! Musisz! I zostaniesz!
Tu w pobliskiem miasteczku — szeptała, zniżając znowu podniesiony głos — osiedlisz się. Będę do ciebie przybiegała konno. Widziałeś moją karą klacz ze strzałką na czole? Wiatrem mię do ciebie nosić będzie. Codzień będę u ciebie, kiedy zechcesz. Ja nie będę oszukiwała mego męża, ja jemu powiem wszystko. On jest rozumny i dobry.
— Powiedz mu więc, że go nie kochasz, że kochasz mnie, że chcesz żyć — i pójdź ze mną — tam!...
— Tam?! Nie, nie, ja się boję! Ja nie pójdę ztąd za nic, za nic! Tam, kto może wiedzieć, co czeka, co czyha? Kto może znać, co tam grozi? A tu, patrz! Las, głuchy, wielki, odwieczny bór, pełen woni, kwiatów dzikich, jeleni i sarn. Patrz — czy tu nie pięknie? Czy nie pachnie ci żywica i dziki leśny głóg? Patrz, jak się ku tobie wyginają paprocie, patrz na ich ogromne, wygięte liście. Słuchaj, jak ku tobie szumi bór... On cię chce także zatrzymać, bo on mnie kocha, mój stary, wielki, wiekuisty las!...
Słuchaj, jak szumi nade mną. On kocha mnie za moją piękność, za moją młodość... On wie, że jestem jego królową, dziecko leśne, córka puszczy wieczystej. On kocha mnie i nie chce mego nieszczęścia!...
Ty osiedlisz się tutaj, nieprawdaż? Nie porzucisz mnie?! Nie porzucisz lasu i mnie?
Upadła na kolana przedemną, składając ręce. Zasłoniłem oczy i odsunąłem ją lekko. W tej chwili błyskawica przedarła niebo i zdaleka ozwał się grzmot.
Ta błyskawica zdawało się, iż drasnęła serce Myrty swym ogniem. Zerwała się z ziemi krzycząc:
— Piorunami zapalę twój most! Chciałam, aby burza nadeszła i oto jest! Czarodziejką jestem leśną i wzywałam burzy całą potęgą mojego serca. Modliłam się do żywiołów, poganka i dzika dziewczyna! Piorunami zapalę twój most! Uczynię taki wylew, iż robota twoja w niwecz pójdzie! Żelazne twoje szyny toczyć się będą z falą, jak wióry spłókane z drwalni! Patrz! Słuchaj!
Istotnie burza nadeszła. Z niesłychaną szybkością nadleciały czarne chmury, rzucając z siebie raz wraz jasne błyskawice, grzmot i pioruny. Nie ubiegło paru minut, a burza szalała nad nami.
Stare jodły okrywały nam głowy od deszczu, który, zdawało się, płatami walił się z chmur na ziemię. Grom za gromem uderzał ze straszliwym łoskotem. Nie była to burza, ale oberwanie chmury.
Stałem na krawędzi przepaści obok Myrty, która z wyciągniętą szyją i półotwartemi ustami zdawała się czegoś wyczekiwać, czegoś chcieć.
Nagle słup ognia zaświecił w oddaleniu.
— Twój most! — krzyknęła z tryumfem Myrta.
Potoki leśne wezbrały; woda poczęła się falą lać z wyżyn leśnych. Z pośród drzew wybiegały strumienie, których nigdy przedtem nie było, wzdymały się, kłębiły i niebawem poczęły toczyć wydarte z ziemi pnie, obalone piorunami i wichrem drzewa. Prawie pod naszemi nogami przetaczały się znoszone głazy i jodły. Nagle począłem słyszeć w wodzie zgrzyt i brzęk.
— Szyny! — krzyknęła Marta.
Nie mogłem mieć wątpliwości, że jak daleko oberwanie chmury sięgnęło, robota nasza musiała ulec zniszczeniu. Woda ją poprostu musiała zedrzeć, zmyć i znieść.
Zacisnąłem pięści.
W świetle błyskawic, jasna od łuny płonącego mostu, wśród ryku piorunów, wichru, deszczu i powodzi, Myrta stała przedemną, patrząc mi w oczy, z rozwartemi ustami, z rozdętemi nozdrzami, z oczyma, w których odbijały się płomienie błyskawic.
— Widzisz?! Nie pójdziesz dalej! Musisz zostać! Zaklęłam burzę, zaklęłam wodę, zaklęłam pioruny! Płonie twój most, toczą się twoje szyny, wszystko leci w tę rzekę tam, na dole. Musisz zostać, bo ja tak chcę!
Straszliwy gniew zadławił mi gardło.
— Zbuduję nową kolej, postawię nowy most! — krzyknąłem. — Napróżno chcesz mnie zatrzymać ty i twój straszny las! Gdybyście się skłębili w jednego potwora, któryby mi stanął na drodze, zdławię go i pójdę naprzód!
Myrta zdawała się nie słyszeć moich słów. Chwyciła mnie za ręce i cisnąć je z całych sił, mówiła namiętnie:
— Nie opuścisz mnie; przysiąż, że nie opuścisz! Ja chcę tego, ja żądam tego; przysięgnij! Tyś mój! Oddał mi cię las, oddała mi cię burza, oddał mi cię wicher i deszcz; tyś mój! Przysięgnij, że zostaniesz tu ze mną! Co cię obchodzi świat, jeżeli mnie kochasz?! Jestem twoja — patrz!
Pociągnęła mi ramiona i po raz pierwszy objąłem jej ciało. Uczyniło mi się w jednym momencie czarno w mózgu i sucho, od braku oddechu, w ustach. Czułem, że ginę.
A Myrta ciągnęła mię ku sobie, okręcała się mojemi ramionami, splatała je za sobą. Czułem ją całą przy sobie.
— Tyś mój! — szeptała. — Przysięgnij, że nie pójdziesz: tam!
— Myrto — krzyknąłem — ustąp mi z drogi! Burza zniszczyła moją pracę, rozpocznę ją na nowo, ale ty puść mnie! Jeżeli nie rozumiesz mnie, to mnie puść! Praca moja jest całego życia, nie kończy się nigdy, aż ze śmiercią! Puść mnie!
— Nigdy! Ja wiem, ja czuję, żeś ty już mój! Oddał mi cię las, oddała mi cię burza, oddał mi cię wiatr i deszcz! Zostaniesz!
Jej piersi były na moich piersiach, usta na ustach, ciało na ciele: czułem, że ona musi przestać istnieć, abym ja mógł istnieć dalej. Burza, pożar mostu, zgrzyt i jęk toczonych wodą szyn pomieszały mi zmysły.
— Puść mnie! — krzyknąłem, wydzierając ramiona z rąk Myrty.
— Nigdy!
Jej głos brzmiał tryumfem. Uginałem się i słaniałem ku niej z nóg. Jeżeli raz dotknę jej ust, jeżeli raz będę jej, zginąłem na zawsze. A nie oprę się, nie oprę się, nie oprę się!...
Pochłaniała mię, ginąłem w niej, gubiłem moją istność. Czuła, że tryumfuje, że opadnę ku niej, jak drzewo ścięte, wyrzeknę się dla niej wszystkiego, przysięgnę, że nie opuszczę jej nigdy!...
Tryumfowała!...
Nagle mózg mój stał się zimny, jasny i trzeźwy, Z niesłychaną szybkością przedstawił mi się matematyczny pewnik, że, abym ja istniał, ona musi nieistnieć. I z całą świadomością mego czynu, z całem zimnem matematyki, z całym spokojem mechanicznego ruchu, wydarłszy ręce z jej rąk, pchnąłem ją w piersi i strąciłem w przepaść z krawędzi urwiska.

∗             ∗

Tam na dole w rzece, która z rykiem niesie pnie, głazy, bierwiona mego mostu i żelaza mojej zniszczonej kolei, musi się teraz toczyć, toczyć jej białe ciało...
Konary i gałęzie drą jej twarz, drą jej piersi, biodra i nogi białe; głazy miażdżą jej kostki, okropne, potworne patyki wyjęły jej oczy...
Woda zalewa jej usta, dusi ją i dławi... Jej włosy, wielkie, jedwabne rozszarpane włosy zaczepiają się o gałęzie, oplątują się w konarach, owijają w koło młodych zwalonych sosen, wikłają ją i ciągną — — co za ból! Jezus Marya!...
Jeszcze może żyć...
Jezus Marya! Jezus Marya! Jezusie Maryo!...
Burza, wodo! Ty straszliwy lesie, zabij ją już!...
Jezusie Maryo! Zabijcie ją! Niech umrze! Ooo!...

∗             ∗

Nazajutrz rozpoczęliśmy pracę na nowo. Zapalony piorunem most runął w wodę; na znacznej przestrzeni szyny wydarły i uniosła powódź.
Zaczęliśmy pracę na nowo.
Nad lasem, nad burzą, nad żywiołami, nad sobą samym zapanowałem: pójdę, dokąd chcę. Tryumfuje.
Napróżno groził mi ten straszny las. Wszedłem w niego, zadałem mu gwałt, zdeptałem jego świętość i jego uroczysko, zmusiłem go, aby mię uznał za pana. Porwał się na mnie burzą, piorunami, powodzią, — i uległ w walce.
Sto ramion podniosło siekiery w górę, a te sto ramion to jest jedna moja wola.
Sprzysiągł się na mnie z sercem mojem, z krwią moją, ze zmysłami mojemi. Postawił mi na oczach kobietę, zagrodził mi drogę światłem jej oczu, słodyczą jej ust, czarem jej głosu, falą jej piersi i łukiem biódr — — strąciłem ją w przepaść.
Idę, dokąd chcę, w tryumfie idę...
Silny jestem, zwycięzki, uświęcony zwycięztwem.
Prowadzę dalej budowę kolei. Gdy skończę tę linię, zacznę inną, nową. Dalej, dalej i dalej...

∗             ∗

Es ragt ins Meer der Runenstein,
Da sitz’ ich mit meinen Träumen;
Es pfeift der Wind, die Moewen schrein,
Die Wellen, die wandern und schäumen.
Ich habe geliebt manch schoenes Kind...
............
............
Es schaumen und wandern die Wellen[1].

Tryumf...




Przypisy

  1. Heine.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.