Ze wspomnień malarza (Przerwa-Tetmajer, 1916)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Ze wspomnień malarza
Pochodzenie Tryumf. Nowele
Data wydania 1916
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ZE WSPOMNIEŃ MALARZA.


Jednem z najsmutniejszych wspomnień, jakie mam, jest śmierć Horwena. Umierał tak, jak żył: samotny, opuszczony i bardzo nieszczęśliwy. Służyliśmy obaj jednej pani: sztuce; dalibóg, wszystkiemu innemu więcej służyć warto — dochodu z tego niema. Sława? Jeśli w parze z nią nie idzie zarobek, niema nic głupszego i śmieszniejszego od sławy.
Horwen malował peizaże bardzo dobre i póki je malował, jakieś tam pieniądze z „kunsthendlerów“ wyciskał, odkąd jednak położyły go suchoty na łóżko, piękne dni Aranjuezu się skończyły: cierpiał nędzę. My, tak, myśmy byli, aleśmy sami ledwo wegetowali. Byliśmy wszyscy młodzi, uczniowie Akademii, daleko od domu, od swoich, którzy zresztą mają wiele lepszych rzeczy do roboty, niż dbać o początkujących malarzy.
Cała garderoba Horwena, jego wspaniały, szary hawelok, którym się tak cieszył, jego szpilka z perełką, porte–bonheur od jakiejś kuzynki — wszystko poszło. Wiem o tem najlepiej, bo sam te rzeczy handlarzom sprzedawałem, albo do zastawu odnosiłem.
Jednego popołudnia w uroczy dzień marcowy, przyszedłem do Horwena. Ledwom drzwi otworzył, podniósł się żywo z pościeli i powiedział:
— Wiesz, kto tu był?
— Kto? — spytałem, spostrzegając odrazu, że ma bardzo silną gorączkę.
— Była śmierć. To było koło jedenastej rano. Leżałem z przymkniętemi oczami, nagłe przeszedł mnie chłód. Otworzyłem oczy. Włosy stanęły mi na głowie. Wyobraź sobie, siedziała tu na łóżku. Jest zupełnie taką, jak ją malują: w długiej oponie kościotrup. Wszystko we mnie zamarło z przerażenia i zgrozy. Wyciągnęła rękę i oparła mi na piersiach, tu. Mróz, zupełnie lodowy mróz, przeniknął mnie na wskróś... Potem wszystko znikło...
— Hallucynacya — wtrąciłem, chcąc go uspokoić.
— Nie, to śmierć... Już i koniec...
Głowa opadła mu na poduszkę. Blady był, jak płótno. Nie ulegało wątpliwości, że to była śmierć — Horwen kończył.
Milczeliśmy czas jakiś, potem on zaczął mówić:
— Wiesz, tam, u nas, na północy, tam jest takie wielkie, wielkie jezioro. Rosną koło niego jodły i leszczyny i gąszcze. Niedaleko od tego jeziora stał nasz dom. Słuchaj, jakbym chciał, żebyście mnie tam przewieźli, przywiązali do deski i puścili na wodę. U nas tam, na północy, mewy latają nad wodami... Jakbym chciał, żeby nademną latały... Czy to jest niemożliwe, żebyście mnie tam przewieźli, na północ, nad nasze wielkie jezioro?...
Mówił z niesłychaną żałością; tyle lat zbiegło, a każde słowo pamiętam.
I znowu milczeliśmy chwilę; Horwen podniósł nieco głowę, spojrzał po sobie i po pościeli i rzekł, prawie szepnął, z ogromnym smutkiem i przygnębieniem:
— Jakie to brudne...
Istotnie koszula jego, poszewka na poduszce, prześcieradło, wszystko było niezmienione widocznie od bardzo dawna.
— Dlaczego nie każesz posługaczce zmienić? — spytałem.
Popatrzył na mnie z uśmiechem i zdziwieniem:
— Ty się pytasz? Wszakże sam pomogłeś mi wyprzedać i wyzastawiać wszystko, co miałem. Nie mam nic, tylko to, co widzisz...
Kurcz ścisnął mi gardło, on zaś schylił głowę ku piersiom i milczał. Milczał dość długo, poczem znów mówił:
— Nie, nie wszystko. Tam w kuferku, mam jeszcze jedno czyste prześcieradło, czystą poszewkę i czystą koszulę. Schowałem to naumyślnie na śmierć. Nie mogę przecież leżeć, jak ostatni dziad. Nie jestem jeszcze taki nędzarz, jakby kto myślał: mam czystą pościel i czystą bieliznę. Są tacy, co i tego nie mają, prawda?...
Więc, mój drogi: słuchaj: kiedy umrę, pościelecie mi łóżko na nowo i obleczecie świeżo, a potem, jeżelibyście mogli, przewieźcie mnie tam do nas, na północ, nad to nasze wielkie jezioro; przywiążcie mnie do deski i puście na wodę w czystej koszuli... Tam, u nas, na północy, latają mewy; puście mnie tam na wodę...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.