Podróż do Turcyi i Egiptu/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Podróż do Turcyi i Egiptu
Podtytuł Z wiadomością o życiu i pismach tego autora
Wydawca Żegota Pauli
Data wydania 1849
Drukarz Drukarnie D. E. Friedleina
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JANA Hr. POTOCKIEGO
PODRÓŻ
DO TURCYI I EGIPTU
Z WIADOMOŚCIĄ O ŻYCIU I PISMACH TEGO AUTORA.

KRAKÓW
w Drukarni D. E. Friedleina.

1849.





Jaśnie Wielmożnemu
HRABI
Adamowi Potockiemu
CZŁONKOWI TOWARZYSTWA NAUKOWEGO KRAKOWS. Z UNIWERSYTETEM JAGIEL. POŁĄCZONEGO.
oraz Towarzystw gospodarskiego galicyjskiego i rolniczego krakowskiego,
POSŁOWI NA SEJM CESARSTWA AUSTR.
MIŁOŚNIKOWI NAUK
poświęca
WYDAWCA.






Przedmowa.

Sądzimy, iż czytelnikom czynimy niejaką przysługę, puszczając na świat nowe wydanie Jana Hr. Potockiego Podróży do Turcyi i Egiptu; zwłaszcza gdy poczet naszych oryginalnych podróżo-pisarzy tak szczupłym jest dotąd, i gdy pisma Potockiego z powodu nader małéj liczby wybijanych egzemplarzy pierwotnych wydań mało co są znane.
Podróż ta przy innych tego rodzaju, jakiemi są opisy Mikoszy, Edwarda hr. Raczyńskiego, Sękowskiego, Hołowińskiego, poświęcone więcéj ściśle naukowéj treści i przetóż mniejszéj liczbie czytelników przystępne, nie może być dla nas obojętną: pisana w listach do matki, sposobem potocznym, świeżemi dziś jeszcze barwami maluje wrażenia męża tak wysoce ukształconego, i czarodziejską niejako sztuką przenosi czytelnika na Wschód, który się mu jak wielkie panorama w całym uroczym przedstawia blasku ze wszystkiemi swemi osobliwościami, czyniącemi go tak niepodobnym do Europy. Autor aczkolwiek z szybkością przebiega Turcyją i Egipt, daje nam wszelakoż dokładne wyobrażenie o miejscach, pomnikach i ludziach podług spostrzeżeń i wrażeń, jakie sam powziął, wrażeń, które odbite w umyśle wyższym, noszą na sobie znamię niepospolitéj nauki i ogarniającego rozumu.
Jeżeli dziełko to zadowalniającego dozna przyjęcia, natenczas nie omieszkamy czytelników naszych polskich obznajmić i z drugiemi nie mniéj zajmującemi podróżami tego sławnego męża.
Kraków, d. 2 stycznia 1849.

P.
WIADOMOŚĆ
O ŻYCIU I PISMACH
Jana hrabi Potockiego.

Jan hrabia Potocki urodził się d. 8 marca r. 1761 z ojca Józefa na Złotym Potoku Potockiego, krajczego koronnego, starosty leżajskiego, i matki Teressy Ossolińskiéj. Opatrzony od przyrodzenia nieocenionemi darami i skąpo śmiertelnym udzielanemi: bo wielką pamięcią, większym jeszcze dowcipem, nader żywą wyobraźnią i zamiłowaniem pracy; wysłany został od rodziców z powodu okoliczności krajowych z młodszym bratem Sewerynem na nauki do Genewy i Lozanny. Tutaj to przepędził pierwsze lata młodzieńcze, ćwicząc się w wielu nowych i starożytnych językach, do których zawsze wielką okazywał łatwość; przyczém oraz oddawał się namiętnie czytaniu greckich i rzymskich klassyków, zwłaszcza dziejopisów. Po powrocie do kraju zaciągnął się do szeregów wojska austryackiego i w r. 1778 jako podporucznik jazdy odbył krótką wojenną wyprawę, wytoczoną wtedy z powodu sporu o sukcesyją tronu bawarskiego. Po zawarciu pokoju, dogadzając wrodzonéj chęci podróżowania, zwiedził w roku 1778 i 1779 Włochy, Sycyliją i Maltę, zkąd, zostawszy kawalerem maltańskim, udał się zarazem do Tunis na północném wybrzeżu Afryki. Roku 1783 zupełne już wziąwszy uwolnienie z wojska, wszedł w związki małżeńskie z słynną z swéj piękności Juliją księżniczką Lubomirską, marszałkówną koronną[1]. Zaraz w następnym 1784 roku puścił się Jan hr. Potocki morzem Czarném do Carogrodu, a po dwumiesięcznym prawie pobycie w téj stolicy Państwa tureckiego, wyjechał do Egiptu dla zwiedzenia Aleksandryi, Kairu i sławnych Piramid. Wróciwszy przez Wenecyją do Europy, zamieszkał przez zimę roku 1784 i potém cztéry lata prawie w Paryżu, oddając się naukom i sztukom, pracy i rozrywkom umysłowym na przemian. Jesień 1787 r. przepędził w Hollandyi wśród burzy politycznéj, która wtedy krajem tym miotała. Odgłos gotujących się stanowczych zmian w rodzinnym kraju, powołał go r. 1788 z Paryża do ojczyzny. Obrany na sejmiku szredzkim posłem poznańskim, czynnie zaczął należeć do obrad sejmu cztéroletniego, podczas którego był jednym z sędziów sprawy Ponińskiego. Wśród natłoku spraw publicznych zamieszkując w Warszawie, nieopuszczał ulubionych od dzieciństwa zatrudnień naukowych. Wolny czas, jaki mu zostawał od obowiązków obywatelskich, poświęcił zupełnie wydawaniu ważnych swych dzieł, założywszy w tym celu umyślnie w swoim pałacu przy Rymarskiéj ulicy kosztowną drukarnię, którą wolną nazwał, i czytelnię dla użytku publicznego. Roku 1788 gdy znany w Europie żeglarz nadpowietrzny Blanchard doświadczenia kulą aerostatyczną w zadziwionéj tą nowością Warszawie pokazywał: uczuł Potocki niewstrzymaną chęć do owéj nadziemskiéj podróży; jakoż istotnie z odwagą niepospolitą i niczém nieustraszoną pewnego dnia przed świtem wraz z Blanchardem i wiernym swym sługą Turczynem[2], wzniósł się w balonie z ogrodu pałacu Mniszchowskiego nad szczyty i wieże stolicy, zapędzony powiewem wiatru niedaleko Woli, gdzie całe towarzystwo téj żeglugi szczęśliwie wysiadło.
Gorliwy o dobro publiczne, zobowiązał się Jan hr. Potocki na sejmie 1789 wypłacać co roku 10,800 złp. na powiększenie liczby saperów. Zapis ów ubezpieczył na dobrach swych Sobolówce; któren to dar patryjotyczny do konstytucyi r. 1789 dnia 17 września wciągniono. Roku 1791 zwiedził Angliją, Hiszpaniją i Maroko (gdzie w Sale przedstawiony był cesarzowi tego afrykańskiego Państwa), zkąd go jednak wypadki ówczesne nazad do rodzinnéj ziemi zwróciły. Widziano go następnego roku w stopniu kapitana inżenierów, czyli raczéj jako ochotnika przy brygadzie kawaleryi narodowéj pod dowództwem brata swego Seweryna, kampanią 1792 odbywającego. Zmiany jakie potem zaszły w Polsce, zniewoliły Potockiego znów do opuszczenia kraju. W roku 1793 wyjechał do Niemiec, gdzie przez kilka lat ciągle częścią u Henryka książęcia pruskiego, który go wielce szanował, częścią w Wiedniu bawił, lub na uczonych wycieczkach po różnych krainach dawnéj Germanii czas przepędzał, śledząc pilnie zwłaszcza r. 1794 w niższéj Saksonii i księstwie Meklemburskiém, oraz koło Hamburga i Lubeki, starożytnych zabytków pierwotnych sławiańskich mieszkańców téj ziemi.
Zostawszy w skutek podziału kraju poddanym rosyjskim, zamierzył sobie Jan hr. Potocki poznać krainy podległe Państwu, do którego należał. W celu więc sprawdzenia powieści Herodota i innych starożytnych autorów o Scytyi, rozpoczął r. 1798 naukową podróż do Kaukazu, téj kolebki ludów europejskich, gdzie rok cały na spostrzeżeniach i badaniach etnograficznych pomiędzy pokoleniami Tatarów nogajskich, astrachańskich, Kałmuków, Turkomanów, Czeczeńców i Ossetów przepędził. Powróciwszy z owéj wędrówki, osiadł w Petersburgu zajmując się wypracowaniem i ogłaszaniem swych ważnych plonów naukowych. Cesarz Aleksander ceniąc prace Jana hr. Potockiego, który już poprzednio zaszczycony był orderem Orła białego i ś. Stanisława, mianował go tajnym radzcą, przyłączając do departamentu spraw zagranicznych; a petersburska akademia umiejętności, oraz Towarzystwo przyjaciół nauk w Warszawie, uczone Towarzystwo w Moskwie i inne, oddając hołd znakomitym zasługom w zawodzie naukowym Jana hr. Potockiego, przyjęły go do swego grona. Znaczną część roku 1803 przepędził we Włoszech dla poratowania zdrowia skołatanego licznemi podróżami. R. 1805 przyłączony był znowu jako zwierzchnik oddziału uczonych do wielkiego poselstwa rosyjskiego wyprawionego pod naczelnictwem hrabi Gołowkina do Chin, dla zawiązania nowych stosunków handlowych; wszelakoż nieprzyjazne okoliczności zniweczyły wielkie ziamiary tego przedsięwzięcia; Potocki równie z innymi przestać musiał na podróży do Kiachty, miasta na pograniczu Chin leżącego. W latach 1808 i 1809 przebywał najczęściéj w dobrach swoich na Wołyniu a częściéj jeszcze w Tulczynie, zimę zaś przepędzał w Krzemieńcu, trawiąc całe dnie na czytywaniu w tamtejszej bibliotece licealnéj, któréj hojnym był dobrodziejem. Od r. 1812 przeniósł się z Petersburga na wieś i odtąd ciągle prawie przemieszkiwał na Podolu, Wołyniu i Ukrainie. W ostatnich latach swoich uległ głębokiéj melancholii i zaczął nieprzezwyciężony wstręt do życia uczuwać. Choroba ta z każdym dniem wzrastając, stała się powodem smutnego zgonu, który nastąpił w Ohładówce d. 2 grudnia 1815. Jan hr. Potocki zostawił z pierwszego małżeństwa dwóch synów: Alfreda i Artura[3], z drugiego zaś: syna Bernarda[4] i dwie córki.
Obok gruntownéj nauki i niezmordowanéj pracowitości, któréj pamiątką są liczne przez Jana lir. Potockiego wydane dzieła; obok wielkiego dowcipu, bogatéj wyobraźni, którą długie i odległe podróże w różnych częściach świata bardziéj jeszcze rozwinęły: posiadał także Potocki słodki i przyjemny charakter, który mu wszędzie zjednywał przychylnych. Niedosyć, że dziełami swojemi wzbogacał nauki; ale pomagał jeszcze do ich wzrostu: wspierał mniéj od siebie zamożnych, już udzielając własnych dostatków, już używając swojego wpływu. Przyjaźń ścisła łączyła go z najsłynniejszymi mężami swego czasu, którzy słuszną oddawali jego pracom zaletę; a znakomity pisarz Jul. Klaproth uwiecznił nawet imię jego, nadając gromadzie dziewiętnastu nieznanych wysp, położonych na morzu Źółtém, pomiędzy Koreą a Chinami północnemi, przez siebie odkrytych dopiero na dawnych mappach chińskich, nazwę: Archipelagu Jana Potockiego.
Większa połowa wydanych dzieł Jana hr. Potockiego poświęcona jest badaniom pierwotnych dziejów pokoleń sławiańskich, zacząwszy od wyprawy Daryjusza do Scytyi, aż do dziesiątego wieku po Chrystusie. Zawarte w nich tłomaczenia i trafne objaśnienia dawnych historyków, stanowią bogate źródło i nieoceniony zasób dziejopisarski, z którego dotąd jeszcze u nas należycie nie korzystano, poczęści dla obcego francuskiego języka w jakim są pisane, poczęści też dla trudności do nabycia i rzadkości samychże dzieł, jakiemi ledwie który zamożniejszy księgozbiór tylko poszczycić się może; gdyż Potocki zbyt małą liczbę egzemplarzy przeznaczonych jedynie na podarunki, tłoczyć kazał. Pisma jego dotyczące chronologii i geografii starożytnéj, zyskały mu sprawiedliwą pochwałę za granicą; a podróże ogłoszone, z powodu wiernego opisu krajów i mnogości trafnych spostrzeżeń etnograficznych, z wszech miar zasługują na uwagę. Nawet powieści Jana hr. Potockiego pisane w wolnych chwilach wypoczynku, już to dla zajmującéj treści, żywego kolorytu i świeżości, z przyjemnością nawet dzisiaj czytać się dają.
Odsełając czytelników, chcących się bliżéj z rozbiorem tychże dzieł zapoznać, do obszernéj biografii, przez zaszczytnie w literaturze naszéj znanego P. Michała Balińskiego[5] napisanéj, z któréj niniejsze wiadomości czerpaliśmy, przestaniemy tutaj na wyliczeniu bibliograficzném wszystkich pism Jana hr. Potockiego dotąd znajomych:
1) Voyage en Turquie et en Egypte, fait en l'année à Varsovie, et se trouve à Paris chez Royer libraire, quai des Augustins. 1788; w 12ce. Drugie wydanie poprawne i pomnożone tegoż dzieła wyszło pod tytułem: Voyage en Turquie et en Egypte, fait en l'année 1784. Seconde édition revue corrigée et augmentée. Voyage en Hollande, fait pendant la revolution de 1787, à Varsovie 1889 (przez omyłkę zamiast 1789) w drukarni wolnéj na krajowym papierze; w 8ce kart 2, str. 160. — Tłomaczenie polskie ma tytuł: «Podróż do Turek i Egiptu, z przydanym dziennikiem podróży do Holandyi podczas rewolucyi 1787, z francuskiego przełożona; w Warszawie w drukarni wolnéj roku 1789;» w 8ce, kart 2, str. 169.
2) Essay sur l’histoire universetle et Recherches sur celle de la Sarmatie. 1789 à Varsovie, w drukarni wolnéj na krajowym papierze; w 8ce, Tom I (obejmujący księgę I i II) k. 2, str. 182 i 5 (z mappą kraju Pieczyngów w r. 900, sztychowaną przez B. Folino w Warszawie). Tom II (obejmujący księgę III) nosi tytuł: Suite des Recherches sur la Sarmatie par Jean Potocki. Livre III. à Varsovie, à l'imprimerie libre 1789; karta 1, str. 191 i 1 (z sztych. mappą cyklograficzną Pomeranii w r. 900). — Tom III (ks. IV) 1790; k. 1, str. 171 i 1. — Tom IV (ks. V) 1792; k. 1, str. 90 (z mappą cyklograficzną Sarmacyi w roku 900, sztychowaną przez Martinet w Paryżu). — Tom I i II tego dzieła ma téż niekiedy dodrukowany inny tytuł: Recherches sur la Sarmatie, par Jean Potock. Varsovie à l'imprimerie libre.
3) Essay d'aphorismes sur la liberté, à Varsovie 1791; w 4ce, str. 32.
4) Voyage dans l'empire de Maroc, fait en l'année 1791, suivi du voyage de Hafez recit oriental, par Jean Potocki. à Varsovie chez P. Dufour imprim. 1792; w 8ce, k. i st. 333.
5) Recueuil de parades représentées sur le thatre de Łancut dans l'année 1792. Varsovie 1793; w 4ce, st. 87. — Jest to zbiór 6 komedyjek satyrycznéj treści, poświęcony przez autora hrabinie Sewerynowéj Potockiéj urodzonéj księżniczce Sapieżance.
6) Chroniques, mémoires et recherches pour servir à l’histoire de tous les peuples Slaves, par le Comte Jean Potocki. Livre XLII comprenant la fin du neuvieme siecle de notre Ere. à Varsovie 1798; w 4ce, st. XII, 231 i 148. — Książka ta z dodrukowanym innnym tytułem stanowi także czwarty tom dzieła: Fragments itd.
7) Voyage dans quelques parties de la Basse-Saxe pour la recherche des antiquités Slaves ou Vendes, fait en 1794 par le Comte Jean Potocki. Hambourg de l’imprimerie de G. F. Schniebes 1795; w 4ce, k. 1, st. 102, z 31 tablicami sztychowanemi wyobrażającemi starożytności sławiańskie.
8} Fragments historiques et geographiques sur la Scythie, la Sarmatie et les Slaves, recueillis et conimentés par le Comte Jean Potocki. à Brunsvic dans la librairie des ecoles 1796 (drukowane właściwie w Berlinie); w 4ce. Tom I st. 110, 206 i 96. — Tom II st. 408. — Tom III st. 185 i kart 2. — Tom IV kart 2, st. 231 i 148 (z mappą tąż samą, która się znajduje przy czwartym tomie dzieła: Suite des Recherches sur la Sarmatie).
9) Memoire sur un nouveau Péryple du Pont-Euxin, ainsi que sur la plus ancienne histoire des peuples du Taurus, du Caucase, et de la Scythie, par le Comte Jean Potocki. à Vienne, chez Matthias André Schmidt imprimeur. 1796; w 4ce, 44 i k. 1 (z mappą sztychowaną). — Pismo to przedrukował Klaproth w pierwszym tomie Potockiego: Voyage dans les steps d'Astrakhan. 1829, st. 349 — 395, z powodu rzadkości i poszukiwania, gdyż za niecały egzemplarz pierwotnego wydania płacono po 155 franków.
10) Historie primitive des peuples de la Russie, avec une exposition complete de toutes les notions locales, nationales et traditionelles, nécessaires à l'inteltigence du quatrième livre d’Herodot, par le Comte Jean Potocki. St. Petersbourg, imprimé à l’académie imperiale des sciences. 1802; w 4ce, kart 2 i st. 230 (z dwoma dużemi drukowanemi tablicami chronologicznemi). — Dzieło to poświęcone imperatorowi Aleksandrowi, wybite było tylko w 100 egzemplarzach; przetoż przedrukował go Klaproth w pierwszym tomie Potockiego: Voyage dans les steps d'Astrakhan. 1829, st.1 — 327.
11) Dynasties du second livre du Manethon, par le Comte Jean Potocki. à Florence chez Guillaume Piatti libraire. 1803; w 8ce, st. 125 i karta 1. Dziełko (poświęcone kardynałowi Borgia) którego ciąg dalszy wyszedł później pod tytułem: Chronologie des deux premiers livres de Manethon, par le Comte Jean Potocki. à St. Petersbourg 1805, de l’imprimerie de F. Drechsler; w 4ce, kart 2, st. 32.
12) Manuscrit trouvé à Saragosse. St. Petersbourg 1804; w 4ce. Romans ten, który także w pozostałych kopiach rękopisnych nosi tytuł: Décaméron, drukowany pierwotnie tylko w stu egzemplarzach, został późniéj podzielony na dwa ustępy, wydane bezimiennie pod tytułem: Avadoro, historie espagnole, par M.L.C.J.P. Paris chez Gide fils 1813; w 12ce, tomów cztery i Dix journées de la vie d'Alphonse van Worden. Paris (Gide) 1814; w 12ce, trzy tomy. Hrabia Courchamp najprzód wyjątek z téj powieści przedrukował w dziele: Souvenirs de la Marquise de Créquy de 1710 a 1803. Paris, t. IV st. 190, zmyśliwszy iż go tłomaczył z włoskich pamiętników Cagliostra; potém cały romans jako swéj własny utwór sprzedał redakcyi dziennika La Presse. Już rozpoczęto druk tegoż romansu w owym dzienniku; gdy inna gazeta National odkryła tę kradzież literacką, co dało powód do ogłoszenia nowego wydania pod tytułem: Dix jours de la vie d'Alphonse van Worden. Ouvragę publié en 1814 par M. le Comte Potocki, Paris 1842, chez Paugin libraire; w 12ce, 3 tomy. — Całe dzieło wyszło teraz w polskim przekładzie Edm. Chojeckiego pod napisem: Rękopis znaleziony w Saragossie; romans wydany pośmiertnie z dzieł hr. Jana Potockiego. Wydanie J. N. Bobrowicza. Lipsk, nakładem księgarni zagranicznéj drukiem F. A. Brockhausa) 1847; w 16ce. Tom I st. 220, Tom II st. 232, T. III st. 200, Tom IV st. 186, T. V st. 232, T. VI st. 164.
13) Histoire ancienne des provinces de l'empire de Russie. St. Petersbourg 1804 — 1805; w 4ce, zeszytów III, które następujące mają tytuły: a) Histoire anciènne du gouvernement de Chèrson. Pour servir de suite à l'histoire primitive des peuples de la Russie, par le Comte Jean Potocki. St. Petersbourg 1804, imprimé à l'academie imperiale des sciences; str. VIII i 51. — b) Histoire ancienne du gouvernement de Podolie, par le Comte Jean Potocki. St. Petersbourg, de l'imprimerie de F. Drechsler 1805; str. XXXIV i 15. — c) Histoire ancienne du gouvernement de Wolhynie, par le Comte Jean Potocki. St. Petersbourg, de l'imprimerie de l'academie 1805; kart 2, str. 15 i 4.
14) Examen critique du fragment égyptien' connu sous le nom d'Ancienne chronique, par le Comte Jean Potocki. St. Petersbourg, de. l'imprimerie d'Alex. Pluchart 1808; w 4ce, str. 16.
15) Principes de Chronologie pour les temps antérieurs aux Olympiades, par le Comte Jean Potocki. St. Petersbourg, de l'imprim. d’Alex. Pluchart et Comp. 1810; w 4ce, str. 84 z tablicami. — Późniéj wyszło to dzieło z dodatkami: Principes de Chronologie, pour les quatorze siècles, qui ont précedé la premiere Olympiade vulgaire, par le Comte Jean Potocki. Krzemieniec, a l'imprimerie du Gymnase. Part I. 1813; w 4ce, str. 80. — Part. II. 1815; w 8ce, stronnic 30.
16) Atlas archéologique de la Russie européenne. 1810. w ark. 6 mapp. — Tego wydania wybito tylko 46 egzemplarzy; drugie podobnież 1810. r. wydane w 12 egzemplarzach; trzecie z tekstem rosyjskim i francuskim wyszło staraniem P. Deiriard, pod tytułem; Archeołogiczeskij Atłas jewropejskoj Rossii soczynenyj Grafom Iwanom Potockim. Atlas archéologique de la Russie européenne, par le Comte Jean Potocki, d’aprés la seconde edition imprimée à 12 exemplaires, nouvellement augmenté de la traduction russe du text grec et français. St. Petersbourg, de l’imprimerie de l'academie imperiale des sciences 1823; w ark. karto, oraz 6 mapp geograficznych. — Atlas ten nie cały wyszedł, albowiem jak sam Potocki pisze, miał się składać z 37 kart geograficznych, ułożonych chronologicznie od roku 2000 przed Chrystusem, aż do naszych czasów.
17) Description de la nouvelle machine pour battre monnaie, ecrite en russe par le Comte J. Potocki; traduite du russe en français par N. O. St. Petersbourg 1811; w 4ce. Pisemko to wyszło z tekstem francuskim i rosyjskim.
18) Voyage dans les steps d’Astrakhan et du Caucase. Historie primitive des peuples qui ont habité anciennement ces contrées. Nouveau Périple du Pont-Euxin; par le Comte Jean Potocki. Ouvrages publieés et accompagnés de notes et de tables par M. Klaproth. Paris, Merlin, libraire (imprimerie de Gaultier-Laguionie) 1829; w 8ce. Tom I st. 395 z 3 rycinami i mappą; Tom II st. 416 z 4 ryc. i mappą. W wydaniu tém dopiero po raz pierwszy ogłosił Klaproth całą podróż Potockiego do Kaukazu, z dodatkiem dwóch innych pism jego i podobnéj podróży P. Taibout de Marigny. Poprzednio znana była tylko z ułamku drukowanego najprzód po francusku w paryzkim Noworoczniku podróży 1827 Nr. 10, któren przełożono na rosyjskie w petersburskiém piśmie: Siewernyj archiw 1825, a na polskie w Dzienniku wileńskim 1828. Historyja i literatura Tom V str 222 — 240 i 284 — 304.
Prócz tego znajduje się wiele artykułów pióra Potockiego w gazecie petersburskiéj Conservateur impartial z r. 1810, drukowanych, jako też: Instrukcyje napisane dla Klaprotha w roku 1807 umieszczone w niemieckiém wydaniu jego podróży do Kaukazu i Georgii (Klaproth's: Reise in den Kaukasus und nach Georgien 1807 und 1808. Halle. w 8ce). Skreślił on także po francusku: Żywot Szczęsnego Potockiego, ogłoszony w dziele: Sophiowka, poème polonais, par Stanislas Trembecki, traduit en vers français par le Comte de Lagarde. Vienne de l'imprimerie d’Antoine Strauss 1815; w 4ce, str. 132 — 146.
Pozostało jeszcze po Janie hr. Potockim wiele własnoręcznych mapp, rysunków i dzieł dotąd nie wydanych, z których ważniejsze są:
Origines des Slaves, des Cimmeriens, Lithuaniens, des Getes ou Valaches, des Sarmates et des Scythes-Tchouds, w bibliotece willanowskiéj (kart 52 w 4ce.) Dzieło to ważne z rycinami zamierzał wydać Hipolit Kownacki, a Artur hr. Potocki obiecał koszta druku ponosić.
Przekład francuski znacznéj części, to jest dwunastu rozdziałów, kroniki pruskiéj Piotra Duisburga; (18 ark. in fol.) był w bibliotece uniwersytetu wileńskiego.
Przekład francuski kroniki Helmolda księgi I, rozdziałów XI — XXXII; (w ark. kart 42) był własnością biblioteki akademii duchownéj wileńskiéj.
Voyage en Espagne et en Angleterre fait en 1791; w bibliotece łańcuckiéj.
Naukowa korrespondencyja z Józefem hr. de Maistre 1810, po francusku; w bibliotece łańcuckiéj.
Notice sur les Resiniens. Rozprawka o Sławianach mieszkających w dolinie Resia w Państwie weneckiém; w bibliotece Ossolińskich.
Relation d'un voyage aërostatique. 1788. (Opis podróży nadpowietrznej w balonie odbytéj).
Relation de l'ambassade russe en Chine.
Dissertation sur le grand plateau de l'Asie; i t. d.



PODRÓŻ
DO TURCYI
I DO EGIPTU.

LIST I.
Z Bukawaj, dnia 9 Kwietnia 1784.

Wczoraj w Mirgorodzie wyjechaliśmy już z granic polskich: dziś znajdujemy się wśród kraju, w którym niegdyś mieszkali Kozacy zaporoscy; nie mogłem się od żalu wstrzymać nad tym wojennym narodem, zniesionym przez jeden ukaz Carowéj. Byli to zapewne niewygodni sąsiedzi, lecz społeczeństwo tych bezżennych Flibustierów wystawiało ciekawe a może i jedyne w porządku cywilnym towarzystwo. Osadzono na ich miejsce Moskałów i Wołochów, których rozrzucone domy wsiów porządnych dotąd nie składają.
Gromada kóz dzikich przez więcéj jak godzinę biegła za nami, przypatrując się nam z ciekawością, nie dając jednak przybliżyć się do siebie. W tymże kraju przy ujściu rzeki Bog znajdują się dzikie konie, które prawie uśmierzyć niepodobna. Widzisz że listy moje biorą kształt opowiadania; radbym aby Cię tyle interessowały, żebyś mi przez wzgląd ten, podróż moją wybaczyła.

11. Z Kersonu.
Przybywam do Kersonu z tém ukontentowaniem które człowiek czuje, kiedy długo przebierając się przez pustynie, znajduje nakoniec miejsce zamieszkane; bo ludność miasta tego lubo dużo przez powietrze zmniejszona, dość jednak jest znaczna, zwłaszcza że w dzień świąteczny wszyscy prawie mieszkańcy powychodzili z domów. Pijaństwo nawet pospólstwa przydaje obrazowi temu ruchawości. Wiele statków wychodzi ztąd do Oczakowa, i tam naładowawszy popłynie do Carogrodu; pierwszy mój list w państwach cesarza tureckiego pisany już będzie.



LIST II.
19. Z Głuboska.

Dziś rano puściliśmy się na morze.
Przyjaciele nasi odprowadzili mię aż do portu, i żegnali nas znakami poty, pokiśmy ich tylko zoczyć mogli. Wkrótce potym weszliśmy w ten labirynt wysp, który niegdyś Czajkom kozackim służył za schronienie. Widzieliśmy z daleka bujne nadbrzeża, gdzie wznosiły się już wsie i znaczne domy w kraju, w którym przed kilku latami widać tylko było namioty i trzody.
O szóstéj przybliżyliśmy się do wnijścia Limanu: tak się nazywa Golf gdzie Dniepr wpada, czyli raczéj sama ta rzeka ma w tém miejscu szerokości więcéj, jak mil trzy. Niezręczność sternika naszego który zapomniał okrętowi potrzebnéj dać wagi, i nadzwyczajna jego niewiadomość miejsc i obrotów morskich, przymusiły nas schronić się do portu Gluboska, gdzie mi dano za mieszkanie zemlankę czyli podziemną chatkę. Winszuję sobie jednak, że w niéj jestem, gdyż wiatr się wzmaga, i wały Limanu toczące się nad mojém schronieniem sprawiłyby mi noc dość niespokojną, gdybym podróż mą daléj odprawiał.

Z Stansława.

Niemogłem wczoraj rano wyjechać, bo majtkowie nasi nieumieli nigdy korzystać z wiatru, wieczór zaś dla tego, że byli pijani. Dziś nakoniec wypłynęliśmy z pomyślnym wiatrem, i w czas dość pogodny. Po dwóch godzinach żeglugi, czas się zachmurzył i wiatr dmąc raz urywkami, drugi raz ze szturmem bliską obiecywał burzę. Majtkowie chcieli daléj płynąć, alem ich przymusił udać się do portu Stanslawa. Na dobre nam to wyszło; bo zaledwie wysiedliśmy na ląd, wiatr tak się wzmocnił, iż rzucał nam na twarz piasek a nawet i zwir tak silnie, że ledwie postępować mogliśmy. Słowem, był to uragan, czyli szturm mocny, i z ciężkością dostaliśmy się do pierwszych we wsi domostw.

25. Z Oczakowa.
Dwudziestego drugiego przybyłem do Oczakowa; chciałem stanąć w mieście, alem więcéj w tym znalazł trudności niżelim się spodziewał: napełnione jest teraz żołnierstwem świeżo przybyłem którym wiele daje się wolności dla tego, żeby nie powrócili do domów. Basza chcąc zapobiedz kłótniom, zakazał cudzoziemcom aby nie wychodzili z dolnéj części miasta gdzie jest port i magazyny, tam też się kończą wszystkie moje przechadzki. Trawię czas w kafenhauzie gdzie widuję wiele Turków, którzy tytuń palą i nic nie mówią. Przychodzą czasem i Tatarowie przybyli z Krymu, łatwo ich można poznać po ich fizognomii; Turcy pogardzają nimi. Dali tego dowód zakazując Janczarom nosić kołpaków, którém to nakryciem szczególniéj Tatarzy się różnią.



LIST III.
2. Maja. Na morzu.

Korzystając z wiatru, który się zerwał od północy i wschodu, wyszliśmy z Limanu. Bystry kręt wód w tém miejscu przejście to niebezpieczném czyni; niemogliśmy o tém wątpić, widząc na brzegu wyspy Adda dwa statki, które się tam rozbiły w tenże sam dzień, kiedym się tak ostrożnie schronił do portu Stanslawa. Płynęliśmy zawsze z miarą w ręku. Nakoniec szczęśliwieśmy się ztamtąd wydobyli, i wkrótce ziemia z oczu naszych zniknęła. Przyznam Ci się, że nie bez ukontentowania znalazłem się na otwartém morzu. To jednostajne widowisko nieba i wody, które tylu zasmuca podróżnych, nie sprawia na mnie podobnego skutku; przeciwnie zdaje mi się, że widok tego nieograniczonego przestworu, zapala imaginacyą, i żywą wzbudza w niéj chęć przebiegania onego. Wszystko podoba mi się w tym żywiole aż do jego niestałości. Lubię myśleć sobie, że łatwo pomieszać może wszystkie podróży méj ułożenia, i że jedno uderzenie wiatru może mię zanieść albo na nieznane prawie Gariealu i Mingrelii brzegi, albo téż do dzikich Abassassów. Może że myśli te zdadzą Ci się pustemi, lecz ja lubię tak Ci przekładać jak mi przychodzą, niechcąc ich usprawiedliwiać. Jeden tylko projekt którego się mocno trzymam, jest ten, żebym Cię téj zimy oglądał.

9. Na morzu.

Żegluga nasza na morzu Czarném długa i przykra była; przez trzy dni kołatani byliśmy ustawicznemi szturmami, które raptownie jeden po drugim następując, nie zostawiały nam i jednéj chwili spoczynku. Gdy jeden miotając długo mały nasz statek daléj niósł swe zapędy, chmura czarna z zapalonego odrywając się nieba, obiecywała nam drogę. Częstokroć punkt czarny zaledwie nad horyzontem wzniesiony groził nam trzecim, który wkrótce przybywał do nas. Przez cały ten czas więcéj mieliśmy przykrości, aniżeli niebezpieczeństwa, oprócz razu jednego gdzie wiatr chwycił nas za wszystkie rozszerzone żagle, i wtenczas niezręczność i tchórzostwo majtków ledwie nas nie przyprawiły o zgubę.
Po tych burzach nastąpiły cisze długie i nudne, które równie jako i wiry sprowadziły nas z naszéj drogi i przywiodły do tego, żeśmy tylko po jednéj szklance wody na dzień dostawali; co tém przykrzéj było, że upał był nieznośny, i że nie mając dosyć wody do gotowania innych pokarmów, całém naszém pożywieniem był suchar suchy, który pragnienie bardziéj jeszcze powiększał, i że mimo wszelkiéj naszéj oszczędności nie mieliśmy ich tylko jak na półtora dnia, kiedyśmy postrzegli wnijście przesmyku Carogrodu. Jużeśmy weń weszli, wody Euksynu ciągną nas powoli między brzegiem Europy i Azyi. Niebezpieczeństwa, utrudzenia, nudy, wszystko już zapomniane.

11. Z Bujukdere.
Przybyliśmy wczoraj do Bujukdere, wsi nader przyjemnéj złożonéj z domów samych Franków. Dragoman u którego mieszkam, chce żebym się tu zatrzymał przez dni kilka nim pojadę do Carogrodu; ale wątpię bardzo żebym miał tę cierpliwość.



LIST IV.
12. Z Carogrodu.

Dziś rano wziąłem kaik i popłynąłem do Carogrodu. Nic sobie nie można lżejszego wystawić nad te statki; tak dalece, iż niemożnaby nigdy przyprawić do nich żaglów bez zręczności kaidzich, którzy mają sposób utrzymania równowagi wiosłami i nachyleniem się ciała. Mimo tego jednak często trafiają się przypadki: jakoż ci, co i w pogodę nawet tym się puszczają sposobem, uchodzą za bardzo śmiałych.

Dziś wiatr tak był tęgi, że żadnéj łodzi nie widać było na kanale; z tém wszystkiem moi kaidzi oświadczywszy, że chcą wyniść pod żagiel, jam im to pozwolił. Nie mówię to dla chełpienia się z moją śmiałością (gdyż prócz tego z strony WPani nie zjedna mi wielkich pochwał) lecz dla wystawienia Jéj, prędkości z którąśmy postępowali. Zaledwieśmy postrzegli jaki widok wnet z oczu naszych znikał, i mnóstwo nowych zoczeń przemijających się z tą szybkością, drogę tę podobną do zachwycenia jakiegoś czyniło, a mnie nową przynosiło rozkosz. Zawinęliśmy nakoniec do portu Carogrodu. Tutaj porzucam pióro, gdyż widok ten wszelkie przechodzi opisanie. Wystawiaj sobie, exageruj, szukaj w opisujących to miejsce: nigdy dostatecznie piękności jego nie pojmiesz.



LIST V.
6 Czerwca. Z Carogrodu.

Zdziwisz się WPani, kiedy Jéj powiem, iż w wielkiéj liczbie podróżnych przyjeżdżających do tego miasta, mało ich jest bardzo którzy dokładne onego czynią sobie pojęcie; z tém wszystkiém nic prawdziwszego nie ma: ci co najściśléj uważają, wysiliwszy ciekawość swą w odwiedzaniu pamiątek Grecyi, spoglądają na Turków jak na burzycieli tych czci ich widoków. Napełnieni tą myślą przybywają do Carogrodu, biorą mieszkanie swe u Franków i raz zaledwie przejdą ciągiem portu, żeby widzieć Meczet Ś. Zofii, i powrócić do domu.
Z młodości przykładałem się do historyi i do literatury oryjentalnéj, i ciekawość moja inną wcale postępować mi kazała drogą. Od miesiąca już trawię dni całe na przebieganiu ulic téj stolicy bez innego celu jak tylko żebym się nasycał ukontentowaniem, że w niéj jestem. Gubię się w najodleglejszych miasta częściach; błądzę po niém bez zamiaru i planty. Zastanawiam się albo też daléj bieg mój odprawiam, najlżejszą pociągniony pobudką. Częstokroć powracam w miejsca których mi zrazu zakazano wnijścia, i doświadczam, że mało jest nieprzystępnych uporczywości, a bardziéj jeszcze złotu. Słowa: jassak zakaz, Ołmas to być nie może, pierwsze które uderzają ucho cudzoziemca, głosem zysku przytłumione są nakoniec. Uczucie to mocniejsze nawet nad bojaźń, już mi otworzyło pałace wielkich panów, świątynie religii, schronienia piękności gdzie się wychowują i przedają młode dziewczęta przeznaczone zdobić Haremy, wszystkie te miejsca niewidziane nigdy przez pospolitych podróżnych. Częstokroć przypadek i wrodzona wschodnim gościnność ciekawość moją uprzedzają; lecz łatwo każdy pozna, że podobne przypadki dla tych są tylko którzy ich szukać umieją.

Wczoraj powracając dość późno drogą która z Kiachthan do Okmedan prowadzi, przechodziłem mimo ogrodu, który się gwoli świętu jakiemuś oświeconym zdawał; młodzieniec przystojnie ubrany stał przy drzwiach, i obracając się do przechodzących te im powtarzał słowa: Ludzie wszelkich narodów i wszelkiéj wiary! Ali Effendi zaprasza was, ażebyście byli uczestnikami radości jego, sprawuje bowiem obrzezanie synowi swemu. Wszedłem i przywitawszy się z Ali Effendim, przypomnieliśmy sobie wkrótce żeśmy się widzieli w Chocimiu, gdzie on na ówczas urząd Teftedara sprawował. Poznanie to równe jemu jak mnie przyniosło ukontentowanie. Z uprzejmością rozmawiał ze mną przez czas niejaki; jeden z jego Cziohadarów przyszedł potém i powiedział mu coś do ucha, rzekł zatym do mnie; Muszę porzucić cię, i iść przyjmować brata Wizyra i inne znaczne osoby, które mi tę cześć czynią i przychodzą widzieć ucztę którą dziś daję; ale oto jest człowiek który umieści cię tym sposobem, że wszystkie widowiska doskonale widzieć będziesz. Podziękowałem mu, i poszedłem za jego Cziohadarem w część jednę ogrodu, gdzie bogaty rozbito namiot: głąb jego zajmowała wystawa na któréj stał nowo-obrzezany z sześciudziesiąt innemi dziećmi, które Ali Effendi kosztem swoim obrzezać i ubrać rozkazał: liczny orkestr umieszczony był naprzeciw: młode chłopcy przebrani za dziewczęta wykonywali taniec który wyrażał rozmaite roskoszy odmiany; ruszenia ich najprzód powolne i umiarkowane coraz stawały się żywszemi, i kończyły się przez kiwania które oko zaledwie ścigać mogło. Myśl onych tak była dokładnie wydana, że się bynajmniéj nie można było omylić; tylko że przydawali giętkość która nie jest w naturze, i długiego chyba ćwiczenia owocem być może. Śmieszkowie po bokach tańcujących stojący, niezręcznie ich naśladowali, okazując wyraźnie niemożność dojścia téj doskonałości. Takie obrazy przed oczy dziecinne wystawiają się tutaj, nie trzeba się zatym dziwić jeżeli z najpierwszéj młodości ztępione mając zmysły nad tém wszystkiém co tylko roskosz ma w sobie najbardziéj podniecającego, wschodni mieszkańcy szukają czasem za naturą zbrodniczych uciech i nowych niesmaków. Lecz wszystko to niczém jest przy rozwięzłości którą codziennie widzieć można w Mehane. Tak nazywamy domy, gdzie przedają się trunki, którym zakaz proroka nowego zdaje się dodawać powabu. Domy te są w miejscach ustronnych; iść do nich potrzeba przez ciemne i kręte uliczki, wchodzi się nareszcie na wewnętrzny dziedziniec, który zdobią świeże wód wytryski, wystawy z drzewami i ptaszarnie. Lecz najbardziéj schodzą się tam Muzułmani dla Pusyow: są to młode i piękne chłopcy których postawa i rzemiosło nie są bynajmniéj wątpliwe, przybywają z muzykantami bogato ustrojeni, i chodzą około stołu póty, póki ich kto użyć nie raczy. Urząd ich jest nalewać napój, podawać kwiaty, śpiewać i tańcować; często kiedy go dobrze wykonywają, biesiadnicy kładą im na twarz mały pieniądz złoty, który pot przylepionym utrzymuje; lecz rzemiosło to nie jest bez niebezpieczeństwa i wyciąga wielkiéj rostropności, gdyż nieraz Pusyowie stają się ofiarami zazdrości i szaleństwa które sami wzbudzają. Podobne gusta obrzydliwość i wstręt zapewne wzbudzają najbardziéj kobietom, chyba że za winny sobie hołd zechcą przyjąć tę cześć która się oddaje stworzeniom tak bardzo do nich podobnym, żem się częstokroć sam omylił, najbardziéj zaś kiedy chłopcy przebrani byli do tańca. Nim list ten skończę, o innego jeszcze gatunku rozpuście bardzo tu zwyczajnym mówić Ci będę, to jest: o opium; tych którzy go bez ustanku używają zowią zelżywym imieniem Tiriaki, które to imię jednak niektórzy z chlubą noszą. Najmniéj majętni i najleniwsi zbierają się w miejsce zwane Tiriak Ciarsi; tam przechodząc bez ustanku z zachwycenia zmysłów do snu, i ze snu do zachwycenia, dni swe dobrowolnie skracają żeby je w zupełném siebie samych przepędzić zapomnieniu. Mówią że są łagodni i spokojni, byleby ich nieprzebudzić wczasie gdzie sen im jest potrzebny, albo też byleby im nie odbierać téj wolnéj trucizny bez któréj już obejść się nie mogą; na tenczas bowiem nie ma zapędu któregoby się dopuścili. Po ostatnim pożarze Carogrodu hurmem zebrali się, domagając się żeby im przywrócono ich Ciarsi, i Sułtan nieodwłocznie im to pozwolił.



LIST VI.
19. Z Carogrodu.

Żeby Ci dać poznać zabawy ludu tureckiego, niezostaje mi mówić, jak tylko o kafenhauzach. Większa część wystawiona na kształt Kiosków, otwarta na wszystkie strony, chłód ma dziwnie przyjemny. Domy te są schadzką próżniaków wszystkich stanów; wezyr, kapitan basza, sam nawet Sułtan przychodzą tam przebrani wywiadywać się co myślą o nich, bo charakter i najmniejsze postępki ludzi na urzędach będących, są tu tak i gdzie indziéj ulubioną materyją rozmów wszystkich. Czasem też jest mowa o zalotach. Opowiadacz z powołania donosi najnowsze jakie zdarzenie, zdobiąc je wszystkiemi wschodniéj wymowy przyjemnościami. Przytoczę tu jedno którem słyszał wczoraj w kafenhauzie przedmieścia Santari, i którem powróciwszy napisał; da Ci ono poznać sposób ich opowiadania.

Będzie temu miesiąc (mówił opowiadacz) jak Omar bogaty Molach, którego wszyscy znacie, przechodząc się raz pod domu swego wystawą, spostrzegł młodą Fatmę, która niedawno zaślubiła pięknego Kassem, i zakochał się w niéj. Bogaci nie znają innego sposobu w dopięciu swych zamysłów jak złoto. Omar rozkazał przyzwać do siebie starą Emina Hanem sławną rufiankę, i oświadczył jéj kto był miłości jego celem. Emina przekładała mu, że Kassem był młody, zakochany i zazdrosny, i że Fatme z nim była szczęśliwą; nadto rzekła: «Męszczyzni napełnieni swą passyją, są jak spragnieni podróżni, którzy żywo żądają źródła; a gdy go znajdą, napiją się, i potém tyłem obracają się od niego». Takie były szkrupuły Eminy, która nigdy ich nie miała, chyba w tenczas, kiedy chciała więcéj zyskać; lecz dary i obietnice Omara dowiodły jéj że nie będzie niewdzięcznym, i wszelkie ułatwiły trudności. Zaczęła się zatém zatrudniać wykonaniem swego zlecenia. Trudności któreby inną zastanowiły pomogły i owszem do jéj zamysłu, i zazdrość Kassema, któraby mniéj obrotną zastraszyła kobietę, téj najbardziéj pomogła. Emina wzięła białą szatę, zieloną zasłonę, gruby szkaplerz, słowem: cały ubiór Hagiego z Meki. Tak przebrana przyszła w południe i zapukała do drwi Fatmy: »Dobra i litościwa niewiasto! (rzekła jéj) dziewięć razy odprawiłam podróż do miast świętych; siedmdziesiąt razy piłam wodę z studni Zemzem; trzysta razy usta moje dotknęły się czarnego kamienia, i więcéj tysiąca progu Kaaby: w ostatniéj mojéj podróży uczyniłam ślub, że nigdy nie uchybię pięciu modlitw zaleconych przez Proroka; dzisiaj wołania Muezina zastały mię na ulicy oddaloną bardzo od domu, proszę cię tylko o trochę wody, żebym mogła abdest mój zrobić, i o kątek w twoim domu żebym spokojnie mogła się modlić.« Fatme z przyrodzenia ludzka wpuściła staruszkę: dała jéj do umycia się wody i kobierzec na którym mąż jéj modlitwy swoje odprawiał. Zdradziecka Emina podziękowała jéj, udała niby się modli, zwinęła potym kobierzec i położyła go na swém miejscu, lecz zwijając go zręcznie bardzo wsunęła weń kawał bogatéj materyi; odeszła potym obdarzając błogosławieństwy dobrą Fatmę, która także winszowała sobie, że mogła usłużyć tak pobożnéj osobie. Wkrótce potym nadszedł Kassem i chciał także modlitwę swą odprawić, lecz gdy rozwijał kobierzec, najpierwsza rzecz która go uderzyła w oczy, była materyja śklnąca się złotem, którą tam staruszka zostawiła. Kassem nie był bogaty, i wiedział że Fatme nie miała także dosyć pieniędzy, żeby kupić rzecz tak drogą. Bis zazdrości duszę jego opanował, i żadnéj niedając żonie swojéj przyczyny, odprowadził ją do Kadego i odpędził. Nieszczęsna Fatme widząc się opuszczoną, a nic do wyrzucenia sobie nie mając, trzy dni w płaczu przepędziła; czwartego ujrzała tęż samą staruszkę, która tak do niéj mówiła: »Kochana Fatme! wiem ja o twojem nieszczęściu, smutne jest zapewne, i Kassem w głowę zaszedł; ale choćbyś cały rok płakała, już się to nie odmieni, i lepiéj byłoby daleko, żebyś pomyślała o innym mężu.« Fatme otarła piękne swe oczy, i wyznała tę prawdę, lecz rzekła: »Nie znałam tylko Kassema, któregom więcéj nad życie kochała, i niewiem jak sobie postąpić, żeby innego znaleść małżonka?« »Moją to będzie rzeczą (odpowiedziała Emina), i biorę na siebie znaleść ci takiego, który ci się zapewne podoba; lecz ułożenie jego przeciwne jest wcale i zwyczajom i skromności naszéj: chce wprzódy widzieć swą żonę niźli ją sobie zaślubi; do ciebie zatém należy poddać się téj jego chęci, jeżeli sądzisz rzecz dogodną dla siebie.« Fatme smutną tylko widziała przed sobą przyszłość i mało sposobu do życia; przedsięwzięła zatym dać się powodować staruszce: niewiedziała jeszcze, że hipokryta jest jak trzcina która przebija rękę chcącą wesprzeć się na niéj. Emina zaprowadziła Fatmę do Omara, który wsparty licznemi sposobami, z łatwością odniósł zwycięstwo nad młodą niewiastą; bogato ją potym udarował i odesłał do domu obiecując, że nazajutrz przyszle po nią z zwykłemi uroczystościami. Tym czasem staruszka poszła do Kassema upominać się o sztukę bogatéj materyi zostawionéj u żony jego w kobiercu, którego jéj ona do modlitwy pożyczyła. Te kilka słów otworzyły oczy Kassemowi, i dały mu poznać jak wielce był niesprawiedliwym; oddalony od Fatmy żył nieszczęśliwy, i błąd swój jak najskwapliwiéj chciał nadgrodzić. Nazajutrz Fatme nie już ludzi Omara ale ujrzała wchodzącego pięknego Kassema, i mimo bogactw Molacha sądziła się szczęśliwą, że odzyskała swego małżonka. Kassem widział się jeszcze szczęśliwszym, że znalazł kochaną swą Fatmę. Bogaty Omar dogodził swéj żądzy: wszyscy szczęście swe winni byli staréj Emina Hanem. — Zdarzenie to dowodzić ci powinno prawdę przysłowia perskiego, które mówi: Nie pogardzajmy ludźmi, których jest rzemiosłem czynić ludzi szczęśliwymi.



LIST VII.
Z Carogrodu.
Nie zawsze w powieściach wschodnich moralność tak jest naganną, jak w téj która była ostatniego listu mego treścią. Posyłam Ci inną któréj grunt jest historyczny i styl wznioślejszy. Dałem rodzajowi temu nazwisko powieści przez podobieństwo z Hyakin, o któréj mamy w listach wschodnich. Starałem się równie naśladować z dokładnością wyrażenia ich i figury; i jeżelim co odmienił, to zapewne ujmując z ich bogactw nie zaś przydając do nich.


SPRAWA DRAKA.
POWIEŚĆ.

Drako pierwszy tłumacz Porty wsławił się w stolicy ottomańskiéj wielką swą znajomością w prawie muzułmańskiém: równie mu były wiadome komentarze jak pisma obiawione Prorokom, i teksta pism ich świętych, które trafnie przytaczać umiał, dawały mu w sporach pewne zwycięstwo, które mu wielu sprawiało nieprzyjaciół. Najniebezpieczniejszy był Szef Izlam. Człowiek ten obrotami do wielkich posunąwszy się godności, z zniewagą widział, że niewierny posiadał naukę któréj on nabyć zaniedbał. Uniesiony zazdrością poszedł do wezyra i w te do niego mówił słowa: »Potężny ministrze, który posiadasz bez udziału łaski najwyższego Sułtana, słuchaj rady religii, która przez moje usta mówi do ciebie. Wiem żeś się zupełnie Drakowi powierzył; lecz zważyłżeś, że pobłażanie którego używamy naprzeciw niewiernym Chrześcianom, niemoże się rozciągać na tego niewiernego, który zna prawo nasze a jednak nieidzie za niem. Od dawnego czasu Ulelma obrażony jest tém zgorszeniem, a ja który jestem i wodzem i tłómaczem onego, przymuszonym się widzę domagać się u ciebie o głowę Draka; spytaj się go, którą on wiarę najlepszą być sądzi. Jeżeli się skłoni za naszą, przymuś go, żeby ją przyjął; jeżeli zaś przeciwnie wyrzecze bluźnierstwo, na śmierć zasługuje.« Wezyr chociaż z żalem pozwolił na to, czego się domagano od niego.
Rozkazał przywołać tłumacza. »Dragomanie!« rzekł mu: »wiem, że zarówno świadom jesteś prawa objawionego świętemu naszemu Prorokowi, i tego które Issa niegdyś uczniom swoim powierzył: któremuż z nich dwóch dajesz pierwszeństwo?« Drako zaraz poznał sidła które mu stawiono, i prosił żeby mu wolno było następującą powiedzieć historyją.

Kiedy (mówił) rządziłem prowincyją powierzoną staraniom moim przez najwyższego Sułtana, zdało się niektórym jego poddanym, że znaleźli żyłę drogich kruszców. Każdy z nich kopał sobie osobną drogę, a wszyscy spodziewali się że kiedyś natrafią na skarb i opanują go. Po długiéj i pilnéj pracy zgasły im lampy; lecz taka ich była żarliwość, że nietylko że niespostrzegli tego, lecz wołali jak wprzódy: ja znalazłem złoto, drudzy mają tylko miedź i cynę! Ten co z górnego niebios sklepienia widzi mrówkę w głębi przepaści i słyszy szmer jéj nożek, widział równie tych nieszczęśliwych w ciemnych ich podziemiach. Mógł był zapewne zgaszone ich zapalić lampy, mógł był spuścić na nich promień światłości przedwiecznéj, która go otacza; lecz nie uczynił tego: zostawił tylko każdemu nadzieję i bezpieczeństwo, na których dosyć było, żeby ich szczęście zabezpieczyć.»
Tu się skończyła powieść Draka; wezyr go pochwalił, a hipokryta odszedł zawstydzony.



LIST VIII.
Z Carogrodu.
Niewiem, jak Ci się podobają wschodnie powieści; ja dziwnie sposób ich lubię, i sam zaczynam się w nim ćwiczyć: dwuletnie dzieł ich czytanie tak mię uczyniły w myśli wschodnie bogatym, że dosyć mi było zebrać ich kilka w kupę i dać im obwód. Pewien jestem, że w obrazach moich wschodnie zachowam podobieństwo, ale nie jestem zarówno pewny, że obrazy te podobają się w zachodzie. Proszę WPani, chciéj mi w tym punkcie powiedzieć zdanie drugich; gdyż wiem, że Jéj własne tak jest uprzedzeniem zepsute, iż już więcéj o nie nie proszę. Przyłączam do listu tego sekstern, który zechcesz pokazać sędziom, których mi wybierzesz.



SEN TOMRUTA.
POWIEŚĆ.

Anioł śmierci ugodził ciosem swym starego Andbala, najmędrszego z mocarzy którzy tylko nad Indostanem panowali. Następca jego Newesza, jak tylko wstąpił na tron, chciał oczy swe napaść nowym potęgi swéj widokiem. Rozkazał otworzyć skarby napełnione oszczędnością poprzednich panowań; zgromadził swe wojska. Wkrótce uwierzył, że były niezwyciężone, i nowe uknował podbicia. Już słyszeć się dawały okrzyki ludzi wojskowych, ślepe nawet pospólstwo szaleństwo to dzieliło. Sam tylko mądry Tomrut pogrążonym zdawał się w głębokim smutku. Postrzegł to Newesza i pytał się go o smutku przyczynę. »Panie! (odpowiedział filozof) smutek mój nie wart jest żeby chwilę jedną zatrudniał uwagę najpotężniejszego Indyi monarchy; sen jeden jest onego powodem.«« Sułtan chciał wiedzieć co to był za sen, i Tomrut w ten się tłumaczył sposób:
»Niezwyciężony monarcho krajów zajętych dwoma rzekami! wiedz, iż poranku dzisiejszego obłąkawszy się w ogrodach które pałac twój otaczają, usiadłem na brzegu czystego strumienia, który niesie swe wody w najoddaleńsze miejsca tego roskosznego pobytu. Tam umysł mój podnoszący się stopniami śmiał się zastanawiać nad tłumem niezliczonych cnót które w tobie jaśnieją. Widziałem cię jednoczącego ojców twoich potęgę z sprawiedliwością Nurszywana i mądrością Dabszelima. Lecz daruj o Newesza! zdało mi się że niedostawało jeszcze do twéj chwały żebyś tyle podbił krajów co Oguzkam albo Dulkarneim. Z tém wszystkiém przygotowania do wojny któremi żołnierze twoi byli zaprzątnieni, kazały mi się spodziewać, iż wkrótce cień twojéj potęgi świat cały okryje, podczas gdy blask onéj ścigać będzie oko zazdrości w ostatnich świata szrankach. Takie były dumania w którychem się zagłębiał, gdy anioł snu zasunął powiekę moją.
»Zdało mi się natenczas, żem widział strumień nad którymem był usnął; brzeg jego zasłany był kwiatami. Po kilku zagięciach w roskosznéj téj dolinie, niósł wody swoje do cichego jeziora; prowadziłem oczyma bieg jego spokojny, i uśmiechałem się nad obrazem podobnym do życia mędrca: kiedy przez dziwactwo, którego przyczyny zgadnąć nie mogę, strumień wyszedł z koryta w którym ciekł dotąd, popłynął łączyć swe swobody z wodami sąsiedzkich strumieni i stał się strasznym potokiem, i podczas gdy kwiaty pozbawione wód jego świeżości, schylały ku ziemi zwiędłe swe głowy, potok rozrywał groblę, wywracał mury, i ostatki które niósł z sobą pęd jego śpieszniejszym czyniły.
»Tym czasem tłok nierozumnego pospólstwa cisnął się na brzegi jego z niebezpieczeństwem nawet bycia porwanymi przez szybki pęd jego. Jam poszedł czekać nań w dolinie. Tam szukałem śladów strasznego potoku, i nieznalazłem onych; bo ziemia wody jego wsiąknęła, i nic się po nim niezostało, tylko pamięć spustoszeń które uczynił.
»O potężny monarcho Indyi! niepytaj się mnie o smutku mego przyczynę, chcesz być podobnym do Isskiendera i do Oguza; i czymże bohatyrowie ci byli, jeźli nie potokami wszystko psującemi. O synu Andbala! jeźli ci sławnych potrzeba przykładów, czemuż nienaśladujesz mądrego Solimana? Rozkazywał on naturze, nie pogardzał jednak ani pokojem ani uciechami, i śmierć jego porównaną być może do snu głębokiego, który następuje po zbyt często powtarzanych roskoszach; lecz ty synu Andbala, ty szukasz sławy, a nie wiesz, że sława jest jak zapach ziół wonnych, który się rozchodzi w ten czas kiedy już zioła spalone.«

Sułtan indyjski uważnie słuchał powieści filozofa; ale nazajutrz wydał wojnę Sułtanowi perskiemu. I tak bór gęsty nieopiera się powiewom zefirów; bo nie za ich tchnieniem cedry ugiąć się mogą.



PODRÓŻ FEJRUZA.
POWIEŚĆ.

Fejruz bogaty mieszkaniec Samarkandy powracał z miast świętych. Widać było w tysiącznych miejscach domu jego wypisane złotemi literami przeklęctwa przeciw tym, którzy świętą odwlekają pielgrzymkę. Na wystawie igrało tysiąc chorągiewek, utkanych ręką córek Szeriffa i napełnionych przez niego tajemnemi pismami. Tłumna radość panowała między niewolnikami, a szlachetny zwierz[6] towarzysz trudów Araba, łączył z nimi swe krzyki, i zdawał się dzielić radość powszechną.
Sam Fejruz schroniony wewnątrz swego seraju, podawał się czułym pieszczotom żony swéj i dzieci. Fatme mówiła mu: »Kochany Fejruzie! jak wiele trudów ponieść musiałeś, na jak wiele narażony byłeś niebezpieczeństw!« — »Jak wiele pięknych pereł widzieć musiałeś w morzu perskiém!« (mówiła młoda Zilia) — »Jak musiałeś być kontent, (rzekł mały Rustem) tak długą odprawiając podróż.« Fejruz im odpowiedział: »Te trudy i niebezpieczeństwa nie przelękły mię, bom wiedział, że nieoddzielne są od podobnéj podróży. Perły golfu perskiego nie kupiły mię, bom widział z bliska nieszczęsny stan nurków, którzy je zbierają; żebym się zaś nie dał uwieść uciechom, dosyć mi było pamiętać na śmiertelną płachtę, którą nam Prorok nakazuje nabyć w Mece, i ta to jest jedna rzecz, która się z tak długiéj przywozi podróży.«
Fejruz bawił się przez czas niejaki niewinnemi dzieci swych pytaniami, potém zaś w ten sposób pielgrzymkę im swoję opowiadał:

»Zaledwiem wyszedł z ciaśniny, która przedziela prowincyje perskie z Uzbekiem, ujrzałem się w równinach Korassanu: zdało mi się zaraz, żem był na świat nowy przeniesiony i wszystko mię na nim dziwiło; lecz okolice wesołe ale mało co odmienne, które w oczach moich stawały, wkrótce mię znudziły. Prócz tego kraj ten poddany był pod dozór surowy, dla którego najbardziéj życzyłem sobie wyjść z niego jak najprędzéj. Z tém wszystkiem trzeba mi było dopełnić tam czas, który wódz karawany przeznaczył; lecz trudno mi jest powiedzieć, czym się tam bawił, gdyż ta życia mego epoka zupełnie się w pamięci mojéj zatarła.
Wyszliśmy nakoniec z Korassanu i przybyliśmy do Sistan. Kraj ten pod rządem był lubieżnego Goridesa. Tam orszaki Bajaderek, Indyanek i śpiewaczek z Kaszmiru prowadziły podróżnego wśród obłoku zapachów do domów lubieżności poświęconych. Tam zapomniałem zupełnie o podróży méj celu, i żyłem w miłym tym kraju, jak gdybym go nigdy nie miał porzucić.
Z tém wszystkiém nieubłagany wódz karawany przymusił mię wyniść z niego; przeszedłem skwapliwie przez prowincyą Sziraz, sławną przez wyborne swe wina; znalazłem tam zapomnienie trosków, ale różne wcale od szczęścia.
Przejechałem potym przez Laristan rozdzierany przez spory wyniosłych Attabegów. Rozległe dzierżawy wystawiały mi zwodnicze swe widoki, lecz im bardziéj zbliżałem się do nich, tém się bardziéj horyzont mój usuwał: postrzegałem drugie i czułem, że żądze moje nigdyby tam nasyconemi nie były.
Puściłem się potym morzem Perskiém, przyjazném tym, którzy chcą bogactwa swe powiększyć. Śmiertelna płachta Meki stawała mi w umyśle i odpadła mi chęć naśladowania onych.
Nakoniec przybyłem do Chaldei. Widziałem tam Magów, którzy od tylu wieków ćwiczą się w nauce mądrości. Mądrzy Zoroastra uczniowie — rzekłem im — przychodzę was się radzić nad szczęściem: wiem już, że nie jest ono ani w Sistan, ani w Sziraz, ani w Laristanie, ani w krainach Gomronu i Ormuzu, ale gdzież jest? gdzie go szukać należy?
Desturan Destur imieniem wszystkich tym mówił sposobem: Szczęście jest jak ten żywioł, który my czcimy[7]; znajduje się wszędzie, lecz obłąkany podróżny nie szuka go, ani w błyskawicy, która go omamia, ani w lekkim płomieniu, który się nad bagnami unosi: jest ono w krzemieniu, który depce pod nogami swojemi.

»Ach, co za piękna podróż (zawołał mały Rustem, przerywając ojcu swemu), i kiedyż ja podobną będę mógł odprawić?«

»Odprawisz ją synu, (odpowiedział Feiruz), jużeś ją nawet zaczął. Dolina Korassanu, jest to dziecieństwo, w którém teraz jesteś; nieubłagany wódz pielgrzymów, jest to czas, którego nic nie zatrzymuje, i który cię wkrótce z niego wyprowadzi i przywiedzie cię do młodości, która także z kolei swojéj skończy się. Jeżeli natenczas przypomnisz sobie nauki Destura, jeżeli szczęścia w sobie tylko samym szukać będziesz, dopełni się mój zamiar, i niczego już więcéj żądać nie będę.«



ABDUL I ZEILA.
POWIEŚĆ.

Ostatnie słońca promienie złociły już w Gaznie kończate Meczetów wieże, kobiety Sułtana Machmuda do miasta tego wracały, przepędziwszy dzień w jednym z wiejskich jego domów. Przyjemne brzmienia głosów i instrumentów, znaczały z daleka wesoły ich poczet; zapach bursztynu i piżma zostawał po miejscach przez które przechodziły.
Tymczasem młody Abdul zapomniał pod różowemi krzakami kuruku czyli zakazu ogłoszonego przeciw tym wszystkim, którzyby mieli zuchwalstwo znajdować się na téj drodze. Już przednia straż rzeżańców zbliżała się do krzaków które go ukrywały. Niebezpieczeństwo nagliło; Abdul spostrzegł studnie i wskoczył w nią.
Studnia nie była głęboką, i skok Abdula był szczęśliwy, lecz przeląkł konia jego, który się urwał i zamieszanie sprawił w gromadzie Sułtanek. Najpiękniejsza z nich Zeila nie mogła wstrzymać swego; zaczął ją unosić, zwinął się nakoniec przy studni, i Zeila upadła zemdlona na ręce Abdula.
Lubo studnia nie była głęboką, była atoli ciemna i kręta; rzeżańce postanowili ją zmierzyć: rozwinęli swe zawoje i związawszy je razem uczepili na końcu kamień i wrzucili go w studnią. Abdul słysząc ich rozmowę uchwycił za kamień, i ciągnąc linę powoli dał do zrozumienia rzeżańcom, że studnia dna niemiała. Strapieni powrócili z wiadomością tą do Sułtana.
Abdul spostrzegł już był, że miejsce w którém się znajdował, niebyło studnią, ale obszerném podziemiem. Był tak szczęśliwym, że znalazł wyjście onego; wziął na ręce Zeilę, a że noc mu sprzyjała, bez przeszkody zaniósł ją do siebie. Zeila z omdlenia swego przyszedłszy do siebie, nie pomału była zadziwiona widząc się na ręku Abdula; lecz wkrótce po zadziwieniu nastąpiła rozkosz, gdyż nigdy jeszcze tak pięknego nie widziała młodzieńca.
Abdul rozkazał zastawić stół najwyborniejszemi sorbetami; już sok barwiastych winogron łączył się z rosą którą sączą obłoki; miłość w oczach ich była, a w ustach słodkie rozmowy. Zdawało się Abdulowi, że wcześnie kosztował już rozkoszy Gehennetu. Zeila wzięła potym lutnię i te wiersze znajomego jednego poety śpiewała:

Posępne morze świat cały okrywa,
Nad nim bałwanów moc sroga spoczywa,
Nad niemi pasmo chmur gęstych panuje;
Ta ciemna przepaść przyszłość nam maluje.
Lecz tylko pewna chwila, co dziś bieży:
Dzisiaj nam tylko cieszyć się należy.

Patrz, jak się Feniks wzbija z skał obszernych,
I pył strząsnąwszy z skrzydeł swych niezmiernych
Pędzi, kędy go niesie lot powiewny;
Choć wiecznie żyje los jego niepewny.
Ta tylko pewna chwila co dziś bieży:
Dzisiaj nam tylko cieszyć się należy.

Twarz twa jaśnieje jako dzień przyjemny,
I jak noc czarna śklni się włos twój ciemny,
Usta jak zorza ranny kwiat siejąca,
Ale i zorza jest przemijająca.
Ta tylko pewna chwila co dziś bieży:
Dzisiaj nam tylko cieszyć się należy.

Dni które człowiek przepędza szczęśliwie,
Jak sen znikomy mijają skwapliwie;
I noce w których poi się rozkoszą,
Chwilami tylko szczęście mu przynoszą.
Ta tylko pewna chwila co dziś bieży:
Dzisiaj nam tylko cieszyć się należy.

Słońce wzniosłszy się nad horyzont przezierało obraz swój w czystych Indusu wodach, kiedy Abdul wstał od stołu powtarzając sobie po cichu:

Ta tylko pewna chwila co dziś bieży:
Dzisiaj nam tylko cieszyć się należy.

Poszedł do bazaru, przedał wszystek swój majątek który się składał z towarów, najął niewolników, nakupił przepysznych sukien, rzadkich zapachów, drogich naczyń, i pobiegł oddać to wszystko nowéj swéj kochance.
Osmego dnia z smutną postacią przyszedł do niéj i rzekł: »Kochanko moja! aż nadto dobrze z nauk twoich korzystałem: wszystkie me dobra już są roztrwonione; będziesz że mogła odważyć się dzielić zemną me nędze?« Zeila wychowana w zbytkach seraju, przestraszona była tą myślą, prócz tego spostrzegła, że młodość Abdula równie się wycieńczyła jak jego majątek. Podumawszy trochę, napisała bilet, zapieczętowała go i oddala Abdulowi, te słowa mówiąc do niego: »Nie jesteśmy jeszcze tak bliscy nędzy jak rozumiesz. Idź do seraju, wywołaj wodza rzeźańców, oddaj mu ten papier a nadewszystko strzeż się go otwierać.«
Abdul ucałował bilet, rękę, która go kreśliła, usta, któremu ten rozkaz dawały, i udał się drogą ku serajowi; lecz zaledwie kilka kroków uszedł na ulicy, niezmierna zdjęła go chęć przeczytać pismo, które go z okropności nędzy miało wybawić. Zakaz Zeili bardziéj jeszcze ciekawość jego powiększał, otworzył go nakoniec, i te w niém znalazł słowa:
»Wierny Muafaku! dobroczyńnica twoja żyje. Ten który ci list ten odda, życie jéj ocalił, i od tygodnia dał jéj kosztować roskosz podobnych do tych któreś jéj tylekroć zjednywał; staraj się żeby powróciła do seraju, i zapewnij się o dyskrecyi tego młodzieńca tym sposobem, jakeś się jéj zapewniał z drugimi.«
Łatwo, sobie każdy wystawi jakie było zadziwienie Abdula; po kilkakroć przeczytał nieszczęsny ten bilet, własnym oczom wierzyć już niechcąc. Wyszedł nakoniec z Gazny w mocném przekonaniu nie wrócić się więcéj do niéj. Przepędził noc w lesie narzekając na niewiarę Zeili, nazajutrz przyłączył się do karawany kupców Bagdackich.
Przybywszy o dzień tylko jeden od miasta tego, porzucił karawanę, wszedł w głąb pustyni chcąc tam już życie przepędzić; dzikie owoce i korzonki były jego pokarmem, uciekał od towarzystwa ludzi a bardziéj jeszcze od kobiet. Tak wstrzemięźliwe życie sprawiło, że go wkrótce miano za świętego, lud zaczął go szanować, i sława jego przeszła aż do Kalifów mieszkania.
Siedział w tenczas na ich tronie Kardebillah syn Ishaka, syn Moktadera. Monarcha ten miał syna zwanego Kaim, który jedynym był najczulszych jego starań celem. Kader znając jak wiele na dobrém zależy wychowaniu, od dawna szukał człowieka mądrego i oświeconego, któryby mógł prowadzić młodość Kaima: w tym zamiarze zebrał co tylko Islamizm miał ludzi najzawołańszych z ich pobożności, nauki i cnoty. Abdul był z téj liczby.
Minął już ten czas, gdzie namiestnik Proroka spał na progu meczetu, żeby być pierwszym na rannéj modlitwie. Okazałość wzięła miejsce prostoty; Kalif chował się przed wszystkich oczyma, mało bardzo z dworskich mogło go widzieć. Drudzy przestawiali na tém, że całować mogli zasłonę, która wisiała przed salą Dywanu. Abdul przyprowadzony przed Kalifa, osłupiał na widok blasku który go otaczał.
»Przybliż się młody pustelniku! (rzekł mu Kader) i bądź dobréj myśli; powiedz nam, jak obecność monarchy ziemskiego może zatrwożyć zakonnika, przyzwyczajonego do przytomności najwyższego twórcy niebios?«
»Najwyższy wiernych rządco! (odpowiedział Abdul przyszedłszy trochę do siebie) niedziwuj się temu, i niech umysł prawdy którym tchnę zawżdy, skłoni ucho twe do powieści którą ci przytoczę.«
»Dnia jednego, kropla wody wymknąwszy się z obłoków padła na morze. Przelękniona niezmiernością żywiołu na który los ją rzucił, straciła zupełnie przytomność; muszla jedna przyjęła ją na swe łono, karmiła, strzegła, i kropla ta wody stała się potym perłą która zdobi koronę W. Ces. Mści.«
Apolog ten dosyć się podobał książęciu prawowiernych: »Abdulu! (rzekł mu) żądam ażebyś się podjął wychowania syna mego; chcesz że porzucić pustynią i żyć na dworze moim?«
Abdul mu odpowiedział: »Panie! żądania twoje stają się rozkazami; lecz pustelnik niestworzony do dworu, łaska zaś królów jest jak to płotno, które już malarz napełnił: nie można na niém i jednéj umieścić osoby bez zmazania wnet drugiéj.«
»Rozumiem cię, (odpowiedział Kader) boisz się żeby pochlebcy syna mego obcowaniem swém nie zepsuli; pozwalam, weź go z sobą na pustynią. Chcesz że jeszcze jakim apologiem wolą mą zbijać?«
Abdul umilkł, bo wiedział że gdy monarcha jaki sądzi że dobrze zrozumiał, nie jest rzeczą roztropną dowodzić mu że się myli.
Za powrotem na puszczę Abdul cały się poświęcił staraniom około wychowania młodzieńca i wpojenia w umysł jego miłości cnoty i nauki. Nauczał go jakie będą na potym jego powinności jako namiestnika Proroka na ziemi, najwyższego rządzcy Bagdadu, i pośrednika wszystkich Azyi mocarstw.
»Lecz nie dosyć jest (przydał) czynić drugich szczęśliwymi; trzeba umieć być nim samemu. Żeby zaś to otrzymać, naucz się niedowierzać kobietom; szaleństwo które w nas wzbudzają, nierównie jest niebezpieczniejsze nad to, które Prorok zakazuje: być dla nich z jak najzupełniejszą obojętnością, jest jedyny sposób ustrzeżenia się ich.«
Nauki te często powtarzane sprawiły na umyśle młodego książęcia skutek, który sobie Abdul obiecywał. Dnia jednego na polowaniu zapędziwszy się za sarną aż na gościniec który prowadził do Mekki, postrzegł kupę Karmatów rabujących karawanę pielgrzymów: uderzył na tych świętokradców z ludźmi którzy mu towarzyszyli, i z łatwością ich rozproszył. Zachęcony tą wygraną Kaim chciał ścigać pierzchających, i raniony był letkim strzały pociskiem.
W tymże samym czasie usłyszał krzyk przeraźliwy: obrócił się i postrzegł kobietę która ku niemu wyciągnęła ręce; lecz nie chciał do niéj przystąpić. Zgromadził wodzów karawany, naprowadził ich na drogę, pożegnał się z nimi, i odjechał nieoglądając się nawet za sobą.
Kobieta którą Kaim wzgardził, była Azema, ukochana córka Sułtana Mahmuda i najpiękniejsza w całym wschodzie księżniczka; powracała z miast świętych. Oczy jéj podczas bitwy wlepione były w Kaima, i serce jéj oddało się jemu. Udała jak gdyby potrzebowałam spoczynku, kazała rozbić namioty na pobojowisku, przepędziła tam trzy dni, dowiedziała się że Kaim był synem Kalifa i puściła się do Gazny z niejaką w sercu nadzieją.
Lecz niespokojność która ją trapiła, nieporzuciła ją nigdy, i smutek niszczył ją widocznie. Postrzegł to Mahmud, zaczął ją naglić, i otrzymał miłości jéj wyznanie. Czuły ten ojciec nieumiał nic jéj odmówić. Wysłał natychmiast do Bagdadu wezyra swego Meimendi z zleceniem ofiarowania synowi Kadera ręki Azemy wraz z połową Indyi bogactw.
Po dwóch miesiącach Meimendi powrócił; trzynaście razy padł na twarz przed Mahmudem nieśmiejąc i słowa powiedzieć. Sułtan zrozumiał to milczenie. »Zapewne (rzekł mu) smutne tylko przynosisz mi wieści.« Wezyr mu odpowiedział: »Panie! Nieba okryły ślepotą Kalifa Bagdadu. Niebaczny ten odmawia spowinowacenie się z synem Sebekthegina. Mówi, że Kaim nienawidzi kobiet, i że przysiągł nie żenić się aż przykład tego zobaczy w Abdulu.« — »I któż jest ten Abdul?« zawołał Sułtan.« — Jest to podły zbieg z Gazny (odpowiedział wezyr), którego mu dano za nauczyciela.« Podbijacz Indyjów wyszedł rozgniewany z sali Dywanu, zamknął się przez trzy dni, i czwartego rozkazał czynić przygotowanie do wojny; lecz na ten raz niepotrzebnemi się stały.
Dnia jednego Abdul rozpamiętywając nad goryczą, którą po piérwszych rozkoszach zaprawiona była reszta dni jego, postrzegł wchodzącą kobietę z zakrytą twarzą i rzucającą się do nóg jego. »Mądry i wstrzemięzliwy pustelniku! (rzekła mu) widzisz przed sobą najnieszczęśliwszą z niewiast. Miałam kochanka, któregom zdradziła. Poświęcił mi swój majątek, naraził życie swoje żeby moje ocalić, a jam się stała śmierci jego przyczyną. Nie żyje już zapewne, lecz zgryzoty moje zemściły się za niego, ścigają mię bez ustanku; jeżeli wiesz jaki sposób którym byś mię od nich mógł uwolnić, racz mi go wskazać: jeżeli zaś nie, pozwól niech u nóg twoich umrę«
Nieznajoma spuściła zasłonę; Abdul poznał Zeilę. »O Zeilo! (zawołał) powróconą mi jesteś nakoniec! znam ja dobrze, że dusza twoja niebyła stworzoną dla mojéj; lecz serce moje żałością zwiędniałe, nie może oddalić od siebie wspomnienia szczęścia którego kosztowało z tobą.»
Azema przyszła była z Bagdadu z Zeilą; ukryta za zasłoną z Kaderem i Kaimem czekała na pomyślny skutek obrotów sztucznéj swéj towarzyszki. Abdul powinszowanie ich odebrał. Kaim przypomniał sobie daną obietnicę, i żołnierze z Gazny nie rozlewali krwi ludu bagdadzkiego.
Śmiertelny! zachowaj tę naukę; szczęście nie jest stworzone dla ciebie. Lecz jeżeli jak Abdul ujrzysz gdzie obraz jego, chwytaj go skwapliwie; chodzisz bowiem z bespieczeństwem, a kamień który będzie grobowiec twój przykrywał, już się może nóg twych dotyka.




HAFFIZ.
POWIEŚĆ.

Dusza twoja podobna jest do wód równiny, podczas ciszy pogodne niebo zdaje się w niéj przezierać; lecz błotem się staje skoro tylko jest zburzona. Haffiz umiał się wyrzec miłości. Napis ten wyryty był na skale, którą wody Zenderutu oblewały. Sam Haffiz mieszkał w poblizkiéj jaskini; wnijście do niéj zakryte tylko było prostym brytem z rogoży, na wierzchu ten widać było napis: Najlepiéj zamknięte drzwi są te, które nie kuszą człowieka, żeby je otworzyć; Haffiz umiał się wyrzec bogactw. W rzeczy saméj złodzieje nie musieli mieć wielkiéj chęci rozbicia tego uchronnego mieszkania, nie naleźliby w niém tylko skórę tygrysa, która służyła za pościel, i pęk strzał, na których te słowa były napisane: Raz wypuszczone nie wracają więcéj w rękę mściwego człowieka; Haffiz wyrzekł się zemsty.
Nie było namiętności, od którychby się Haffiz nie uchronił przez mądrą jaką maksymę; lecz zdarzyło się, że wieczora jednego postrzegł podnoszącą się rogożę, która ustronne jego przykrywała mieszkanie: była to piękna Nurmahal, która umyślnie zabawić się z nim przyszła.

Nazajutrz Haffiz obudziwszy się, szukał z niespokojnością w okolicach dzikiego swego mieszkania; znalazł piękną Nurmahal w pośród gromady młodych Mirzadehów, świetniejszych nad krasne kwiaty, na których spoczywali. »Powróćcie do Ispahanu (mówiła im) i powiedzcie, że nic oprzeć się nie może wdziękom Nurmahali, i że dziki Haffiz szaleje dla niéj.« Ale Haffiz słowa jéj wysłuchał, strzały napełnione napisami wypuszczone były na świetny orszak; krew jego zmieszała się z wodami Zenderutu, sam Haffiz z wierzchołka skały, na któréj był wyrył nauki swéj mądrości, wrzucił się w rzekę, a przechodzący czytają dotąd te słowa: Haffiz umiał się wyrzec zemsty, Haffiz umiał się wyrzec miłości.



LIST IX.
Z Carogrodu.

Właśnie teraz powracam do siebie, rad bardzo z wizyty, którąm oddał pierwszemu Teketowi Derwiszów Mewlewi. Przełożony ich przyjął mię w pokoju, który przedzielony był tylko zasłoną od izby, w któréj kobiety jego bawiły; poszedł do nich na chwilę i rozkazał im śpiewać; »Głosy kobiet — rzekł mi powracając — rozweselają serce, a świat ten jest światem z dymu, na którym o uciechach myśleć tylko potrzeba.« Gdy przyszła godzina modlitwy, Derwisze zebrali się do niego, on stanął na ich czele i udał się ku meczetowi; najmłodszy z nich oddzielił się z gromady i zaprowadził mię do okna, z którego nabożeństwo widzieć mogłem. Równie ono jest wesołe jak ich moralność: zaczyna się od przyjemnéj muzyki, całéj w semitonach, któréj powolność i smutna harmonija zdaje się zatapiać Derwiszów w świętych uwagach. Muzyka staje się potym żywszą. Derwisze wstają wszyscy razem, padają na twarz przed przełożonym, a potym na palcach prawéj nogi kręcą się z niezmierną szybkością; pofałdowane spodnice rozciągając się w cyrkuł koło nich, wiele im dają podobieństwa do cygi czyli bąka, który dzieci puszczają.
Byłem wczoraj aż na końcu przedmieścia Skutari dla przypatrzenia się obrządkom duchownym Derwiszów Rufai. Stanęli najprzód w koło i zaczęli sobie śpiewać do ucha jeden drugiemu; potym zaczęli się kiwać w różne strony z gwałtownemi łamaniami, powtarzając te słowa: Iłłah, hu, hu. Po cztérogodzinném podobném ćwiczeniu, rzekłbyś, że wszyscy wpadli w szaleństwo, które nie zupełnie zdało mi się być udawaném. Jedni rzucali się na ziemię i bili głową o mur, drudzy pienili się, wpadali w konwulsyje i wołali, że widzieli Proroka; przyniesiono nakoniec obcęgi żelazne rozpalone w oczach naszych: najżarliwsi rzucili się na nie i trzymali je w gębie póty, póki nie zgasły zupełnie. Obrządki skończyły się cudami, które czynił przełożony, dotykając się chorych i skaleczonych.

Rozumiećby można czytając to, że Rufaisowie przejęli pobożność swoją od opętanych Świętego Medarda; rzecz atoli pewna, że żadnéj o niéj nie mieli wiadomości. Lecz taki jest charakter zabobonności. Jeżeli oko nasze gubi czasem ślad w niepółśrodkowych liniach krzywych, od imaginacyi do wykreślenia podanych, równie jak i imaginacy ograniczeni, do tychże samych kół zwracającą się, i znowu ją w tychże punktach styczną postrzegamy.



LIST X.
28. Z Carogrodu.

Napełniłem całe dwa listy opowiadaniem Ci zabaw tureckich; sądziłem albowiem iż naród lepiéj się w nich maluje, niż we wszystkich innych okolicznościach domowego życia. Nie mówiłem Ci dotąd o ich obyczajach i narodowym charakterze, odkładałem rzecz o tém do czasu, w którym dłuższy pobyt da mi sposobność poznania ich lepiéj; lecz dziś w wieczór wyjeżdżam i nie mogę się odważyć kraj ten porzucić, żebym się nie starał wzbudzić w Tobie jakiegokolwiek interessowania się do narodu który w nim mieszka. Turcy dzicy niegdyś i wojenni, zdają się dziś powracać do téj słodyczy i spokojności, która jest cechą wszystkich Azyi narodów. Ten umysł pokoju, który zakazuje Braminom nastawać na życie zwierząt, zdaje się zarówno napełniać mieszkańca Bosforu. Słyszałaś zapewne, jakie staranie mają w Stambule o psach i kotach, które ulice miasta tego zaludniają: lecz nie te jedne tylko zwierzęta prawo mają do hojności tureckiéj. Mnóstwo niezliczone turkawek i grzywaczów, co wolno po wszystkich dachach mieszkają, leci naprzeciw łodziom naładowanym zbożem, i pysznie zdaje się domagać o cło swoje, które powszechnie wyznaczone jest po miarce od woru. Wodne ptastwo, którym okryty jest kanał, zaledwie zwraca się przed wiosłem które ich prawie dotyka, i gniazda ich szanowane są nawet od dzieci, które gdzie indziéj naturalnemi ich byliby nieprzyjaciołmi. Wzajemne nakoniec zaufanie między człowiekiem i zwierzętami, zdaje się przyprowadzać częstokroć zastanawiającego się nad tém wszystkiém do pierwszego natury dzieciństwa; lecz co zupełnie ujmie Cię dla Turków, będzie zapewne poszanowanie, które mają dla drzew: ściąć je największą jest zbrodnią przeciwko któréj całe szemrze sąsiedztwo, jako też Turcy strzegą się tego usilnie. Nie raz widziałem sklep budowany w około wielkiego klonu, który wychodził przez dach i cały liściami go swemi zakrywał, albo też gałęzie wychodzące z murów, których oni nie ważyli się nigdy ucinać. Stare drzewa obłożone są po większéj części ziemią która korzenie ich utrzymuje, młode zaś okryte matami i to na gruncie który nie należy do nikogo. Gust okazałości jest drugi punkt którym Turcy na pierwsze wejrzenie zdają się przybliżać do innych wschodnich narodów. Przejażdżki Sułtana po wodzie, jechanie do Meczetu, odjazd karawany do Mekki, są to wszystko przepyszne widowiska, które dosyć jest namienić, żeby wystawić obraz okazałości. Lecz zważać należy, że przepych ten bardziéj jest uroczystością dworską niżeli naturalną ludu skłonnością. Ci którzy z urzędu swego nie są obowiązani do tego, nie okazują go nigdy. Najbogatsi mieszkają w domach których powierzchowność zaledwie oznacza dobre mienie, zachowują zaś zbytek dla mieszkań swych niewiast, które nawzajem dla nich się tylko stroją. Maksyma ich jest: że trzeba używać, nie zaś zdawać się używać. I ztąd to ta filozofija tak słodka, którą w wschodnich tylko znajdujemy pismach, która nie używa wyrazów pełnych błyskotek, ale podobieństw uderzających swą prawdą, i które bardziéj wylewać niżeli rozszerzać się zdają. Poezyja naprowadza tam zawsze człowieka do natury przez podobieństwa wybrane w najpiękniejszych jéj tworach. Allegoryja wymyślona w państwach wschodnich, żeby nią myśl przed szaleństwem despotyzmu ukryć, ustawnie się w nich odradza z bujnością krzewu zasadzonego na własnym swym gruncie, i moralność chroniąc się pod jéj zasłonę, nakazuje w niéj wzgardę wielkości, szczęście życia domowego, a nadewszystko odpoczynek; gdyż apostoł odpoczynku pewnym być może, że go wschodni wszyscy usłuchają: nic to bardziéj nie dowodzi jak okolice Stambułu. Imię nawet przechadzki jest tam nieznajome, lecz widać wszędzie mnóstwo przyjemnych spoczynków: są to małe wystawki z cegły w przyjemném jakiém położeniu i pod cieniem rozłożystego klonu; tuż przy nich jest źródło, ognisko do zgotowania kawy, i miszrab do odprawienia modlitwy. Napis na nich naucza, że zbudowane były kosztem pobożnego Muzułmana, który chciał, żeby imie jego błogosławione było przez tych wszystkich co tam odpocząć przyjdą. Tam także mieszkaniec Stambułu przychodzi rozciągać swe kobierce i sofy, i w milczeniu patrząc z rozkoszą na piękność natury która go otacza, trawi tam dni całe zatopiony w tych słodkich marzeniach, których powab nie znany zbyt czynnym umysłom, tak jest przyjemny duszom zatapiać się lubiącym.

28 Czerwca. Na morzu.
Już jestem na korwecie francuzkiéj zwanéj Święta Anna, która ma mię do Aleksandryi zanieść. Myśl Twoja ścigać mię odtąd powinna wśród rozpalonych Afryki piasków. Słuszna jest zatrzymać ją jeszcze nad rozkosznemi brzegami, których może nigdy już więcéj nie ujrzę. Omamienie które uczułem widząc je pierwszy raz, nie dozwoliło mi opisać onych: przy rozstaniu, miejsca te, też same mają dla mnie powaby. Lecz gdy je chcę malować, szybkość z którą się oddalamy, nie dozwala mi już tego. Już nie widzę więcéj tego wspaniałego wód obrębu, okrytego zawsze żaglami tak prawie lekkiemi jak wiatr który je nadyma. Już nie widzę amfiteatru który go otacza, wieżyczek które go zdobią, posępnych murów Seraju w którym spadło tyle głów nieszczęsnych i tyle jęczało piękności; już oko smutne ma tylko przed sobą cmentarze: tam między cierniem i cyprysami wznoszą się tysiące grobowców, które otaczają miasto całe, i służą, iż tak rzekę, za ramy wspaniałemu obrazowi, któregom tylko kilka rysów ukazał. Stracony już z oczu, jeszcze się w imaginacyi wystawia; lecz gdy potrzeba opisywać, imaginacyja dla podróżnego nadto niebezpiecznym jest przewodnikiem, a rozum skończyć mi już nakazuje. Bądź zdrowa! wiatr jest pomyślny, i wkrótce spodziewamy się stanąć w Dardanellach, gdzie nie zapomnę listu tego oddać na pocztę.



LIST XI.
30. Z Dardanellów.

Żegluga nasza na Białém morzu była powolna lecz przyjemna. Mamy zawsze przed oczyma wyspy Marmary i brzegi Europy i Azyi, które lubo mniéj malarskie jak przy kanale, mają rodzaj piękności prostszy i który wielu bardziéj by się podobał. Zarzuciliśmy kotwicę przy pięknéj bardzo wiosce; składa się ona tylko z jednego meczetu, kaffenhauzu i kilku domów, zbudowanych najprzyjemniejszym w świecie sposobem. Na nieszczęście widokiem kraju tego cieszyć się nie możemy, gdyż powietrze, które zaczynało się w Carogrodzie pokazywać, kiedyśmy z niego wyjechali, okropnie już tu zaczyna grassować równie jak i na całym Archipelagu. Postanowiliśmy nie mieć żadnego obcowania z mieszkańcami; nie jesteśmy atoli zupełnie bezpieczni, gdyż celnicy tureccy chcą koniecznie jutro rano przyjść na nasz okręt: ani mogą pojąć, że się potrzeba strzedz, kiedy gdzie jest powietrze.

Z Dardanellów.
....... Juvat ire, et Dorica castra,
Desertosque videre locos, littusque relictum.
Hic Dolopum manus, hic sævus tendebat Achilles.

Widziałem te miejsca, gdzie leżały obozem wojska Dolopów i okrutnego Achillesa, równie jak wieś, gdzie niegdyś była Troja. Mówią, że chłopi greccy, którzy tam mieszkają, wiedzą wszyscy, że tam było wielkie miasto zburzone przez miłość jednéj niewiasty; lecz ja o tém zapewnić WPani nie mogę, bo wszystko to z mego tylko widziałem okrętu. Strawiliśmy cały poranek, krążąc na kanale Tenedos, gdzieśmy spotkali nie już floty Menelausa i Agamemnona, ale eskadrę hiszpańską, która płynęła do Carogrodu z podarunkami przeznaczonemi dla Sułtana. Widzisz tedy WPani, że dzień ten świetnym zaczął się sposobem, ale się podobnie nie skończył. Nad wieczór powstał szturm, który nas przymusił wnijść do kanału z podartemi żaglami i z linami w dosyć złym stanie.

3. Na morzu.

Straciwszy poranek cały na naprawianiu szkód wczorajszych, puściliśmy się pod żagiel około jedynastéj z rana, i korzystając z dość tęgiego wiatru od północy i zachodu, ku nocy znaleźliśmy się na kanale, który dzieli wyspę Lesbos z brzegami mniejszéj Azyi. Przechodząc się z kapitanem po wierzchu okrętu, usłyszeliśmy głos, który zdał się nam wychodzić z jakiego czółna, którego dla ciemności widzieć niemogliśmy. Lecz głos coraz bardziéj słabiał i zdawał się wołać ratunku; poznaliśmy, że to był człowiek tonący. Kapitan rozkazał natychmiast obrócić okręt i rzucić bat na morze. W rzeczy saméj znaleziono Turczyna, trzymającego się trzech deszczek, związanych zawojem. Położono go koło ognia, i chciano się dowiedzieć o jego przypadkach. Lecz radość, którą czuł, widząc się uratowanym, zmysły mu prawie odjęła, i mowa jego żadnego związku nie miała. Wkrótce potym długiém wycieńczony znużeniem zasnął głęboko; jeżeli jutro będzie w stanie zadosyć uczynić naszéj ciekawości, doniosę Ci o jego przypadkach. Lecz co mi jest trudno wyrazić WPani, to, to ukontentowanie, które mi ten sprawił przypadek, gdyż trzeba go samemu doznać, żeby go pojmować.

4. W Kazdaly.

Turczyn nasz obudził się dziś rano w dość dobrém zdrowiu; piérwsze słowa które wyrzekł, były przejęcia wdzięczności dla kapitana, któremu chcąc się wywdzięczyć, chciał zostać, mówił, niewolnikiem jego. Człowiek ten zowie się Ahmed, jest w służbie jednego Agi z nadbrzeżnego miasteczka zwanego Bajram-Kalasi. Wsiadł był z rana na mały statek chcąc przebyć golf Kazdaly: wiatr łódź jego wywrócił, i z ośmiu ludzi którzy się na niéj znajdowali, jedni wraz zatonęli, drudzy chwycili się deszczek: lecz Ahmed niewiedział co się z nimi stało. On zaś był tak zręcznym, iż rozwinąwszy swój zawój związał nim trzy deszczki i rozebrał się z reszty odzienia, wszystko to pływając. Greczyn jeden mający worek złota uwiązany u szyi, dawał mu go za jednę deszczkę, którą on odmówił. Około południa dwa statki greckie płynęły dość blisko koło niego, ale ratować go nie chciały. Przez dzień cały mnóstwo delfinów pływało koło niego i nabawiło go niemałym strachem, nic mu atoli niezrobiwszy. Nakoniec kiedyśmy go spotkali, już był w wodzie od czternastu godzin. Zimno tak go było przejęło, iż już nie miał siły trzymać się deszczek, i zapewniał nas, iż kwadrans późniéj byłby zapewne zginął. Możesz sobie zatym wnosić, jakeśmy sobie winszowali, żeśmy się tam tak szczęśliwymi znaleźli.
Golf Kazdaly jest piękny bardzo zatok położony przy górze Idzie. Mamy tam ładować drzewo do budowania dla miasta Aleksandryi; gdyż kraj ten jak i wprzódy sławny jest z swych lasów; kupcy którzy je mieli do zbycia, wypłynęli naprzeciw nas w łodziach, żeby pierwszeństwo otrzymać. Niektórzy znajomi byli Ahmeda, i z błogosławieństwami odprowadzili nas aż do portu.

Drugie zdarzenie: Brygantyn niepoczesnéj wcale miny zawinął do zatoku jednego blisko nas. Że Archipelag jest teraz pełen rabusiów, może być że i ten jest z ich liczby, i postanowiliśmy noc całą pod bronią przepędzić.
5. Z Kazdaly.
Dziś rano rozeznawaliśmy statek, który nas wczoraj zastraszył: znalazło się że to był Francuz wiozący niewolników do Carogrodu; statek jego zbudowany podczas wojny przez korsarzów mahońskich, sprawiedliwie bardzo zdał się nam podejrzanym. Bądź zdrowa! zamykam list mój i oddaję go w ręce posłańca tureckiego wcześnie zapłaconego, i lękam się że list ten może WPanią niedojdzie.



LIST XII.
18. Z Kazdaly.

Powiedziałem WPani że miejsce, w którém od dwóch niedziel jesteśmy, jest piękne nadbrzeże u spodu góry Idy, któréj lasy ciągną się aż do morza. Wśród dzikiego tego ustronia są ogrody dość dobrze uprawne jak na kraj. W jednym z nich założyłem mieszkanie moje: altana okryta drzewem i przyparta do domostwa, całe me składa mieszkanie. Opodal jest rzeczka przez którą rzucono kładki: zbudowany tam kafenhauz odbiera chłód od wody, która płynie spodem i przez cień wielkiego klonu, którego gałęzie służą mu za dach. Tam bywają co tydzień targi, gdzie się zbierają wszyscy z okolicy mieszkańcy. Z drugiéj strony rzeki są dwa długie klony, z których jeden służy za schronienie podróżnym, drugi wielbłądom; tak są wielkie, że całą zasłonić mogą karawanę. Z początku, mieszkańcy zdziwili nas miną swą dumną i bronią którą są zawsze okryci, lecz wkrótce poznaliśmy, że to jest najpowolniejszy lud z całych Turek; korzystając z téj znajomości zapuszczałem się z rozkoszą w rozległych dolinach i lasach góry Idy: piękności natury lubo tam hojnie rozrzucone, nie same tylko miały dla mnie powaby. Widziałem tam pola, gdzie szczęśliwy Parys trzód swych pilnował; cedry które Hektor w ręku swych ważył; laur który tu zachował imię Dafny, i wszystkie te rzeczy wzbudzały we mnie pamiątkę starożytności, żywiéj może niż marmury i kolumny. Dzisiaj już porzucamy to miejsce nie bez żalu z mojéj strony przynajmniéj, byłem tam szczęśliwym i kosztowałem téj spokojnéj słodyczy, którą człowiek czuje kiedy się do natury zbliża. Już mamy rozwinąć żagle, i nie czekamy tylko na Kadego z tutejszéj okolicy, który jedzie do Mekki i z nami wsiada na okręt.

20. Na morzu.

Przepłynęliśmy dzisiejszéj nocy między wyspami Moskonis i Lesbos, sławnemi urodzeniem Safy i tym rodzajem miłości, którą niewiasty tureckie przejęły potém od Greczynek. Około południa przeszliśmy między Szio (Chio) i portem Cizme tak nieszczęsnym flocie ottomańskiéj. Znaleźliśmy tam eskadrę kapitana baszy, któremu widok ten nieprzywiódł zapewne przyjemnych wspomnień.

20. Na morzu.
Jeżeli chcesz brzegi archipelagu zwiedzać ze mną, potrzeba najprzód przejść między Samo i Nikari, potym między Nikari i Gatonissi, nareszcie przewieść się na wyspę Kos gdzie wkrótce przybędziem; wątpię bardzo żebyśmy wysiedli na nią, gdyż powietrze panuje tam równie jak na innych wyspach. List ten atoli oddany będzie konsulowi francuzkiemu, i spodziewam się że Cię dojdzie.



LIST XIII.
16. Sierpnia. Z Aleksandryi.
Powietrze silne bardzo było na wyspie Kos, cały prawie dom konsula wymarł: łatwo zatém sądzić możesz, że nie wysiadając na brzeg w dalszą puściliśmy się drogę. Nazajutrz 21 lipca płynęliśmy blisko bardzo miasta Rodu: uczułem tam najpierwszy paroksyzm febry, który tak mię osłabił, że w 24 godziny potym z łóżka wstać nie mógłem; wkrótce potym kawaler Kownacki na tęż samą zapadł chorobę; potym wszyscy moi służący i misyjonarz który się był złączył z nami, w tymże samym znaleźli się stanie. Nie wiem nic, co się działo w przeciągu podróży mojéj z Rodu do Aleksandryi. Przybywszy do miasta tego nie miałem siły wyniść na wierzch okrętu: powlókłem się ku sztabie, lecz zamiast cobym miał widzieć port, słabość moja biały obłok dała mi tylko widzieć; z trudnością powróciłem nazad do łóżka. Porzuciłem okręt za odgłosem armaty, z któréj na honor mój wystrzelono, i która mi tak wzruszyła głowę żem ledwie nie zemdlał. Przyszedłszy do domu konsula, dowiedziałem się, że roskoszne okolice góry Idy którem ci tyle wychwalał, pod najzdradliwszém położone są niebem. Przepędziłem tam niedziel dwie, co więcéj było niżeli potrzeba do chwycenia wszystkich na świecie feber. Lecz nie moja w tém wina, nikt mię nie przestrzegł. Znaleźliśmy tu pomoc jakiéj tylko żądać można: dobrego bardzo lekarza, i w domu konsula tyle starania, ilebym w własnym twoim mógł znajdować; jakoż wkrótce przyszedłem do siebie. Pan Kownacki wraz po mnie ozdrowiał; lecz ludzie moi zaczęli odpadać, i żaden nie był w stanie jechać ze mną do Kairu. Gotuję się teraz do téj podróży, którą w pięć lub sześć dni przedsięwezmę. Już byś mię nie poznała: noszę wielki turban sposobem Druzów; mam głowę ogoloną i suknie egipskie, które różne są wcale od tureckich. Nie mówię Ci ani o kolumnie Pompejusza, ani o wieży Kleopatry, ani o Katakumbach, ani o żadnych starożytnościach aleksandryjskich, o których wszyscy podróżni tyle już mówili.



LIST XIV.
17. Sierpnia. Z Rozetty.

Pisałem do WPani wczoraj, że w pięć lub sześć dni miałem wyjechać do Kairu. W rzeczy saméj było to moim zamysłem; lecz Reis de la Germe któregom zamówił był z Rozetty, i święta Bejramu chciał przepędzić u siebie; dla tego dziś dopiero rano ruszyłem. Płynęliśmy ośm mil ciągiem nieurodzajnego nadbrzeża, nakoniec weszliśmy do Boghaz przy ujściu Nilu. Przejście to niebezpieczne jest z przyczyny wyspu piaszczystego, który się w samym wstępie znajduje; jest tam zawsze sternik nadbrzeżny, który daje znaki podług których statki kierują się. Mimo tych wszystkich ostrożności trąciliśmy o brzeg; lecz wody Nilu tak już wysoko wezbrały, żeśmy się z łatwością nazad zepchnęli.
Kraj od Boghaz aż do Rozetty przedziwnéj jest piękności; nadto położony jest obok piaszczystéj pustyni, i przejście z jednego do drugiego tak jest raptowne, że się prawie cudem być zdaje. Rozetta lepiéj jest zabudowana jak Aleksandryja, zdaje się być także zamożniejszą i w proporcji bardziéj ludną, lubo powietrze więcéj jak trzecią część obywateli wytępiło téj wiosny. Zaprowadzono mię dziś wieczór do ogrodu Abu Hassana, który uchodzi za najpiękniejszy w całém mieście. Jest to las z drzew kokosowych, bananowych, jazminów arabskich i innych krzewów nieznanych w Europie; ścieszki, mające po obu stronach strumyki, przecinają je; oko zdaje się w nich odkrywać myśl dzikich przechadzek. Lecz ludzie ci szczepią tylko żeby mieć cień, kwiaty i owoce; i mniéj dobrze czyniliby zapewne, gdyby inne mieli zamysły.

20. Na Nilu.

Dziś wieczór puściliśmy się do Kairu. Nigdy żegluga przyjemniejszą mi się niezdała. Wody Nilu które się już wznoszą równo z brzegami, odkrywają nam zewsząd pola w wielkiéj bardzo rozległości: wszędzie widać lasy palmowe, sykomorowe, pola okryte ryżem których złocona zieloność nic nam podobnego w krajach naszych niewystawia; nakoniec mnóstwo niezmierne wsiów, któreby zadziwiały, gdyby niebyło wiadomo, że cała ludność egipska skupiona jest nad brzegami dobroczynnéj téj rzeki. Dzień schyla się ku wieczorowi; dobywają broń i gotują się straż pilną czynić, gdyż tylu jest rozbójników na Nilu jak na jakimkolwiek bądź morzu.

22. W Bułak.

Od dwóch dni febra gwałtownym znowu porwała mię sposobem i wiele przyjemności podróży mojéj odjęła. Późno dosyć przybyliśmy do Bułak, miasteczka które służy za port stolicy Egiptu, i które nawet uważane jest jak jedno z jego przedmieść. Nocować będę u jednego z kupców weneckich, do którego jestem zalecony. Pierwsza rzecz która mię zadziwiła, wchodząc do niego, była sala do przyjęcia bez dachu i sufitu; lecz część ta budowy niepotrzebna jest w kraju, w którym zaledwie raz co dwa lata deszcz pada, i to słabo bardzo.

23. Z Kairu.

Wjazd mój do Kairu niewystawił mi bynajmniéj przyjemnych obrazów; od miesiąca głód grasuje w niezmierném tém mieście. Tę plagę Niebios okropną, którąm znał chyba z opisania dziejopisów, widziałem tutaj w całéj swéj okropności. Skąpstwo bejów, którzy wyprowadzać kazali zboże w tenczas kiedy go było najmniéj, nieszczęście to sprowadziło. Tak szkodliwe rozporządzenie podniosło zaraz zboże dziesięć razy wyżéj, niźli jest zwyczajna jego cena. Gdy się lud o tém dowiedział, zebrał się do meczetów, przeklinał swych panów i błagał Niebios ażeby mu zesłały powietrze, aby to jednym ciosem zakończyło wszystkie jego cierpienia. Tyle tylko pozwoliła sobie cała duszy jego sprężystość. Teraz ulice zasłane są starcami, kobietami, dziećmi nagiemi, wycieńczonemi przez głód i zeszpeconemi przez okropne wychudzenie. Napróżno jest dawać jałmużnę, bo ta kłutnie tylko rodzi, i najmocniejszy wydziera ją temu, który najbardziéj jéj potrzebuje a któremu słabość niedozwala się bronić. Mimo tego wszystkiego bogaci żyją w obfitości; lecz nie wszystkim jest dano w tak smutnych okolicznościach dostatków nawet swobodnie używać.

Okna moje obrócone są na ulicę zwaną Kalisz, w téj porze roku w całym Kairze najbadziéj uczęszczaną. Najwięcéj jest na niéj przechodzących się kuglarzów, którymi słynie to miasto. Widziałem tam ludzi tańcujących z zwierzęciem na kształt małpy z długim ogonem, które zdaje mi się że P. Buffon nie znał, drugich bijących się z żmijami mającemi więcéj jak dziesięć stóp długości, innych skaczących przez ciasne obręcze najeżone w koło sztyletami. Lecz widowisko najbardziéj w Kairze wzięte, jest Raguasów czyli tancerek, które po większéj części są dość ładne, co jest rzadko między egipskiemi kobietami. Twarz mają odkrytą, włosy rozpuszczone, obnażone są aż po pas, i tańce ich bardziéj się jeszcze zbliżają do prawdy, niż tańce tureckie. Obok tych ksieni lubieżności, niewiasta jedna okazała mi dziecko, które dopiéro skonało z głodu, drugie zgłodniałe niemogące się utrzymać na nogach, opierały się o mur i tak się do okien moich zbliżały; niektóre w pół drogi padały na ziemię. Wyrzuciłem pieniędzy przez okno; lecz hojność ta zły skutek sprawiła: gdyż wszyscy z téj części miasta żebracy oblegli mój dom, i jeszcze pod nim stoją, wydając okropne krzyki. Ulica, o któréj mówię, przemieniona będzie jutro w kanał i napełniona wodami Nilu, którą tutaj z największą wprowadzają uroczystością. Celem téj uroczystości jest uwiadomić pospólstwo: że Nil zwyczajne swe dopełnił wezbranie. Jeżeli obchód ten tak jest ciekawy jak powiadają, nieomieszkam uwiadomić o tém WPanią.



LIST XV.
24. Z Kairu.
Uroczystość była bardzo okazała; ulice, okna i dachy napełnione pospólstwem. Gdy woda nie prędko przychodziła, lud ukazywać zaczął niespokojność, lecz obfitość jéj wkrótce wszystkich zaspokoiła; lud ten nieszczęśliwy radosne wydawał krzyki, niepomnąc, że głód znaczną ich część wytępi, nim się doczekają tak pożądanego żniwa. Nic wyrównać nie może zabobonnemu uszanowaniu mieszkańców egipskich dla rzeki, która ich karmi. Niektórzy za największe mieli sobie ukontentowanie przechodzić we wszystkie strony mętną tę wodę. Matki zanurzały w niéj dzieci i wyciągały je potém czarne jak ropuszki. Tłum wtenczas się dopiero rosprószył, gdy wezbrana woda do ustąpienia go przymusiła. Od tego czasu Kalisz okryty był kształtnemi łodziami, których przewoźnicy nucą pienia mało co odmienne lecz miłe do słuchania, i nic w sobie nie mające ostrości i przykrości muzyki tureckiéj. Basza i pierwsi bejowie przytomni są przy otwarciu Kalisza, i uznają na piśmie, jako woda weń weszła; gdyż inaczéj Sułtan żadnego z Egiptu nie mógłby się domagać podatku. Lecz wszystko to czczym tylko jest obrządkiem; gdyż bejowie zachowują zarówno dla siebie wszystkie przychody, i nic wcale do Carogrodu nie posyłają.



LIST XVI.
6 Września. W Kairze.
Jeszcze i ten list poświęcony jest na opisanie Ci jednéj w tém mieście uroczystości. Karawana z Mekki wyjechała dziś rano w towarzystwie odziaków, bejów, rozmaitego żołnierstwa i wszystkich sekt, które są w Kairze cierpiane. Porządek wychodu tego przepisany był jeszcze przez Selima II, podczas podbicia Egiptu, i dotąd zwyczaje wieku owego zachowują się: widać tam pancerze okryte tygrysowemi skórami, szale zawijające głowy i twarze i igrające na powietrzu, tarcze, kołczany nasadzane drogiemi kamieniami, strzały pozłacane i giętkie dżyrydy, jakie były w zwyczaju u dawnych Arabów. Między przedniejszemi sektami, najciekawszą była sekta Mahwisów, znana niegdyś pod nazwiskiem Ophiophagów czyli pożeraczów węży. Każdy z nich trzymał w ręku garść gadu tego, i pożerał je z wykrzywianiami właściwemi bardzo do zjednania im uwagi i uszanowania pospólstwa; lecz najpierwszy cel powszechnego nabożeństwa był wielbłąd, niosący na sobie mahmal, rodzaj namiotu bogato szytego, który ma w sobie niby zawierać i nieść do Mekki modlitwy wszystkich dobrych Muzułmanów. Za tym wielbłądem następowała zaraz chorągiew Mahometa, i cały ten pochód wspaniale zamykała. Co do nas, największém naszém było ukontentowaniem, żeśmy wszystko bez przypadku widzieli; bo lubo starannie bardzo kryliśmy się za żaluzyje, zawoje nasze sposobem Druzów i postać cudzoziemska, ściągnęły na nas uwagę młodych Mameluków, którzy z pobliższego dachu rzucali na nas zielone pomarańcze i kamienie z szparkością, która prawdziwie czyniła honor zręczności ich w téj sztuce. Zerchilisowie za najprzyjemniejszą także wzięli sobie zabawkę, wypuszczać do okien naszych strzały; lecz żadna nie doszła do nas, i szczęśliwie powróciliśmy do domu.



LIST XVII.
9go.

Panujący bejowie Ibrahim i Murad odprowadzali karawanę aż do drugiéj stacyi, to jest, o trzy mile od miasta. Mówią, że pobożność była tylko pozorem kroku tego, który ukrywa początek wojny między dwoma panującymi. Twierdzą, że znaczną część skarbów swoich pochowali pod siodła dromaderów, i że ludzie z ich służby pod sukniami noszą pancerze. Nowiny te wzbudziły wiele niespokojności w kupcach Frankach, którzy, jakikolwiek będzie kłótni tych koniec, nie mogą jak tylko szkodować przez znaczne summy, które mają u ludzi z obu tych partyi. Ten, u którego mieszkam, najznaczniejszą część majątku swego ma w ręku Murada; łatwo zatém wnosić możesz, że za nim są wszystkie nasze życzenia.

12go.

Wojna wybuchnęła nakoniec między dwoma bejami. Ibrahim widząc, że partyja jego była słabszą i że zmniejszała się codziennie, oświadczyć kazał Muradowi, ażeby na los bitwy puścić kłótni ich rozstrzygnienie. Murad lubo znany za bardzo odważnego, odrzucił ten sposób i stanął w Athalnabie o milę od Kairu. Ibrahim powrócił do miasta, opanował bramy zamku, gdzie się z nim partyzanci jego złączyć mają. Lękamy się, ażeby bitwa w samém nie stoczyła się mieście, i żeby pospólstwo przyciśnione głodem, korzystając z tego zamieszania, nie porwało się do buntu. Już się zdaje Frankom, że magazyny ich rabują, i wszyscy w głowę zachodzą.

13go.
Dziś rano dowiedzieliśmy się, że Ibrahim niemogąc zebrać jak sześćset lub siedmset ludzi, którym się mógł powierzyć, przedzierając się przez pustynie Szarbu, chroni się w wyższym Egipcie. Murad wszedł do miasta i kazał się ogłosić Szeik Albeld, czyli monarchą kraju całego. Z téj okoliczności dom nasz zapalił ognie radosne. Taki był koniec téj rewolucyi, która nas wielce obchodziła: korzystając z spokojności, która panuje w kraju, puszczę się w drogę, żeby widzieć Piramidy, i nieomieszkam oznajmić Ci, com widział i jakim sposobem widziałem.



LIST XVIII.
26. Z Kairu.

Najpierwszy raz postrzegłem Piramidy, kiedy płynąc z Rozetty do Kairu, stanąłem u brzegu Delty. O dziesięć mil byłem od nich odległy, gdy mi się zdawały jak góry, których białość oznaczała wielką bardzo wyniosłość. Straciłem je z oczu, przybliżając się do Kairu, i nieodkryłem je jak przy Gizeh. Odległość wsi téj od Piramid jest o trzy mile, a zdaje się, że niemasz więcéj jak sześćset kroków. Doskonale rozeznawać mogłem różne ich spojenia aż do rozdziałów nawet kamieni, które zdawały mi się naówczas wielkości naszych cegieł, i oczy moje mierząc wysokość tych gmachów na téj fałszywéj skali, nic w nich nie znajdowały dziwnego. Toż samo zdarzyło mi się u świętego Piotra w Rzymie, i zdarzyć się koniecznie powinno na widok każdéj budowy, kiedy doskonała proporcyja części onéj, nie zostawia objektu porównania, podług którego możnaby sądzić o wielkości gmachu całego. Żeby więc poznać wielkość Piramid, trzeba przystąpić aż do ich podstawku czyli basis, natenczas szczyt ich znika powoli i niewidać jak tylko stósy niezmiernych kamieni, o których z początku tak się źle sądzi. Natenczas jeżeli chcemy objaśnić rachubą nie mylne już zmysłów świadectwo, znajdziemy, że liczba tych kloców wynosi na trzykroć trzydzieści i trzy tysiące trzysta sześćdziesiąt i siedm, które składają massę z sześćdziesięciu tysięcy sześćset stóp kubicznych. Natenczas choćby się człowiek najbardziéj oddalał, umysł uderzony tą liczbą, saméj niezmierności wystawuje sobie obraz i zachowuje go na zawsze.
Arabowie wiedząc, że przejeżdżający radzi są pisać imiona swoje na wnijściu Piramidy, przynieśli mi kolec, którym ja wyryłem ten wiersz z poematu Ogrodów:

Gmachy te niewzruszone sam czas zmordowały.

Jakimże budowlom bardziéj jest ten napis właściwy? Trzydzieści wieków zaledwie kilka ich ukruszyły kamieni. Trzęsienia ziemi jednego ich nierozdzieliły spojenia. Kąt ich pochyłości tąż samą mocą ciężarną, którą się psują wszystkie ludzkie budowy, coraz ich bardziéj utwierdza. Złączone usiłowania całéj Egiptu ludności nie wystarczyłyby dzisiaj do zrównania ich z ziemią, która je dźwiga, i kto wie, jeźli sama natura z zazdrością patrząc, że dzieła sztuki w trwałości dziełom jéj wyrównywają, do zniszczenia ich miałaby dosyć sposobów? Takie wrażenie widok Piramid sprawił we mnie: znajdziesz może, że z nadto wielkiém mówię o nich uniesieniem, i łatwo się na to zgodzę; ale któraż jest dusza dość nieprzystępna uczuciom zadziwienia, któraby się od nich na widok ten zbronić mogła? i kiedyż uniesieniu temu łatwiéj darować można? Znam jednak, że pióro podróżnego równie w opisaniach swych wierne, jak kréślący widoki ołówek, nie powinno się zaciekać nad to co widzi: spieszę się więc i właściwy opisywania powracam mu sposób. Wielka Piramida otoczona była małemi, których podstawki czyli bazy trwają dotąd. Łatwo rozeznać można położenie téj, którą Herodot twierdzi, że zbudowana była przez córkę Cheopsa kosztem jéj kochanków, którzy za każdy jéj fawor płacili sztukę kamienia etyjopskiego. Piramida ta podług tego autora miała tylko 67 i pół stopy basis, nie równie zatém była mniejszą od téj o któréj mówiliśmy; lecz przekonałem się, iż to było dla tego, że kamienie jéj były mniejsze, nie zaś że mniéj ich było. Z tém wszystkiém biorąc tylko połowę miary którąśmy wymienili, będziem mieli sto sześćdziesiąt i siedm tysięcy trzysta ośmdziesiąt i trzy faworów i pół. Summa dla młodéj księżniczki dosyć znaczna!
O trzysta kroków od Piramid widać kolossalny posąg Sfinksa, czyli raczéj głowę tego posągu, gdyż reszta zasypana jest piaskiem. Głowa ta tak jest ogromna, że cała nasza mała karawana wygodnie wcale pod jéj schroniła się brodę.

Życzyłem sobie bardzo wnijść na wierzchołek najwyższéj z tych Piramid, z kąd, jak na mappie geograficznéj, mógłbym był widzieć cały Egipt roztoczony pod nogami mojemi. Rzecz nie jest tak trudna, lecz siły moje nie pozwoliły mi jéj przedsięwziąść; z trudnością nawet przyszło mi wewnątrz téj Piramidy dostać się do grobu Faraona; strawiłem siedm czy ośm godzin na rysowaniu tych niezmiernych wielkości egipskiéj pamiątek. Zakładałem sobie raz jeszcze do nich powrócić; lecz za powrotem do Gizeh postrzegłem, że słońce przepaliło mi pół twarzy, i żem miał krew całą zburzoną. Nazajutrz febra mię znowu porwała, i powróciłem do Kairu. Jeżeli gorycze zwyczajny swój uczynią skutek, za trzy dni będę w stanie puszczenia się do Aleksandryi z warunkiem zachorowania na febrę za najpierwszém zdarzeniem. Bądź zdrowa: każdy krok który odtąd uczynię, przybliżać mię będzie do Ciebie.



LIST XIX.
8. Października, Z Aleksandryi.
Pierwszego października przyjechaliśmy do Bułak; następującéj nocy rozbójnicy morscy krążyli koło nas, lecz że gorzéj byli uzbrojeni jak my, nie śmieli na nas uderzyć. Tegoż samego dnia przybiliśmy do Rozetty. Nazajutrz Arabowie wpadli zbrojno aż na same przedmieście. Kawaler Kownacki, który się na ów czas przechodził, ledwie w ręce ich nie wpadł.
Aleksandryja, w któréj od dwóch dni bawiemy, ledwie nie doznała równego jak sam głód nieszczęścia; mieszkańcy ledwie nie poumierali z pragnienia, a to takim sposobem: miasto to położone jest wśród piaszczystéj pustyni, o dwie mile odległe od Nilu i od wszelkiéj wody słodkiéj. Aleksander chcąc w tém miejscu stolicę państwa swego założyć, zapobiegł téj niewygodzie wykopaniem kanału, który sprowadzał wody Nilu i razem służył do spławu wszelkich towarów. Kanał ten zatkany powoli przez niedbalstwo mieszkańców, wtenczas się tylko napełnia, kiedy wody znacznie wzbiorą. Na ten czas każdy przekopuje sobie rowy dla napojenia gruntu swego; że zaś wszystkim udzielić téj wody potrzeba: spustu tego do Aleksandryi czynić nie można jak tylko przez tydzień, co ledwie wystarcza do napełnienia ich studni, i do tego potrzeba posyłać żołnierzy: bo Arabowie, których role leżą odłogiem, gdy nie są skropione, zaraz ją do siebie zwracają. Tą razą Kiaszef, przełożony nad tą robotą, bardzo był przywiązany do Ibrahim Beja, dowiedziawszy się o nieszczęściu pana swego, pobiegł natychmiast złączyć się z nim w wyższym Egipcie i kanał cały zostawił na łup Arabom. Ci natychmiast porobili przekopy, i nieszczęśliwi Aleksandryjczykowie, widząc przez trzy czyli cztéry godziny biegącą wodę do ich studzien i razem zatrzymującą się, w okropną wpadli rozpacz. Cudzoziemcy chcieli się przenieść do Rozetty; lud narzekał, powstała wojna domowa między przedniejszymi miasta, gdyż jedni chcieli uderzyć na Arabów, drudzy posłać do nich z podarunkami. Szczęściem Murad Bej zawczasu dowiedział się o tym przypadku, i kazał powtórnie napełnić kanał tyle, ile spadek Nilu pozwalał. Kiedyśmy przybyli do Aleksandryi, obywatele już z pierwszéj ochłonęli bojaźni, lubo i mało i złéj tylko spodziewali się wody, już się umrzeć z pragnienia nie lękali.



LIST XX.
8. Listopada. Na morzu.
Trzynastego października wsiadłem na statek wenecki zwany Niewinny, płynący do Wenecyi. Nazajutrz rozwinęliśmy żagle, 22. odkryliśmy brzegi Kandyi; 29. przy zachodzie słońca dwa statki które przez cały dzień razem z nami odprawiały podróż, raptem obróciły się i zdawało się że nas między siebie wziąć chciały. Obraz ten tym bardziéj zdawał się nam być podejrzanym, że Wenecyjanie są właśnie w wojnie z rządem tunizańskim. Ludzie nasi niewątpili, iż statki te były z tego narodu: lubo nie równi w siłach, zaczęli o obronie myśleć. Ja nie myślałem, jak tylko o odwiedzeniu dawnych przyjaciół mych w Tunis, i niewola w tym kraju nie trwożyła mię bynajmniéj; lecz nazajutrz nie ujrzeliśmy już więcéj tych okrętów, czyli to że przez noc straciły nas z oczu, czyli też, co jest pewniejsza, były to tylko kupieckie okręty, i że cel ich obrotów był, przybliżyć się do lądu i wziąść nowy punkt odbicia na morze. Reszta podróży naszéj nic nam nie wystawiała ciekawego. We trzy dni przepłynęliśmy przez golf wenecki; już jesteśmy przed Wenecyją i z podniesieniem morza do portu jéj wnijdziemy: znajdę tam listy od Ciebie, i to jest zapewne największe ukontentowanie, które mię tam czeka.



P. S. Niech mi tu wolno będzie kilka słów poświęcić wdzięczności, umieszczając imiona tych, którzy w podróży téj przyjęli mię z grzecznością wrodzoną krajom, w których mieszkają, i z grzecznością tego, w którym się urodzili.
Pan Du Rocher generalny konsul francuzki w Tunis.
P. Mure konsul generalny francuzki w Aleksandryi.
P. Mangalon kupiec francuzki w Kairze.
Jeszcze jedno imie zasługuje na hołd wojażujących, i tych którzy opisywania ich czytać lubią: mówię o P. Volney. Miłość prawdy złączona z rzadkim obserwacyi talentem, wyłączają go z liczby rodzaju tego pisarzów, i wynoszą go nad wszystkie pochwały.

Przypisy

  1. Julija z książąt Lubomirskich hrabina Potocka umarła d. 26 sierpnia 1794; pochowana na zamku w Krakowie. Po jéj śmierci pojął Jan hr. Potocki około roku 1799 w małżeństwo Konstancyją hrabiankę Potocką, córkę Szczęsnego, osobę cnót znakomitych, która żyje w Rogalinie, będąc teraz udową po nieodżałowanéj pamięci Edwardzie hrabi Raczyńskim.
  2. W czasie téj żeglugi nadpowietrznéj, gdy się podróżni wzbili do znacznéj wysokości; piec tak był rozpalony, że groził spłonieniem całego balonu. Turczyn ze strachu chciał wyskoczyć; lecz Potocki nabitym pistoletem nakazał mu jąć się wspólnie do wideł żelaznych, ażeby zrzucić rozżarzony piec z kraty; co jedynie życie ich uratowało.
  3. Artur hr. Potocki pułkownik wojsk polskich i adjutant księcia Józefa Poniatowskiego, urodzony 27 marca 1787, umarł w Wiédniu d. 30 stycznia 1832 r. z niewymownym żalem mieszkańców Krakowa, którym wiele dobrego świadczył. Znany jest także jako autor dzieła: Fragmens de l'histoire de Pologne Marina Mniszech, par M. le Comte Arthur Potocki. I re livraison. à Paris chez Delaunay libraire (imprim. de Chaignieau) 1830; w 8ce, st. 212 z ryciną.
  4. Bernard hr. Potocki wydał: Voyage dans une partie de l'Italie. Posen (Munk) 1825; w 8ce.
  5. W dziele: Pisma historyczne Michała Balińskiego, Warszawa 1843. Tom III str. 137 — 209. Wizerunki i roztrząsania naukowe. Wilno 1835 Nr. VI, st. 66 — 135.
  6. Wielbłąd.
  7. Ogień.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Potocki.