Kandyd, czyli Optymizm/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Kandyd, czyli Optymizm
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
KANDYD
CZYLI OPTYMIZM[1].
DZIEŁO PRZEŁOŻONE Z NIEMIECKIEGO RĘKOPISU
DOKTORA RALFA[2],
Z PRZYCZYNKAMI, ZNALEZIONYMI W KIESZENI TEGOŻ DOKTORA,
ZMARŁEGO W MINDEN, R. P. 1759.

I. Jak Kandyd chował się w pięknym zamku i jak go stamtąd wygnano.

W Westfalii[3], w zamku barona de Thunder-ten-tronckh, żył młody chłopiec, którego natura obdarzyła charakterem najłagodniejszym w świecie. Fizyognomia odbijała jego duszę. Posiadał dość zdrowy sąd o rzeczach, przy dowcipie wszelako niezmiernie prostym; mniemam, iż dla tej przyczyny dano mu imię Kandyda. Starzy słudzy podejrzewali że jest on synem siostry barona, oraz pewnego zacnego i godnego szlachcica z sąsiedztwa, którego ta panna uparcie wzbraniała się zaślubić, ponieważ mógł się wywieść zaledwie z siedmdziesięciu jeden pokoleń, reszta zaś drzewa genealogicznego gubiła się gdzieś w odmęcie czasów.

Baron był jednym z najpotężniejszych panów w Westfalii, zamek jego bowiem posiadał drzwi i okna. Główna komnata ozdobiona była nawet dywanami. Zebrawszy wszystkie psy z obejścia, można było, w potrzebie, utworzyć coś nakształt sfory; chłopcy stajenni byli masztalerzami, miejscowy wikary wielkim jałmużnikiem. Wszyscy tytułowali barona „Jego Dostojnością“ i śmiali się z jego konceptów.
Pani baronowa, która ważyła około trzystu pięćdziesięciu funtów, zażywała z tej przyczyny wielkiego poważania; czyniła zaś honory domu z godnością jednającą jej tem większy szacunek. Córka, Kunegunda, licząca siedmnaście wiosen, była rumiana, świeża, pulchna i apetyczna. Syn okazywał się we wszystkiem godny ojca. Preceptor Pangloss[4] był wyrocznią domu, a mały Kandyd słuchał jego nauk z dobrą wiarą właściwą jego wiekowi i naturze.
Pangloss wykładał tajniki metafizyko-teologo-kosmolo-nigologii. Dowodził wprost cudownie, że niema skutku bez przyczyny i że, na tym najlepszym z możliwych światów, zamek JW. Pana barona jest najpiękniejszym z zamków, pani baronowa zaś najlepszą z możliwych kasztelanek.
„Dowiedzione jest, powiadał, że nic nie może być inaczej; ponieważ bowiem wszystko istnieje dla jakiegoś celu, wszystko, z konieczności, musi istnieć dla najlepszego celu. Zważcie dobrze, iż nosy są stworzone do okularów; dlatego też mamy okulary. Nogi są wyraźnie utworzone po to, aby były obute, dlatego też mamy obuwie. Kamienie są na to, aby je ciosano i budowano zamki; dlatego Jego Dostojność pan baron ma bardzo piękny zamek: największy baron w okolicy musi mieć najlepsze mieszkanie. Świnie są na to aby je zjadać; dlatego mamy wieprzowinę przez cały rok. Z tego wynika, iż ci, którzy twierdzili że wszystko jest dobre, powiedzieli głupstwo; trzeba było rzec, iż wszystko jest najlepsze“.
Kandyd słuchał uważnie i wierzył w prostocie ducha; panna Kunegunda wydawała mu się bowiem bardzo urodziwa, mimo iż nigdy nie odważył się jej tego wyznać. Wnioskował, iż, po szczęściu urodzenia się baronem de Thunder-ten-tronckh, drugim stopniem szczęścia jest być panną Kunegundą; trzecim, widywać ją codziennie; czwartym zaś słuchać mistrza Panglossa, największego filozofa w okolicy, a tem samem na całej ziemi.
Jednego dnia, Kunegunda, przechadzając się wpodle zamku po małym lasku który nazywano parkiem, ujrzała, w gęstwinie, doktora Panglossa, jak dawał lekcyę eksperymentalnej fizyki pokojówce jej matki, fertycznej brunetce, bardzo ładnej i przystępnej. Ponieważ panna Kunegunda miała z natury wielką ciekawość do nauk, przyglądała się, z zapartym oddechem, owym kilkakroć ponawianym doświadczeniom; ujrzała jasno przekonywującą argumentacyę doktora, przyczyny i skutki, i wróciła do domu wzruszona, zadumana, wskróś przenikniona chęcią poświęcenia się naukom. Myślała przytem, że ona mogłaby snadnie być skutecznym argumentem dla młodego Kandyda, on zaś nawzajem dla niej.
Spotkała Kandyda wracając do zamku i poczerwieniała; Kandyd poczerwieniał również. Rzekła mu, przerywanym głosem, dzień dobry; Kandyd odpowiedział, nie wiedząc sam co mówi. Nazajutrz, po obiedzie, kiedy wstawano od stołu, Kunegunda i Kandyd znaleźli się za parawanem; Kunegunda upuściła chusteczkę, Kandyd podniósł; wzięła go niewinnie za rękę; chłopiec ucałował niewinnie rękę panienki, z żywością, uczuciem, wdziękiem nie do opisania; usta ich się spotkały, oczy zapłonęły, kolana zaczęły drżeć, ręce zabłąkały się. Baron Thunder-ten-tronckh przechodził koło parawanu, i, widząc tę przyczynę i skutek, wypędził Kandyda z zamku paroma kopnięciami w pośladki. Kunegunda zemdlała; kiedy przyszła do siebie, otrzymała silny policzek od baronowej; tak wszystko zamąciło się w najpiękniejszym i najmilszym z możebnych zamków.


II. Jak Kandyd dostał się między Bułgarów.

Kandyd, wypędzony z raju ziemskiego, szedł długo, nie wiedząc dokąd, płacząc, podnosząc oczy ku niebu, obracając je często ku najpiękniejszemu z zamków, który zawierał najpiękniejszą z baronówien. Położył się, bez wieczerzy, w szczerem polu, w bruździe między zagonami; śnieg padał wielkimi płatami z nieba. Nazajutrz, przemarznięty do szpiku, Kandyd zawlókł się do sąsiedniej wsi, noszącej miano Valberghoff-trarbk-dikdorff, bez pieniędzy, umierając z głodu i znużenia. Zatrzymał się smutno u wrót gospody. Dwaj ludzie, błękitno ubrani, zwrócili nań oko. „Patrz, kamracie, rzekł jeden, oto doskonale zbudowany chłopak; ręczę, że ma przepisaną miarę“. Podeszli i zaprosili bardzo uprzejmie Kandyda na obiad. „Panowie, rzekł Kandyd z uroczą skromnością, świadczycie mi wiele zaszczytu, ale nie mam czem zapłacić cechy“. — Och, panie, rzekł jeden z błękitnych, osoby pańskiej powierzchowności i zalet nie płacą nigdy za nic: czyż nie posiadasz pięciu stóp i pięciu cali wzrostu? — Tak, panowie, w istocie, to moja miara, odparł z ukłonem. — Och, drogi panie, siadaj z nami; nietylko wyrównamy za ciebie rachunek, ale nigdy nie ścierpimy aby człowiekowi takiemu jak pan miało kiedykolwiek braknąć pieniędzy; toć pierwszym obowiązkiem ludzi jest pomagać sobie wzajem. — Macie słuszność, odparł Kandyd; toż samo powiadał zawsze mistrz Pangloss: widzę, że, w istocie, wszystko jest jak najlepiej“. Proszą go aby przyjął kilka talarów; bierze i chce wystawić oblig; nie przyjmują, siadają wraz z nim do stołu. „Powiedz, czy kochasz tkliwie...? — Och, tak, odpowiedział, kocham tkliwie pannę Kunegundę. — Nie, odparł jeden z nieznajomych; pytamy, czy kochasz tkliwie króla Bułgarów[5]? — Ani trochę, odpowiedział; nie widziałem go na oczy. — Jakto! ależ to czarujący monarcha; trzeba wypić jego zdrowie. — Och, bardzo chętnie, owszem“. Pije. “Wystarczy; powiadają mu, oto jesteś ostoją, podporą, obrońcą, bohaterem Bułgarów; los twój zapewniony, sława niezawodna“. Wkładają mu natychmiast kajdany na nogi i prowadzą do pułku. Każą mu się obracać w prawo, w lewo, brać broń na ramię, zdejmować, mierzyć, strzelać, podwajać krok, i sypią mu trzydzieści kijów; nazajutrz wykonywa to samo mniej niezdarnie i dostaje tylko dwadzieścia; trzeciego dnia rzepią mu tylko dziesięć, a towarzysze patrzą nań jak na młody fenomen.
Kandyd, oszołomiony, nie pojmował jeszcze zbyt dobrze profesyi bohatera. Pewnego pięknego dnia wiosennego, wpadło mu do głowy puścić się na przechadzkę. Kroczył swobodno przed siebie, w mniemaniu, iż jestto przywilejem rodzaju ludzkiego, jak i bydlęcego, posługiwać się własnemi nogami wedle upodobania. Nie uczynił ani dwóch mil, kiedy oto dopadło go czterech innych sześciostopowych bohaterów: wiążą go i prowadzą do więzienia. Zapytano go, wedle form prawnych, czy woli przejść trzydzieści sześć razy przez rózgi przez cały pułk, czy też otrzymać naraz dwanaście kul w mózgownicę. Próżno przedkładał, iż każdy człowiek posiada wolną wolę, i że on, osobiście, nie życzy sobie ani tego ani tego; trzeba było wybierać. Owóż, mocą owego daru boskiego, który nazywa się wolnością, namyślił się przejść trzydzieści sześć razy przez rózgi: odbył dwie takie przechadzki. Pułk liczył dwa tysiące ludzi; to wyniosło cztery tysiące rózeg, które, od karku aż do pośladków, obnażyły mu wszystkie mięśnie i nerwy. Gdy przyszła chwila trzeciej przechadzki, Kandyd, przywiedziony do ostateczności, poprosił, jako o łaskę, aby mu raczono strzelić w łeb; uzyskał ten fawor; zawiązują mu oczy i każą uklęknąć. W tejże chwili, przejeżdza król Bułgarów, pyta o zbrodnię delinkwenta; że zaś był to król obdarzony niepospolitym geniuszem, zrozumiał, ze wszystkiego co usłyszał o Kandydzie, że młody ten metafizyk bardzo jest nieświadomy spraw tego świata; jakoż ułaskawił go, ze wspaniałomyślnością, którą będą wysławiać wszystkie dzienniki i po wszystkie wieki. Dzielny chirurg uleczył Kandyda w trzy tygodnie, zapomocą maści przepisanych przez Dioskorydesa. Miał już nieco skóry i mógł chodzić, kiedy król Bułgarów wydał bitwę królowi Abarów.


III. Jak Kandyd umknął z pomiędzy Bułgarów i co mu się przytrafiło.

Nie można sobie wyobrazić nic równie pięknego, sprawnego, świetnego, równie dobrze wyćwiczonego jak obie armie. Trąby, piszczałki, oboje, bębny, armaty, tworzyły harmonię, jakiej nie słyszano ani w piekle. Zrazu, armaty obaliły po sześć tysięcy ludzi z każdej strony; następnie, strzelanina uprzątnęła z najlepszego ze światów dziewięć do dziesięciu tysięcy hultajów, którzy zanieczyszczali jego powierzchnię. Bagnet również uporał się z paroma tysiącami: wszystko razem mogło sięgać jakich trzydziestu tysięcy dusz. W czasie tych heroicznych jatek, Kandyd, który trząsł się jak szczery filozof, ukrył się jak mógł najtroskliwiej. Wreszcie, podczas gdy obaj królowie kazali śpiewać, każdy w swoim obozie, Te Deum, powziął postanowienie aby udać się gdzieindziej roztrząsać problemy przyczyn i skutków. Okraczając całe sterty trupów i umierających, dotarł do sąsiedniej wioski; zastał kupę popiołów; była to wieś abarska, którą Bułgarzy spalili, wedle ustaw prawa publicznego. Tu, pokłuci ranami starcy patrzyli, jak żony ich, pozarzynane, konały w męczarniach, tuląc dzieci do zakrwawionych piersi; tam, dziewczyny z porozpruwanymi brzuchami, nasyciwszy naturalne popędy bohaterów, wydawały ostatnie tchnienie; inne, wpół spalone, krzyczały aby je dobito. Mózgi walały się po ziemi, obok poucinanych rąk i nóg.
Kandyd umknął, co miał tchu, do dalszej wioski: należała do Bułgarów, i bohaterowie abarscy obeszli się z nią tak samo. Ciągle stąpając po drgających członkach lub po zwęglonych zgliszczach, wydostał się wreszcie poza teatr wojny, niosąc w tornistrze nieco zapasów i nie zapominając ani na chwilę o pannie Kunegundzie. Wiwenda skończyła się właśnie kiedy dotarł do Holandyi; ale, ponieważ słyszał iż jestto kraj bogaty i chrześcijański, nie wątpił że znajdzie przyjęcie równie dobre jak ongi w zamku barona, zanim go stamtąd wygnano za sprawą pięknych oczu Kunegundy.
Zwrócił się do kilku poważnych obywateli z prośbą o jałmużnę; odpowiedzieli jednomyślnie, iż, jeżeli będzie dalej uprawiał to rzemiosło, będą zniewoleni oddać go do domu poprawy, iżby się nauczył przyzwoitości.
Zwrócił się następnie do człowieka[6], który, dopiero co, wobec wielkiego zgromadzenia, rozprawiał przez godzinę o miłosierdziu. Ów spojrzał nań z ukosa i rzekł: „Co ty tu robisz? czy bawisz tu dla dobrej przyczyny? — Niema skutku bez przyczyny, odparł skromnie Kandyd; wszystko wiąże się łańcuchem konieczności, i dąży do najlepszego celu. Trzeba było, aby mnie wygnano z pobliża panny Kunegundy, i abym przeszedł dwa razy przez rózgi; tak samo trzeba bym prosił o chleb, póki nie będę mógł nań zapracować; nie mogło być inaczej. — Mój przyjacielu, rzekł mowca, czy wierzysz że papież jest antychrystem? — Nie słyszałem jeszcze o tem, odparł Kandyd; ale, czy jest czy nie jest, ja nie mam chleba. — Nie wart go jesteś, rzekł tamten: precz, nędzniku, precz, łotrze, nie zbliżaj się do mnie póki życia“. Żona mowcy wystawiła głowę przez okno, i, na widok człowieka który wątpi iż papież jest antychrystem, wypróżniła mu na łeb pełny... O nieba! do jakichż wybryków posuwa się żarliwość religijna u dam!
Pewien człowiek, który nie był ochrzczony, poczciwy anababtysta[7], imieniem Jakób, ujrzał w jaki okrutny i haniebny sposób potraktowano jednego z jego braci, istotę o dwóch nogach bez pierza, obdarzoną duszą; zaprowadził go do siebie, ochędożył, dał mu chleba i piwa, obdarował dwoma florenami, ofiarował się nawet zatrudnić go w swoich fabrykach perskich tkanin, które wyrabia się w Holandyi. Kandyd, padając niemal na twarz przed dobroczyńcą, wykrzyknął: „Dobrze powiadał mistrz Pangloss, że wszystko w świecie dzieje się najlepiej; pańska wspaniałomyślność bowiem poruszyła mnie o wiele więcej, niż okrucieństwo jegomości w czarnym płaszczu i jego małżonki“.
Nazajutrz, przechadzając się, spotkał nędzarza, całego okrytego wrzodami, z martwemi oczyma, stoczonym końcem nosa, wykrzywioną gębą, czarnymi zębami, ochrypłym głosie, dręczonego okrutnym kaszlem i wypluwającego po jednym zębie przy każdym napadzie.


IV. Jak Kandyd spotkał swego dawnego mistrza filozofii, doktora Panglossa i co z tego wynikło.

Kandyd, bardziej jeszcze przejęty współczuciem niż grozą, oddał przeraźliwemu nędzarzowi dwa floreny otrzymane od poczciwego anababtysty. Widmo popatrzyło nań uważnie, zalało się łzami i padło mu na szyję. Kandyd cofnął się przerażony. „Ach! rzekł jeden nędzarz do drugiego nędzarza, nie poznajesz już swego drogiego Panglossa? — Co słyszę, to ty, ukochany mistrzu? ty, w tym okrutnym stanie! cóż za nieszczęście cię spotkało? czemu nie jesteś już w najpiękniejszym z zamków? co się stało z panną Kunegundą, perłą dziewic, arcytworem przyrody? — „Słabo mi“, rzekł Pangloss. Natychmiast Kandyd zawiódł go do domu anababtysty, gdzie dał mu kawałek chleba; kiedy zaś Pangloss pokrzepił się nieco: „I cóż, spytał, Kunegunda? — Umarła“, odparł tamten. Słysząc to, Kandyd zemdlał: przyjaciel ocucił go trochą lichego octu, który znalazł się przypadkiem w izbie. Kandyd otworzył oczy: „Kunegunda umarła! Och, najlepszy ze światów, gdzieżeś jest? Ale z czego umarła? czyżby z tego, iż widziała jak ojciec jej wygania mnie z zamku nogą? — Nie, rzekł Pangloss, rozpruli jej brzuch żołnierze bułgarscy, nagwałciwszy się jej wprzód ile wlazło; roztrzaskali głowę baronowi który chciał jej bronić; baronową pokrajali na kawałki; mego biednego pupila spotkał los podobny jak siostrę; co się zaś tyczy zamku, nie pozostał zeń ani kamień na kamieniu, ani jednej stodoły, ani barana, ani kaczki, ani drzewa. Ale pomszczono nas wspaniale, Abarowie bowiem uczynili toż samo w sąsiednim zamku, należącym do szlachcica bułgarskiego“.
Słysząc to, Kandyd ponownie zemdlał; następnie, przyszedłszy do siebie i powiedziawszy wszystko co miał do powiedzenia, zapytał o przyczynę i skutek, i o wystarczającą racyę, która doprowadziła Panglossa do tak żałosnego stanu. „Niestety, rzekł tamten, miłość: miłość, pocieszycielka rodzaju ludzkiego, zachowawczyni świata, dusza wszystkich istot obdarzonych czuciem, tkliwa miłość. — Ach, rzekł Kandyd, poznałem i ja tę miłość, tę władczynię serc, duszę naszej duszy; przyniosła mi tylko jednego całusa i dwadzieścia kopnięć w siedzenie. W jaki sposób ta piękna przyczyna mogła sprawić w tobie tak żałosny skutek?“
Pangloss odparł w tych słowach: „O, drogi Kandydzie! znałeś Pakitę, ładną subretkę dostojnej baronowej: zakosztowałem w jej ramionach słodyczy raju; ale stały się one źródłem piekielnych mąk, które mnie oto trawią: była niemi zakażona do szpiku; być może, umarła od nich. Pakita otrzymała ten podarunek od bardzo uczonego Franciszkanina, który dotarł aż do źródła, miał go bowiem od starej hrabiny, która otrzymała go od kapitana kawaleryi, który zawdzięczał go margrabinie, która dostała go od pazia, który otrzymał go od jezuity, który, w czas swego nowicyatu, posiadł go w prostej linii od jednego z towarzyszów Krzysztofa Kolumba. Co do mnie, nie udzielę go już nikomu, bowiem umieram.
— O Panglossie! wykrzyknął Kandyd, cóż za osobliwa genealogia! żali nie dyabeł był jej protoplastą?
— Wcale nie, odparł ów wielki człowiek: była to rzecz nieodzowna na najlepszym ze światów, składnik konieczny; gdyby bowiem Kolumb nie nabył na wyspie Ameryckiej tej choroby, która zatruwa źródło płodzenia, często udaremnia samo-że płodzenie, i która jest najoczywiściej sprzeczna z wielkim celem przyrody, nie mielibyśmy ani czekolady ani koszenili; a trzeba jeszcze zauważyć, że, aż do dziś, na kontynencie, choroba ta jest naszą specyalnością, jak spory teologiczne. Turcy, Indyanie, Persowie, Chińczycy, Syamczycy, Japończycy nie znają jej jeszcze; ale istnieje wystarczająca racya, aby ją poznali z kolei, w ciągu następnych wieków. Na razie, uczyniła ona cudowne postępy pośród nas, a zwłaszcza w owych armiach złożonych z poczciwych, dobrze wytresowanych rekrutów, które rozstrzygają o losach Państw. Można twierdzić stanowczo, iż, kiedy trzydzieści tysięcy ludzi walczy, w regularnej bitwie, przeciw drugiej armii tejże samej siły, po każdej stronie znajduje się około dwudziestu tysięcy dotkniętych przymiotem.
— To cudowne, rzekł Kandyd; ale trzeba się leczyć, mistrzu. W jaki sposób? odparł Pangloss; nie mam ani szeląga, mój przyjacielu: zaś, na całej powierzchni kuli ziemskiej, nikt ci nie puści krwi ani nie wsunie lewatywy, o ile mu nie zapłacisz, albo o ile ktoś inny nie zechce zapłacić za ciebie“.
Te ostatnie słowa zrodziły w Kandydzie postanowienie: rzucił się do nóg miłosiernego Jakóba, i odmalował tak wzruszająco stan przyjaciela, iż poczciwiec nie zawahał się przygarnąć doktora Panglossa; dał go leczyć swoim kosztem. Dzięki kuracyi, Pangloss postradał tylko jedno oko i jedno ucho. Pisał dobrze, i doskonale znał arytmetykę. Anababtysta Jakób powierzył mu prowadzenie ksiąg. Po upływie dwóch miesięcy, zmuszony udać się do Lizbony w sprawach handlowych, zabrał na okręt obu filozofów. Pangloss wytłómaczył mu, jako wszystko w świecie dzieje się możliwie najlepiej. Jakób nie był tego zdania. „Musieli ludzie (rzekł) zepsuć cokolwiek naturę, nie urodzili się bowiem wilkami, a stali się wilkami. Bóg nie dał im ani armat 24-go kalibru, ani bagnetów, oni zaś sporządzili sobie bagnety i armaty, aby się uśmiercać wzajem. Mógłbym przytoczyć również bankructwa, oraz trybunały, które zagarniają mienie bankrutów aby zeń wyzuć wierzycieli. — Wszystko to jest nieodzowne, odparł jednooki doktor; niedole poszczególne składają się na powszechne dobro; tem samem, im więcej jest nieszczęść poszczególnych, tem bardziej całość jest dobra“. Podczas gdy tak rozumował, ściemniło się, wiatry zadęły ze wszystkich stron naraz, i, tuż pod samym portem, okręt stał się igraszką najstraszliwszej burzy.


V. Burza, rozbicie, trzęsienie ziemi, jakoteż inne przygody doktora Panglossa, Kandyda i anababtysty Jakóba.

Połowa podróżnych, osłabionych, dławionych ową niepojętą męczarnią w jaką kołysanie okrętu wprawia nerwy i wszystkie humory cielesne wstrząsane w najsprzeczniejszych kierunkach, nie miała nawet siły troszczyć się o bezpieczeństwo. Druga połowa wydawała okrzyki i wznosiła modły; żagle poszły w strzępy, maszty w drzazgi, dno się rozpukło. Pracował kto mógł, nikt nie rozumiał drugiego, nikt nie kierował pracą. Anababtysta pomagał trochę przy sterze, stojąc na pomoście; jakiś majtek, wściekły, uderzył go z całych sił i rozciągnął na pokładzie, ale, od ciosu jaki mu wymierzył, sam doznał tak gwałtownego wstrząsu, iż wypadł na łeb ze statku. Tak wisiał, zaczepiony o kawałek złamanego masztu. Dobry Jakób spieszy z pomocą, pomaga mu wgramolić się z powrotem, i, z wielkiego wysiłku, stacza się w morze, w oczach tegoż majtka, który pozwala mu zginąć nie racząc nawet nań spojrzeć. Kandyd zbliża się, widzi swego dobroczyńcę, jak zjawia się jeszcze raz na fali, i zanurza się w niej na zawsze. Chce się rzucić za nim w morze: filozof Pangloss wstrzymuje go, dowodząc iż zatokę Lizbońską stworzono umyślnie w tym celu, aby anababtysta w niej utonął. Podczas gdy to udowadniał a priori, okręt otwiera się i pęka; wszystko ginie, z wyjątkiem Panglossa, Kandyda i nieludzkiego majtka który dał utonąć cnotliwemu anababtyście; hultaj dopłynął szczęśliwie do brzegu, dokąd też Pangloss i Kandyd dostali się na belce.
Skoro przyszli potrosze do siebie, powędrowali do Lizbony; zostało im nieco pieniędzy, przy pomocy których mieli nadzieję uratować się od głodu, ocalawszy tak szczęśliwie z burzy.
Ledwie stanęli w mieście, płacząc nad śmiercią dobroczyńcy, uczuli że ziemia drży im pod stopami[8]; morze wznosi się i bałwani w porcie, krusząc okręty stojące na kotwicy. Kłęby ognia i dymu napełniają ulice i rynki; domy walą się, dachy osuwają się na fundamenty, a fundamenty rozsypują się w gruzy: trzydzieści tysięcy mieszkańców wszelkiego wieku i płci znajduje śmierć pod ruinami. Majtek powiada, pogwizdując i klnąc pod nosem: „Można tu będzie coś zarobić przy tej okazyi. — Jaka może być wystarczająca racya tego fenomenu? pytał Pangloss. — To już chyba koniec świata!“ wykrzyknął Kandyd. Majtek pędzi niezwłocznie pomiędzy ruiny, naraża się na śmierć aby znaleźć nieco pieniędzy, znajduje je, zagarnia, upija się, poczem, jeszcze odurzony winem, kupuje uścisk pierwszej dziewki, spotkanej na gruzach domów, pośród umierających i umarłych. Wśród tego, Pangloss ciągnie go za rękaw: „Mój przyjacielu, mówił, nie dobrze sobie poczynasz; chybiasz powszechnemu rozumowi, chwila nie jest zgoła potemu. — Do kroćset kaduków, odparł tamten, jestem majtek, rodem z Batawii; zdeptałem cztery razy krucyfiks[9] w czterech podróżach do Japonii; dobrześ się wybrał, człeku, ze swoim powszechnym rozumem!“
Parę odłamków zraniło Kandyda; legł na ulicy, przysypany gruzem. Mówił do Panglossa: „Przez litość! postaraj się o trochę wina i oliwy; umieram. — Owo trzęsienie ziemi to nie żadna nowość, odparł Pangloss; miasto Lima w Ameryce uległo w zeszłym roku takiemuż wstrząśnieniu; te same przyczyny, ten sam skutek; niezawodnie musi się ciągnąć żyła siarki pod ziemią od Limy do Lizbony. — To wielce prawdopodobne, odrzekł Kandyd, ale na, Boga, trochę oliwy i wina. — Jakto, prawdopodobne! odparł filozof; twierdzę, że to rzecz udowodniona“. Kandyd stracił przytomność, Pangloss zaś przyniósł nieco wody z pobliskiej studni.
Nazajutrz, znalazłszy wśród gruzów jakieś prowianty, skrzepili się nieco. Następnie, wzięli się, porówni z drugimi, do pracy, aby ulżyć doli pozostałych przy życiu mieszkańców. Paru obywateli, którym użyczyli pomocy, zaprosiło ich na obiad, ot, na jaki można się było zdobyć wśród takiej katastrofy. Posiłek był smutny; biesiadnicy skrapiali chleb łzami; ale Pangloss pocieszył ich, upewniając iż nie mogło być inaczej: „Wszystko to, powiadał, jest jak można najlepiej: jeżeli bowiem wulkan jest w Lizbonie, nie mógł być gdzieindziej; nie jest bowiem możebne, aby rzeczy nie były tam gdzie są, wszystko bowiem jest dobrze“.
Mały, czarniawy człowieczek, zausznik Inkwizycyi a sąsiad Panglossa przy stole, ozwał się uprzejmie: „Widocznie łaskawy pan nie wierzy w grzech pierworodny; jeżeli bowiem wszystko jest najlepiej, nie było ani upadku, ani kary.
— Wasza Ekscelencya raczy łaskawie darować, odparł Pangloss jeszcze uprzejmiej: upadek człowieka i przekleństwo wchodziły nieodzownie w skład najlepszego z możliwych światów. — Zatem, szanowny pan nie wierzy w wolną wolę? rzekł ów konfident. — Wasza Ekscelencya wybaczy, rzekł Pangloss; wolność może istnieć wraz z nieodzowną koniecznością; bowiem, było koniecznem abyśmy byli wolni; bowiem, ostatecznie, wolność, określona przeznaczeniem“... Pangloss nie skończył mówić, kiedy konfident dał znak podczaszemu, który mu nalewał szklankę wina Porto czy też Oporto.


VI. Jak uczyniono piękne „autodafé“ aby zapobiedz trzęsieniom ziemi i jak Kandydowi wychłostano siedzenie.

Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło trzy czwarte Lizbony, mędrcy owej krainy nie znaleźli skuteczniejszego środka zapobieżenia całkowitej ruinie, jak dać ludowi piękne autodafé[10][11]. Uniwersytet w Coïmbre orzekł, iż widowisko kilku osób spalonych uroczyście na wolnym ogniu jest niezawodnym sekretem aby powstrzymać ziemię od trzęsienia.
W myśl tego zapatrywania, pochwycono jakiegoś Biskajczyka, któremu dowiedziono iż zaślubił swą kumę, oraz dwóch Portugalczyków, którzy, jedząc kuraka, oddzieli tłustość: również związano, po obiedzie, doktora Panglossa i jego ucznia Kandyda, jednego za to że mówił, drugiego że przysłuchiwał się z potakującą miną. Zaprowadzono obu, każdego oddzielnie, do nader cienistych mieszkań, w których nigdy niema przyczyny uskarżać się na dokuczliwość słońca. W tydzień później ustrojono obu w san-benito[12], i ozdobiono im głowy mitrami z papieru: mitra i san-benito Kandyda pomalowane były w płomienie odwrócone, dyabły zaś były bez ogonów i pazurów; natomiast dyabły Panglossa posiadały pazury i ogony, a płomienie strzelały ku górze. Tak odziani, szli w processyi i wysłuchali bardzo wzruszającego kazania, któremu towarzyszyły uczone śpiewy. Kandyda oćwiczono rytmicznie, w takt melodyi, Biskajczyka i dwóch nieboraków którzy nie chcieli jeść szmalcu spalono, Panglossa zaś powieszono, mimo że to nie było w zwyczaju. Tegoż samego dnia, ziemia zatrzęsła się na nowo z przerażającym łoskotem[13].
Kandyd, przerażony, oszołomiony, odurzony, cały zakrwawiony i drżący, powiadał sam do siebie: „Jeżeli to jest najlepszy z możliwych światów, jakież są inne? mniejsza jeszcze, gdyby mnie tylko oćwiczono, toż samo zdarzyło mi się u Bułgarów; ale, o drogi Panglossie! największy z filozofów, trzebaż bym patrzał na to jak dyndasz nie wiadomo zaco! o, drogi anababtysto, najlepszy z ludzi, trzebaż było byś utonął w porcie! o, panno Kunegundo! perło dziewic, trzebaż aby ci rozpruto żołądek!“
Wlókł się z miejsca kaźni, ledwo trzymając się na nogach, napomniany, oćwiczony, rozgrzeszony i pobłogosławiony, kiedy zbliżyła się doń jakaś staruszka i rzekła: „Synu, bądź dobrej otuchy i chodź ze mną“.


VII. Jak pewna staruszka zaopiekowała się Kandydem i jak odnalazł przedmiot swojego kochania.

Kandyd nie nabrał wprawdzie otuchy, ale udał się za staruszką do lepianki: dała mu słoik tłustości aby się natarł, zostawiła jeść i pić; wskazała łóżko skromne ale dość czyste; obok łóżka znalazła się odzież.
„Jedz, pij, śpij, rzekła, i niechaj Najświętsza Panna z Atochii, Jego Dostojność św. Antoni z Padwy, i Jego Dostojność św. Jakób z Kompostelli mają cię w swej opiece! wrócę jutro“. Kandyd, wciąż silnie zdziwiony wszystkiem co widział i co wycierpiał, a jeszcze więcej miłosierdziem staruszki, chciał ucałować jej rękę. „Nie moją to rękę trzeba ci całować, rzekła stara; wrócę jutro. Nasmaruj się, jedz i śpij“.
Mimo tylu nieszczęść, Kandyd zjadł i usnął. Nazajutrz, stara przynosi mu śniadanie, ogląda grzbiet, naciera inną jeszcze maścią; przynosi następnie obiad; wraca o zmroku i przynosi wieczerzę. Nazajutrz, dopełnia znowuż tych samych obrządków. „Kto jesteś? pyta wciąż Kandyd; kto cię natchnął taką dobrocią? jak ci odwdzięczyć?“ Dobra kobieta nie odpowiadała nic. Wróciła nad wieczorem, ale bez wieczerzy. „Pójdź ze mną, rzekła, i nie mów ani słowa“. Bierze go pod ramię i idzie z nim przez pole, mniej więcej ćwierć mili: przybywają do ustronnego domku, otoczonego ogrodem i kanałami. Staruszka puka do małych drzwiczek. Otwierają; prowadzi Kandyda, ukrytymi schodkami, do złoconego gabinetu, sadza na adamaszkowej kanapie, zamyka drzwi i odchodzi. Kandyd miał uczucie że śni: dotychczasowe życie zdało mu się snem złowrogim, obecna zaś chwila snem rozkosznym.
Stara zjawia się niebawem, z trudem podtrzymując drugą kobietę, o wyniosłej postaci, drżącą na całem ciele, lśniącą od drogich kamieni i okrytą zasłoną. „Zdejm ten welon“ rzekła stara. Młody człowiek zbliża się; podnosi welon nieśmiałą ręką. Co za chwila! co za niespodzianka! zdaje mu się iż widzi Kunegundę; widzi ją w istocie, to ona! Siły go opuszczają, nie może wymówić słowa, pada jej do nóg. Kunegunda osuwa się na kanapę. Stara skrapia ich trzeźwiącą wódką, odzyskują zmysły, mowę: zrazu padają przerywane słowa, krzyżujące się wzajem pytania, odpowiedzi, westchnienia, łzy, wykrzykniki. Stara zaleca im, aby robili mniej hałasu i zostawia ich samych. „Jakto, to ty, rzekł Kandyd, żyjesz, odnajduję cię w Portugalii! Nie zgwałcono cię zatem? nie rozpruto ci żołądka, jak mi to uręczał Pangloss? — Owszem, odparła piękna Kunegunda; ale nie zawsze się umiera od tych dwóch przykrości. — Ale ojca i matkę zabito? — Niestety, tak, rzekła Kunegunda płacząc. — A brat? — Brata także. — I skąd wzięłaś się w Portugalii? jak dowiedziałaś się, że ja tu jestem? jakim zbiegiem okoliczności kazałaś mnie sprowadzić do tego domu? — Opowiem po kolei, rzekła dama, ale wprzód ty opowiedz mi wszystko, co ci się przygodziło od czasu naszego niewinnego pocałunku oraz kopnięć nogą które otrzymałeś w zamian“.
Kandyd z głębokiem uszanowaniem poddał się jej woli; mimo iż jeszcze nie ochłonął ze wzruszenia, mimo że głos jego był słaby i drżący, a krzyż pacierzowy dolegał jeszcze potrosze, opowiedział, z największą prostotą, wszystko czego doznał od chwili rozłączenia. Kunegunda wznosiła oczy do nieba: zrosiła łzami śmierć dobrego anababtysty i Panglossa; poczem rzekła w tym sensie do Kandyda, który nie tracił ani słowa, pożerając ją przytem oczami:


VIII. Historya Kunegundy.

„Leżałam w łóżku i spałam spokojnie, kiedy spodobało się niebu zesłać Bułgarów do naszego pięknego zamku Thunder-ten-tronckh. Zamordowali ojca i brata, matkę zaś pokrajali na kawałki. Olbrzymi Bułgar, wysoki na sześć stóp, widząc iż, przejęta grozą, straciłam przytomność, zabrał się do gwałcenia. To mnie ocuciło; odzyskałam zmysły, zaczęłam krzyczeć, szamotać się, gryźć, drapać, chciałam wydrzeć oczy Bułgarowi, nie wiedząc zgoła iż to wszystko jest rzeczą uświęconą zwyczajem. Brutal zadał mi w lewe biodro pchnięcie, od którego mam jeszcze znak. — Och, pokażesz mi, prawda? — rzekł prostoduszny Kandyd. — Pokażę, rzekła Kunegunda, ale idźmy dalej. — Idźmy dalej“, odparł Kandyd.
Kunegunda podjęła w te słowa: „Wszedł kapitan bułgarski, ujrzał mnie całą we krwi, oraz żołnierza nie krępującego się bynajmniej jego obecnością. Kapitan, rozgniewany iż cham okazuje mu tak mało uszanowania, zabił go z miejsca na mem ciele. Następnie, kazał mnie opatrzyć i zawiódł, jako brankę wojenną, na kwaterę. Prałam mu tych kilka koszul które posiadał, gotowałam strawę, i, trzeba przyznać, przypadłam mu wielce do gustu. Co do mnie, nie zapieram się, że był to bardzo dobrze zbudowany mężczyzna i że miał skórę delikatną i białą; zresztą, umysł słabo rozwinięty, mało filozoficzny: można było poznać iż nie był chowany przez doktora Panglossa. Po upływie trzech miesięcy, roztrwoniwszy wszystko co posiadał i sprzykrzywszy mnie sobie, sprzedał mnie żydowi, nazwiskiem don Issachar, który trudnił się handlem w Holandyi i Portugalii, a przytem namiętnie lubił kobiety. Ten żyd pokochał mnie gorąco, ale nic nie mógł wskórać; oparłam mu się skuteczniej niż bułgarskiemu żołnierzowi: osoba z honorem może być zgwałcona raz, ale cnota jej hartuje się od tego. Aby mnie obłaskawić, żyd pomieścił mnie w tym oto pałacyku. Aż dotąd, myślałam, że niema na ziemi nic równie pięknego jak zamek Thunder-ten-tronckh; poznałam, iż się myliłam.
„Pewnego dnia, na mszy, ujrzał mnie wielki Inkwizytor; przyglądał mi się bardzo pilnie i kazał uwiadomić iż ma ze mną sekretnie do pomówienia. Zaprowadzono mnie do jego pałacu; wyjaśniłam kim jestem; przedstawił, jak niegodnem mego stanowiska jest należeć do Izraelity. Zapytano, pośredniemi drogami, don Issachara, czyby mnie nie odstąpił Jego Eminencyi. Don Issachar, który jest bankierem dworu i człowiekiem wielce wpływowym, nie chciał się zgodzić. Inkwizytor zagroził mu maleńkiem autodafé. Wkońcu, żyd, przestraszony, wszedł w targ, mocą którego domek i ja mamy być wspólną własnością ich obu; żyd zatrzymał dla siebie poniedziałki, środy i sabbat, Inkwizytor zaś inne dnie. Już pół roku trwa ten układ. Nie obyło się bez sprzeczek; często bowiem było sporne, czy noc z soboty na niedzielę ma należeć do starego czy do nowego zakonu. Co do mnie, oparłam się dotychczas obu, i sądzę że dla tej przyczyny zachowałam tak długo ich miłość.
„Otóż, aby odwrócić plagę trzęsienia ziemi i aby zarazem napędzić strachu don Issacharowi, spodobało się Eminencyi zainicyować uroczyste autodafé, na które zaszczycił mnie zaproszeniem. Dano mi doskonałe miejsce; między mszą a egzekucyą roznoszono damom chłodniki. Przyznaję, groza mnie zdjęła, kiedy patrzałam jak palono dwóch żydów i zacnego Biskajczyka który poślubił swą kumę; ale jakież było moje zdumienie, przestrach, pomięszanie, skorom ujrzała postać podobną z oblicza do Panglossa przystrojoną w san-benito i w mitrę. Przecierałam oczy, wpatrywałam się uważnie, widziałam jak go powieszono: omdlałam. Ledwiem odzyskała zmysły, ujrzałam ciebie, odartego z szat do naga; to był już szczyt zgrozy, przerażenia, boleści, rozpaczy. Powiem ci szczerą prawdę, masz skórę jeszcze bielszą i jeszcze delikatniejszej maści niż u kapitana Bułgarów. Widok ten podwoił uczucia jakie mnie dławiły, pożerały. Wydałam krzyk, chciałam wołać: „Stójcie, barbarzyńcy!“ ale głos mi zamarł, zresztą, krzyki byłyby daremne. Kiedy już skończono cię chłostać, ja wciąż mówiłam sobie: „Jak to możebne, aby miły Kandyd i roztropny Pangloss znaleźli się w Lizbonie, jeden poto aby otrzymać sto batogów, drugi aby go powieszono na rozkaz Inkwizytora, którego ja jestem kochanką? Zatem Pangloss zwodził mnie okrutnie, kiedy powiadał iż wszystko dzieje się w świecie jak można najlepiej!
„Tak trwałam, wzruszona, zrozpaczona, naprzemian to podniecona do ostatnich granic, to znów wpół-omdlała z niemocy. W głowie kłębiła mi się okrutna śmierć ojca, matki, brata, brutalność żołdaka, pchnięcie nożem z jego ręki, moja niewola, praktyka kuchenna, kapitan bułgarski, obmierzły żyd Issachar, niegodziwy inkwizytor, szubienica Panglossa, straszliwe miserere wyciągane przez nos podczas gdy cię ćwiczono, a zwłaszcza pocałunek, jaki wymieniliśmy za parawanem w dniu kiedy widziałam cię ostatni raz. Sławiłam Boga, który sprowadził cię ku mnie poprzez tyle prób. Poleciłam starej służącej, aby miała pieczę nad tobą i aby cię przywiodła tutaj, skoro tylko będzie możebne. Wypełniła wiernie rozkaz; zakosztowałam niewypowiedzianej rozkoszy oglądając cię, słysząc cię, mówiąc do ciebie. Ale ty musisz być przeraźliwie głodny, ja również jestem przy apetycie, zacznijmy od wieczerzy“.
I zasiedli do stołu; po wieczerzy zaś ułożyli się na wygodnej kanapie o której już wspomniano. Spoczywali jeszcze, kiedy nadszedł don Issachar, jeden z panów domu. Był to dzień sabbatu. Przyszedł korzystać z praw, i dać wyraz tkliwym wynurzeniom miłości.


IX. Co się przygodziło Kunegundzie, Kandydowi, wielkiemu Inkwizytorowi oraz Żydowinowi.

Ów Issachar, był to najbardziej choleryczny Hebrajczyk ze wszystkich w Izraelu od czasu niewoli Babilońskiej. „Jakto, rzekł, ty suko Galilejska, więc nie dość już Inkwizytora? Trzebaż aby ten obwieś również dzielił się ze mną?“ To mówiąc, wyciąga długi puginał który miał zawsze przy sobie, i, nie przypuszczając aby przeciwnik mógł być uzbrojony, rzuca się na Kandyda; ale zacny Westfalczyk, wraz z całym moderunkiem, otrzymał od staruchy i tęgą szpadę. Mimo iż z natury był bardzo łagodnego obyczaju, dobywa szpady, i w mig rozciąga Izraelitę trupem u stóp pięknej Kunegundy.
„Panno najświętsza! wykrzyknęła, cóż się z nami stanie! trup w mieszkaniu! jeśli policya wkroczy, jesteśmy zgubieni. — Gdyby Panglossa nie powieszono, rzekł Kandyd, byłby nam dał dobrą radę w tej potrzebie, był to bowiem wielki filozof. Skoro go niema, poradźmy się starej“. Staruszka była to roztropna osoba; zaczynała właśnie swój wywód, kiedy otwarły się drugie drzwiczki. Była to pierwsza po północy, zaczynała się niedziela. Ten dzień należał do wielebnego Inkwizytora. Wchodzi i widzi świeżo oćwiczonego Kandyda ze szpadą w dłoni, trupa na podłodze, oszalałą Kunegundę i roztropnie mówiącą staruchę.
Oto, co w tej chwili przeszło przez duszę Kandyda i jaki bieg przybrało jego rozumowanie: „Jeśli ten świątobliwy człowiek wezwie pomocy, każe mnie niechybnie spalić, toż samo może uczynić i z Kunegundą; on-to kazał mnie oćwiczyć bez litości; jest moim rywalem; skoro już wziąłem się do zabijania, niema się co i wahać“. Rozumowanie to było jasne i szybkie; poczem Kandyd, nie dając inkwizytorowi ochłonąć ze zdumienia, przeszywa go na wylot i kładzie na ziemi koło żydowina. „Coraz lepiej, rzekła Kunegunda; niemasz już odpuszczenia; jesteśmy wyklęci, ostatnia godzina przyszła na nas! Jakżeś ty mógł, człowieku, ty, łagodny z natury jak baranek, zabić, w ciągu dwóch minut, żyda i prałata? — Moja panienko, odparł Kandyd, człowiek zakochany, zazdrosny i oćwiczony przez inkwizycyę, nie poznaje sam siebie“.
Wówczas ozwała się stara, i rzekła: „Stoją w stajni trzy andaluzyjskie konie, są również siodła i rzędy; niechaj dzielny Kandyd je okulbaczy; pani ma perły i dyamenty, siadajmy żywo na koń (mimo iż mogę siedzieć tylko na jednym pośladku), i spieszmy do Kadyksu. Czas wymarzony do drogi: nic przyjemniejszego jak podróżować w nocnym chłodzie“.
Natychmiast Kandyd siodła konie; poczem on, Kunegunda i stara kropią trzydzieści mil jednym tchem. Podczas gdy tak pędzą, święta Hermandad wkracza do mieszkania; chowają Eminencyę w pięknym kościele, Issachara wrzucają do kloaki.
Kandyd, Kunegunda i stara byli już w miasteczku w górach Sierra-Morena, i tak rozmawiali w gospodzie.


X. O tem, w jakiej niedoli Kandyd, Kunegunda i stara przybyli do Kadyksu i jak wsiedli na okręt.

„Kto mógł ukraść moje dukaty i dyamenty? mówiła z płaczem Kunegunda; z czego będziemy żyć? cóż poczniemy? gdzie znaleźć inkwizytorów i żydów aby mi dali inne? — Niestety, rzekła stara, podejrzewam mocno wielebnego ojca Franciszkanina, który wczoraj, w Badajos, spał z nami; niech mnie Bóg chroni od lekkomyślnego posądzenia, ale wszedł dwa razy do naszej izby i wyjechał o wiele wcześniej. — Och! wzdychał Kandyd, zacny Pangloss dowodził nieraz, że dobra ziemi wspólne są wszystkim ludziom, i każdy ma do nich równe prawo. Ów Franciszkanin winien był tedy, wedle tych zasad, zostawić nam coś na dokończenie podróży. Zatem, nie mamy już nic, piękna Kunegundo? — Ani szeląga, odparła. — Co począć? rzekł Kandyd. — Sprzedajmy jednego konia, rzekła stara; mimo iż mogę siedzieć tylko na jednym pośladku, przycupnę z tyłu za siodłem panienki i dobijemy do Kadyksu“.
W tej samej oberży bawił przeor Benedyktynów; za tanie pieniądze zgodził się kupić konia. Kandyd, Kunegunda i stara przebyli Lucenę, Chillas, Lebrixę i dotarli wreszcie do Kadyksu. Narządzano tam właśnie flotę i zbierano wojsko, aby poskromić wielebnych ojców Jezuitów z Paragwaju[14], których oskarżano iż podburzyli jedną ze swych hord[15], w pobliżu miasta św. Sakramentu, przeciw królom Hiszpanii i Portugalii. Kandyd, który odbył praktykę u Bułgarów, zaprezentował przed generałem małej armii swe bułgarskie umiejętności z takim wdziękiem, szybkością, zwinnością, dumą i sprawnością, iż dano mu dowództwo nad kompanią piechoty. Oto więc jest kapitanem: siada na okręt, wraz z Kunegundą, staruchą, dwoma pacholikami i dwoma andaluzyjskimi końmi, które należały niegdyś do Jego Eminencyi wielkiego inkwizytora.
Podczas całej przeprawy, zastanawiali się wiele nad filozofią biednego Panglossa. „Płyniemy do innego świata, powiadał Kandyd; w nim-to, bez wątpienia, wszystko musi być dobrze; trzeba bowiem przyznać, ze nieraz przychodzi ochota zapłakać nad tem, co się dzieje tu u nas, zarówno pod fizycznym jak moralnym względem. — Kocham cię z całego serca, mówiła Kunegunda, ale jeszcze dusza moja zmrożona jest wszystkiem co widziałam, czego doświadczyłam. Wszystko będzie dobrze, odpowiadał Kandyd; już to morze nowego świata warte jest więcej niż morza naszej Europy; jest spokojniejsze, wichry mniej zdradzieckie. Z pewnością, ten Nowy Świat okaże się najlepszym ze wszystkich możliwych światów. — Dałby Bóg, mówiła Kunegunda; ale, tam, w moim świecie, byłam tak strasznie nieszczęśliwa, że serce me niemal zamknęło się uczuciu nadziei. — Skarżysz się, rzekła stara; ach, nie doświadczyłaś takich nieszczęść jak moje“.
Kunegunda wybuchnęła śmiechem; wydało jej się bardzo ucieszne, iż poczciwa starucha chce się uważać za nieszczęśliwszą od niej. — Ach, rzekła, moja poczciwa stara, o ile nie zgwałciło cię dwóch Bułgarów, o ile nie otrzymałaś dwóch pchnięć nożem w brzuch, o ile nie splądrowano ci dwóch zamków, nie zamordowano w twoich oczach dwóch matek i ojców, o ile nie patrzałaś na dwóch kochanków chłostanych podczas autodafé, nie zdaje mi się byś mogła prześcignąć mnie w tej mierze. Dodaj jeszcze, że urodziłam się baronówną z siedmdziesięciu dwu pokoleń, a przyszło mi być kucharką. — Drogie dziecko, odpowiedziała stara, nie wiesz jakie jest moje urodzenie, a gdybym ci pokazała mój tyłek, nie mówiłabyś jak mówisz, i wstrzymałabyś się z sądem“. To odezwanie się obudziło niezmierną ciekawość Kunegundy i Kandyda. Stara zaczęła w te słowa:


XI. Historya starej.

„Nie zawsze miałam oczy kaprawe i otoczone czerwoną obwódką, nos nie zawsze stykał się z brodą i nie zawsze byłam służącą. Jestem córką papieża Urbana X-go i księżniczki Palestryny[16]. Chowano mnie do czternastego roku życia, w pałacu, któremu wszystkie zamki niemieckich baronów nie zdałyby się na stajnię; jedna moja suknia warta była więcej niż wszystkie przepychy Westfalii. Rosłam w urodę, powaby, talenty, pośród uciech, czci i nadziei; budziłam już miłość, pierś moja nabierała dojrzałych kształtów: i jaka pierś! biała, twarda, rzeźbiona jak u Wenus medycejskiej! a co za oczy! co za powieki! co za brwi krucze! płomienie strzelały z mych źrenic, gasząc blask gwiazd na niebie, jak zapewniali miejscowi poeci. Służebne, które ubierały mnie i rozbierały, popadały w zachwyt oglądając mnie z przodu i z tyłu; a nie było mężczyzny, któryby nie pragnął znaleźć się na ich miejscu.
„Zaręczono mnie z panującym księciem Massa-Karrara[17]: cóż za książę! równie piękny jak ja, promieniejący urokiem i słodyczą, świetny dowcipem i rozpłomieniony miłością; kochałam go tak, jak się kocha pierwszy raz, z bałwochwalstwem, bez opamiętania. Sposobiono już gody; przepych, wspaniałość nie do opisania: nieustające festyny, turnieje, widowiska: całe Włochy fabrykowały na mą cześć sonety, z których ni jeden nie wart był szeląga. Zbliżałam się do radosnej chwili, kiedy stara margrabina, która była niegdyś kochanką mego księcia, zaprosiła go do siebie na filiżankę czekolady: umarł, w niespełna dwie godziny, w straszliwych konwulsyach; ale to bagatela. Matka moja w rozpaczy, mimo że o wiele mniej stroskana odemnie, chciała wyrwać się na jakiś czas z tak złowrogiego miejsca. Miała bardzo piękną majętność w pobliżu Gaety; puściłyśmy się w drogę, na małym statku, wyzłoconym jak ołtarz św. Piotra w Rzymie. W drodze, napadają nas korsarze: żołnierze nasi bronili się obyczajem żołnierzy papieskich; padli na kolana porzucając broń, i prosząc korsarzy o absolucyę in articulo mortis.
„Natychmiast odarto ich do naga, również matkę i dworki i mnie. To rzecz, w istocie, godna podziwu, owa zręczność z jaką ci panowie rozbierają każdego kto im popadnie w ręce; ale jeszcze więcej zdumiewa mnie, iż wszystkim nam pokładli palec w miejsce, w które my kobiety pozwalamy sobie wkładać zazwyczaj jedynie kankę. Ceremoniał ten wydał mi się bardzo dziwny: oto jaki sąd o rzeczach ma człowiek, kiedy nie wyściubił nosa poza swoją parafię. Dowiedziałam się późmej, że to dlatego, aby się przekonać czy nie pochowałyśmy tam dyamentów; jest to zwyczaj, ustalony od niepamiętnych czasów u wszystkich cywilizowanych ludów szukających fortuny na szerokiem morzu. Dowiedziałam się, iż kawalerowie Zakonu Maltańskiego nie zaniedbują tego nigdy, ilekroć pojmają Turków lub Turczynki; jest to paragraf prawa narodów któremu nikt jeszcze nigdy nie uchybił.
„Nie będę wam opowiadać, jak bolesne jest dla młodej księżniczki, kiedy ją prowadzą, wraz z matką, jako niewolnicę do Maroko; możecie sobie wyobrazić, cośmy wycierpiały na statku. Matka była jeszcze bardzo piękna: dworki nasze, mimo iż proste dziewczyny, miały więcej uroków niż ich można znaleźć w całej Afryce; co do mnie, byłam wprost czarująca, sama piękność, wdzięk, a przytem dziewica! Nie byłam nią, co prawda, długo; ten kwiat, strzeżony dla księcia Massa-Karrara, stracił listki w uścisku kapitana korsarzy. Był to ohydny murzyn, który, w dodatku, wyobrażał sobie, iż świadczy mi wiele zaszczytu. Zaiste, dowiodłyśmy dwie z matką wielkiej wytrzymałości, znosząc wszystko, co nam przyszło wycierpieć aż do Maroko! Ale pomińmy szczegóły: są to rzeczy tak pospolite, że nie warto się nad niemi rozwodzić.
„Kiedy przybyliśmy do Maroko, kraj pławił się we krwi. Z pięćdziesięciu synów Muleja Izmaela, każdy miał swoje stronnictwo; czego owocem pięćdziesiąt wojen domowych, czarnych przeciw czarnym, czarnych przeciw centkowanym, centkowanych przeciw centkowanym, mulatów przeciw mulatom: słowem, nieustająca rzeź w całem mocarstwie.
„Ledwieśmy wylądowali, hufiec czarnych, z partyi przeciwnej stronnictwu naszych korsarzy, zjawił się aby im wydrzeć zdobycz. Stanowiłyśmy, po złocie i dyamentach, najcenniejszą cząstkę łupu. W naszych oczach rozegrała się walka, jakiej nie widujecie nigdy w waszej Europie. Ludzie północy nie mają dość gorącej krwi; nie są tak zaciekli na punkcie kobiet, jak się to powszechnie spotyka w Afryce. Zdaje się, że wasi Europejczycy mają mleko w żyłach; natomiast ogień, witryol krąży w żyłach mieszkańców Atlasu i sąsiednich krajów. Walczyli z wściekłością lwów, tygrysów i wężów, rozstrzygając orężem komu mamy przypaść w udziele. Jakiś maur chwycił moją matkę za prawe ramię, porucznik przytrzymał ją za lewe; żołnierz mauretański ujął za jedną nogę, jeden z piratów za drugą. Toż samo wszystkie dziewczęta zaczęło szarpać po czterech żołnierzy. Kapitan osłonił mnie własną piersią; miał jatagan w dłoni i mordował wszystko co nastręczyło się jego wściekłości. W końcu, ujrzałam wszystkie Włoszki z mego orszaku, jak również matkę, poszarpane, pocięte w kawałki, zmasakrowane przez potworów którzy wydzierali je sobie. Jeńcy, moi towarzysze, ci którzy ich pojmali, żołnierze, majtki, pstrokaci, czarni, biali, mulaci, wreszcie i sam kapitan, wszystko padło bez życia, a ja, umierająca, ległam na stosie trupów. Podobne sceny rozgrywały się, jak wiadomo, na przestrzeni przeszło trzystu mil, przyczem nie opuszczono ni razu ani jednej z modlitw dziennych, nakazanych przez Mahometa.
„Wydobyłam się, z wielkim mozołem, z ciżby spiętrzonych i krwawiących trupów, i zawlokłam się pod drzewo pomarańczowe nad strumieniem; tam padłam zemdlona od grozy, znużenia, przestrachu, rozpaczy, wreszcie głodu. Niebawem, owładnął mną sen, podobniejszy do omdlenia niż do spoczynku. Pogrążona w tym stanie osłabienia i bezczucia, pomiędzy śmiercią a życiem, uczułam nagle ucisk czegoś poruszającego się na mem ciele; otwarłam oczy i ujrzałam białego, przyjemnej powierzchowności, który wzdychał i mruczał między zębami: O, che sciaqura d’essere senza coglioni![18].


XII. Dalszy ciąg nieszczęść staruszki..

„Zdumiona i uszczęśliwiona iż słyszę rodzinną mowę, zarazem zdziwiona treścią tego wykrzyknika, odpowiedziałam iż istnieją większe nieszczęścia niż to na które się żali; powiadomiłam go w krótkich słowach o okropnościach jakie przeszłam, i znowu popadłam w omdlenie. Zaniósł mnie do poblizkiego domu, kazał położyć do łóżka, nakarmić, usługiwał mi, pocieszał, pieścił, powiadał iż nic nie widział równie pięknego jak ja, i nigdy tyle nie żałował tego, czego nikt mu już nie może wrócić. „Urodziłem się w Neapolu, rzekł; kapłoni się tam corocznie dwa do trzech tysięcy dzieci; jedne giną, inne zyskują głos piękniejszy niźli niewieści, niektórzy dochodzą do władztwa krajem[19]. Poddano mnie tej operacyi z najlepszym skutkiem; zostałem śpiewakiem w kaplicy księżnej Palestryny. — Mojej matki! wykrzyknęłam. — Twojej matki! zawołał zalewając się łzami: jakto! byłażbyś pani tą młodą księżniczką, którą wychowywałem aż do szóstego roku życia i która zapowiadała że będzie tak piękną jak ty właśnie jesteś! — To ja, ja sama; matka znajduje się o sto kroków stąd, pocięta w kawałki, na stosie trupów...“
„Opowiedziałam wszystko co mi się trafiło; on również opowiedział mi swoje przygody, a mianowicie, w jaki sposób pewna potęga chrześcijańska wyprawiła go do króla Marokko[20], iżby, jej imieniem, zawarł z tym monarchą traktat, mocą którego potencya owa miała mu dostarczać prochu, armat, okrętów, aby dopomódz do zniszczenia handlu innych chrześcijan. „Misya moja ukończona, rzekł zbożny eunuch; spieszę wsiąść na okręt w Ceucie i odwiozę cię do Włoch. Ma che sciagura d’essere senza coglioni!
„Podziękowałam ze łzami; on zaś, miast zawieźć mnie do Włoch, zawiózł do Algieru i sprzedał dejowi. Ledwie mnie tak zaprzedano, kiedy zaraza, która właśnie kolejno obiegła Afrykę, Azyę, Europę, wybuchła w Algierze z największą wściekłością. Widziałaś pani trzęsienia ziemi, ale czy zdarzyło ci się kiedy widzieć morową zarazę? — Nigdy, odparła baronówna.
„Gdybyś była widziała, podjęła stara, przyznałabyś, że to jest coś o wiele więcej niż trzęsienie ziemi. Choroba ta jest bardzo pospolita w Afryce; uległam jej. Wyobraź sobie, co za los dla córki papieża, w piętnastym roku życia, która, w ciągu trzech miesięcy, doświadczyła ubóstwa, niewoli, była gwałcona niemal codzień, patrzała jak ćwiartowano jej matkę, doznała głodu i wojny, i umierała na dżumę w Algierze! Nie umarłam wszelako; ale eunuch i dej i prawie cały seraj zginęli.
„Kiedy pierwsza groza straszliwej zarazy minęła, sprzedano niewolników deja. Pewien kupiec nabył mnie i zawiózł do Tunisu; tam sprzedał innemu kupcowi, który znowu odsprzedał mnie w Trypoli; z Trypoli sprzedano mnie do Aleksandryi; z Aleksandryi do Smyrny; ze Smyrny do Konstantynopola. Dostałam się w końcu pewnemu adze janczarów, którego wysłano niebawem aby bronił Azowu przeciw Rosyanom.
„Aga, który lubił dobrze żyć, zabrał z sobą cały seraj i umieścił nas w forteczce na Palus-Meotides, pod strażą dwóch czarnych eunuchów i dwudziestu żołnierzy. Narżnięto obficie Rosyan, ale oni oddali nam z nawiązką[21]: spustoszono Azów ogniem i mieczem, nie zważając na płeć ani wiek. Utrzymała się jedynie nasza forteczka; nieprzyjaciel zamierzył wziąć nas głodem. Dwudziestu janczarów przysięgło nie poddać się do ostatka. Przywiedzeni do ostateczności, zmuszeni byli zjeść dwóch eunuchów, aby ratować się od pogwałcenia przysięgi. Po upływie kilku dni, postanowili zjeść kobiety.
„Był z nami pewien iman, bardzo pobożny i miłosierny; ten wygłosił do janczarów piękną oracyę, w której skłonił ich aby nie zabijali nas całkowicie. — Wytnijcie, rzekł, każdej z pań na razie po jednym pośladku, będziecie mieli bardzo smaczną biesiadę; jeśli trzeba będzie powtórzyć, za kilka dni możecie znowuż sobie wyciąć porcyę; niebo poczyta wam za dobre tak litościwy uczynek i pewnie doznacie odeń pomocy.
„Iman był bardzo wymowny; przekonał ich. Poddano nas tej strasznej operacyi; iman przyłożył nam balsam którym opatruje się dzieci świeżo obrzezane: byłyśmy wszystkie wpół żywe.
„Ledwie janczarowie uporali się z posiłkiem, jakiegośmy im dostarczyły, Rosyanie wdarli się po pomostach do fortecy: ani jeden janczar nie uszedł. Rosyanie nie zwracali najmniejszej uwagi na nasz stan. Niemasz miejsca na świecie, gdzieby się nie znalazł chirurg francuzki: jeden taki, bardzo biegły w swej sztuce, zaopiekował się nami, uleczył nas: i, nie zapomnę tego póki życia, skoro rany moje zabliźniły się, uczynił pewne wymowne propozycye. Zresztą, tłómaczył nam, byśmy nie martwiły się zbytnio; upewnił, że podobne rzeczy dzieją się nieraz w czasie oblężenia, i że to jest prawo wojenne.
Skoro moje towarzyszki mogły chodzić, przepędzono je do Moskwy; ja przypadłam w udziele pewnemu bojarowi, który mnie zrobił ogrodniczką i dawał mi po dwadzieścia batogów dziennie; ponieważ jednak, w dwa lata później, magnatowi temu, wraz z trzydziestoma innymi bojarami, ucięto głowę, z przyczyny jakiejś dworskiej intrygi, skorzystałam z tej przygody i uciekłam. Przewędrowałam całą Rosyę; byłam długo służącą w szynkowni w Rydze, potem w Rostoku, Wismarze, Lipsku, Kassel, Utrechcie, Leydzie, Hadze, Rotterdamie: zestarzałam się w nędzy i hańbie, mając jedynie pół pośladka i pamiętając ciągle że jestem córką papieża; po sto razy chciałam się zabić, ale kochałam jeszcze życie. Ta śmieszna słabostka jest może czemś najbardziej opłakanem w naszej naturze; czyż może bowiem być co głupszego, niż dźwigać nieustannie ciężar który co chwilę chciałoby się zrzucić, mieć wstręt do swego jestestwa i upierać się przy niem; pieścić węża, który nas pożera, póki nie przeżre się aż do serca?
„W krajach, przez które los mnie przepędził i w karczmach w których sługiwałam, zdarzyło mi się widzieć niezliczoną mnogość osób czujących nienawiść do swej egzystencyi; ale spotkałam między niemi ledwie dwanaście, któreby dobrowolnie położyły koniec swej nędzy; trzech murzynów, czterech Anglików, czterech Genewczyków, i profesora niemieckiego nazwiskiem Robeck[22]. W końcu, dostałam się w służby żyda Issachara; umieścił mnie u ciebie, piękna panienko; przywiązałam się do ciebie i bardziej byłam przejęta dolą twą niż własną. Nie wspomniałabym nawet o swoich nieszczęściach, gdybyś mnie nie podrażniła nieco, i gdyby, podczas jazdy okrętem, nie było w zwyczaju opowiadać sobie historyjek dla rozrywki. Słowem, moja panienko, mam doświadczenie, znam świat; zrób sobie tę przyjemność, wezwij każdego z podróżnych aby opowiedział swe dzieje; jeżeli znajdzie się bodaj jeden któryby często nie przeklinał życia, ktoremuby się nie zdarzyło powiadać sobie w duchu że jest najnieszczęśliwszym z ludzi, wrzuć mnie, proszę, na łeb do morza“.


XIII. Jako Kandyd zmuszony był rozstać się z piękną Kunegundą i staruszką.

Piękna Kunegunda, wysłuchawszy dziejów staruszki, zaczęła się odnosić do niej ze względami należnymi osobie jej urodzenia i stanu. Podjęła propozycyę; wezwała wszystkich podróżnych, jednego po drugim, aby opowiedzieli swoje przygody. I Kandyd i ona sama musieli przyznać, że stara miała słuszność. „Wielka szkoda, rzekł Kandyd, że roztropnego Panglossa powieszono, wbrew obyczajom, w czas auto-da-fé; powiedziałby nam wspaniałe rzeczy o niedolach, od których roi się ziemia i morze; ja zaś zdobyłbym się na to, aby mu przedłożyć uniżenie niejakie wątpliwości“.
Podczas gdy każdy kolejno opowiadał swe dzieje, okręt posuwał się naprzód. Wylądowano w Buenos-Aires. Kunegunda, kapitan Kandyd i stara udali się do gubernatora, don Fernanda d’Ibaara y Figueora y Maskarenes y Lampurdos y Suza. Pan ów odznaczał się dumą, jaka przystała człowiekowi posiadającemu tyle imion. Przemawiał do ludzi z najszlachetniejszą wzgardą, zadzierając nos tak wysoko, podnosząc głos tak niemiłosiernie, przybierając ton tak górny i tak wyniosłą postawę, że wszyscy którzy składali mu pokłony, czuli niewymowną pokusę, aby wyłoić mu skórę. Dygnitarz ten lubił kobiety do szaleństwa. Kunegunda wydała mu się najpiękniejszą istotą na ziemi. Pierwszą rzeczą o którą zapytał było czy jest żoną kapitana. Ton, jakim zadał pytanie, przestraszył Kandyda: nie śmiał powiedzieć że jest żoną, ponieważ w istocie nią nie była; nie śmiał powiedzieć że siostrą, ponieważ nie była nią również; mimo że to wygodne kłamstwo było niegdyś bardzo w modzie u starożytnych i mogło się okazać z pożytkiem dla współczesnych, dusza jego była zbyt czysta, aby sprzeniewierzyć się prawdzie. „Panna Kunegunda, odpowiedział, ma zamiar zaszczycić mnie swą ręką, i błagamy Waszą Ekscelencyę aby raczyła zezwolić na nasz ślub“.
Don Fernando d’Ibaraa y Figueora y Maskarenes y Lampurdos y Suza podkręcił wąsa, uśmiechnął się dwuznacznie i nakazał kapitanowi Kandydowi, aby pospieszył odbyć przegląd swej kompanii. Kandyd usłuchał; gubernator został z Kunegundą. Wyjawił jej swą miłość, zaklął się iż nazajutrz zaślubi ją w obliczu Kościoła, lub też inaczej, wedle tego jakie będzie życzenie jej wdzięków. Kunegunda poprosiła o kwadrans czasu, aby się mogła skupić, naradzić ze starą i powziąć postanowienie.
Stara rzekła: „Panno Kunegundo, masz pani siedmdziesiąt i dwa pokoleń i ani szeląga; od ciebie jedynie zależy zostać żoną najmożniejszego pana południowej Ameryki, który ma w dodatku bardzo piękne wąsy; tobież przystało bawić się w niedorzeczną wierność? Zgwałcili cię Bułgarzy; żyd i inkwizytor cieszyli się twymi łaskami; nieszczęście uprawnia człowieka do wielu rzeczy. Przyznaję, iż, gdybym była na twojem miejscu, nie wahałabym się zaślubić gubernatora, oraz, tą samą okazyą, zapewnić los kapitanowi Kandydowi“. Podczas gdy stara przemawiała w ten sposób, z całą roztropnością jaką daje wiek i doświadczenie, zawinął do portu mały okręcik, wiozący na pokładzie alkada i algazilów; i oto co się okazało:
Stara dobrze odgadła, że to ów Franciszkanin ukradł pieniądze i klejnoty w Badajos, wówczas gdy uciekali tak spiesznie z Kandydem. Mnich próbował odprzedać nieco klejnotów złotnikowi. Złotnik rozpoznał je jako własność wielkiego Inkwizytora. Franciszkanin, nim go powieszono, przyznał się komu je ukradł; wskazał osoby i kierunek w którym się udały. Ucieczka Kandyda i Kunegundy była już wiadoma: tropiono ich aż do Kadyksu, oraz, nie tracąc czasu, wysłano okręt w pościg za nimi. Okręt ten był już w porcie Buenos-Aires. Rozeszła się pogłoska, że przybył alkad i poszukuje morderców wielkiego Inkwizytora. Przezorna staruszka osądziła w jednej chwili położenie. „Nie możesz uciekać, rzekła do Kunegundy: zresztą nie masz się czego obawiać; nie ty zabiłaś Jego Eminencyę. Gubernator kocha cię, nie pozwoli aby ci się stało co złego; zostań“. Następnie, stara pędzi co tchu do Kandyda: „Uciekaj, powiada, lub też, za godzinę, będziesz spalony żywcem“. Nie było chwili do stracenia; ale jak rozstać się z Kunegundą i gdzie się schronić?


XIV. Jakie przyjęcie znaleźli Kandyd i Kakambo u Ojców Jezuitów w Paragwaju.

Kandyd wziął z sobą z Kadyksu służącego, jakich spotyka się wielu na wybrzeżach Hiszpanii i w koloniach. Był to ćwierć-Hiszpan, urodzony z metysa w Tukumanie: bywał już chłopcem na chórze, zakrystyanem, majtkiem, mnichem, stręczycielem, żołnierzem, lokajem. Nazywał się Kakambo i bardzo kochał pana, ponieważ doświadczył jego prawdziwej dobroci. Osiodłał co żywo dwa andaluzyjskie konie. „Dalej, panie, idźmy za radą starej, siadajmy na koń, i jedźmy nie oglądając się za siebie“. Kandyd począł ronić łzy: „O, droga Kunegundo, trzebaż mi cię opuścić, w chwili gdy gubernator miał nam wyprawić wesele! Kunegundo, przywiedziona z tak daleka, cóż się z tobą stanie? — Stanie się, co się ma stać, rzekł Kakambo; kobieta nigdy nie jest w kłopocie o siebie; Bóg troszczy się o to plemię. Jedźmy. — Gdzie mnie prowadzisz? dokąd jedziemy? co poczniemy bez Kunegundy? powiadał Kandyd. — Na świętego Jakóba z Kompostelli! odrzekł Kakambo, miałeś pan walczyć przeciwko jezuitom, pójdźmyż walczyć po ich stronie; znam potrosze ten kraj, zawiodę pana do ich kapitana, który zna musztrę na sposób bułgarski; czeka cię nadzwyczajny los. Kiedy człekowi nie wiedzie się w jednym świecie, może się mu powieść w drugim. Niemała to rozkosz widzieć i przedsiębrać ciągle coś nowego.
— Byłeś już tedy w Paragwaju? rzekł Kandyd. — Ech, oczywiście! odparł Kakambo; byłem kuchtą w kolegium Wniebowzięcia i znam mocarstwo Ojczulków jak ulice Kadyksu. Cudowna rzecz, to ich królestwo. Ma więcej niż trzysta mil średnicy; podzielone jest na trzydzieści prowincyj. Ojcowie mają tam wszystko, a ludy nic: to arcydzieło rozumu i sprawiedliwości. Co do mnie, nie widzę nic równie boskiego jak los padres, którzy prowadzą tu wojnę z królem Hiszpańskim i Portugalskim, w Europie zaś uznają władzę tych królów; tutaj mordują Hiszpanów, a w Madrycie wysyłają ich do nieba: poprostu zachwycające! Jedźmy: staniesz się pan najszczęśliwszym z ludzi. Cóż za uciechę będą mieli los padres, skoro się dowiedzą że przybywa im rotmistrz który zna musztrę na sposób bułgarski!“
Skoro dotarli do pierwszej linii obronnej, Kakambo powiedział nadciągającej straży, że pewien kapitan pragnie mówić z Jego Eminencyą komendantem. Dano znać wielkiej gwardyi. Oficer paragwajski pospieszył do stóp komendanta udzielić mu tej wiadomości. Przedewszystkiem, rozbrojono Kandyda i Kakambę; zagarnięto im również andaluzyjskie wierzchowce. Następnie, wprowadzono cudzoziemców między dwa szeregi żołnierzy; na końcu znajdował się komendant, w trójgraniastym kapeluszu na głowie, z podkasaną sutanną, ze szpadą u boku, szpontonem w dłoni. Dał znak; natychmiast, dwudziestu czterech żołnierzy otoczyło nowoprzybyłych. Sierżant rzekł przybyszom, iż trzeba zaczekać: komendant nie może z nimi mówić, albowiem wielebny ojciec prowincyał nie pozwala, aby jakikolwiek Hiszpan otworzył usta inaczej niż w jego obecności, i aby przebywał w kraju więcej niż trzy godziny. „Ależ, rzekł Kakambo, pan kapitan, który umiera z głodu podobnie jak ja, nie jest Hiszpanem, jest Niemcem; czy nie moglibyśmy tedy pośniadać, czekając na Jego Wielebność?“
Sierżant udał się natychmiast do komendanta i zdał mu sprawę z tego oświadczenia. „Bogu chwała! rzekł tamten; skoro to Niemiec, mogę się z nim rozmówić; niech go zawiodą do namiotu“. Natychmiast zaprowadzono Kandyda do altany pokrytej zielenią, zdobnej bardzo piękną kolumnadą z zielonego i złotego marmuru, oraz klatkami w których mieściły się papugi, kolibry, rajskie ptaszyny, pantarki i inne co najrzadsze ptaki. Doskonałe śniadanie stało przygotowane w złotych wazach; i, podczas gdy Paragwajczycy jedli kukurudzę w drewnianych miskach, w szczerem polu, w skwarze słonecznym, wielebny ojciec komendant wstąpił do altany.
Był to piękny młodzieniec, o pełnej twarzy, rumiany i biały, krew smagła, oko żywe, ucho różowe, wargi pąsowe, mina dumna, ale jakimś odrębnym rodzajem dumy, ani hiszpańskiej ani jezuickiej. Zwrócono Kandydowi i Kakambie broń, którą im wprzód odjęto, jak również andaluzyjskie rumaki; Kakambo nasypał im owsa w pobliżu altany, ciągle mając na nie oko, z obawy jakiej pułapki.
Kandyd ucałował najpierw kraj szaty komendanta, następnie zasiedli do stołu. „Jesteś zatem Niemcem? rzekł jezuita w tym języku. — Tak, wielebny ojcze, odparł Kandyd. Wymawiając te słowa, patrzyli na siebie obaj z nadzwyczajnem zdumieniem, oraz wzruszeniem którego nie mogli opanować. „I z jakich stron? spytał jezuita. — Z plugawej Westfalii, rzekł Kandyd; urodziłem się na zamku Thunder-ten-tronckh. — O nieba! czy podobna! wykrzyknął komendant. — Cóż za cud! zawołał Kandyd. — Byłżebyś-to ty? rzekł komendant. — To niemożebne, rzekł Kandyd. Padają sobie w ramiona, ściskają się, wylewają strumienie łez. — Jakto! to ty, wielebny ojcze? ty, brat pięknej Kunegundy, ty, zamordowany przez Bułgarów! ty, syn pana barona! ty, jezuitą w Paragwaju! Trzeba przyznać, że ten świat osobliwą toczy się koleją. O, Panglossie, Panglossie, jakiż byłbyś rad, gdyby nie to iż powieszono cię tak przedwcześnie!“
Komendant kazał się usunąć czarnym oraz Paragwajczykom którzy podawali napitek w kryształowych puharach. Złożył tysiąckrotne dzięki Bogu i św. Ignacemu; ściskał Kandyda raz po razu, oblicza ich skąpały się we łzach. „Byłbyś jeszcze bardziej zdumiony, bardziej rozczulony, gdybym ci rzekł, że panna Kunegunda, siostra twoja którą mniemałeś zamordowaną, cieszy się najlepszem zdrowiem. — Gdzie? — W sąsiedztwie twojem, u gubernatora Buenos-Aires; wylądowałem tam właśnie aby prowadzić wojnę przeciw wam“. Każde słowo, które dorzucali w tej długiej rozmowie, piętrzyło dziw na dziwie. Cała ich dusza pomykała na język, czaiła się z wytężoną uwagą w uszach, błyszczała zaciekawieniem w oczach. Jako że to byli Niemcy, zabawiali się przy stole czas dłuższy, czekając na wielebnego ojca prowincyała; zaczem, komendant tak prawił, wpatrując się z czułością w drogiego Kandyda:


XV. Jako Kandyd zabił brata Kunegundy.

„Całe życie zostanie mi w pamięci obraz straszliwego dnia, gdy, w moich oczach, zamordowano rodziców i zgwałcono siostrę. Kiedy Bułgarzy odeszli, nie zdołano odnaleźć tej uroczej istoty; rzucono na jeden wóz matkę, ojca i mnie, dwie służące i trzech zarżniętych chłopaczków, aby nas pogrzebać w kaplicy OO. Jezuitów, o dwie mile od zamku przodków. Jakiś jezuita pokropił nas święconą wodą; była straszliwie słona; parę kropel dostało mi się do oczu; dobry ojciec spostrzegł że powieka poruszyła się nieco; położył mi rękę na sercu i uczuł lekkie bicie; zaopiekowano się mną, i, po upływie trzech tygodni rany zgoiły się bez śladu. Wiesz, drogi Kandydzie, że był ze mnie bardzo ładny chłopiec; wyrosłem na jeszcze ładniejszego; jakoż, wielebny ojciec Krust, superyor klasztoru, zapłonął do mnie najtkliwszą przyjaźnią: oblekł mnie w sukienkę nowicyusza, zaś, w jakiś czas potem, wysłano mnie do Rzymu. Ojciec generał potrzebował zastępu młodych niemieckich jezuitów. Zwierzchnicy Paragwaju, unikają, o ile mogą, przyjmowania nowicjuszów hiszpańskich; radziej widzą cudzoziemców, nad którymi bardziej czują się panami. Wielebny ojciec jenerał uznał mnie zdatnym do pracy w tej winnicy. Puściliśmy się w drogę: jeden Polak, jeden Tyrolczyk i ja. Wkrótce po przybyciu, uczczono mnie rangą dyakona i porucznika: dziś jestem pułkownikiem i kapłanem. Gotujemy się dzielnie przyjąć wojska hiszpańskiego króla: ręczę ci że czeka je ekskomunika i lanie. Opatrzność zsyła cię tu ku naszej pomocy. Ale czy, w istocie, prawdą jest, że ukochana siostra Kunegunda znajduje się w pobliżu, u gubernatora?“ Kandyd upewnił przysięgą, że jest to najprawdziwsza prawda. Łzy zaczęły im ciec z oczu na nowo.
Baron nie mógł się dosyć naściskać Kandyda; nazywał go bratem, zbawcą. „Ach, rzekł, być może, drogi Kandydzie, uda się nam razem wkroczyć jako zwycięzcom do miasta i odbić Kunegundę. — To jest mem najgorętszem pragnieniem, rzekł Kandyd; miałem ją bowiem zaślubić i żywię jeszcze tę nadzieję. — Ty, zuchwalcze? wykrzyknął baron, ty miałbyś tę bezczelność, aby zaślubić mą siostrę, która ma siedmdziesiąt i dwa pokoleń! Zaiste, wielki to bezwstyd z twej strony, aby mi mówić o podobnym zamiarze!“ Słysząc te słowa, Kandyd, osłupiały, tak odparł: „Wielebny ojcze, wszystkie pokolenia całego świata nie mają tu nic do gadania; wydobyłem twą siostrę z rąk żyda i inkwizytora, ma względem mnie dosyć zobowiązań, pragnie mnie zaślubić. Mistrz Pangloss powiadał mi zawsze, że ludzie są równi; słowem, upewniam cię że ją zaślubię. — Zobaczymy to, hultaju!“ odparł jezuita baron Thunder-ten-tronckh; i, równocześnie, wymierzył mu potężny cios płazem szabli w gębę. W tejże chwili, Kandyd dobywa szpady i zatapia ją po rękojeść w brzuch barona-jezuity; ale, ledwie wydobył ją, jeszcze dymiącą, zaczyna płakać: „Boże mój, Boże! zabiłem mego dawnego pana, przyjaciela, szwagra; jestem najlepszym człowiekiem w świecie i oto już zgładziłem trzech ludzi, a z tych dwóch księży“.
Kakambo, który czuwał na straży u bram altany, nadbiegł. „Nic nam nie pozostaje jak tylko drogo sprzedać życie, rzekł Kandyd; za chwilę ktoś nadejdzie; trzeba umrzeć z orężem w dłoni“. Kakambo, który widział już nie takie rzeczy, nie tracił bynajmniej głowy: ściągnął z barona sukienkę jezuity, oblekł w nią Kandyda, włożył mu rogatą czapeczkę nieboszczyka i wsadził na koń. Wszystko to odbyło się w jednem mgnieniu oka. „Ruszajmy w cwał, dobry panie: wszyscy wezmą cię za jezuitę niosącego jakieś rozkazy; miniemy granice, nim komu przyjdzie na myśl puścić się za nami“. Ostatnie słowa wymówił już w galopie; pędząc, krzyczał po hiszpańsku: „Miejsca, miejsca dla wielebnego ojca pułkownika!“


XVI. Co przygodziło się wędrowcom z dwoma dziewczętami, dwiema małpami oraz dzikiem plemieniem noszącem miano Uszaków.

Kandyd i jego sługa znaleźli się już poza granicami, a nikt jeszcze w obozie nie wiedział o śmierci Niemca-jezuity. Przezorny Kakambo pamiętał o tem aby zgarnąć do sakwy nieco chleba, czekolady, szynki, owoców i parę miarek wina. Zapuścili się na swych andaluzyjskich rumakach w nieznany kraj, bez śladu jakiejś drogi. Wreszcie, ukazała się ich oczom piękna łąka poprzecinana strumieniami. Podróżni zsiadają, aby popaść wierzchowce. Kakambo namawia pana aby się pokrzepił, i sam daje przykład. „Jakże chcesz, powiadał Kandyd, abym jadł szynkę, kiedy oto zabiłem młodego barona, i skoro przeznaczeniem mojem jest nie oglądać już pięknej Kunegundy na oczy? na co mi przedłużać nędzne dni, skoro mam je wlec zdala od niej, w zgryzocie i rozpaczy?“
Tak powiadając, wziął się wszelako do jedzenia. Słońce miało się ku zachodowi. Zbłąkani podróżni usłyszeli jakieś krzyki, które zdawały się pochodzić od kobiet. Nie wiedzieli, czy krzyki te wyrażają ból czy radość; zerwali się wszelako spiesznie, zdjęci niepokojem i przestrachem, tak naturalnym u wędrowców w nieznanym kraju. Pokazało się, iż krzyki owe wydawały dwie nagie dziewczyny, które biegły chyżo skrajem łąki, podczas gdy dwie małpy pomykały za niemi, kąsając je w pośladki. Kandyda zdjęła litość; będąc u Bułgarów, nauczył się strzelać tak celnie, iż umiałby zestrzelić orzech w gęstwinie nie tknąwszy ani listeczka. Chwyta swą hiszpańską dubeltówkę, pociąga za cyngiel i zabija obie małpy. „Bogu niech będzie chwała, drogi Kakambo! ocaliłem je z wielkiego niebezpieczeństwa: jeśli popełniłem grzech zabijając inkwizytora i jezuitę, okupiłem go w zupełności ratując życie tym dziewczętom. Być może, są to jakieś córy znakomitego rodu: kto wie, ta przygoda gotowa nam wiele pomódz w tym kraju“.
Byłby mówił dalej, ale język mu skołczał, skoro ujrzał, jak dziewczęta zaczęły czule ściskać nieżywe małpy, oblewać łzami ich ciała, i napełniać powietrze okrzykami najżywszej boleści. „Nie spodziewałem się takiej dobroci serca“, rzekł wreszcie do Kakamby; tamten zaś odpowiedział: „Ładnie się pan spisałeś, drogi panie; zabiłeś oblubieńców tych oto panienek. — Oblubieńców! czyż podobna? chyba żartujesz, Kakambo; jakże można temu dać wiarę? — Drogi panie, odparł Kakambo, pan się wiecznie wszystkiemu dziwisz; dlaczego zdaje ci się tak szczególnem, iż, w niektórych krajach, mogą istnieć małpy, cieszące się względami pięknych dam? toć małpa to ćwierć-człowieka, jak ja jestem ćwierć-Hiszpana. — Ach! odparł Kandyd, przypominam sobie że słyszałem od Panglossa, jako niegdyś zdarzały się podobne wypadki: z takich krzyżowań (powiadał) powstały egipany, fauny, satyry; wielu znakomitych mędrców starożytności stwierdziło podobne fakta; ale brałem to wszystko za bajki. — Przekonał się pan teraz, odparł Kakambo, że to szczera prawda; widzisz, jak się na to zapatrują osoby, którym wychowanie nie zaszczepiło pewnych uprzedzeń. Ale obawiam się, aby te damy nie ściągnęły nam na głowę jakiego kłopotu“.
Te roztropne uwagi skłoniły Kandyda, iż opuścił łąkę i zagłębił się w las. Spożył, wraz z wiernym Kakambą, wieczerzę, poczem obaj, nakląwszy do syta inkwizytora, gubernatora i barona, usnęli na posłaniu z mchu. Obudziwszy się, uczuli że nie mogą się poruszać: a to iż, w ciągu nocy, Uszaki, mieszkańcy tej krainy, którym poszkodowane damy zdradziły obecność przybyszów, skrępowali ich łykiem z kory. Ujrzeli dokoła siebie z jakich pięćdziesięciu Uszaków, nagich, uzbrojonych w strzały, maczugi i siekiery z krzemienia; jedni rozpalali ogień pod ogromnym kotłem, inni gotowali rożen, a wszyscy krzyczeli: „Jezuita! Jezuita! pomścimy się i podjemy sobie smacznie; na rożen jezuitę! na rożen jezuitę!“
„Przepowiadałem, drogi panie, wykrzyknął smutnie Kakambo, że te dziewuchy spłatają nam jakiego figla“. Kandyd, spostrzegając kocioł i rożny, zawołał: „Z pewnością upieką nas, albo ugotują. Ach, coby rzekł mistrz Pangloss, gdyby widział jaką jest natura ludzka w pierwotnej czystości? Wszystko jest dobre; niech i tak będzie; ale wyznaję, że bardzo jest okrutne postradać Kunegundę i skończyć na rożnie Uszaków“. Kakambo nie tracił nigdy głowy. „Nie rozpaczaj pan, rzekł do zgnębionego Kandyda; znam potrosze narzecze tych ludów, pogadam z nimi. — Nie omieszkaj, rzekł Kandyd, przedstawić im, jak nieludzkiem okrucieństwem jest gotować ludzi, i jak bardzo to jest niechrześcijańskie.
— Panowie, rzekł Kakambo, pragniecie zatem pokosztować dziś jezuity? to bardzo pięknie; nic słuszniejszego niż poczynać sobie w ten sposób z nieprzyjaciółmi. W istocie, prawo naturalne uczy nas zabijać bliźniego; nie inaczej postępuje się na całym obszarze ziemi. Jeżeli nie korzystamy z prawa zjadania ich, to dlatego że mamy poddostatkiem innych smacznych potraw: ale panowie nie posiadacie zapewne tych samych zasobów co my. To pewna, iż lepiej jest zjeść wroga samemu, niż oddawać krukom i wronom owoc zwycięstwa. Ale, panowie, nie chcielibyście wszak zjadać swoich sprzymierzeńców? Sądzicie, iż nawdziejecie na rożeń jezuitę, a tymczasem upieklibyście jeno swego obrońcę, nieprzyjaciela waszych nieprzyjaciół. Co do mnie, urodzony jestem w waszym kraju; ten oto jegomość jest moim panem: nietylko nie jest jezuitą, ale dopiero co zgładził jezuitę i te szaty są jego łupem; oto przyczyna omyłki. Aby się przekonać o prawdzie, weźcie jego suknię, zanieście ją do granic królestwa los padres; dowiedzcie się, czy mój pan nie zabił oficera-jezuity. Zabierze to nieco czasu; ale zawsze starczy go na tyle, aby nas zjeść bez apelacyi, jeśli się przekonacie że skłamałem. Natomiast, jeśli powiedziałem prawdę, zanadto dobrze znacie zasady prawa narodów, obyczaje i kodeksy, aby nas nie ułaskawić“.
Mowa ta trafiła Uszakom do przekonania; wyprawili dwóch znaczniejszych ze szczepu, iżby się pilnie wywiedzieli o prawdzie. Posłowie wywiązali się z zadania z całą przemyślnością i wrócili niebawem przynosząc dobre wiadomości. Uszaki rozwiązali jeńców, podjęli ich najserdeczniej, ofiarowali im własne córki, częstowali smakołykami i odprowadzili aż do granic swej dziedziny, krzycząc radośnie: „Nie jezuita! nie jezuita!“
Kandyd nie mógł się uspokoić z podziwu nad sposobem w jaki odzyskali wolność. „Cóż za naród! mówił, co za ludzie! co za obyczaje! gdybym nie był miał szczęścia przedziurawić brzucha bratu Kunegundy, zjedzonoby mnie do tej chwili bez pardonu. Ale, koniec końców, pierwotna natura jest dobra, skoro ci ludzie nietylko mnie nie zjedli, ale podjęli serdecznie, upewniwszy się że nie jestem jezuitą“.


XVII. Jako Kandyd i jego sługa przybyli do kraju Eldorado i co tam ujrzeli.

Skoro znaleźli się na granicy Uszaków, Kakambo rzekł: „Widzisz pan, że ta półkula niewiele więcej warta od tamtej; wierzaj mi, wracajmy najkrótszą drogą do Europy. — W jaki sposób, odparł Kandyd, dokąd? Jeśli wrócę do kraju, Bułgarzy i Abarowie mordują tam co popadnie; jeśli wrócę do Portugalii, czeka mnie spalenie; jeśli zostaniemy tutaj, możemy być w każdej chwili nawdziani na rożen. Ale jak mi opuszczać połać świata, w której mieszka Kunegunda?
— Wracajmy do Kajenny, rzekł Kakambo; znajdziemy tam Francuzów, którzy włóczą się po całym świecie; coś nam przecież poradzą. Może Bóg ulituje się nad nami“.
Nie było to łatwą rzeczą dostać się do Kajenny: wiedzieli wprawdzie mniejwięcej w którą stronę należy się kierować; ale góry, rzeki, przepaście, rozbójnicy, dzicy, wszystko to stanowiło straszliwe przeszkody. Konie popadały ze znużenia, zapasy wyczerpały się; żywili się przez cały miesiąc leśnym owocem: wkońcu trafili na rzeczkę ocienioną kokosami, które podtrzymały ich życie i nadzieje.
Kakambo, który dawał zawsze rady równie roztropne jak niegdyś starucha, rzekł: „Niepodobna dłużej iść, nogi nam omdlewają; ale widzę jakieś próżne czółno. Napełnijmy je kokosami, ułóżmy się wygodnie i dajmy się nieść prądowi; rzeka prowadzi zawsze do jakiegoś zamieszkałego miejsca. Jeśli nie znajdziemy nic miłego, znajdziemy w każdym razie coś nowego. — Dobrze więc, rzekł Kandyd, zdajmy się na wolę Opatrzności“.
Płynęli tedy kilka mil, wśród wybrzeży to ukwieconych, to jałowych, to równych to poszarpanych. Rzeka rozszerzała się ciągle; w końcu gubiła się pod sklepieniem straszliwych skał, wznoszących się het ku niebu. Podróżni mieli tę odwagę, aby, wraz z falą, puścić się pod sklepienie. Rzeka, ścieśniona w tem miejscu, niosła ich ze straszliwą chyżością i szumem. Po upływie doby, ujrzeli na nowo światło; ale czółno strzaskało się o rafy: trzeba było, całą milę, wlec się od skały do skały. W końcu, ujrzeli olbrzymi widnokrąg, otoczony niedostępnemi górami. Kraj był uprawny z widoczną troską o rozkosz zarówno jak o pożytek; wszędzie użyteczne złączyło się z przyjemnem. Drogi roiły się od pięknych i lśniących pojazdów, ciągnionych chyżo przez duże czerwone barany, które, co do szybkości, przewyższają najpiękniejsze rumaki Andaluzyi, Tetuanu i Mekinezu. W pojazdach tych siedzieli mężczyźni i kobiety osobliwszej urody.
„Oto mi kraj, rzekł Kandyd, ładniejszy nieco niżeli Westfalia“. Ujrzawszy w pobliżu jakąś wioskę, wygramolił się, wraz z Kakambą, na ląd. Kilkoro wiejskich dzieci, odzianych podartym w strzępy złotogłowiem, grało w palanta; podróżni nasi przypatrywali się im jakiś czas z zaciekawieniem: rakiety ich były dość szerokie, okrągłe, żółte, czerwone, zielone, i rzucały dookoła szczególny blask. Wędrowców wzięła ochota przyjrzeć się im bliżej: okazało się iż były ze złota, szmaragdów, rubinów, z których najmniejszy byłby ozdobą tronu wielkiego Mogoła. „Bez wątpienia, rzekł Kakambo, te dzieci, to muszą być synowie królewscy: grają tu sobie w palanta“. W tejże chwili zjawił się bakałarz wiejski, aby je zapędzić do szkoły. „Oto, rzekł Kandyd, preceptor królewskiej rodziny“.
Urwisze porzucili natychmiast grę, zostawiając na ziemi rakiety i inne drobiazgi. Kandyd zbiera je, bieży do preceptora, i podaje mu uniżenie, dając na migi do zrozumienia, że ich królewskie wysokości zapomniały swych cacek ze złota i dyamentów. Bakałarz, uśmiechając się, rzucił sprzęt na ziemię, popatrzał chwilę zdziwionym wzrokiem na Kandyda i ruszył dalej.
Mimo to, podróżni zbierali dalej złoto, rubiny i szmaragdy. „Gdzież my jesteśmy? wykrzyknął Kandyd. Dobrze chowają widocznie dzieci królewskie w tym kraju, skoro je uczą gardzić złotem i klejnotami“. Kakambo dziwił się niemniej od Kandyda. Zbliżyli się wreszcie do pierwszego domostwa: w Europie uchodziłoby za pałac. Ciżba ludzi tłoczyła się u drzwi, a jeszcze większa wewnątrz; słychać było muzykę nad wyraz przyjemną, a zarazem dawał się czuć rozkoszny zapach potraw. Kakambo zbliżył się do bramy i usłyszał iż rozmawiają po peruwiańsku; był to jego ojczysty język; wszystkim bowiem wiadomo, iż Kakambo urodził się w Tukumanie, w miejscowości gdzie mówiono tylko tym językiem. „Posłużę panu za tłómacza, rzekł do Kandyda; wejdźmy, to widocznie gospoda“.
Natychmiast dwóch chłopców i dwie służące, odziani w złotogłów, z włosem zaplecionym krasnemi wstążkami, zaprosili ich, aby zajęli miejsce u wspólnego stołu. Podano kilka rodzajów zup, z których każda okraszona była dwiema papugami; dalej gotowanego kondora ważącego z jakie dwieście funtów, dwie małpy pieczone nader delikatnego smaku, trzysta kolibrów na jednym półmisku i sześćset zimorodków na drugim; doskonałe frykasy, przednie ciasta, wszystko na misach rzeźbionych w jakimś gatunku skalnego kryształu. Chłopcy i dziewczęta obnosili różne napoje, sporządzone z trzciny cukrowej.
Biesiadnicy byli to po największej części kupcy i woźnice, wszyscy wyszukanie grzeczni; zadali Kakambowi parę oględnych i dyskretnych pytań i równie uprzejmie odpowiedzieli sami na jego pytania.
Skoro ukończono biesiadę, Kakambo, zarówno jak Kandyd, mniemając iż najlepiej zapłacą za gościnę, rzucili na stół duże kawały złota zebrane przed chwilą; ale gospodarz i gospodyni wybuchnęli śmiechem, i długo trzymali się za boki. W końcu, opamiętali się. „Panowie, rzekł gospodarz, widzimy dobrze że jesteście cudzoziemcami; nie często zdarza się nam gościć obcych. Darujcie, iż zaczęliśmy się śmiać, skoroście nam ofiarowali jako zapłatę kamyki z gościńca. Nie posiadacie zapewne tutejszej monety, ale nie trzeba jej zgoła aby mieć prawo tutaj się pokrzepić. Wszystkie gospody, założone dla dogodności miejscowego handlu, utrzymywane są przez rząd. Tutaj podjedliście bardzo skromnie, ponieważ jest to jedynie uboga wioska, ale wszędzie indziej spotkacie się z przyjęciem jakiego jesteście godni“. Kakambo tłómaczył Kandydowi słowa gospodarza, Kandyd zaś słuchał ich z takim samym podziwem i osłupieniem, z jakiem przyjaciel mu je powtarzał. „Cóż za kraj, powiadali obaj, nieznany reszcie ziemi, gdzie cała natura zdaje się tak bardzo odmienna od naszej? To snać ów kraj, gdzie wszystko jest dobrze: bezwarunkowo bowiem musi być bodaj jeden taki na świecie. Niema co: mimo wszystko co prawił mistrz Pangloss, często trzeba mi było zauważyć, że w Westfalii rzeczy szły dość kulawo“.


XVIII. Co ujrzeli w krainie Eldorado[23].

Kakambo zdradził gospodarzowi swą ciekawość, tamten zaś odpowiedział: „Jestem człowiek bardzo nieuczony, i dobrze mi się z tem dzieje; ale mamy tu starca, który żył niegdyś na dworze: jest to najuczeńszy człek w całem królestwie, i bardzo przystępny“. Zaczem, zaprowadził Kakambę do starca. Kandyd grał już jedynie podrzędną rolę i towarzyszył swemu słudze. Weszli do domostwa bardzo skromnego, brama była bowiem jedynie ze srebra, gzymsy zaś tylko ze złota, ale obrobione z takim smakiem, iż najbogatsze stiuki nie byłyby ich zaćmiły. Przedpokój był, poprawdzie, wykładany jedynie rubinami i szmaragdami; ale gust z jakim były rozmieszczone okupywał hojnie nadmierną prostotę.
Starzec przyjął cudzoziemców na sofie wyścielonej pierzem kolibrów, i podał im chłodniki w naczyniach rżniętych w dyamencie; poczem zaspokoił ich ciekawość w tych słowach:
„Liczę stosiedmdziesiąt i dwa lata, i słyszałem od nieboszczyka ojca, koniuszego królewskiego, o nadzwyczajnych przeobrażeniach krainy Peru, których on był świadkiem. Królestwo, w którem się znajdujemy, jest dawną ojczyzną Inkasów; opuścili je bardzo nieroztropnie z zamiarem ujarzmienia nowych krajów i w końcu ponieśli śmierć z ręki Hiszpanów.
„Ci książęta którzy zostali w ojczyźnie byli rozsądniejsi; nakazali, za zgodą narodu, iż żaden mieszkaniec nie wyjdzie nigdy poza granice królestwa; i oto co zachowało nam dawną niewinność i szczęśliwość. Hiszpanie mają niejasne wiadomości o tym kraju: nazywają go Eldorado; pewien Anglik, nazwiskiem kawaler Raleigh[24], zbliżył się nawet doń, mniejwięcej przed stu laty; ale, ponieważ kraj nasz otoczony jest niedostępnemi skałami i przepaściami, byliśmy, aż dotąd, bezpieczni od drapieżności narodów Europy, które są dziwnie łase na kamienie i muł naszej ziemi, i które, aby je posiąść, wymordowałyby nas do ostatniego“.
Rozmowa trwała długo: przedmiotem jej była forma rządu, obyczaje, kobiety, publiczne widowiska, sztuki. Wreszcie, Kandyd, który zawsze miał zamiłowanie do metafizyki, zapytał, przez Kakamba, czy mieszkańcy tego kraju mają jakowąś religię.
Starzec zarumienił się nieco. „Jakto! rzekł, możecie wątpić? Czy bierzecie nas za niewdzięczników? Kakambo spytał nieśmiało, co za religię wyznają w Eldorado. Starzec poczerwieniał znowu: „Czyż mogą być dwie religie? zawołał. Mamy, jak sądzę, religię całego świata; uwielbiamy Boga od wieczora do rana. — Czy uwielbiacie tylko jednego Boga? rzekł Kakambo, ciągle służąc za tłómacza wątpliwościom Kandyda. — Oczywiście, rzekł starzec, że niema ich dwóch, trzech, ani czterech. Przyznam się, że ludzie z waszego świata zadają dosyć osobliwe pytania.“
Kandyd nie przestawał zasypywać pytaniami dobrego starca; chciał wiedzieć w jaki sposób zanosi się prośby do Boga w Eldorado. „Nie zanosimy ich wcale, rzekł dobry i czcigodny mędrzec; nie mamy go o co prosić, dał wszystko czego nam trzeba; dziękujemy mu bez przerwy“. Kandyd ciekaw był zobaczyć kapłanów: zapytał, przez Kakambę, gdzie się znajdują. Dobry starzec uśmiechnął się. „Moi przyjaciele, rzekł, wszyscy tu jesteśmy kapłanami; król i wszyscy ojcowie rodzin śpiewają uroczyście dziękczynne pieśni co rano, a chór kilkutysięczny towarzyszy im. — Jakto! nie macie mnichów, którzy nauczają, dysputują, rządzą, knują i palą żywcem ludzi będących innego zdania? — Chybabyśmy oszaleli, odparł starzec; wszyscy jesteśmy tu jednego zdania: nie rozumiem, co to za mnichy, o których mówisz“. Słysząc to, Kandyd rozpływał się w zachwycie i powiadał sobie w duchu: „To grubo odmienne niż Westfalia i zamek wielmożnego barona: gdyby przyjaciel Pangloss widział Eldorado, nie byłby już powiadał, że zamek Thunder-ten-tronckh jest możliwie najlepszym tworem na ziemi; to pewna, że podróże kształcą“.
Po długiej rozmowie, dobry starzec kazał zaprządz karocę w sześć baranów, i przydał podróżnym dwunastu ludzi, aby ich zawieźli do dworu. „Darujcie, rzekł, iż wiek pozbawia mnie zaszczytu towarzyszenia wam. Król przyjmie was w sposób na który nie będziecie się pewnie uskarżać, a jeśli to lub owo nie przypadnie wam u nas do smaku, raczycie wybaczyć“. Kandyd i Kakambo wsiedli do karocy; barany pomknęły jak wiatr. W niespełna cztery godziny, zajechali przed pałac królewski, położony na krańcu stolicy. Pałac wysoki był na sto dwadzieścia stóp, a na sto szeroki; niepodobna opisać, z jakiej materyi był zbudowany. Łatwo sobie każdy wyobrazi, o ile musiała ona przewyższać kamyki i piasek, które nazywamy złotem i drogimi kamieniami.
Dwadzieścia pięknych dziewcząt, sprawujących straż, przyjęły Kandyda i Kakambę w progu, zawiodły do łaźni, ubrały w suknie utkane z puchu kolibra; poczem, wielcy oficjerowie i wielkie oficjerki korony zaprowadzili ich do komnat Jego Królewskiej Mości. Szli, wedle tamecznego obyczaju, pomiędzy dwoma rzędami muzykantów; każdy z tysiąca ludzi. Kiedy zbliżali się do sali tronowej, Kakambo zapytał ochmistrza, w jaki sposób należy pozdrawiać Majestat; czy padając na ziemię kolanami czy brzuchem; czy przykładając ręce do głowy czy do pośladków; czy zlizując proch z podłogi; jednem słowem, jaki jest ceremoniał. „Zwyczaj jest, odparł ochmistrz, uścisnąć króla i ucałować w oba policzki“. Kandyd i Kakambo rzucili się na szyję Majestatowi, który przyjął ich z nieopisaną uprzejmością i zaprosił grzecznie na wieczerzę.
Tymczasem oprowadzono ich po mieście, pokazano budowle publiczne wznoszące się pod chmury, stopnie ozdobione tysiącznemi kolumnami, fontanny z czystej wody, fontanny z wody różanej, ze słodkich likierów, które płynęły ustawiczne po wielkich placach wyłożonych jakimś drogim kamieniem, wydającym zapach podobny woni goździków i cynamonu. Kandyd zapragnął widzieć gmachy sądowe, pałac sprawiedliwości; powiedziano mu, że nic podobnego nie istnieje i że w tym kraju nie znają procesów. Zapytał, czy istnieją więzienia; powiedziano że nie. Co go najwięcej i najprzyjemniej zdziwiło, to pałac Nauk, z galeryą długą na dwa tysiące kroków, szczelnie zapełnioną matematycznymi i fizycznymi przyrządami.
Oprowadziwszy gości, w ciągu popołudnia, po tysiącznej może części całego miasta, zawiedziono ich z powrotem do pałacu. Kandyd zasiadł do stołu w towarzystwie króla, sługi swego Kakamby, i licznych dam. Nigdy nie widziano znakomitszej zastawy, i nigdy nikt nie iskrzył się tak dowcipem przy wieczerzy, jak królowej krainy. Kakambo tłómaczył Kandydowi wszystkie trefne odezwania króla, które, nawet przetłómaczone, nie traciły swej trefności. Ze wszystkich rzeczy które zdumiewały Kandyda, ta pewnie nienajmniejszy dawała mu powód do zdziwienia.
Spędzili miesiąc w tej gościnie. Kandyd bezustanku powtarzał: „To prawda, przyjacielu, jeszcze raz ci przyznaję, że zamek, w którym się urodziłem, nie umył się do tej rozkosznej krainy; ale cóż! niema tu Kunegundy, a i ty również zostawiłeś pewnie jaką damę serca w Europie. Jeśli zostaniemy tutaj, będziemy poprostu tem co drudzy; natomiast, jeśli wrócimy do kraju, bodaj tylko z tuzinem baranów obładowanych tutejszymi kamykami, staniemy się bogatsi niż wszyscy królowie razem, nie będziemy się potrzebowali obawiać inkwizytorów i z łatwością zdołamy odzyskać Kunegundę“.
Ten pogląd spodobał się Kakambie; tak miło jest uganiać po świecie, odgrywać ważną rolę wśród swoich, popisywać się tem co się widziało w podróżach, iż dwaj szczęśliwcy postanowili wyrzec się swego szczęścia i poprosić najjaśniejszego króla o pozwolenie odjazdu.
„Robicie głupstwo, rzekł król; wiem dobrze że w moim kraju niema nic nadzwyczajnego; ale, kiedy człowiekowi jest gdzieś znośnie, trzeba się tego trzymać. Nie mam oczywiście prawa zatrzymywać cudzoziemców; byłaby to tyrania obca zarówno naszym prawom jak i obyczajom; wszyscy ludzie są wolni; jedźcie kiedy zechcecie; ale wydostać się stąd jest dosyć trudno. Niepodobna jest płynąć pod prąd bystrej rzeki, którą dostaliście się tu cudem i która kryje się pod sklepieniem skał. Góry, które otaczają całe królestwo, mają dziesięć tysięcy stóp i strome są jak ściana: każda ma w obwodzie więcej niż dziesięć mil; zejścia z nich nie masz, chyba prosto w przepaść. Mimo to, skoro koniecznie chcecie jechać, dam rozkaz swoim inżynierom, aby zbudowali machinę, któraby was mogła wygodnie stąd przenieść. Skoro się znajdziecie poza pasmem gór, nikt z tutejszych nie będzie wam mógł towarzyszyć; poddani moi bowiem uczynili ślub nie opuszczać nigdy tej doliny, a zbyt są roztropni aby go łamać. Pozatem, możecie mnie prosić o wszystko co się wam spodoba. „Prosimy waszą królewską mość, rzekł Kakambo, jedynie o kilka baranów, obładowanych żywnością, kamykami i błotem tego kraju“. Król zaśmiał się: „Nie rozumiem, rzekł, co za upodobanie mają wasi ziomkowie w Europie do naszego żółtego błota; ale weźcie ile się wam podoba, i niech wam służy“.
Wydał natychmiast rozkaz inżynierom, aby zbudowali machinę celem wywiedzenia tych pomyleńców poza granice królestwa. Trzy tysiące dzielnych fizyków wzięło się do pracy; dzieło było gotowe po upływie dwóch tygodni, a kosztowało nie więcej niż dwadzieścia milionów funtów szterlingów wedle miejscowej monety obiegowej. Usadowiono na machinie Kandyda i Kakambę; prócz tego przydano im dwa wielkie czerwone barany, osiodłane i zaopatrzone we wszystko co trzeba aby służyły za wierzchowce cudzoziemcom, skoro przebędą góry; dalej dwadzieścia baranów jucznych, obładowanych żywnością; trzydzieści dźwigających dary, złożone ze wszystkiego co było najosobliwszego w tym kraju; pięćdziesiąt wreszcie obładowanych złotem, drogimi kamieniami i dyamentami. Król uściskał serdecznie obieżyświatów.
Piękne to było widowisko ten odjazd! Nic nie da się porównać z przemyślnością, z jaką wywindowano ich, wraz z całem stadkiem baranów, na szczyt góry. Odstawiwszy ich w bezpieczne miejsce, fizykowie pożegnali cudzoziemców, Kandyd zaś nie miał już od tej chwili innego pragnienia i celu, jak tylko zawieść swoje barany do stóp panny Kunegundy. „Mamy, powiadał, czem opłacić gubernatora, jeżeli może istnieć jakaś cena zdolna opłacić łaski panny Kunegundy. Idźmy w kierunku Kajenny, wsiądziemy na okręt; zobaczymy później, jakie królestwo uda się nam zakupić“.


XIX. Co im się zdarzyło w Surinam i w jaki sposób Kandyd zawarł znajomość z Marcinem.

Pierwszy dzień upłynął podróżnym dość przyjemnie. Krzepiła ich myśl, iż są oto posiadaczami większej mnogości skarbów, niżby ich mogły zgromadzić Azya, Europa i Afryka razem. Kandyd, uszczęśliwiony, rył imię Kunegundy na przydrożnych drzewach. Drugiego dnia, dwa barany ugrzęzły w bagnie i utonęły wraz z ładunkiem; w kilka dni potem, dwa inne padły ze znużenia; siedm czy ośm zginęło z głodu w pustyni; inne znalazły śmierć w przepaściach. Wreszcie, po stu dniach wędrówki, zostały im tylko dwa barany. Kandyd rzekł: „Widzisz, przyjacielu, jak znikome są bogactwa świata; niemasz nic trwałego, prócz cnoty, oraz szczęścia oglądania z powrotem panny Kunegundy. — Przyznaję, odparł Kakambo; ale zostały nam jeszcze dwa barany, z większą mnogością skarbów niż ich kiedykolwiek zdoła posiąść król Hiszpański; a oto widzę w oddali miasto, o którem przypuszczam, że to jest Surinam, własność Holendrów. Jesteśmy u kresu niedoli i u początku naszego szczęścia.“
Zbliżając się do miasta, ujrzeli murzyna rozciągniętego na ziemi i odzianego jedynie w gatki z niebieskiego płótna; nieborak pozbawiony był lewej nogi i prawej ręki. „Och, mój Boże! rzekł Kandyd po holendersku, cóż ty tu robisz, przyjacielu, w tym straszliwym stanie? — Czekam na mego pana, p. Vanderdendur, słynnego przedsiębiorcę. — Czy to p. Vanderdendur, rzekł Kandyd, obszedł się z tobą w ten sposób? — Tak, panie, odparł murzyn, taki zwyczaj. Dają nam, za całe odzienie, gatki płócienne dwa razy do roku. Kiedy pracujemy w cukrowniach i tryby chwycą nam palec, ucinają nam rękę: kiedy próbujemy uciekać, ucinają nogę: mnie zdarzyło się jedno i drugie. Oto cena, za którą jadacie cukier w Europie. Wszelako, kiedy matka sprzedawała mnie za dziesięć patagońskich talarów na wybrzeżu Gwinei, mówiła mi: „Moje drogie dziecko, błogosław naszych fetyszów, oddawaj im zawsze cześć, a ześlą ci szczęśliwy żywot; masz zaszczyt być niewolnikiem białych panów, i w ten sposób zapewniasz dostatek rodzicom“. Nie wiem czy oni zaznali szczęścia, ale to pewna że ja nie. Psy, małpy, papugi są z pewnością tysiąc razy mniej nieszczęśliwe od nas. Fetysze holenderscy, którzy mnie nawrócili, prawią mi co niedzielę, że wszyscy jesteśmy dziećmi Adama, biali i czarni. Nie jestem genealogistą; ale, jeżeli mówią prawdę, jesteśmy wszyscy potrosze ciotecznymi czy stryjecznymi braćmi. Owóż, przyznacie, nie można w ohydniejszy sposób obchodzić się ze swojem krewieństwem.
— O, Panglossie! wykrzyknął Kandyd, nie przeczuwałeś tej ohydy; przepadło; trzeba mi w końcu wyrzec się twego optymizmu. — Co to takiego optymizm? spytał Kakambo. — Ach, odparł Kandyd, to obłęd dowodzenia, że wszystko jest dobrze, kiedy nam się dzieje źle“. Tak mówił Kandyd i wylewał obficie łzy, spoglądając na murzyna; popłakując, zaszedł do miasta Surinam.
Pierwsza rzecz, o którą zasiągnęli języka, to czy niema jakiego okrętu, któryby można wysłać do Buenos-Aires. Człowiek, do którego się zwrócili, był to właśnie przedsiębiorca hiszpański, który ofiarował się załatwić sprawę uczciwym targiem. Naznaczył, w tym celu, schadzkę w poblizkiej gospodzie. Kandyd i wierny Kakambo zjawili się w umówionej porze wraz ze swymi dwoma baranami.
Kandyd, zawsze prostoduszny jak dziecko, opowiedział Hiszpanowi wszystkie przygody, i zwierzył iż zamierza uprowadzić pannę Kunegundę. „Niech mnie Bóg strzeże, abym was miał zawieźć do Buenos-Aires, rzekł patron: powieszonoby mnie i was także: piękna Kunegunda jest ukochaną faworytą Jego Dostojności“. Słowa te podziałały na Kandyda jak grom; długo wylewał łzy, w końcu odciągnął na stronę Kakambę. „Musisz, drogi przyjacielu, wyświadczyć mi przysługę. Mamy w kieszeniach dyamentów za jakich pięć lub sześć miljonów; jesteś zręczniejszy odemnie; jedź wyrwać Kunegundę z Buenos-Aires. Jeżeli gubernator będzie robił trudności, daj mu miljon; jeśli mało, daj dwa; ty nie masz na sumieniu śmierci inkwizytora, nie mają cię o co zaczepić. Ja narządzę drugi statek, i udam się do Wenecyi, gdzie będę czekał na ciebie: jestto kraj wolny i niema się tam czego obawiać ani od Bułgarów, ani od Arabów, ani od Żydów, ani od inkwizytorów“. Kakambo przyklasnął temu mądremu postanowieniu. Ciężko mu było rozstać się z dobrym panem, który stał się jego serdecznym przyjacielem; ale przyjemność oddania mu usługi zwyciężyła boleść rozłączenia. Uściskali się lejąc łzy: Kandyd zalecił jeszcze aby nie zapomniał o poczciwej starej. Kakambo ruszył tegoż samego dnia w drogę: był to bardzo zacny człowiek, ten Kakambo.
Kandyd został jeszcze jakiś czas w Surinam, i czekał aby inny kapitan zechciał go przewieźć do Włoch, wraz z dwoma baranami które mu zostały. Zgodził służących i zakupił wszystko potrzebne na tak długą podróż; wreszcie p. Vanderdendur, właściciel dużego statku, zgłosił swą gotowość. „Ile pan żądasz, zapytał Kandyd, aby mnie zawieźć prosto do Wenecyi, mnie, moich ludzi, toboły, i te dwa barany?“ Właściciel zacenił dziesięć tysięcy piastrów; Kandyd zgodził się bez wahania.
„Och, och, rzekł sobie w duchu przemyślny Vanderdendur, ten cudzoziemiec daje tak, bez targu, dziesięć tysięcy! musi być djablo bogaty“. Zaczem, wrócił za chwilę i oznajmił, iż nie może jechać za mniej niż dwadzieścia tysięcy. „Dobrze więc, będziesz je pan, miał, odparł Kandyd.
— Ej, pomyślał kupiec, ten człowiek daje dwadzieścia tysięcy równie łatwo jak dziesięć“. Wrócił jeszcze, i rzekł, że nie może go zawieźć do Wenecyi taniej niż za trzydzieści tysięcy piastrów. „Daję trzydzieści tysięcy, odparł Kandyd.
— Och, och, pomyślał znowuż Holender, trzydzieści tysięcy piastrów nie kosztują nic tego człowieka; bezwątpienia te barany muszą dźwigać ogromne skarby; nie nalegajmy więcej, kaźmy sobie, na razie, zapłacie trzydzieści tysięcy, a potem, zobaczymy“. Kandyd sprzedał dwa małe dyamenty, z których mniejszy wart był więcej niż cena przewozu. Zapłacił z góry. Oba barany załadowano na statek. Kandyd jechał za nimi w szalupie; zbliżał się już do statku; ale patron nie traci czasu, rozwija żagle, podnosi kotwicę, wiatr sprzyja jego zamysłom. Kandyd, osłupiały i zdumiony, traci go niebawem z oczu. „Och, och, wykrzyknął. Oto sztuczka, godna Starego Świata“. Wraca do brzegu, powalony boleścią, postradał bowiem skarby, zdolne zapewnić szczęście dwudziestu monarchów.
Udaje się do holenderskiego sędziego, że zaś był nieco podniecony, puka gwałtownie do drzwi; wchodzi, przedstawia rzecz, krzycząc nieco głośniej niż wypadało. Sędzia skazał go przedewszystkiem na dziesięć tysięcy piastrów grzywny za hałas jakiego narobił; następnie, wysłuchawszy cierpliwie, przyrzekł rozpatrzyć sprawę natychmiast skoro kupiec wróci, oraz kazał sobie zapłacić drugie dziesięć tysięcy za koszta posłuchania.
Postępowanie to dopełniło miary rozpaczy Kandyda. Prawda, iż przebył już w życiu tysiąc razy dotkliwsze nieszczęścia; wszelako zimna krew sędziego, jak również kupca który go okradł tak haniebnie, poruszyły jego żółć, i pogrążyły go w najczarniejszej melancholii. Złość ludzka ujawniła się jego oczom w całej szpetocie, i przejęła go smutnemi myślami. Wreszcie, znalazł okręt francuzki, odpływający właśnie do Bordeaux. Ponieważ nie posiadał już do przewozu baranów obładowanych dyamentami, wynajął za przyzwoitą cenę kajutę, i ogłosił w mieście, że zapłaci drogę, życie i doda jeszcze dwa tysiące piastrów uczciwemu człowiekowi, który zechce mu towarzyszyć, pod warunkiem, że człowiek ten będzie najbardziej zmierżony swoim stanem i najnieszczęśliwszy w całym kraju.
Zgłosiła się taka ciżba kandydatów, iż cała flota nie byłaby jej uniosła. Kandyd, chcąc wybrać między najprzyzwoitszymi, wydzielił jakie dwadzieścia osób, które zdawały się zasługiwać na sympatyę, a które wszystkie obstawały przy prawie pierwszeństwa. Zebrał ich w gospodzie, zaprosił na wieczerzę, pod warunkiem, iż każdy, pod przysięgą, opowie wiernie swą historyę; poczem on sam wybierze tego, który wyda mu się najbardziej godnym pożałowania, najbardziej i z największą słusznością niezadowolonym ze swego stanu; innym zaś da jakieś odszkodowanie.
Posiedzenie trwało do czwartej rano. Słuchając wszystkich przygód, Kandyd wspominał to, co mówiła staruszka w drodze do Buenos-Aires, oraz zakład jaki chciała przyjąć, że nie znajdzie się na okręcie osoby, którejby się nie zdarzyło w życiu jakieś wielkie nieszczęście. Za każdą nową opowieścią, przychodził mu na myśl Pangloss. „Mistrz Pangloss, mówił, byłby w wielkim kłopocie, gdyby mu przyszło dowieść swego systemu. Chciałbym, aby był tutaj. To pewna, że, jeżeli wszystko idzie dobrze, to chyba w Eldorado, ale nie na reszcie ziemi“. Wreszcie, rozstrzygnął wybór na korzyść biednego uczonego, który pracował przez dziesięć lat dla Amsterdamskich księgarzy. Osądził, iż niema na świecie rzemiosła, któreby mogło bardziej dać się we znaki.
Ten uczeniec, pozatem bardzo zacny człowiek, doznał wielu nieszczęść: żona go okradała, syn grzmocił, córka opuściła go i uciekła z jakimś Portugalczykiem. Wkońcu, pozbawiono go małej posadki która dawała mu środki do życia, predykanci zaś Surynamscy prześladowali go, ponieważ brali go za Socynianina[25]. Trzeba przyznać, że inni byli conajmniej równie nieszczęśliwi jak on; ale Kandyd miał nadzieję iż uczony będzie go rozrywał w ciągu drogi. Wszyscy rywale osądzili, iż Kandyd wyrządza im wielką niesprawiedliwość; ułagodził ich, dając każdemu po sto piastrów.


XX. Co się zdarzyło Kandydowi i Marcinowi na morzu.

Stary uczony, imieniem Marcin, puścił się tedy z Kandydem do Bordeaux. Obaj wiele widzieli i przecierpieli; gdyby nawet okręt miał odbyć drogę z Surinam do Japonii przez Przylądek Dobrej Nadziei, nie zbrakłoby im tematu do rozmowy o wszelakich fizycznych i moralnych niedolach.
Jednakże, Kandyd miał nad Marcinem jedną wielką przewagę: mianowicie ciągle spodziewał się ujrzeć Kunegundę, Marcin zaś nie spodziewał się już niczego; co więcej, Kandyd miał złoto i dyamenty. Mimo iż stracił setkę baranów obładowanych największymi skarbami ziemi, mimo że zawsze miał na sercu łajdactwo Holendra, wszelako, kiedy myślał o tem co mu zostało w kieszeniach i kiedy mówił o Kunegundzie, zwłaszcza pod koniec obiadu, przechylał się ku systemowi Panglossa.
„A pan, panie Marcinie, rzekł do uczonego, co rozumiesz o tem? jakie jest pańskie zapatrywanie na moralne i fizyczne zło? — Panie, odparł Marcin, klechy oskarżały mnie że jestem socynianem, ale, jeżeli mam rzec prawdę, jestem manichejczykiem[26]. — Żartujesz ze mnie, rzekł Kandyd; niema już na świecie manichejczyków. — Ja nim jestem, odparł Marcin; nie wiem co na to poradzić, ale nie umiem myśleć inaczej. — Musisz być tedy opętany przez djabła, rzekł Kandyd. — Mięsza się on tak pilnie do spraw tego świata, rzekł Marcin, że mógłby łatwo znaleźć się we mnie, jak i wszędzie indziej: ale przyznam się, iż, obejmując wzrokiem ten świat, albo raczej ten światek, myślę że Bóg wydał go na łup jakiejś złośliwej istocie; z wyjątkiem chyba jednego Eldorado. Nie widziałem miasta, któreby nie pragnęło zagłady sąsiedniego miasta; rodziny, któraby nie chciała wygubić innej. Wszędzie słabi dławią w sobie nienawiść do możnych, przed którymi pełzają; możni zaś patrzą na nich jak na barany z których sprzedaje się wełnę i mięso. Milion regularnych morderców, przeciągając z jednego końca Europy na drugi, praktykuje, z całą systematycznością, mord i łupieztwo, aby zarobić na chleb, ponieważ nie posiada uczciwszego zatrudnienia; w miastach zaś które rzekomo kosztują pokoju i gdzie kwitną nauki i sztuki, zawiść, troska i zamęt ducha bardziej nękają ludzi, niż wszystkie zarazy i klęski oblężonej fortecy. Tajemne zgryzoty są jeszcze okrutniejsze niż publiczne nędze. Jednem słowem, tyle widziałem i doświadczyłem, że jestem manichejczykiem.
— Istnieją wszakże i dobre strony, rzekł Kandyd. — Być może, mówił Marcin, ale ja ich nie znam“.
Wśród tej dysputy, dał się słyszeć huk armatni. Huk ten wzmagał się z minuty na minutę. Każdy chwyta za lunetę. Ukazują się dwa statki, walczące z sobą w oddaleniu około trzech mil: wiatr przypędził je tak blizko, iż pasażerowie francuskiego okrętu mieli przyjemność oglądania walki jak na dłoni. Wreszcie, jeden ze statków wsunął drugiemu pocisk tak nizko i tak celny, że go zatopił. Kandyd i Marcin ujrzeli wyraźnie na pokładzie setkę osób skazanych na pewną śmierć; biedacy podnosili ręce do nieba, i wydawali straszliwe krzyki: w jednej chwili wszystko znikło.
„Ot, masz pan, rzekł Marcin, oto jak ludzie obchodzą się z sobą wzajem. — To prawda, rzekł Kandyd, jest coś djabelskiego w tej sprawie“. Tak mówiąc, spostrzegł jakiś przedmiot żywo-czerwonego koloru, pływający koło statku. Spuszczono szalupę, aby zobaczyć co to takiego; był to jeden z eldoradzkich baranów. Kandyd uczuł większą radość odnajdując tego barana, niżeli doznał strapienia niegdyś, straciwszy ich setkę obładowaną wszystkimi skarbami Eldorado.
Francuzki kapitan rozpoznał niebawem, że kapitanem zwycięzkiego okrętu był hiszpan, kapitanem zaś okrętu zatopionego pirata holenderski, ten sam który okradł Kandyda. Olbrzymie bogactwa które sobie przywłaszczył zbrodniarz, znalazły, wraz z nim, grób na dnie morza; tylko jeden baran ocalał. „Widzisz, rzekł Kandyd do Marcina, iż zbrodnia bywa niekiedy ukarana; opryszek znalazł los na który zasługiwał. — Tak, odparł Marcin, ale trzebaż było, aby podróżni jadący na statku zginęli również? Bóg ukarał tego hultaja, djabeł zatopił resztę“.
Tymczasem statek francuski i hiszpański płynęły swoją drogą, Kandyd zaś wiódł dalej rozprawy z Marcinem. Dysputowali tak przez dwa tygodnie jednym ciągiem, i, po upływie dwóch tygodni, byli wciąż w tym samym punkcie. Ale, ostatecznie, nagadali się, wymieniali myśli, pocieszali się wzajem. Kandyd pieścił swego barana. „Skoro ciebie odnalazłem, powiadał, może mi się uda odnaleźć i Kunegundę“.


XXI. Kandyd i Marcin zbliżają się do wybrzeży Francyi i rozumują.

Wreszcie ukazały się wybrzeża Francji. „Byłeś kiedy we Francyi, Marcinie? rzekł Kandyd. — Owszem, odparł Marcin, zwiedziłem rozmaite okolice tego kraju. Są takie, w których połowa mieszkańców ma bzika; inne znowuż gdzie są za mądrzy; inne, gdzie ludzie na ogół są dość łagodni: inne, gdzie silą się na dowcip; we wszystkich zaś, pierwszem zatrudnieniem jest miłość, drugiem obmowa, a trzeciem gadanie głupstw. — A powiedz mi, Marcinie, czy widziałeś Paryż? — Owszem, widziałem; łączy potrochu wszystkie te rodzaje; chaos, ciżba, w której wszystko co żyje goni za przyjemnością, a nikt jej nie znajduje, przynajmniej o ile mnie się zdało. Bawiłem tam krótko: zaraz po przybyciu, hultaje jarmarczni okradli mnie ze wszystkiego co posiadałem; mnie samego wzięto za złodzieja i przetrzymano tydzień w więzieniu; poczem, zgodziłem się na korektora w drukarni, aby zarobić tyle, bym mógł pieszo wrócić do Holandyi. Poznałem kanalię piszącą, kanalię intrygującą i kanalię w konwulsyach[27]. Powiadają, iż są w tem mieście ludzie nader uprzejmi: pragnę temu wierzyć.
— Co do mnie, nie jestem zgoła ciekaw Francyi, rzekł Kandyd; domyślasz się łatwo, że, skoro kto spędził miesiąc w Eldorado, nie dba na ziemi o nic prócz panny Kunegundy. Będę jej czekał w Wenecyi; przejedziemy przez Francyę aby się udać do Włoch; czy zechcesz mi towarzyszyć? — Bardzo chętnie, rzekł Marcin: powiadają, że Wenecya dobra jest jedynie dla szlachty wenecyańskiej, że wszelako przyjmują tam bardzo dobrze cudzoziemców, o ile mają dużo pieniędzy; ja nie mam, ale ty masz: pójdę za tobą wszędzie. — Ale, ale, rzekł Kandyd, czy myślisz, że ziemia była pierwotnie morzem, jak zapewnia wielka książka[28] będąca własnością kapitana okrętu? — Nie wierzę w to, odparł Marcin, równie jak w inne brednie jakiemi nas karmią od pewnego czasu. — Ale, ostatecznie, w jakim celu stworzono ten świat? rzekł Kandyd. — Abyśmy się wściekali, odparł Marcin. — Czy nie dziwi cię, ciągnął Kandyd, miłość, jaką dwie dziewczyny z krainy Uszaków pałały do małp, jak ci to opowiadałem swego czasu? — Zgoła nie, odparł Marcin; nie widzę coby w tem miało być osobliwego: widziałem tyle rzeczy nadzwyczajnych, że nic już nie jest dla mnie nadzwyczajne. — Czy wierzysz, rzekł Kandyd, że ludzie zawsze mordowali się wzajem, jak to dziś czynią? że zawsze byli kłamliwi, chytrzy, przewrotni, niewdzięczni, drapieżni, słabi, zmienni, tchórzliwi, zazdrośni, chciwi, łakomi, opoje, skąpi, ambitni, krwiożerczy, potwarczy, rozpustni, fanatycy, obłudni i głupi? — Czy wierzysz, rzekł Marcin, że kobuzy zawsze zjadały gołębie, kiedy je napotkały? — Bezwątpienia, rzekł Kandyd. — No więc, odparł Marcin, jeżeli kobuzy zawsze mają ten sam charakter, dlaczego miałby się zmieniać u ludzi? — Och, rzekł Kandyd, jest gruba różnica: bądź co bądź, wolna wola...“ Tak rozprawiając, dobili do Bordeaux.


XXII. Co się zdarzyło Kandydowi i Marcinowi we Francyi.

Kandyd zatrzymał się w Bordeaux tylko tyle, ile trzeba było aby sprzedać parę kamyków z Dorado, i zaopatrzyć się w wygodny pojazd na dwie osoby; nie umiał się już bowiem obejść bez filozofa Marcina. Zmartwiony był tylko bardzo, że musi rozstać się z baranem, którego zostawił Akademii nauk w Bordeaux. Ta ogłosiła jako przedmiot dorocznego konkursu zagadnienie, czemu ów baran ma czerwoną wełnę; nagrodę przyznano pewnemu uczonemu z północy, który udowodnił, przez A plus B, minus C, podzielone przez D, że baran musiał być czerwony i umrzeć na księgosusz.
Wszelako, wszyscy podróżni których Kandyd spotkał w gospodach po drodze, powiadali: „Jedziemy do Paryża“. Ta powszechna skwapliwość obudziła w nim wreszcie ochotę ujrzenia stolicy; nie było to wielkiem zboczeniem z drogi do Wenecyi.
Wjechał do miasta od przedmieścia Saint-Marceau; doznał wrażenia, że znajduje się w najszpetniejszej mieścinie Westfalii.
Zaledwie Kandyd dobił do gospody, uczuł objawy lekkiej choroby, spowodowanej zmęczeniem. Ponieważ miał na palcu olbrzymi dyament, a również zauważono w jego pojeździe nader ciężką szkatułę, znalazło się natychmiast dwóch lekarzy, których wcale nie wzywał, paru serdecznych przyjaciół nie odstępujących go ani na chwilę, i dwie dewotki które grzały mu polewkę. Marcin powiadał: „Przypominam sobie, iż, podczas pierwszej podróży, również zachorzałem w Paryżu; byłem bardzo ubogi; to też, nie miałem na usługi ani przyjaciół, ani dewotek, ani lekarzy, i wyzdrowiałem“.
Wszelako, pod wpływem lekarstw i puszczania krwi, choroba Kandyda pogorszyła się znacznie. Pewien poczciwy obywatel, zamieszkały w tejże dzielnicy, przyszedł, z całą słodyczą, domagać się odeń obligu płatnego na okaziciela[29] na tamten świat. Kandyd nie chciał o tem słyszeć; dewotki upewniały że to nowa moda; Kandyd odpowiedział, że nie należy do ludzi upędzających się za modą. Marcin chciał wyrzucić natręta oknem. Klecha przysięgał, że nie zechcą pochować Kandyda. Marcin klął się, iż wnet pochowa samego klechę, jeśli nie zostawi ich w spokoju. Kłótnia stawała się coraz żywsza; Marcin wziął go za kark i wyrzucił bez ceremonii, co spowodowało wielkie zgorszenie, i, w następstwie, protokół w policyi.
Kandyd wyzdrowiał; podczas rekonwalescencyi miewał u siebie na wieczerzy nader wykwintne towarzystwo. Grywano dość grubo. Kandyd był wielce zdziwiony, że nigdy nie widział w swojej karcie asów; Marcin nie dziwił się zgoła.
Pośród nowo poznanych osób, które zaopiekowały się Kandydem ze szczególną troskliwością, znajdował się młody labuś, jeden z owych ludzi wścibskich, zawsze gorliwych, zawsze usłużnych, bezczelnych, obleśnych, narzucających się: z tych co to czyhają na świeżo przybyłych podróżnych, opowiadają im najnowsze skandaliki, i stręczą uciechy za wszelką cenę. Najpierw zaprowadził Kandyda i Marcina do teatru. Grano właśnie nową tragedyę. Kandydowi wypadło miejsce w pobliżu kółka znawców. To nie przeszkodziło, iż wylewał łzy w najpiękniejszych miejscach, ile że były doskonale odegrane. Jeden ze znawców, siedzący obok, rzekł w międzyakcie: „Zupełnie niewłaściwie pan płaczesz: aktorka jest bardzo licha; partner jej jeszcze lichszy; sztuka jeszcze gorsza niż aktorzy; autor nie umie ani słowa po arabsku a wszakże scena rozgrywa się w Arabii; co więcej, jestto człowiek który nie wierzy we wrodzone pojęcia; przyniosę panu jutro dwadzieścia broszur przeciw niemu. — Racz mi pan powiedzieć, ile posiadacie sztuk teatralnych we Francyi?“ zapytał Kandyd labusia; ów odpowiedział: „Pięć do sześciu tysięcy. — To dużo, rzekł Kandyd: a ile między niemi dobrych? — Z jakich piętnaście, odparł tamten. — To dużo“, rzekł Marcin.
Kandyd był bardzo pod wrażeniem aktorki, która grała królowę Elżbietę w pewnej dość płaskiej tragedyi[30], wystawianej od czasu do czasu. „Ta aktorka, rzekł do Marcina, podoba mi się bardzo, przypomina cośkolwiek pannę Kunegundę; chętniebym się z nią poznał“. Labuś ofiarował się go wprowadzić. Kandyd, wychowany w Niemczech, zapytał, jaka jest etykieta i jak traktuje się we Francyi królowe angielskie. „Zależy jak i gdzie, rzekł labuś; na prowincyi, prowadzi się je do gospody, w Paryżu uwielbia się je, jeżeli ładne, a po śmierci rzuca do kloaki. — Królowe do kloaki! rzekł Kandyd. — Nie inaczej, odpad Marcin;. ten pan ma słuszność; byłem w Paryżu, kiedy panna Monima[31] przeniosła się, jak to mówią, do lepszego świata; odmówiono jej tego, co ludzie tutejsi nazywają honorami pogrzebu, to znaczy prawa do gnicia na szpetnym cmentarzu razem ze wszystkimi dziadami całej dzielnicy. Pogrzebano ją całkiem osobno, gdzieś w rogu ulicy Burgundzkiej, co musiało jej sprawić niezmierną boleść, była to bowiem wielce szlachetnie myśląca osoba. — To bardzo nieuprzejmie, rzekł Kandyd. — Co pan chcesz, rzekł Marcin, tutejsi ludzie mają takie zapatrywania. Wyobraź sobie wszystkie możliwe sprzeczności, wszystkie przeciwieństwa, a znajdziesz je w rządzie, w trybunałach, w kościołach, w widowiskach tego osobliwego narodku. — Czy to prawda, że w Paryżu zawsze się śmieją? rzekł Kandyd. — Tak, odparł labuś, ale wściekając się równocześnie; tutaj bowiem wyrzekają na wszystko trzymając się za boki od śmiechu; ba, śmiejąc się, czynią rzeczy najbardziej haniebne.
— Kto jest, spytał Kandyd, ten gruby wieprz, co oto tak wymyślał na sztukę na której się spłakałem, i na aktorów którzy sprawili mi tyle przyjemności? — To wieczny malkontent, odparł labuś, który zarabia na życie mówieniem źle o każdej sztuce i książce; nienawidzi wszystkiego co ma powodzenie, jak eunuchy nienawidzą ludzi posiadających siłę męzką; to jeden z owych płazów literackich żywiących się błotem i trucizną; zwykła wesz kałamarzowa. — Co nazywasz pan wszą kałamarzową? rzekł Kandyd. — To, odparł księżyk, ot, taki skryba dziennikarski, taki Fréron[32][33].
W ten sposób Kandyd, Marcin i labuś rozprawiali na schodach, przyglądając się publiczności opuszczającej teatr. „Mimo że wielce pragnę ujrzeć pannę Kunegundę, rzekł Kandyd, chciałbym wszelako zjeść wieczerzę w towarzystwie panny Clairon, była bowiem zachwycająca“.
Labuś nie był człowiekiem mogącym mieć przystęp do panny Clairon, która obracała się jedynie w dobrem towarzystwie. »Zajęta jest dziś wieczór, rzekł; ale miło mi będzie zaprowadzić cię do pewnej dystyngowanej damy: tam poznasz Paryż, jakgdybyś żył w nim od czterech lat“.
Kandyd, z natury ciekawy, pozwolił się zaprowadzić do owej damy, mieszkającej w dzielnicy św. Honoryusza. Towarzystwo siedziało właśnie przy faraonie; każdy z tuzina smętnych poniterów trzymał w ręce plik karteczek, żałosny rejestr niepowodzeń wieczoru. Panowało głębokie milczenie, bladość obsiadła czoła poniterów, niepewność czoło trzymającego bank; zaś gospodyni domu, siedząc obok nieubłaganego bankiera, śledziła oczyma rysia wszystkie parole, wszystkie stawki graczy; wszelkie zakusy wyłamania się z prawideł poskramiała z uwagą surową lecz grzeczną, nie okazując gniewu, z obawy aby nie postradać klienteli. Dama ta kazała się nazywać margrabiną de Parolignac. Córka jej, piętnastoletnia panienka, siedziała wśród poniterów i mrugnięciem oka ostrzegała o oszukaństwach nieboraków, którzy starali się naprawiać okrucieństwa losu. Labuś, Kandyd i Marcin weszli; nikt się nie podniósł z miejsca, nie pozdrowił, nie spojrzał na nich; wszyscy byli głęboko zajęci kartami. „Pani baronowa de Thunder-ten-tronckh była uprzejmiejsza“, pomyślał Kandyd.
Tymczasem, labuś nachylił się do ucha margrabiny, która podniosła się z lekka, uczciła Kandyda wdzięcznym uśmiechem, Marcina zaś dystyngowanem skinieniem głowy. Kazała podać krzesło i karty Kandydowi, który, w dwóch taliach, przegrał pięćdziesiąt tysięcy; poczem wszyscy zasiedli bardzo wesoło do wieczerzy. Wszyscy dziwili się, że Kandyd nie był wzburzony po stracie; lokaje szeptali między sobą ze swą lokajską filozofią: „To musi być z pewnością jakiś milord angielski“.
Wieczerza toczyła się jak zazwyczaj w Paryżu: zrazu milczenie, potem gwar słów niepodobnych do rozróżnienia, następnie koncepty, po największej części bez smaku, fałszywe nowinki, niedorzeczne rozprawy, trochę polityki i dużo obmowy; mówiono nawet o nowych książkach. „Czy czytał kto z państwa, rzekł labuś, romans imć Gauchat[34], doktora teologii? — Owszem, odparł jeden z biesiadników, ale nie mogłem go dokończyć. Mnóstwo mamy niedorzecznych gryzmołów, ale wszystkie razem nie dają wyobrażenia o bredniach pana Gauchat, doktora teologii. Jestem tak przesycony bezmiarem ohydnych książek który zalewa nas codziennie, że wolałem zabrać się do poniterki przy faraonie. — A cóż powiecie na Mięszaniny archidyakona Trublet[35]? rzekł księżyk. — Och, rzekła pani de Parolignac, cóż za śmiertelna nuda! jak on bystro roztrząsa rzeczy wszystkiem wiadome! jak ciężko rozprawia o tem co nie jest warte ani lekkiej wzmianki! jak, bez cienia dowcipu, przywłaszcza sobie dowcip drugich! jak psuje wszystko co łupi z innych! coż za obrzydliwość, ale nie złapie mnie już więcej; wystarczy przeczytać parę stronic tego miłego archidyakona“.
Był przy stole człowiek uczony i pełen smaku, który potwierdzał wszystko co mówiła margrabina. Rozmowa zeszła na tragedye; dama zapytała, dlaczego istnieją tragedye, które grywa się niekiedy, a których niepodobna przeczytać. Znawca wytłómaczył jej bardzo zręcznie, że sztuka może budzić pewne zaciekawienie a nie posiadać żadnej wartości; wykazał, w zwięzłych słowach, że niedość jest powtórzyć jedną z owych pospolitych sytuacyi, które spotyka się w każdym romansie i które zawsze przykuwają widzów, ale że trzeba być oryginalnym bez dziwactwa, często wzniosłym, zawsze naturalnym, znać serce ludzkie i umieć mówić jego głosem; być wielkim poetą, tak wszelako aby nigdy żaden z bohaterów sztuki sam nie zdał się poetą; znać doskonale język, władać nim czysto, harmonijnie, tak aby nigdy rym nie bogacił się kosztem treści. „Ktokolwiek, dodał, nie przestrzega wszystkich tych prawideł, może zyskać poklask w teatrze jedną lub drugą tragedyą, ale nigdy nie będzie liczony w poczet wielkich pisarzy. Bardzo mało mamy dobrych tragedyj: jedne to dyalogowane idylle, dobrze napisane i gładko rymowane; drugie, usypiające rozprawy polityczne, albo też niecierpliwiące gadulstwo; inne, majaki obłąkańca, o barbarzyńskim stylu, z wątkiem rwącym się co chwila, długie apostrofy do bogów ponieważ autor nie umie mówić do ludzi, fałszywe maksymy, napuszone komunały“.
Kandyd wysłuchał tych uwag z nabożeństwem i powziął wielki szacunek dla mowcy; że zaś margrabina raczyła go posadzić koło siebie, nachylił się nieco i odważył się spytać, kto jest ten człowiek wygłaszający tak światłe zdania. „To uczony, rzekła dama; nie grywa w karty, ale labuś przyprowadza go niekiedy na wieczerzę. Zna się wyśmienicie na teatrze i na książkach; napisał sam tragedyę którą wygwizdano, i książkę, która rozeszła się w jednym egzemplarzu, ofiarowanym mi przez autora. — Wielki człowiek! rzekł Kandyd, to drugi Pangloss“.
Zaczem, obracając się ku niemu, rzekł: „Jest pan zapewne zdania, że wszystko idzie jak najlepiej w świecie fizycznym i moralnym, i że nic nie mogłoby się dziać inaczej? — Ja? odparł uczony, ani odrobinę; uważam iż wszystko idzie u nas na opak; nikt nie zna ani swojej rangi ani stanowiska, nie wie ani co czyni ani co powinien czynić. Z wyjątkiem kolacyi które bywają dość wesołe i w czasie których panuje jakaś harmonia, resztę czasu trawi się na niedorzecznych kłótniach: jansenistów przeciw molinistom, sądowników przeciw klechom, literatów przeciw literatom, dworaków przeciw dworakom, finansistów przeciw ludowi, mężów przeciw żonom, krewnych przeciw krewnym; jedna ustawiczna wojna“.
Kandyd odpowiedział: »Widziałem gorsze rzeczy; ale pewien mędrzec, którego, na nieszczęście, potem powieszono, pouczył mnie, że to wszystko jest właśnie doskonale: to są cienie na pięknym obrazie. — Pański wisielec kpił sobie chyba z ludzi, rzekł Marcin; te jego cienie, to ohydne plamy. — To ludzie robią te plamy, rzekł Kandyd, i nie mogą inaczej. — Zatem, to nie ich wina“, rzekł Marcin. Gracze, nie rozumiejący przeważnie nic z tego języka, pili; Marcin zapuścił się w dysputę z uczonym, Kandyd zaś opowiedział pani domu to i owo ze swych przygód.
Po wieczerzy, margrabina zaprowadziła Kandyda do buduaru i posadziła na kanapie. „I cóż! rzekła, ciągle zatem kochasz bez opamiętania pannę Kunegundę von Thunder-ten-tronckh? — Tak, pani“, odparł Kandyd. Margrabina rzekła z tkliwym uśmiechem: „Odpowiadasz jak galant z Westfalii; Francuz powiedziałby: Prawda, kochałem pannę Kunegundę; ale, widząc ciebie, pani, lękam się że już jej nie kocham. — Ach, pani, odparł Kandyd, odpowiem jak zechcesz. — Twoja miłość dla niej, rzekła margrabina, obudziła się gdyś jej podnosił chusteczkę: otóż, pozwalam abyś mi podniósł podwiązkę. — Z całego serca“, rzekł Kandyd; i tak uczynił. „A teraz, zapnij mi ją“, rzekła dama; Kandyd znów był posłuszny. „Widzisz, młodzieńcze, rzekła dama, jesteś tutaj obcy; paryskim wielbicielom każę niekiedy wzdychać przez dwa tygodnie, ale tobie gotowam uledz zaraz pierwszej nocy, trzebaż bowiem okazać gościnność młodzieńcowi przybyłemu z Westfalii“. Tu, piękna dama, spostrzegłszy dwa olbrzymie dyamenty na rękach młodego cudzoziemca, zaczęła wychwalać je tak szczerze, że, niebawem, z palców Kandyda przeszły na palce margrabiny.
Wracając do domu z labusiem, Kandyd odczuwał niejakie wyrzuty, iż sprzeniewierzył się pannie Kunegundzie. Labuś współczuł z jego troską: zbyt skąpo bowiem przypuszczono go do udziału w pięćdziesięciu tysiącach zostawionych przez Kandyda na zielonym stoliku i w wartości dwóch brylantów, wpół danych, wpół wymuszonych. Miał najszczerszy zamiar wyzyskać, ile się da, tę cenną znajomość. Raz po razu zagadywał Kandyda o pannę Kunegundę; Kandyd zwierzył mu się, że, skoro ją ujrzy w Wenecyi, nieomieszka błagać o przebaczenie za swą niewierność.
Frant rozwijał coraz więcej grzeczności i nadskakiwań, okazując serdeczne zainteresowanie dla wszystkiego co Kandyd mówi, czyni, zamierza.
„Zatem, drogi panie, rzekł, masz się spotkać w Wenecyi ze swą ukochaną? — Tak, odparł Kandyd, dołożę wszelkich starań aby odszukać pannę Kunegundę“. Zaczem, porwany przyjemnością mówienia o tem co kochał, opowiedział, wedle zwyczaju, część swoich przygód z dostojną Westfalką.
— Sądzę; rzekł labuś, że panna Kunegunda musi błyszczyć nieporównanym dowcipem i że pisze czarujące listy. — Niestety! nie wiem, odparł Kandyd; wyobraź pan sobie, iż, gdy mnie wypędzono z zamku za naszą miłość, nie miałem sposobu nawiązania korespondencyi. Wkrótce później dowiedziałem się że zginęła; następnie odnalazłem ją i straciłem znowu. Obecnie, wysłałem do niej o dwa tysiące pięćset mil umyślnego posłańca, i oczekuję jego powrotu“.
Księżyk słuchał uważnie i zadumał się nieco. Niebawem, pożegnał się z cudzoziemcami, wyściskawszy ich czule. Nazajutrz, wczesnym rankiem, Kandyd otrzymał list, skreślony w tych słowach:
„Drogi mój panie i kochanku, od tygodnia leżę chora w tem mieście; dowiaduję się że i ty tu bawisz. Pomknęłabym w twoje ramiona, gdybym się mogła ruszać. Dowiedziałam się w Bordeaux o twoim przejeździe, zostawiłam tam wiernego Kakambę i starą, którzy niebawem podążą tu za mną. Gubernator Buenos-Aires zabrał mi wszystko; ale zostaje mi twoje serce. Przybywaj; obecność twoja wróci mi życie, lub też zabije mnie z rozkoszy“.
Ten uroczy list, spadający tak niespodzianie, napełnił Kandyda nieopisaną radością; równocześnie, choroba drogiej Kunegundy zasmuciła go głęboko. Szarpany temi dwoma uczuciami, bierze wszystko złoto i dyamenty i każe się prowadzić, wraz z Marcinem, do wskazanej w liście gospody. Wchodzi, drżąc ze wzruszenia; serce mu bije, głos trzęsie się od łkania; chce rozsunąć zasłony; chce wołać o światło. „Nie waż się pan, mówi garderobiana; światło ją zabija“. To mówiąc, co żywo zaciąga firanki. „Droga Kunegundo, rzekł Kandyd płacząc, jak się miewasz? jeżeli mnie nie możesz widzieć, przemów przynajmniej. — Nie może mówić“, odparła pokojówka. Wówczas, dama wysuwa z łóżka utoczoną rączkę, którą Kandyd długo skrapia łzami, i którą napełnia następnie garścią dyamentów, zostawiając równocześnie woreczek złota na fotelu.
Wpośród tych uniesień, zjawia się sierżant policyi, w towarzystwie znanego nam labusia, oraz oddziału straży. „To są, rzecze, owi podejrzani cudzoziemcy“. Każe natychmiast ująć obu, i rozkazuje swym zuchom aby ich powlekli do więzienia. „Nie tak obchodzą się z podróżnymi w Eldorado, rzekł Kandyd. — Jestem bardziej manichejczykiem niż kiedykolwiek, rzekł Marcin. — Ależ panie, dokąd pan nas prowadzi? spytał Kandyd. — Do dziury“, odparł sierżant.
Marcin, odzyskawszy zimną krew, osądził, iż dama odgrywająca rolę Kunegundy była hultajką; labuś hultajem, który, w najkrótszej drodze, skorzystał z naiwności Kandyda; sierżant zaś trzecim hultajem, którego z łatwością można się będzie pozbyć.
Woląc nie udawać się pod opiekę trybunałów, Kandyd, oświecony radą przyjaciela, i zresztą wciąż dyszący niecierpliwością oglądania prawdziwej Kunegundy, ofiaruje sierżantowi trzy małe dyamenty, każdy wartości około trzech tysięcy pistolów. „Och, panie, rzekł stróż bezpieczeństwa, gdybyś nawet popełnił wszystkie możliwe zbrodnie, jesteś dla mnie najuczciwszym człowiekiem w świecie; trzy dyamenty! każdy po trzy tysiące pistolów! Panie! dałbym się zabić za pana, zamiast pana prowadzić do więzienia. Aresztują wszystkich cudzoziemców, ale zdaj się pan na mnie, mam brata w Dieppe, w Normandyi; doprowadzę tam panów, a jeżeli macie jeszcze jaki dyamencik na zbyciu, będzie miał o was pieczę jak o mnie samego.
— Dlaczegoż-to aresztują wszystkich cudzoziemców?“ spytał Kandyd. Labuś odpowiedział: „Dlatego, że jakiemuś włóczykijowi rodem z Atrebacyi[36] nagadano bredni: to popchnęło go do ojcobójstwa, nie takiego jak w 1610, w maju, ale jak w 1594[37] w grudniu; takiego, jakie, w różnych latach i miesiącach, popełniali i inni urwipołcie, którzy również nasłuchali się bredni“.
Zaczem, sierżant wytłumaczył o co chodzi. „Och! potwory! zawołał Kandyd; jakto! takie okropności w narodzie który bez przerwy tańczy i śpiewa? Corychlej trzeba nam opuścić ziemię, w której małpy drażnią tygrysów! W moim kraju widziałem niedźwiedzi; ludzi widziałem tylko w Dorado. Na miłość Boga, mości sierżancie, zawieź mnie do Wenecyi, gdzie mam oczekiwać panny Kunegundy. — Mogę pana zawieźć jedynie do Normandyi“, rzekł policyant. Natychmiast każe mu zdjąć kajdany, powiada iż się omylił, odprawia strażników, wiezie Kandyda i Marcina do Dieppe i powierza ich pieczy brata. Stał tam właśnie pod żaglem okręcik holenderski. Normandczyk, który, dzięki trzem dalszym dyamentom, okazał się człowiekiem najuczynniejszym w świecie, wsadza Kandyda i jego służbę na okręt, odpływający do Portsmouth w Anglii. Nie była to droga do Wenecyi; ale Kandyd miał uczucie iż wyzwolono go z piekła; zresztą, miał zamiar podążyć do Wenecyi przy najbliższej sposobności.


XXIII. Jak Kandyd i Marcin przybijają do brzegów Anglii i co tam widzą.

„Och, Panglossie! Panglossie! Och, Marcinie! Marcinie! Och, droga Kunegundo! czemże jest ten świat? powiadał Kandyd, stojąc na pokładzie. — Czemś bardzo niedorzecznem i bardzo ohydnem, odpowiadał Marcin. — Znasz Anglię; czy ludzie są tam równie pomyleni jak we Francyi? — To znowuż inny rodzaj szaleństwa, rzekł Marcin. Wiesz, że te dwa narody są z sobą w wojnie[38] o parę morgów śniegu gdzieś wpodle Kanady, i że wydają na tę wojnę o wiele więcej niż cała Kanada warta. Określić szczegółowo, czy w jakimś kraju więcej jest kandydatów do kaftana bezpieczeństwa niżeli w drugim, na to moja słaba wiedza nie pozwala; wiem tylko, że, naogół, ludzie, których mamy niebawem oglądać, są wielce żółciowi“.
Tak rozmawiając, przybili do Portsmouth; mnogość ludu cisnęła się na wybrzeżu i przyglądała się z zajęciem dość otyłemu człeczynie[39], który klęczał z zawiązanemi oczami na pokładzie jednego z okrętów. Czterech żołnierzy, ustawionych naprzeciw nieboraka, wpakowało mu, z największym spokojem, każdy po trzy kule w głowę; poczem, cale zgromadzenie rozeszło się wielce zadowolone. „Cóż to znowu znaczy? rzekł Kandyd; co za demon sprawuje wszędy swe władztwo?“ Zapytał, kim był ów grubas, którego zgładzono właśnie w sposób tak ceremonialny. „To pewien admirał, odpowiedziano mu. — I za cóż zabito tego admirała? — Dlatego, objaśniono go, że on nie zabił dosyć ludzi: wydał bitwę admirałowi francuskiemu; otóż, osądzono, iż niedosyć się doń zbliżył. — Ależ, rzekł Kandyd, admirał francuski musiał być równie daleko od angielskiego, jak ten od niego? — Zapewne, odpowiedziano, ale w tym kraju uważają, iż dobrze jest, od czasu do czasu, uśmiercić admirała aby zachęcić innych“.
Kandyd był tak oszołomiony i zgorszony, że nie chciał nawet wysiąść na ląd; ułożył się z właścicielem statku (choćby go nawet miał okraść, jak ów w Surinam), aby go zawiózł bez zwłoki do Wenecyi.
W ciągu dwóch dni okręt był gotów do drogi. Przemknęli wzdłuż wybrzeży Francyi, minęli Lizbonę na której widok Kandyd zadrżał, wreszcie dotarli do Wenecyi. „Bogu chwała! rzekł Kandyd ściskając Marcina, mam nadzieję iż w tem mieście ujrzę piękną Kunegundę. Ufam Kakambie, jak samemu sobie. Wszystko jest dobre, wszystko idzie dobrze, wszystko idzie najlepiej jak tylko być może“.


XXIV. O Pakicie i bracie Żyrofli.

Znalazłszy się w Wenecyi, Kandyd kazał szukać Kakamby w gospodach, kawiarniach, zamtuzach, i nie znalazł. Co dnia posyłał do portu na spotkanie wszystkich lądujących okrętów i szalup: żadnej wiadomości. „Jakto! mówił do Marcina, ja miałem czas przebyć drogę z Surinam do Bordeaux, dotrzeć z Bordeaux do Paryża, z Paryża do Dieppe, z Dieppe do Portsmouth, objechać Hiszpanię i Portugalię, całe morze śródziemne, spędzić kilka miesięcy w Wenecyi; a pięknej Kunegundy niema jeszcze! Zamiast niej, spotkałem jedynie paryską łajdaczkę i perygordzkiego labusia! Kunegunda nie żyje, to pewna; nie pozostaje mi nic jak też umrzeć. Ach, lepiej było zostać w rajskiem Dorado, niż wracać do tej przeklętej Europy. Jakąż ty masz słuszność, drogi Marcinie! wszystko jest jeno złudą i utrapieniem ducha“.
Popadł w czarną melancholię, nie brał żadnego udziału w operze alla moda; ani w innych uciechach karnawału; ni jedna z miejscowych piękności nie obudziła w nim pokusy. Marcin rzekł: „Jesteś, w istocie, bardzo naiwny, aby sobie wyobrazić, iż sługa-metys, mając parę milionów w kieszeni, pójdzie ci szukać kochanki gdzieś na końcu świata i przywiezie do Wenecyi. Jeśli ją znajdzie, zatrzyma dla siebie; jeśli nie znajdzie, weźmie sobie inną; radzę ci zapomnieć żeś miał kiedy sługę Kakambę i ukochaną Kunegundę“. Słowa Marcina nie były pocieszające. Melancholia Kandyda wzmogła się, Marcin zaś nie ustawał w wykazywaniu iż cnota i szczęście na ziemi są rzadkie, wyjąwszy może Eldorado, dokąd nikt nie może się dostać.
Rozprawiając o tej ważnej materyi i oczekując Kunegundy, Kandyd spostrzegł na placu św. Marka, młodego teatyna, prowadzącego się pod ramię z dziewuszką. Zakonnik zdawał się rumiany, pulchny i krzepki; oczy miał błyszczące, wejrzenie pewne siebie, wyniosłą minę, dumną postawę. Dziewczyna była bardzo ładna; podśpiewywała sobie, spoglądała miłośnie na teatyna, i, od czasu do czasu, szczypała go w pulchne policzki. „Przyznaj choć, rzekł Kandyd, że ta para jest szczęśliwa. Aż dotąd, na całej zamieszkałej ziemi, z wyjątkiem Eldorado, widziałem jedynie nieszczęśliwych; ale założę się, że ta dziewucha i teatyn, to para istot doskonale zadowolonych z losu. — Założę się że nie, rzekł Marcin. — Najlepiej zaprośmy ich na obiad, rzekł Kandyd; zobaczysz czy się mylę“.
Przystępuje do nich, pozdrawia wielce uprzejmie i prosi aby zechcieli spożyć z nim talerz makaronu, lombardzką kuropatwę, jaja z truflami, jak również wychylić szklaneczkę Montepulciano, lacrima Christi, cypryjskiego i Samos. Panienka zarumieniła się, teatyn przyjął zaproszenie; zaczem, dziewczyna udała się za nim, spoglądając na Kandyda zdziwionym i pomięszanym wzrokiem, ba nawet ze łzami w oczach. Zaledwie weszła do izby, rzekła: „Jakto! pan Kandyd nie poznaje już Pakity?“ Na te słowa, Kandyd, który, aż do tej chwili, nie przyjrzał się jej uważnie, ponieważ w myśli miał jedynie Kunegundę, wykrzyknął: „Co! biedne dziecko, więc to ty!, ty, która wpędziłaś doktora Panglossa w piękny stan, w którym go oglądałem?
— Niestety, panie, to ja, ta sama, odparła Pakita; widzę że pan wie o wszystkiem. Słyszałam o straszliwych nieszczęściach, jakie spadły na cały dom pani baronowej i pięknej Kunegundy. Przysięgam panu, że moje losy były niemniej smutne. Wówczas kiedy mnie pan znałeś, byłam bardzo niewinna. Franciszkanin, który był moim spowiednikiem, uwiódł mnie z łatwością. Skutki okazały się straszne; musiałam opuścić zamek w krótki czas po owem zajściu, w którem pan baron wypędził pana z domu zapomocą nogi wymierzonej w pośladki. Gdyby pewien znakomity lekarz nie ulitował się nademną, byłoby po mnie. Przez jakiś czas, przez wdzięczność, byłam kochanką tego lekarza. Żona, zazdrosna do szaleństwa, biła mnie co dnia bez litości: istna furya. Ów lekarz był potworem brzydoty, a ja najnieszczęśliwszą istotą pod słońcem: znosić nieustanne bicie dla człowieka którego się nie kocha! Wiadomo panu, jak niebezpiecznem jest dla kobiety o przykrym charakterze być żoną lekarza. Ten, doprowadzony do rozpaczy breweryami żony, pewnego dnia, pragnąc ją wyleczyć z małego kataru, dał jej lekarstwo tak skuteczne, że, w ciągu dwóch godzin, umarła w straszliwych konwulsyach. Krewni nieboszczki wytoczyli mężowi proces; wolał wziąć nogi za pas; w jego miejsce mnie wtrącono do więzienia. Niewinność nie byłaby mnie ocaliła, gdyby mi nie pomógł nieszpetny buziaczek. Sędzia uwolnił mnie, pod warunkiem że będzie następcą lekarza. Niebawem, wygryziona z domu przez rywalkę, znalazłam się bez żadnego wynagrodzenia, na ulicy, zmuszona dalej prowadzić ohydne rzemiosło, które wam, mężczyznom, wydaje się tak rozkoszne, a które dla nas jest jeno otchłanią nędzy. Udałam się w tym celu do Wenecyi. Och, panie, jeżeli możesz sobie wyobrazić co to znaczy musieć, bez różnicy, pieścić starego kupca, adwokata, mnicha, gondoliera, księdza; być wystawioną na wszystkie zniewagi, wszystkie bezeceństwa; być często zmuszoną pożyczać spodnicę, aby ją zdejmować dla mężczyzny do którego czuje się wstręt; patrzeć jak jeden kradnie to co się zarobiło od drugiego; być bez ustanku łupioną, okładaną haraczem przez służbę policyjną i mieć, jako jedyną przyszłość, ohydną starość, szpital i śmietnik, oceniłbyś pan, że jestem jedną z najnieszczęśliwszych istot na świecie“.
Tak otwierała Pakita serce przed dobrym Kandydem, w alkierzu, w przytomności Marcina, który powiadał: „Widzisz, że już wygrałem połowę zakładu“.
Brat Żyrofla został tymczasem w jadalni i popijał sobie, czekając aż podadzą obiad. „Ależ, rzekł Kandyd do Pakity, wydawałaś się tak wesoła, tak zadowolona kiedy cię spotkałem, śpiewałaś, pieściłaś tego mnicha z tak szczerego serca; zdawałaś się równie szczęśliwą jak twierdzisz że jesteś strapioną. — Ach, panie, rzekła Pakita, to także jedna z niedoli rzemiosła. Wczoraj okradł mnie i wybił oficer; dziś muszę udawać wesołość, aby się przychlebić mnichowi“.
Kandyd nie żądał więcej; przyznał że Marcin ma słuszność. Siedli wszyscy czworo do stołu; obiad płynął wcale uciesznie, i, pod koniec, biesiadnicy gwarzyli z sobą dość poufnie. „Mój ojcze, rzekł Kandyd do mnicha, zdajesz się cieszyć losem którego cały świat może ci pozazdrościć; sarno zdrowie tryska z twojej twarzy, fizyognomia zwiastuje szczęście; masz oto, dla uciechy, bardzo ładną dziewczynę i wydajesz się wcale rad ze swego teatyńskiego stanu.
— Dalibóg, drogi panie, rzekł brat Żyrofla, życzyłbym aby wszyscy teatyni spoczywali na dnie morza. Po sto razy miałem pokusę podłożyć ogień pod klasztor, a samemu iść ochrzcić się na Turka. Rodzice zmusili mnie, w piętnastym roku, abym włożył tę nienawistną suknię, iżby mogli zostawić większy majątek przeklętemu starszemu bratu, niechaj go Bóg zatraci! Zazdrość, niezgoda, wściekłość, oto co mieszka w klasztorach. Prawda, że człowiek odwali co dnia parę lichych kazań za te marne trochę grosza, z którego przeor odkrada połowę a reszta idzie na dziewczęta: ale, kiedy wracam wieczorem do klasztoru, miałbym ochotę roztrzaskać sobie głowę o mury dormitoryum; a ręczę panu, że wszyscy moi współbracia myślą tak samo“.
Tu Marcin, zwracając się do Kandyda ze zwykłą zimną krwią, rzekł: “I cóż, czy nie wygrałem?“ Kandyd dał dwa tysiące piastrów Pakicie, a tysiąc teatynowi. „Ręczę ci, rzekł, że z tem będą szczęśliwi. — Nie przypuszczam, rzekł Marcin; być może, zapomocą swoich piastrów, uczynisz ich jeszcze o wiele nieszczęśliwszymi. — Będzie co będzie, odparł Kandyd; ale jedna rzecz mnie pociesza: widzę iż często zdarza się spotkać w życiu ludzi, których nie miało się nadziei spotkać nigdy; skorom odnalazł czerwonego barana i Pakitę, odnajdę może również i Kunegundę. — Życzę, rzekł Marcin, aby kiedyś mogła ci dać szczęście, ale wątpię o tem silnie. — Twardy jesteś, rzekł Kandyd. — Znam życie, odparł Marcin.
— Ale spojrz na tych gondolierów, rzekł Kandyd; czyż nie śpiewają bezustanku? — Nie widzisz ich w domu, w otoczeniu żony i pędraków, odparł Marcin. Doża ma swoje utrapienia, gondolier swoje. — Prawda, iż, wszystko razem wziąwszy, los gondoliera lepszy jest od losu doży; ale różnica wydaje mi się tak nieznaczna, iż nie warto się nad nią zastanawiać.
— Mówią, rzekł Kandyd, o senatorze Prokurancie, który mieszka w pięknym pałacu na Brenta i przyjmuje dość chętnie cudzoziemców. Powiadają, że to jest człowiek, który nigdy nie miał zmartwień, — Chciałbym widzieć to rzadkie zjawisko, rzekł Marcin“. Zaczem Kandyd kazał poprosić pana Prokuranta o pozwolenie odwiedzenia go nazajutrz.


XXV. Odwiedziny u pana Prokuranta, szlachcica weneckiego.

Kandyd i Marcin udali się w gondoli na Brentę i przybyli do pałacu szlachetnego Prokuranta. Ogród był rozległy i strojny pięknymi marmurowymi posągami; pałac budowany ozdobną architekturą. Pan domu, człowiek sześćdziesięcioletni, bardzo bogaty, przyjął ciekawskich nader grzecznie, ale bez zbytniej skwapliwości, co zbiło z tropu Kandyda, a dość przypadło do smaku Marcinowi.
Najpierw, ładne i schludnie odziane dziewczęta podały pienistą czekoladę. Kandyd nie mógł się wstrzymać od oddania pochwały ich urodzie, wdziękowi i zwinności. „Tak, wcale niezłe, rzekł senator; biorę je niekiedy do łóżka; przesycony jestem bowiem damami wielkiego świata, ich zalotnością, zazdrościami, sprzeczkami, humorami, małostkami, ich pychą, błazeństwem, oraz sonetami jakie trzeba dla nich układać lub zamawiać; ale, z tem wszystkiem, te małe też zaczynają nudzić mnie już mocno“.
Po śniadaniu, Kandyd, przechadzając się w długiej galeryi, zdumiał się pięknością obrazów. Zapytał, czyjego pędzla są te dwa które miał przed sobą. „Rafaela, odparł senator; kupiłem je bardzo drogo, przez próżność, już będzie kilka lat. Powiadają, że to najpiękniejsze w całych Włoszech, ale mnie nie podobają się zgoła: barwy zciemniałe, postacie niedość plastyczne i niedość wydobyte z płótna, draperye niepodobne do żywej materyi: słowem, cobądźby kto mówił, nie widzę tu prawdziwego naśladowania natury. Lubiłbym obraz jeno wówczas, gdyby mi dawał zupełne złudzenie: ale niema takich. Mam wiele obrazów, ale nie patrzę na nie“.
Czekając na obiad, Prokurant zarządził koncert. Muzyka zdała się Kandydowi czarującą. „Ten hałas, rzekł Prokurant, może bawić pół godziny; ale, jeśli trwa dłużej, męczy, mimo że nikt nie ośmiela się tego przyznać. Muzyka jest dziś jedynie sztuką wykonywania rzeczy trudnych, a to co jest tylko trudne, nie może się podobać na dłuższą metę.
„Wolałbym może raczej operę, gdyby nie to iż uczyniono z niej monstrum, które mnie wstrętem przejmuje. Niech tam kto inny chodzi oglądać liche tragedye podłożone pod muzykę, gdzie sceny sklecone są jedynie po to, aby sprowadzić bardzo niezdarnie parę śmiesznych aryjek, których znów celem jest uwydatnić sprawność gardzieli śpiewaków; niechaj kto chce, albo kto może, omdlewa z rozkoszy, patrząc jak kapłon jakiś wyciąga rolę Cezara lub Katona, plącząc się niezgrabnie po scenie; co do mnie, oddawna już wyrzekłem się tych lichot które tworzą dziś chlubę Italii, i które monarchowie opłacają tak drogo“. Kandyd spierał się nieco, ale z umiarkowaniem. Marcin dzielił w zupełności zdanie senatora.
Siedli tedy do stołu, zaś, po wybornym obiedzie, przeszli do biblioteki. Widząc wspaniale oprawnego Homera, Kandyd pochwalił Jego Dostojność za dobry gust. „Oto, rzekł, książka, która stanowiła rozkosz wielkiego Panglossa, najtęższego filozofa z całych Niemiec. — Ja tam nie znajduję w niej żadnej rozkoszy, rzekł zimno Prokurant. Niegdyś wmówiono we mnie, że, czytając ją, doznaję przyjemności; ale to ustawiczne powtarzanie bitew podobnych do siebie jak dwie krople wody; ci bogowie, którzy szamocą się ciągle nie mogąc się zdobyć na nic rozstrzygającego; ta Helena, będąca przedmiotem wojny, a zaledwie odgrywająca w akcyi jakąś rolę; ta Troja, którą wiecznie się oblega, a nigdy zdobyć nie może, wszystko to przyprawia mnie dziś o śmiertelną nudę. Pytałem niekiedy uczonych, czy równie jak ja nudzą się przy tej lekturze: wszyscy ludzie szczerzy wyznali mi że książka wypada im z rąk od senności, ale że trzeba ją zawsze mieć w bibliotece jako pomnik starożytności, coś jak owe zardzewiałe medale, niezdatne już służyć za obiegową monetę“.
— Wasza Dostojność nie myśli tegoż samego o Wergilim? zapytał Kandyd. — Przyznaję, odparł Prokurant, że druga, czwarta i szósta księga Eneidy są wyborne; ale, co się tyczy nabożnego Eneasza, i silnego Kloanta, i przyjaciela Achata, i małego Askaniusza, i niedołężnego króla Latyna, i mieszczki Amaty i nudnej Lawinii, nie wyobrażam sobie aby mogło istnieć coś bardziej zimnego i niesmacznego. Wolę raczej Tassa albo owe klituś bajduś Aryosta.
— A mógłbym zapytać, rzekł Kandyd, czy nie znajdujesz wielkiej przyjemności w czytaniu Horacego? — Są tam, rzekł Prokurant, maksymy, z których człowiek żyjący w świecie może wyciągnąć pewne korzyści, i, które, ściśnięte w jędrny rytm wiersza, łatwiej wbijają się w pamięć; ale mało mnie obchodzi jego podróż do Brindisi, i opis lichego obiadu, i ordynarna kłótnia między jakimś tam Pupilusem, którego słowa, jak mówi, pełne były plugastwa, a drugim, którego słowa pełne były octu[40]. Z najwyższym jeno wstrętem przebrnąłem przez jego grubijańskie wiersze przeciw starym babom i czarownicom; nie widzę też, co w tem jest tak pięknego, aby mówić swemu przyjacielowi Mecenasowi, że, skoro ów raczy go postawić w rzędzie poetów lirycznych, uderzy o gwiazdy wyniosłem czołem. Głupcy podziwiają wszystko u autora z reputacyą. Ja czytam jeno dla siebie; lubię jedynie to, co mnie trafia do smaku“. Kandyd, którego przyuczono o niczem nie sądzić z samego siebie, wielce zdumiewał się tem co słyszy; Marcinowi natomiast wydał się ten sposób myślenia wcale roztropny.
„Oho, widzę Cycerona, rzekł Kandyd; co się tyczy tego wielkiego człowieka, sądzę iż odczytywanie go nigdy pana nie znuży. — Bo też nie czytam go nigdy, odparł Wenecyanin. Co mnie obchodzi, czy on bronił Rabiryusza czy też Kluencyusza? Dość mam procesów które sam sądzę. Bardziej już odpowiadałyby mi jego dzieła filozoficzne; ale, skoro spostrzegłem iż wątpi o wszystkiem, doszedłem do wniosku że wiem zupełnie tyle co on, i że nie trzeba mi niczyjej pomocy aby być ignorantem.
— A, oto ośmdziesiąt tomów zbiorów Akademii Nauk, wykrzyknął Marcin; może tam będzie coś dobrego. — Byłoby może, odparł Prokurant, gdyby który z autorów tych bajek wynalazł bodaj sposób fabrykowania szpilek; ale to wszystko jedynie czcze systemy, ani jednej rzeczy pożytecznej.
— Cóż za obfitość sztuk teatralnych! rzekł Kandyd: włoskie, hiszpańskie, francuzkie! — Tak, rzekł senator; trzy tysiące, w tem ani tuzina dobrych. Co się tyczy zbiorów kazań, które, ściśnięte razem, nie warte są jednej stronicy z Seneki, oraz wszystkich tych grubych dzieł teologicznych, domyślacie się łatwo że ich nie otwieram; ani ja, ani nikt“.
Marcin zauważył półki z dziełami angielskiemi. „Sądzę, rzekł, że mieszkaniec republiki musi sobie podobać w większości tych dzieł, pisanych z taką swobodą. — Tak, odparł Prokurant, pięknie jest pisać to co się myśli; to przywilej człowieka. W całej Italii pisze się tylko to, czego się nie myśli; mieszkańcy ojczyzny Cezarów i Antoniuszów, nie śmią powziąć jednej myśli bez zezwolenia jakobińskiego kaptura. Podobałaby mi się swoboda jaką natchnione są dzieła geniuszów Anglii, gdyby namiętność partyjna nie psuła wszystkiego co jest godnego szacunku w tej cennej swobodzie“.
Kandyd, spostrzegłszy dzieła Miltona, zapytał gospodarza czy nie uważa tego autora za wielkiego człowieka. „Kogo? rzekł Prokurant; tego barbarzyńcę, który, do pierwszego rozdziału Genezy, spisał komentarz bez końca w dziesięciu księgach chropawych wierszy? grubego naśladowcę Greków, który zniekształca dzieło stworzenia, i który, podczas gdy Mojżesz przedstawia Istotę wieczną wyprowadzającą świat ze Słowa, on każe Mesyaszowi szukać w szafie niebieskiej wielkiego kompasu aby wykreślić swe dzieło? Ja miałbym cenić tego, który zepsuł piekło i dyabła Tassa; który przebiera Lucypera to za ropuchę, to za pygmeja; każe mu wałkować po sto razy te same rozprawy; dysputować o teologii; który, naśladując z całą powagą zabawny wymysł z bronią palną Aryosta, każe dyabłom strzelać do nieba z armaty? Ani ja, ani nikt w całych Włoszech nie zdołał zasmakować w tych ponurych bredniach. Małżeństwo Grzechu i Śmierci, oraz te jaszczurki które rodzi grzech, przyprawiają o wymioty każdego człowieka o bodaj trochę wybredniejszym smaku; długi zaś opis szpitala może bawić chyba grabarzy. Ten ciemny, wymęczony i niesmaczny poemat przyjęto ze wzgardą zaraz przy urodzeniu; ja patrzę nań dziś tak, jak nań patrzali współcześni w jego ojczyźnie. Zresztą, mówię co myślę, i nie stoję bynajmniej o to, aby inni myśleli jak ja“. Kandyd z przykrością słuchał tych wywodów: miał cześć dla Homera, a dosyć cenił Miltona. „Ach, szepnął do Marcina, obawiam się bardzo, iż ten człowiek musi mieć w ostatecznej pogardzie naszych niemieckich poetów. — Nie byłoby nieszczęścia, rzekł Marcin. — Och, cóż za niepospolity człowiek, szeptał Kandyd sam do siebie, cóż za wielki geniusz ten Prokurant! nic nie może mu trafić do smaku!“
Odbywszy tak potrosze przegląd wszystkich książek, zeszli do ogrodu. Kandyd zaczął wysławiać jego powaby. „Nie wyobrażam sobie nic w równie złym smaku jak te fidrygałki, rzekł gospodarz; ale, od jutra, mam zamiar kazać wytyczyć ogród szlachetniejszego rysunku“.
Skoro podróżni pożegnali Ekscelencyę, Kandyd rzekł do Marcina: „Musisz chyba przyznać, że to jest najszczęśliwszy ze wszystkich ludzi, jest bowiem wyższy ponad wszystko co posiada. — Czyż nie widzisz, odparł Marcin, że on zmierżony jest wszystkiem co posiada? Dawno już temu powiedział Platon, że nie są najlepsze te żołądki, które zwracają wszelki pokarm. — Ale, rzekł Kandyd, czy to nie jest przyjemnie wszystko krytykować, widzieć braki tam, gdzie inni ludzie mniemają widzieć piękności? — To znaczy, że przyjemnie jest nie odczuwać przyjemności? — Ha! rzekł Kandyd, w takim razie, jedynym szczęśliwym będę ja, skoro ujrzę pannę Kunegundę. — Dobrze jest nie tracić do końca nadziei“, odparł Marcin.
Tymczasem dnie, tygodnie mijały; Kakambo nie wracał, Kandyd zaś tak był pogrążony w swej boleści, iż nie zauważył zgoła, że Pakita i brat Żyrofla nie przyszli mu nawet podziękować.


XXVI. Jak Kandyd i Marcin spożyli wieczerzę z sześcioma cudzoziemcami i kim byli owi cudzoziemcy.

Jednego dnia, kiedy Kandyd, w towarzystwie Marcina, miał zasiąść do stołu z cudzoziemcami zamieszkałymi w gospodzie, jakiś człowiek z twarzą koloru sadzy przystąpił doń z tyłu, i, biorąc Kandyda za ramię, rzekł: „Gotuj się pan do drogi, i to natychmiast“. Obraca się i spostrzega Kakambę. Tylko widok Kunegundy zdołałby go bardziej zdumieć i ucieszyć. Omal że nie oszalał z radości. Chwycił drogiego przyjaciela w objęcia. „Kunegunda jest tu, prawda? Gdzież ona? Prowadź mnie do niej, niech skonam z radości na jej widok. — Niema jej tu, odparł Kakambo; jest w Konstantynopolu. — Och, nieba! w Konstantynopolu! ale, gdyby nawet była w Chinach, pędzę tam; lećmy! — Pojedziemy po wieczerzy, odparł Kakambo: nie mogę rzec więcej; jestem niewolnikiem, pan mój czeka na mnie, muszę iść usłużyć mu do stołu; nie mów ani słowa, kończ wieczerzę i bądź gotowy“.
Kandyd, zdjęty równocześnie radością i bólem, uszczęśliwiony iż widzi z powrotem wiernego posłańca, zdumiony iż ogląda go niewolnikiem, pełen myśli o odzyskaniu ukochanej, ze wzruszenem sercem, z myślami pełnemi niepokoju, zasiadł do stołu wraz z Marcinem, który patrzał z zimną krwią na wszystkie te przygody, oraz z sześcioma cudzoziemcami, przybyłymi na karnawał do Wenecyi.
Kakambo, który usługiwał jednemu z nich, nachylił się, pod koniec uczty, do ucha swego chlebodawcy, i rzekł: „Najjaśniejszy panie, Wasza mość może ruszyć kiedy zechce, okręt gotów“. Rzekłszy te słowa, wyszedł. Zdumieni biesiadnicy spoglądali po sobie w milczeniu, gdy wtem drugi sługa, zbliżając się do pana, rzekł: „Najjaśniejszy panie, karoca Waszej Miłości czeka w Padwie, a łódź jest gotowa“. Pan odpowiedział skinieniem, i sługa znikł. Biesiadnicy znowuż spoglądali po sobie, a zdumienie powszechnie rosło. Trzeci sługa, podszedłszy do trzeciego pana, rzekł: „Najjaśniejszy panie, wierzaj mi, Wasza Miłość nie może tu pozostać dłużej; spieszę przygotować wszystko do odjazdu“; to rzekłszy, wyszedł.
Kandyd i Marcin nie wątpili już, że to karnawałowa maskarada. Czwarty sługa rzekł do czwartego pana: „Najjaśniejszy panie, Wasza Miłość może odjechać kiedy zechce“; i wyszedł jak tamci. Piąty rzekł toż samo piątemu panu. Aliści, szósty sługa przemówił odmiennie do szóstego pana, który siedział obok Kandyda; rzekł doń: „Dalibóg, Najjaśniejszy panie, nie chcą już nic dać na borg ani Waszej Miłości ani mnie, i mogliby nas łacno przymknąć obu tej nocy; co do mnie, dbam o swoją skórę; upadam do nóżek“.
Skoro wszyscy słudzy znikli, sześciu podróżnych, Kandyd i Marcin trwali w głębokiem milczeniu. Wreszcie, Kandyd przerwał ogólną ciszę: „Moi panowie, to, widzę, są szczególne żarty. Skąd wy wszyscy jesteście królami? co do mnie, wyznaję, że ani ja, ani mój towarzysz Marcin, nie mamy pretensyi do tronu“. Wówczas, pan Kakamby ozwał się poważnie po włosku: „To nie są wcale żarty. Nazywam się Achmet III[41]; byłem wiele lat sułtanem, zrzuciłem z tronu brata; bratanek strącił mnie z kolei z tronu; ucięto głowę moim wezyrom; kończę żywot w starym seraju. Bratanek mój, sułtan Mahmud, pozwala mi niekiedy przejechać się dla zdrowia; owóż, przybyłem spędzić karnawał w Wenecyi“.
Młody człowiek, siedzący koło Achmeta, przemówił z kolei i rzekł: „Nazywam się Iwan[42]; byłem cesarzem Wszech-Rosyi; zdetronizowano mnie w kołysce; ojca i matkę wtrącono do turmy; wychowano mnie w więzieniu; niekiedy wojno mi podróżować w towarzystwie moich stróżów; owóż, przybyłem spędzić karnawał w Wenecyi“.
Trzeci rzekł: „Jestem Karol-Edward[43], król angielski; ojciec przekazał mi prawa do królestwa; walczyłem aby je przeprzeć; wydarto serca ośmiuset moim stronnikom i wychłostano ich niemi po policzkach; wtrącono mnie do więzienia; udaję się do Rzymu, aby złożyć wizytę ojcu, zdetronizowanemu podobnie jak ja i dziadek; owóż, wstąpiłem, aby spędzić karnawał w Wenecyi“.
Wówczas, czwarty zabrał głos i rzekł: „Jestem królem polskim[44]; losy wojny pozbawiły mnie dziedzicznego państwa; ojciec mój doświadczył tych samych nieszczęść; zgodziłem się z wolą Opatrzności, podobnie jak sułtan Achmet, cesarz Iwan i król Karol-Edward, któremu niechaj Bóg da najdłuższe życie; i też przybyłem spędzić karnawał w Wenecyi“.
Piąty rzekł: „Jestem również królem polskim[45]; utraciłem królestwo dwa razy; ale Opatrzność dała mi inny posterunek, na którym uczyniłem więcej dobrego, niż wszyscy królowie Sarmatów mogli kiedykolwiek zdziałać na brzegach Wisły. I ja pogodziłem się z wolą Opatrzności i przybyłem spędzić karnawał w Wenecyi“.
Kolej przyszła na szóstego króla. „Panowie, rzekł, nie jestem tak wielkim panem jak wy, ale, ostatecznie, i ja byłem królem jak inni. Nazywam się Teodor[46]; wybrano mnie królem w Korsyce; nazywano mnie Królewską Mością, obecnie zaś ledwie raczą tytułować Szanownym panem; miałem prawo wybijania monety i, w rezultacie, nie posiadam ani szeląga; miałem dwóch sekretarzów stanu, dziś ledwie że mam służącego; zasiadałem na tronie, i oto, przez długi czas, spałem w Londynie na słomie w więzieniu; obawiam się, aby i tu mnie nie spotkał ten los, mimo że przybyłem, jak i Wasze królewskie Moście, spędzić karnawał w Wenecyi“.
Reszta królów słuchała tej mowy ze szlachetnem współczuciem. Każdy wręczył królowi Teodorowi dwadzieścia cekinów na odzież i koszule; Kandyd darował mu dyament, wartości dwóch tysięcy cekinów. „Któż to zacz, powiadali królowie, ów człowiek, który jest w stanie dać i daje w istocie sto razy tyle, co każdy z nas? Czy i pan jesteś królem? — Nie, panowie, i nie mam na to najmniejszej ochoty“.
W chwili gdy wstawano od stołu, zjawiły się w tejże gospodzie cztery Książęce Wysokości, które również straciły swoje państwa w kolejach wojennych; ale Kandyd nie zwrócił nawet uwagi na nowych przybyszów. Myślał jedynie o tem, aby pospieszyć czemprędzej do ukochanej Kunegundy, do Konstantynopola.


XXVII. Podróż Kandyda do Konstantynopola.

Wierny Kakambo wyjednał już u kapitana tureckiego, który miał odwieźć sułtana Achmeta do Konstantynopola, że weźmie Kandyda i Marcina na statek. Rozgościli się na pokładzie, uderzywszy czołem przed Jego mizernym Majestatem. Po drodze, Kandyd powiadał do Marcina: „Patrz! Otośmy wieczerzali z sześcioma królami pozbawionymi tronu! a jednemu z tych sześciu dałem nawet jałmużnę. Być może, jest na świecie wielu jeszcze monarchów bardziej nieszczęśliwych. Co do mnie, straciłem jedynie sto baranów, i spieszę w objęcia Kunegundy. Drogi Marcinie, jeszcze raz powtarzam, Pangloss miał słuszność, wszystko jest dobrze. — Życzę z serca aby tak było, rzekł Marcin. — Ale, rzekł Kandyd, trzeba przyznać, że ta ostatnia przygoda zaledwie jest do wiary! Nikt jeszcze nie widział ani słyszał, aby sześciu zdetronizowanych królów wieczerzało razem w jednej gospodzie. — Niema w tem nic osobliwszego, rzekł Marcin, niż w wielu innych rzeczach, które się nam trafiły. Bardzo pospolicie się zdarza, iż królowie zlatują z tronu; co się zaś tyczy rzekomego zaszczytu wieczerzania z nimi, to bagatela, która nie zasługuje na uwagę. Cóż znaczy z kim się wieczerza, byle kuchnia była dobra?“
Zaledwie Kandyd znalazł się na okręcie, rzucił się na szyję dawnemu słudze, przyjacielowi Kakambie. „I cóż, zawołał, co robi Kunegunda? czy zawsze jest tym samym cudem piękności? czy zawsze mnie kocha? jak się miewa? Kupiłeś jej zapewne pałac w Konstantynopolu?
— Drogi panie, odparł Kakambo, Kunegunda pomywa naczynie na brzegu Propontydy[47], u księcia posiadającego bardzo szczupłą zastawę; jest niewolnicą w domu pewnego dawnego panującego, nazwiskiem Rakoczy[48], któremu sułtan daje trzy talary dziennie na utrzymanie; w dodatku, co smutniejsze, postradała zupełnie dawną piękność i stała się haniebnie szpetna. — Ha! piękna czy brzydka, rzekł Kandyd, jestem uczciwym człowiekiem i obowiązkiem moim jest kochać ją zawsze. Ale, w jaki sposób mogła spaść do tak niskiego stanu, przy pięciu czy sześciu milionach któreś zabrał z sobą? — Dobryś, rzekł Kakambo; czyż nie musiałem oddać dwa sennorowi don Fernando d’Ibaara y Figueora y Maskarenes y Lampurdos y Souza, gubernatorowi Buenos-Aires, w zamian za pozwolenie zabrania panny Kunegundy? a potem czyż pewien pirata nie odebrał nam sumiennie całej reszty? Czy tenże pirata nie włóczył nas do przylądka Matapan, do Milo, do Nikaryi, do Samos, do Petra, do Daranelów, do Marmara, do Skutari? Kunegunda i stara służą u Rakoczego, ja zaś jestem niewolnikiem zdetronizowanego sułtana. — Cóż za łańcuch straszliwych klęsk, nanizanych jak na jeden sznurek! rzekł Kandyd. Ale mam jeszcze trochę dyamentów; wykupię z łatwością Kunegundę. Wielka szkoda, że taka brzydka“.
Następnie, zwracając się do Marcina, rzekł: „Jak sądzisz, kto jest godniejszy ubolewania, sułtan Achmet, car Iwan, król Karol-Edward, czy ja? — Nie wiem zgoła, odparł Marcin; aby to ocenić, trzebaby mieszkać w waszych sercach. — Ach, rzekł Kandyd, gdyby Pangloss był tutaj, wiedziałby i pouczyłby nas o tem. — Nie wiem, odparł Marcin, na jakiej wadze wasz Pangloss zdołałby zważyć niedole ludzi i oszacować ich cierpienia. Wszystko co mogę przypuszczać, to że istnieją na ziemi miliony ludzi bardziej godnych pożałowania niż król Karol-Edward, car Iwan i sułtan Achmet. — Bardzo możebne“, rzekł Kandyd.
Niebawem wpłynęli w cieśninę Morza Czarnego. Kandyd wykupił Kakambę za bardzo drogie pieniądze; następnie, nie tracąc czasu, dopadł, wraz z towarzyszami, łodzi, aby spieszyć na brzeg Propondyty szukać Kunegundy, choćby nawet i najbrzydszej w świecie.
Byli w szalupie dwaj galernicy, którzy wiosłowali bardzo licho, i którym kapitan rzepił, od czasu do czasu, po parę bykowców na gołe; Kandyd, z natury miłosierny, zauważył, ich, i zbliżył się ze współczuciem. Pewne rysy ich zeszpeconych twarzy zdradzały niejakie podobieństwo z Panglossem i z owym nieszczęśliwym jezuitą, baronem, bratem panny Kunegundy. Myśl ta wzruszyła go i zasmuciła. Przyjrzał się im jeszcze baczniej. „W istocie, rzekł do Kakamby, gdybym nie patrzał na egzekucyę mistrza Panglossa i gdybym sam, niestety, nie zgładził barona, myślałbym że to oni wiosłują na tej szalupie“.
Słysząc swoje imiona, dwaj skazańcy wydali głośny krzyk, znieruchomieli na ławie i opuścili wiosła. Dozorca przypadł ku nim i razy bykowca poczęły sypać się w podwójnej porcyi. „Stój! stój! wołał Kandyd; dam ci tyle pieniędzy ile sam zapragniesz. — Ha! to Kandyd! wołał jeden ze skazańców; — Och! to Kandyd! wykrzykiwał drugi. — Czy to sen! mówił Kandyd, czy też jawa? czy w istocie znajduję się na tej szalupie? Czy to baron którego zabiłem? czy to mistrz Pangloss którego widziałem na szubienicy?
— To my, my sami, odpowiadali tamci. — Jakto! to jest ów wielki filozof? powiadał Marcin. — Dalej, panie kapitanie, rzekł Kandyd, ile chcesz pan za okup pana Thunder-ten-tronckh, jednego z pierwszych baronów cesarstwa, i za mistrza Panglossa, najgłębszego metafizyka z całych Niemiec? — Psie chrześcijański, odpowiadał kapitan, skoro te dwa psy, galerniki chrześcijańskie, są baronami i metafizykami, co musi być niewątpliwie wysoką godnością w ich kraju, zapłacisz pięćdziesiąt tysięcy cekinów. — Dostaniesz je, wieź mnie z chyżością błyskawicy do Konstantynopola, tam zapłacę ci bezzwłocznie. Albo nie, wieź mnie do panny Kunegundy“. Na pierwsze słowa Kandyda, kapitan obrócił dziób ku miastu i pomykał szybciej niż ptak pruje przestwory niebieskie.
Kandyd ściskał po sto razy barona i Panglossa. „W jakiż sposób nie zabiłem ciebie, drogi baronie? a ty, drogi Panglossie, jakim cudem jesteś przy życiu, skoro cię powieszono? skąd znaleźliście się obaj na galerach? — Czy to prawda, że droga siostra jest w tym kraju? powiadał baron. — Tak, odrzekł Kakambo. — Widzę zatem mego ukochanego Kandyda!“ wykrzykiwał Pangloss. Kandyd przedstawił im Marcina i Kakambę. Ściskali się wszyscy, mówili wszyscy naraz. Galera pomykała, wpływali już do portu. Sprowadzono żyda, Kandyd sprzedał mu za pięćdziesiąt tysięcy cekinów dyament który wart był sto tysięcy; żyd zaklinał się na Abrahama, że nie może dać więcej. Kandyd zapłacił bezzwłocznie okup za barona i Panglossa. Ten rzucił się do stóp zbawcy i skąpał je łzami; baron podziękował skinieniem głowy i przyrzekł zwrócić pieniądze przy sposobności. „Ale, czy to podobna, aby siostra była w Turcyi? rzekł. — Nic podobniejszego, odparł Kandyd; pomywa naczynie u księcia Siedmiogrodu“. Sprowadzono natychmiast dwóch żydów; Kandyd sprzedał jeszcze dwa dyamenty, poczem wszyscy wsiedli na drugą galerę, aby uwolnić Kunegundę.


XXVIII. Co się zdarzyło Kandydowi, Kunegundzie, Panglossowi, Marcinowi etc.

„Przebacz mi jeszcze raz, rzekł Kandyd do barona, przebacz, wielebny ojcze, tę dziurę w brzuchu którą ci wywierciłem. — Nie mówmy już o tem, odparł baron; byłem nieco nagły, przyznaję. Jeżeli chcesz wiedzieć, jaki przypadek sprowadził mnie na tę galerę, powiem ci, iż starania brata aptekarza wyleczyły mnie z ran; następnie, napadło mnie i uprowadziło stronnictwo hiszpańskie; wtrącono mnie do więzienia w Buenos-Aires, właśnie w tym samym czasie kiedy siostra opuszczała miasto. Wyprosiłem u ojca generała pozwolenie na powrót do Rzymu. Przeznaczono mnie do Konstantynopola, jako jałmużnika przy ambasadorze Francyi. Zaledwie od tygodnia pełniłem obowiązki, kiedy, pewnego dnia, spotkałem młodego ikoglana, bardzo ładnego chłopca. Było straszliwie gorąco; młody człowiek pragnął się wykąpać; skorzystałem z jego towarzystwa aby wykąpać się również. Nie wiedziałem, że to jest śmiertelna zbrodnia, kiedy chrześcijanina przydybią nago z młodym muzułmanem. Kadi kazał mi wyliczyć sto bambusów w pięty i skazał na galery. Nie wyobrażam sobie, aby kiedykolwiek ktoś padł ofiarą okrutniejszej niesprawiedliwości. Ale, chciałbym wiedzieć, czemu siostra znajduje się w kuchni monarchy siedmiogrodzkiego, zbiegłego do Turcyi?
— A ty, drogi Panglossie, rzekł Kandyd, jakimż cudem cię oglądam? — To prawda, rzekł Pangloss, powieszono mnie w twoich oczach; po formie powinni mnie byli spalić; ale przypominasz sobie, iż w dniu tej ceremonii deszcz lał jak z cebra. Burza była tak gwałtowna, iż niepodobna było myśleć o rozpaleniu ognia; powieszono mnie, ponieważ nie dało się lepiej. Pewien chirurg kupił moje ciało, zabrał mnie do domu i wziął się do krajania. Najpierw, podłużnem cięciem, naciął mi skórę od pępka aż do obojczyków. Otóż, trzeba ci wiedzieć, iż powieszono mnie bardzo niedbale. Naczelny egzekutor św. Inkwizycyi, w stopniu poddyakona, palił ludzi, trzeba mu to przyznać, znakomicie, ale nie był przyzwyczajony wieszać; sznur był mokry i ześlizgnął się, węzeł źle zawiązany; słowem, oddychałem jeszcze. Owo nacięcie wydarło mi z piersi tak przeraźliwy okrzyk, iż chirurg przewrócił się na wznak, i, w mniemaniu że dostał pod nóż samego dyabła, uciekł w śmiertelnym strachu, przewracając się jeszcze raz na schodach. Na ten hałas, nadbiegła żona z alkierza; ujrzawszy mnie na stole, z nawpół rozciętym brzuchem, przeraziła się jeszcze więcej od męża, uciekła i upadła na niego. Skoro przyszli trochę do siebie, usłyszałem, jak chirurżyna mówiła do chirurga: „Moje serce, czego ty się bierzesz do krajania heretyka? Nie wiesz, że w tych ludziach siedzi djabeł? idę co żywo po księdza, aby odprawił egzorcyzmy“. Zadrżałem na te słowa, i zebrałem ostatek sił, aby krzyknąć: „Miejcie litość nademną!“ Wreszcie, ów cyrulik opamiętał się, zaszył mi z powrotem skórę, żona jego nawet zaopiekowała się mną; wstałem z łóżka po dwóch tygodniach. Cyrulik wyszukał mi zatrudnienie, umieścił mnie jako lokaja u pewnego kawalera maltańskiego jadącego do Wenecyi: że jednak mój pan mi nie płacił, wstąpiłem w służby weneckiego kupca i udałem się z nim do Konstantynopola.
„Pewnego dnia, przyszła mi ochota wejść do meczetu: był tam tylko stary iman i młoda, bardzo ładna nabożnisia, odmawiająca swoje ojczenaszki. Szyjkę miała głęboko obnażoną; między dwojgiem piersiątek tkwił bukiet z tulipanów, anemonów, róż i hyacyntów. Upuściła bukiet; podniosłem go i podałem z pełną szacunku skwapliwością. Tyle czasu zajęło mi umieszczanie go na dawnem miejscu, że podrażniony tem iman, widząc w dodatku że jestem chrześcijaninem, zaczął wołać o pomoc. Zaprowadzono mnie do kadiego, który kazał mi dać sto bizunów w pięty i wysłał na galery. Przykuto mnie do tej samej galery, na tejże samej ławce, co pana barona. Było na tej galerze paru młodych Marsylijczyków, kilku księży z Neapolu i dwóch mnichów z Korfu, którzy objaśnili nas, że podobne przygody zdarzają się codziennie. Baron twierdził, że jego spotkała większa niesprawiedliwość; ja znów twierdziłem że mniejszą zbrodnią jest włożyć parę kwiatków za gors kobiety, niż przebywać goło z młodym ikoglanem. Sprzeczaliśmy się bez przerwy i dostawaliśmy po dwadzieścia bykowców dziennie, gdy oto łańcuch wydarzeń tego świata sprowadził cię na galerę z której nas wykupiłeś.
— I cóż, drogi Panglossie, rzekł Kandyd; gdy cię tak wieszano, krajano, ćwiczono batogiem, wreszcie gdy wiosłowałeś na galerach, czy ciągle byłeś zdania, że wszystko w świecie dzieje się jaknajlepiej? — Ciągle trwam w pierwotnem mniemaniu, odparł Pangloss; toć niedarmo jestem filozofem: nie przystoi mi odmieniać zdania. Leibnitz nie może się mylić; pra-istniejąca harmonia jest najpiękniejszym wymysłem na świecie, zarówno jak pełń i materya subtelna“.


XXIX. Jak Kandyd odnalazł Kunegundę i staruszkę.

Podczas gdy Kandyd, baron, Pangloss, Marcin i Kakambo opowiadali swoje przygody, rozprawiali nad możebnemi i niemożebnemi zjawiskami tego świata, podczas gdy dysputowali nad łańcuchem przyczyn i skutków, moralnem i fizycznem złem, wolną wolą i koniecznością, nad pociechami jakie można znaleźć w sobie wiosłując na tureckiej galerze, przybili do wybrzeży Propontydy, do domu księcia Siedmiogrodu. Pierwszym przedmiotem jaki nastręczył się ich oczom, były Kunegunda i staruszka, które, susząc bieliznę, rozwieszały ją na sznurkach.
Baron zbladł na ten widok. Czuły kochanek Kandyd, widząc swą piękną Kunegundę o spalonej cerze, kaprawych oczach, wyschłej piersi, pomarszczonych licach, czerwonych i szorstkich ramionach, cofnął się o trzy kroki zdjęty grozą; następnie posunął się naprzód przez delikatność. Kunegunda uściskała Kandyda i brata; ci uściskali staruszkę; Kandyd wykupił obie.
Był w pobliżu do nabycia maleńki folwarczek; stara poddała Kandydowi aby go wziął tymczasem, nim cała gromadka nie doczeka się lepszej doli. Kunegunda nie wiedziała nic że zbrzydła; nikt jej o tem nie objaśnił: przypomniała Kandydowi jego przyrzeczenia tonem tak pełnym wiary, że dobry Kandyd nie śmiał odmówić. Oznajmił tedy baronowi, iż ma zamiar zaślubić jego siostrę. „Nie ścierpię nigdy, rzekł baron, takiego poniżenia z jej strony, a takiego zuchwalstwa z twojej; nie pokaże się, aby mi kto mógł zarzucić podobną hańbę: dzieci mej siostry nie mogłyby zasiadać w kapitułach niemieckich. Nie, siostra nie zaślubi nikogo innego, tylko barona cesarstwa“. Kunegunda rzuciła się do jego stóp i zlewała je łzami: był nieugięty. „Szaleńcze wściekły, rzekł mu Kandyd, uratowałem cię z galer, zapłaciłem okup za ciebie, za twoją siostrę; była tutaj pomywaczką, jest szpetna, jestem na tyle dobry iż godzę się wziąć ją za żonę; i ty jeszcze będziesz się sprzeciwiał! zabiłbym cię jeszcze raz, gdybym poszedł za głosem mego gniewu. — Możesz mnie zabić ile razy chcesz, odparł baron, ale nie zaślubisz siostry, pókim żyw.“


XXX. Zakończenie.

Kandyd, w głębi serca, nie miał żadnej ochoty żenić się z Kunegundą; niedorzeczne wszelako zacietrzewienie barona skłaniało go do tego małżeństwa, Kunegunda zaś nalegała tak żywo, że nie mógł się wymówić. Poradził się Panglossa, Marcina i wiernego Kakamby. Pangloss ułożył piękny memoryał, w którym udowadniał, że baron nie ma żadnej władzy nad siostrą, i że, wedle wszelkich praw cesarstwa, może ona zaślubić Kandyda morganatycznie. Marcin był za tem, aby barona wrzucić w morze; Kakambo osądził, iż trzeba go oddać dawnemu właścicielowi i wtrącić z powrotem na galery, poczem odeśle się go do Rzymu ojcu generałowi pierwszym statkiem. Rada zdała się wszystkim dobra; stara przychwaliła ją; nie powiedziano nic siostrze; przy pomocy pieniędzy, rzecz powiodła się wyśmienicie, i nasi przyjaciele mieli tę przyjemność, iż zadrwili sobie z jezuity i ukarali pychę niemieckiego barona.
Byłoby zupełnie naturalnem wyobrażać sobie, że, po tylu nieszczęściach, Kandyd, zaślubiwszy ukochaną, żyjąc z filozofem Panglossem, filozofem Marcinem, roztropnym Kakambą i dobrą staruszką, przywiózłszy zresztą tyle dyamentów z ojczyzny dawnych Inkasów, będzie wiódł żywot najprzyjemniejszy pod słońcem; ale żydki tak się koło niego zakrzątnęły, że, niebawem, nie zostało mu nic, prócz owego folwarczku. Żona, z każdym dniem brzydsza, stała się swarliwa i nieznośna; stara zniedołężniała mocno i była zazwyczaj w jeszcze kwaśniejszym humorze. Kakambo, który pracował w ogrodzie i chodził sprzedawać jarzyny do Konstantynopola, był przeciążony pracą i złorzeczył swemu losowi. Pangloss rozpaczał, iż nie błyszczy w którym z niemieckich uniwersytetów. Co do Marcina, był on niezłomnie przekonany, że człowiekowi jest jednako źle wszędzie i znosił swój los z rezygnacyą. Kandyd, Marcin i Pangloss dysputowali niekiedy o kwestyach metafizycznych i moralnych. Często widać było pod oknami ich domku przepływające okręty, pełne baszów, effendich, kadich, których wyprawiano na wygnanie na Lemnos, do Mityleny, do Erzerum; widzieli innych kadich, baszów, effendich, którzy zajmowali miejsca wygnanych, aby niebawem doznać takiegoż samego losu; widzieli ucięte głowy, wypchane słomą, które niesiono aby przedstawić je Wysokiej Porcie. Te widowiska dodawały ognia filozoficznym dysputom; kiedy zaś nie spierali się, panowała tak straszliwa nuda, że, jednego dnia, stara odważyła się powiedzieć: „Chciałabym wiedzieć, co jest gorsze, czy być zgwałconą sto razy przez murzyńskich piratów, mieć wyrznięty pośladek, przejść przez pałki Bułgarów, wziąść plagi i zadyndać na szubienicy podczas autodafé, znaleść się na stole sekcyjnym, wiosłować na galerach, słowem doświadczyć wszystkich nieszczęść przez któreśmy przeszli, czy też tkwić tutaj tak bezczynnie? — To wielkie pytanie“, rzekł Kandyd.
Odezwanie to dało powód do nowych dociekań; Marcin zwłaszcza dochodził do wniosku, że człowiek zrodzony jest, aby żyć w konwulsyach niepokoju, lub też w letargu nudy. Kandyd nie godził się z tem, ale nic nie twierdził stanowczo. Pangloss przyznawał, że życie jego było jedną straszliwą męką; ale, ponieważ raz orzekł że wszystko jest doskonałe, utrzymywał to ciągle i nie chciał słyszeć o niczem.
Jedna rzecz zwłaszcza utwierdziła Marcina w jego szkaradnych zasadach, zdwoiła wahania Kandyda i wprawiła Panglossa w zakłopotanie. Jednego dnia, zjawili się we wrotach Pakita i brat Żyrofla, oboje w ostatecznej nędzy. Przejedli bardzo szybko swoje trzy tysiące piastrów, rozstali się, zeszli znowu, pokłócili się, dostali do więzienia, uciekli, i wreszcie brat Żyrofla sturczył się. Pakita uprawiała wszędzie swoje rzemiosło, i niczego się nie mogła dorobić. „Przewidywałem, rzekł Marcin do Kandyda, że twoje dary niebawem się ulotnią i wtrącą ich jedynie w tem głębszą nędzę. Dławiliście się od milionów piastrów, ty i Kakambo, i nie jesteście szczęśliwsi niż brat Żyrofla i Pakita. — Ha, ha! rzekł Pangloss do Pakity, niebo sprowadza cię między nas. Biedne dziecko! czy ty wiesz, że kosztowałaś mnie koniuszek nosa, jedno oko i jedno ucho? Jak ty wyglądasz! ha! oto świat!” To nowe wydarzenie pobudziło ich do tem zawziętszego filozofowania.
Żył w sąsiedztwie pewien bardzo sławny derwisz, który uchodził za największego filozofa w całej Turcyi; udali się doń po radę. Pangloss ozwał się w imieniu wszystkich i tak przemówił: „Mistrzu, przyszliśmy cię prosić, abyś nam powiedział, w jakim celu zostało stworzone tak osobliwe zwierzę jak człowiek?
— W co ty się wtrącasz? odparł mu derwisz; czy to do ciebie należy? — Ale bo, wielebny ojcze, rzekł Kandyd, strasznie dużo jest zła na ziemi. — I cóż znaczy, odparł derwisz, wasze zło czy dobro? Kiedy Jego Wysokość wysyła okręt do Egiptu, zali kłopocze się o to, czy myszy będące na statku mają wygodne pomieszczenie? Cóż zatem trzeba czynić? rzekł Pangloss. — Milczeć, odparł derwisz. — Pochlebiałem sobie, rzekł Pangloss, że będę mógł z tobą porozprawiać nieco o przyczynach i skutkach, o najlepszym z możliwych światów, o pochodzeniu zła, o przyrodzie duszy, i o pra-istniejącej harmonii“. Na te słowa, derwisz zamknął im drzwi przed nosem.
Podczas tej rozmowy, rozeszła się wieść, że uduszono właśnie w Konstantynopolu dwu wielkich wezyrów i muftiego, oraz wbito na pal licznych ich przyjaciół. Katastrofa ta narobiła na kilka godzin wielkiego hałasu. Wracając do folwarczku, Pangloss, Kandyd i Marcin spotkali dobrego starca, który, siedząc przed domem, zażywał chłodu w cieniu drzew pomarańczowych. Pangloss, równie ciekawy jak skłonny do rozumowań, zapytał staruszka jak się nazywał mufti którego właśnie uduszono. „Nie wiem, dobry panie, odparł człeczyna: nigdy nie znałem imienia żadnego muftiego ani wezyra. Nie wiem nic zgoła o tem wydarzeniu. Rozumiem, iż, w ogólności, ci, którzy trudnią się sprawami publicznemi, giną niekiedy nędznie i że zasługują na to; ale nie pytam się nigdy o to, co się dzieje w Konstantynopolu; zadowalam się tem, iż posyłam tam na sprzedaż owoce z ogródka który uprawiam“. Rzekłszy te słowa, wprowadził cudzoziemców do zagrody; dwie córki i dwóch synów zerwało się na ich przyjęcie; podali im sorbety domowego wyrobu, kaimak zaprawiony skórką kandyzowanego cedratu, pomarańcze, cytryny, limony, ananasy, daktyle, pistacje, przednią kawę Mokka nie zaprawną żadną domieszką lichszego gatunku. Poczem, córki dobrego muzułmana napoiły wonnościami brody przybyszów.
„Musisz posiadać, rzekł Kandyd do Turka, rozległe i wspaniałe majętności? — Tylko ten oto kawałek ogrodu; uprawiam go wraz z dziećmi; praca oddala od nas trzy wielkie niedole: nudę, występek i ubóstwo“.
Wracając na folwark, Kandyd głęboko zastanawiał się nad słowami Turka, poczem rzekł: „Zdaje mi się, że ten dobry starzec stworzył sobie los o wiele lepszy, niż wszyscy ci królowie z którymi mieliśmy zaszczyt wieczerzać. — Wielkości, rzekł Pangloss, są bardzo niebezpieczne, wedle zgodnego sądu wszystkich filozofów; ostatecznie bowiem, Eglon, król Moabitów, zginął zamordowany przez Aoda; Absalon powiesił się na własnych kudłach, przeszyty w dodatku trzema grotami; króla Nadaba, syna Jeroboama, zamordował Baasa; króla Elę, Zambri; Ochozyasza, Jehu; Atalię, Joad; królowie Joachim, Jechoniasz, Sedecyasz popadli w niewolę. Wiadomo wam jak zginęli Krezus, Astyages, Daryusz, Dyonizy z Syrakuz, Pyrrhus, Perseusz, Hannibal, Jugurta, Aryowist, Cezar, Pompejusz, Neron, Otto, Witeliusz, Domicyan, Ryszard II angielski, Edward II, Henryk VI, Ryszard III, Marya Stuart, Karol I, trzej Henrykowie francuscy, cesarz Henryk IV? Wiecie... — Wiem również, rzekł Kandyd, że trzeba uprawiać nasz ogródek. — Masz słuszność, rzekł Pangloss; albowiem, kiedy człowieka wprowadzono do ogrodów Edenu, umieszczono go tam ut operaretur eum: aby pracował; co dowodzi, że człowiek nie jest stworzony dla spoczynku. — Pracujmy nie rozumując, rzekł Marcin, to jedyny sposób aby życie uczynić znośnem“.
Cała gromadka dostroiła się do tego chwalebnego zamiaru; każdy zaczął rozwijać swe talenta. Mały kawałek ziemi przyniósł nadspodziewanie duży dochód. Kunegunda była, poprawdzie, bardzo brzydka, ale stała się doskonałą gospodynią; Pakita haftowała, stara krzątała się koło bielizny. Nawet brat Żyrofla nie jadł darmo chleba; wykształcił się na doskonałego stolarza, a nawet stał się uczciwym człowiekiem; Pangloss zaś powiadał niekiedy do Kandyda: „Wszystkie wydarzenia wiążą się z sobą w tym najlepszym z możebnych światów; ostatecznie bowiem, gdyby cię nie wygnano z zamku, nogą w siedzenie, za afekt do panny Kunegundy, gdybyś nie popadł w ręce Inkwizycyi, nie zwędrował piechotą Ameryki, nie postradał wszystkich baranów z pięknej krainy Eldorado, nie jadłbyś teraz tutaj kandyzowanych cedratów i pistacyj. — Masz słuszność, odparł Kandyd, ale trzeba uprawiać nasz ogródek“.





Przypisy

  1. Kandyd jest odpowiedzią na List o Opatrzności Jana Jakóba Rousseau, oraz na filozofię „optymizmu“ Leibnitza, cieszącą się w owym czasie wielką wziętością. W swojej argumentacyi „ad hominem“, przypomina nieco Wolter Sganarela z Molierowskiego Małżeństwa z Musu, który, zniecierpliwiony krańcowym sceptycyzmem filozofa Marfuryusza, okłada go kijem, aby mu, w najkrótszej drodze, udowodnić, że nie wszystkie wrażenia są względne i zwodnicze.
  2. Dr. Ralf jest oczywiście fikcyjną osobistością. Wolter wydawał wszystkie swoje pisma filozoficzne bezimiennie, aby uniknąć prześladowań. Że ostrożność ta była usprawiedliwiona, dowodzi, iż, w tymże samym roku 1759, Kandyd został spalony w Genewie, na rozkaz Rady, ręką kata.
  3. Wolter, prawdopodobnie dla jakichś osobistych wspomnień, darzył Westfalię szczególną antypatyą.
  4. Imię urobione z greckiego: pan, wszystko, i glossa, język.
  5. Król Bułgarów = król pruski Fryderyk II-gi; Bułgarowie = Prusacy; Abarowie = Francuzi: aluzya do wojny siedmioletniej.
  6. Pastor protestancki.
  7. Sekta, powstała w 16 w. w Niemczech, która żądała powtórnego chrztu w wieku dojrzałym.
  8. Trzęsienie ziemi w Lizbonie miało miejsce dn. 1 listopada 1755; towarzyszyły mu straszliwe pożary i sceny łupiestwa. Pochłonęło blisko 20.000 ofiar. Wolter napisał z przyczyny tego wypadku poemacik, który dał powód do polemiki listownej z Janem Jakóbem Rousseau. Kandyd jest ostatecznem zamknięciem tej polemiki, którą obszernie wzmiankuje Rousseau w swoich Wyznaniach.
  9. Holendrzy, w XVII w., w Japonii, dla ułatwienia sobie handlu, zgodzili się podeptać krzyż i wyprzeć chrześcijaństwa.
  10. 20-go Czerwca 1756.
  11. Istotnie, auto-da-fé miało miejsce 20 czerwca 1756.
  12. San-benito, żółty płaszcz, podobny krojem do habitów Zakonu św. Benedykta, w który ubierano ofiary Inkwizycyi.
  13. Istotnie, w r. 1756, zdarzyły się ponowne trzęsienia ziemi.
  14. Jezuici stworzyli w Paragwaju samodzielne państwo teokratyczno-patryarchalne, pozostające, w zasadzie, pod protektoratem króla Hiszpanii, ale strzegące zazdrośnie swej niepodległości. Ludność państwa doszła do 170.000 nawróconych Indyan, których Ojcowie Jezuici prowadzili istotnie jak dzieci, regulując ich życie aż do najmniejszych szczegółów, zupełnie maszynowo i z wykluczeniem wszelkiej samodzielności. Ustrój państwa był komunistyczny; wszystkie dochody szły do wspólnego skarbu. Jezuici zaspakajali z nich potrzeby mieszkańców, a ogromne zaoszczędzone sumy wysyłali do Europy.
  15. To miało miejsce w r. 1662.
  16. Patrzcie osobliwą dyskrecyę autora; nie było aż dotąd żadnego papieża imieniem Urban X-ty; autor zawahał się dać nieprawą córkę któremukolwiek ze znanych papieży. Co za oględność! co za delikatność sumienia! (Przyp. Woltera.)
  17. Księstewko włoskie na południe od Toskanii.
  18. „Cóż za nieszczęście nie posiadać... męskich klejnotów“.
  19. Farinelli (1705-1782), śpiewak włoski, władał formalnie Hiszpanią pod Ferdynandem VI-tym.
  20. Podczas wojny sukcesyjnej hiszpańskiej król portugalski wyprawił istotnie do Marokko misyę tego rodzaju.
  21. Rosyanie zdobyli Azow w r. 1696 za Piotra Wielkiego, oddali go na mocy traktatu pokojowego w r. 1711, ale odebrali znowuż w 1739.
  22. Utopił się w r. 1739.
  23. El dorado = kraj złota, legendarna kraina, w której istnienie wierzono w XVI w., mieszcząc ją w okolicy dzisiejszej Wenezueli.
  24. Walter Raleigh (1552—1618) awanturniczy podróżnik angielski.
  25. Sekta odrzucająca mistyczną stronę wiary, nazwana od założyciela jej Socyna (1525—1562).
  26. Manichejczycy, uczniowie Manesa, herezyarchy urodzonego w Persyi w r. 240, przyjmują, iż świat jest dziełem dwóch sprzecznych pierwiastków: dobrego i złego, obu wiecznych i niezawisłych.
  27. Convulsionnaires: tak nazywano za panowania Ludwika XV grupę jansenistów, którzy wpadali w stan konwulsyi w czasie modłów na grobie dyakona Parysa, zmarłego w r. 1727. Epidemia ta przybrała znaczne rozmiary i dała powód do częstych rozruchów.
  28. Biblia.
  29. Aluzya do biletu spowiedzi odbytej u księdza uznającego bullę Unigenitus (1713) wymierzoną przeciw jansenistom; biletem takim musiał się wykazać każdy, kto chciał uzyskać ostatnie namaszczenie. Wynikłe stąd spory trwały aż do r. 1756.
  30. Prawdopodobnie Hrabia Essex, Tomasza Corneille.
  31. Adryanna Lecouvreur, z którą Woltera łączyły węzły przyjaźni.
  32. Współczesny autor i dziennikarz, głośny głównie nieprzyjaźnią Woltera.
  33. Fréron (1718—1776) redaktor Année littéraire, wielki nieprzyjaciel Woltera, któremu nieraz dał się we znaki swą gryzącą ironią. Wolter odpłacał mu to przy każdej sposobności, nie przebierając w środkach, jak widać z powyższego ustępu.
  34. X. Gauchat napisał lichą książkę p. t. Listy o niektórych pismach współczesnych, za którą nagrodzono go tłustem probostwem.
  35. X. Trublet (1697—1770), kanonik Saint-Malo, zręczny kompilator. Głównem jego dziełem są Essais de Litterature et de Morale.
  36. Z Artois. Chodzi o Damiensa, urodzonego w Arras, który 5 stycznia 1757 targnął się na życie Ludwika XV, za co rozszarpano go końmi na placu de Grève.
  37. Zamordowanie Henryka IV i zamach Jana Châtel, wychowanka Jezuitów, na Henryka IV.
  38. Aluzya do epizodów kolonialnych wojny siedmioletniej (1756—1763).
  39. Aluzya do egzekucyi admirała Byng, którego Wolter, nie znając go zresztą osobiście, daremnie starał się uwolnić. Admirała Byng stracono, w r. 1757, za to, że dał się pobić koło Minorki flocie francuzkiej, mimo że nie udowodniono mu ani zdrady ani zaniedbania.
  40. Satyry, I, 7.
  41. Achmet III wstąpił na tron po bracie Mustafie w r. 1703; zdetronizowany przez janczarów w r. 1730, umarł w 1736.
  42. Iwan, urodzony w r. 1730, został zdetronizowany w tymże samym roku, uwięziony i wreszcie zasztyletowany w 1762.
  43. Karol Edward, syn Jakóba Stuarta i wnuk Jakóba II, ur. w 1720, umarł w 1788. W r. 1745 wylądował w Szkocyi aby odzyskać tron angielski; pobity udał się do Francyi, potem do Włoch, gdzie umarł w niedostatku we Florencyi.
  44. August III.
  45. Stanisław Leszczyński, teść Ludwika XV, który, straciwszy tron polski, otrzymał w dożywocie księstwo Bar i Lotaryngii. Panowanie jego, wypełnione dobremi uczynkami i troską o szczęście poddanych, zyskało mu przydomek Dobroczynny.
  46. Baron Teodor Neuhof, urodzony w Metzu w r. 1690, zrazu awanturnik w służbach barona Goetz, ministra Karola XII. Jako rezydent Karola VI we Florencyi, wspomógł Korsykę zbuntowaną przeciw Genui i został obwołany królem. W ośm miesięcy potem, czując się zagrożony, opuścił kraj i odtąd tułał się ścigany przez wierzycieli. Umarł w Londynie, w r. 1756.
  47. Morze Marmara.
  48. Rakoczy, książę Siedmiogrodu, wzniecił na Węgrzech powstanie przeciw Austryi; pobity w końcu, schronił się do Turcyi, gdzie umarł w r. 1735.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.