Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zdziwiony, że nigdy nie widział w swojej karcie asów; Marcin nie dziwił się zgoła.
Pośród nowo poznanych osób, które zaopiekowały się Kandydem ze szczególną troskliwością, znajdował się młody labuś, jeden z owych ludzi wścibskich, zawsze gorliwych, zawsze usłużnych, bezczelnych, obleśnych, narzucających się: z tych co to czyhają na świeżo przybyłych podróżnych, opowiadają im najnowsze skandaliki, i stręczą uciechy za wszelką cenę. Najpierw zaprowadził Kandyda i Marcina do teatru. Grano właśnie nową tragedyę. Kandydowi wypadło miejsce w pobliżu kółka znawców. To nie przeszkodziło, iż wylewał łzy w najpiękniejszych miejscach, ile że były doskonale odegrane. Jeden ze znawców, siedzący obok, rzekł w międzyakcie: „Zupełnie niewłaściwie pan płaczesz: aktorka jest bardzo licha; partner jej jeszcze lichszy; sztuka jeszcze gorsza niż aktorzy; autor nie umie ani słowa po arabsku a wszakże scena rozgrywa się w Arabii; co więcej, jestto człowiek który nie wierzy we wrodzone pojęcia; przyniosę panu jutro dwadzieścia broszur przeciw niemu. — Racz mi pan powiedzieć, ile posiadacie sztuk teatralnych we Francyi?“ zapytał Kandyd labusia; ów odpowiedział: „Pięć do sześciu tysięcy. — To dużo, rzekł Kandyd: a ile między niemi dobrych? — Z jakich piętnaście, odparł tamten. — To dużo“, rzekł Marcin.

Kandyd był bardzo pod wrażeniem aktorki, która grała królowę Elżbietę w pewnej dość płaskiej tragedyi[1], wystawianej od czasu do czasu. „Ta aktorka,

  1. Prawdopodobnie Hrabia Essex, Tomasza Corneille.