Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zdrosny i oćwiczony przez inkwizycyę, nie poznaje sam siebie“.
Wówczas ozwała się stara, i rzekła: „Stoją w stajni trzy andaluzyjskie konie, są również siodła i rzędy; niechaj dzielny Kandyd je okulbaczy; pani ma perły i dyamenty, siadajmy żywo na koń (mimo iż mogę siedzieć tylko na jednym pośladku), i spieszmy do Kadyksu. Czas wymarzony do drogi: nic przyjemniejszego jak podróżować w nocnym chłodzie“.
Natychmiast Kandyd siodła konie; poczem on, Kunegunda i stara kropią trzydzieści mil jednym tchem. Podczas gdy tak pędzą, święta Hermandad wkracza do mieszkania; chowają Eminencyę w pięknym kościele, Issachara wrzucają do kloaki.
Kandyd, Kunegunda i stara byli już w miasteczku w górach Sierra-Morena, i tak rozmawiali w gospodzie.


X. O tem, w jakiej niedoli Kandyd, Kunegunda i stara przybyli do Kadyksu i jak wsiedli na okręt.

„Kto mógł ukraść moje dukaty i dyamenty? mówiła z płaczem Kunegunda; z czego będziemy żyć? cóż poczniemy? gdzie znaleźć inkwizytorów i żydów aby mi dali inne? — Niestety, rzekła stara, podejrzewam mocno wielebnego ojca Franciszkanina, który wczoraj, w Badajos, spał z nami; niech mnie Bóg chroni od lekkomyślnego posądzenia, ale wszedł dwa razy do naszej izby i wyjechał o wiele wcześniej. — Och! wzdychał Kandyd, zacny Pangloss dowodził