Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Piękne to było widowisko ten odjazd! Nic nie da się porównać z przemyślnością, z jaką wywindowano ich, wraz z całem stadkiem baranów, na szczyt góry. Odstawiwszy ich w bezpieczne miejsce, fizykowie pożegnali cudzoziemców, Kandyd zaś nie miał już od tej chwili innego pragnienia i celu, jak tylko zawieść swoje barany do stóp panny Kunegundy. „Mamy, powiadał, czem opłacić gubernatora, jeżeli może istnieć jakaś cena zdolna opłacić łaski panny Kunegundy. Idźmy w kierunku Kajenny, wsiądziemy na okręt; zobaczymy później, jakie królestwo uda się nam zakupić“.


XIX. Co im się zdarzyło w Surinam i w jaki sposób Kandyd zawarł znajomość z Marcinem.

Pierwszy dzień upłynął podróżnym dość przyjemnie. Krzepiła ich myśl, iż są oto posiadaczami większej mnogości skarbów, niżby ich mogły zgromadzić Azya, Europa i Afryka razem. Kandyd, uszczęśliwiony, rył imię Kunegundy na przydrożnych drzewach. Drugiego dnia, dwa barany ugrzęzły w bagnie i utonęły wraz z ładunkiem; w kilka dni potem, dwa inne padły ze znużenia; siedm czy ośm zginęło z głodu w pustyni; inne znalazły śmierć w przepaściach. Wreszcie, po stu dniach wędrówki, zostały im tylko dwa barany. Kandyd rzekł: „Widzisz, przyjacielu, jak znikome są bogactwa świata; niemasz nic trwałego, prócz cnoty, oraz szczęścia oglądania z powrotem panny Kunegundy. — Przyznaję, odparł